Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jasnah wstała, a Shallan pośpieszyła za nią. Przeszły wzdłuż relingu, czując, jak pokład kołysze się pod ich stopami. Marynarze ustępowali Jasnah drogi i kłaniali się. Traktowali ją z takim szacunkiem, jakby była królem. Jak to robiła? Jak mogła tak doskonale panować nad otoczeniem, a jednocześnie sprawiać wrażenie, że nic nie robi?

– Spojrzyj w głąb wody – powiedziała Jasnah, gdy dotarły do dziobu. – Co widzisz?

Shallan zatrzymała się przy relingu i wpatrzyła w błękitne wody, pieniące się, gdy przebijał je dziób statku. Tu, na dziobie, widziała głębię. Niezgłębiony przestwór, który rozciągał się nie tylko dookoła, ale też w dół.

– Widzę wieczność – stwierdziła Shallan.

– Słowa prawdziwej artystki – zauważyła Jasnah. – Ten statek żegluje po głębinach, których nie poznamy. Pod tymi falami kryje się tętniący życiem niewidzialny świat.

Jasnah pochyliła się i chwyciła reling jedną dłonią odkrytą, a jedną zasłoniętą rękawem. Spojrzała przed siebie. Nie na głębiny i nie na ląd wyłaniający się na południe i na północ od nich. Patrzyła na wschód. W stronę burz.

– Istnieje cały świat, Shallan – powiedziała – którego powierzchnię nasze umysły jedynie muskają. Świat głębokich, ważnych myśli. Świat stworzony przez głębokie, ważne myśli. Kiedy widzisz Cieniomorze, wchodzisz w te głębiny. To miejsce jest dla nas w niektórych aspektach obce, choć jednocześnie to my je stworzyliśmy. Z pewną pomocą.

– My to zrobiliśmy?

– Czym są spreny? – spytała Jasnah.

Pytanie zaskoczyło Shallan, ale była już przyzwyczajona do trudnych pytań zadawanych przez Jasnah. Poświęciła trochę czasu, by rozważyć odpowiedź.

– Nikt nie wie, czym są spreny – powiedziała w końcu – choć wielu filozofów wyraża różne opinie na temat...

– Nie – przerwała Jasnah. – Czym one są?

– Ja... – Shallan podniosła wzrok na parę wiatrosprenów, które wirowały w powietrzu nad nimi. Wyglądały jak malutkie świetliste wstęgi, emanujące słabym blaskiem i tańczące wokół siebie. – To żyjące idee.

Jasnah gwałtownie odwróciła się w jej stronę.

– Co się stało? – spytała zaskoczona Shallan. – Pomyliłam się?

– Nie. Masz rację. – Kobieta zmrużyła oczy. – Jak się domyślam, spreny są elementem Krainy Umysłu, który przeniknął do świata materialnego. To koncepcje, które zyskały odrobinę ludzkiej świadomości, być może nie bez udziału ludzi. Wyobraź sobie często złoszczącego się mężczyznę. Jego przyjaciele i rodzina mogą zacząć traktować tę złość jako bestię, coś, co go opętało, jako coś zewnętrznego wobec niego. Ludzie personifikują. Mówimy o wietrze, jakby miał własną wolę. Spreny są tymi ideami... ideami zbiorowego ludzkiego doświadczenia... które jakimś sposobem ożyły. Cieniomorze to miejsce, gdzie to się zaczyna i należy do nich. Choć my je stworzyliśmy, one nadały mu kształt. Tam żyją, tam władają, w swoich własnych miastach.

– Miastach?!

– Tak – potwierdziła Jasnah, znów wpatrując się w ocean. Wydawała się zaniepokojona. – Spreny są niezmiernie różnorodne. Niektóre są równie inteligentne, jak ludzie, i tworzą miasta. Inne przypominają ryby, płynące z prądem.

Shallan pokiwała głową. Choć tak naprawdę niewiele pojmowała z tego wszystkiego, nie chciała, by Jasnah przestała mówić. Takiej wiedzy Shallan potrzebowała, tego właśnie pragnęła.

– Czy to ma coś wspólnego z twoimi odkryciami? Z parshmenami, Pustkowcami?

– Nie umiem tego jeszcze ocenić. Spreny nie zawsze dużo mówią. Czasami nie wiedzą. W innych kwestiach mi nie ufają, ze względu na starożytną zdradę.

Dziewczyna zmarszczyła czoło i spojrzała na nauczycielkę.

– Zdradę?

– Mówią mi o niej – stwierdziła Jasnah – ale nie chcą powiedzieć, na czym polegała. Złamaliśmy przysięgę i w ten sposób ogromnie je obraziliśmy. Sądzę, że część z nich umarła, choć nie mam pojęcia, jak koncepcja może umrzeć. – Z poważną miną odwróciła się do Shallan. – Rozumiem, że to przytłaczające. Będziesz musiała się tego wszystkiego nauczyć, jeśli masz mi pomóc. Wciąż tego pragniesz?

– A czy mam wybór?

Kąciki warg Jasnah wygięły się w lekkim uśmiechu.

– Wątpię. Dusznikujesz sama z siebie, bez pomocy fabriala. Jesteś taka jak ja.

Shallan wpatrywała się w wodę. Taka jak ja. Co to znaczyło? Dlaczego...

Zamarła i zamrugała. Przez chwilę wydawało się, że zobaczyła ten sam wzór, co wcześniej, ten, który wybrzuszył jej rysunek. Tym razem był na wodzie, utworzony w niemożliwy sposób na powierzchni fali.

– Jasności... – zaczęła mówić i oparła palce na ramieniu Jasnah. – Wydaje mi się, że zobaczyłam coś na wodzie. Wzór z ostrych linii, jak labirynt.

– Pokaż mi, gdzie.

– Był na jednej z fal, już ją minęliśmy. Ale chyba widziałam go wcześniej, na jednym z arkuszy papieru. Czy to coś znaczy?

– Z całą pewnością. Muszę przyznać, Shallan, że nasze przypadkowe spotkanie uważam za zaskakujące. Aż podejrzane.

– Jasności?

– One miały w tym swój udział – stwierdziła Jasnah. – Sprowadziły cię do mnie. I wydaje się, że nadal cię obserwują. Innymi słowy, Shallan, już nie masz wyboru. Przeszłość powraca, a ja nie uważam tego za dobry znak. Tak działa instynkt samozachowawczy. Spreny muszą wyczuwać nieuchronne niebezpieczeństwo, więc wracają do nas. Musimy skupić się na Strzaskanych Równinach i Urithiru. Minie wiele czasu, zanim powrócisz do ojczyzny.

Shallan pokiwała głową.

– To cię martwi – stwierdziła Jasnah.

– Tak, jasności. Moja rodzina...

Shallan czuła się jak zdrajca, porzucając braci, choć to od niej zależał ich majątek. Napisała do nich i wyjaśniła, bez podawania szczegółów, że była zmuszona do zwrotu skradzionego Dusznika – a teraz musiała pomóc Jasnah w badaniach.

Odpowiedź Balata była w pewnym sensie pozytywna. Powiedział, że cieszy się, że choć jedno z nich uniknęło losu, który czeka ich ród. Myślał, że wszyscy pozostali – trzech braci i narzeczona Balata – są skazani na zagładę.

Mogli mieć rację. Z jednej strony przytłaczające długi ojca, z drugiej zniszczony Dusznik. Grupa, która go dała, chciała odzyskać swoją własność.

Niestety, Shallan była przekonana, że misja Jasnah ma ogromną wagę. Pustkowcy mieli wkrótce powrócić – w rzeczywistości nie byli odległym zagrożeniem z opowieści. Przez całe stulecia żyli pośród ludzi. Łagodni, cisi parshmeni, którzy pracowali jako idealni słudzy i niewolnicy, byli tak naprawdę niszczycielami.

Powstrzymanie katastrofy, jaką stanowiłby powrót Pustkowców, było ważniejszym obowiązkiem niż ochrona braci. Nadal czuła ból, gdy musiała to przyznać.

Jasnah przyjrzała jej się uważnie.

– Co się tyczy twojej rodziny, Shallan, podjęłam pewne działania.

– Działania? – spytała dziewczyna, chwytając wyższa kobietę za ramię. – Pomogłaś moim braciom?

– W pewnym sensie – odparła Jasnah. – Jak przypuszczam, bogactwo tak naprawdę nie załatwi tego problemu, choć wysłałam im drobny upominek. Z tego, co mówiłaś, prawdziwe źródła kłopotów twojej rodziny są dwa. Po pierwsze, Duchokrwiści i ich pragnienie odzyskania Dusznika, który uszkodziliście. Po drugie, twój ród nie ma sojuszników i popadł w długi.

Jasnah wyjęła arkusz papieru.

– To – mówiła dalej – fragment rozmowy z matką, którą tego ranka przeprowadziłam przez łączotrzcinę.

Shallan przejrzała ją, zauważyła opis uszkodzonego Dusznika i prośbę Jasnah o pomoc.

„To się dzieje częściej niż ci się wydaje”, odpisała Navani. „Problem wynika prawdopodobnie z ustawienia opraw klejnotów. Przywieź mi urządzenie, a zobaczymy”.

– Moja matka – powiedziała Jasnah – jest sławną artifabrianką. Podejrzewam, że naprawi twój Dusznik. Możemy odesłać go do twoich braci, a oni oddadzą go właścicielom.

– Pozwoliłabyś mi na to? – spytała Shallan.

Podczas rejsu Shallan ostrożnie próbowała zdobyć więcej informacji na temat tej grupy, chciała bowiem zrozumieć ojca i jego motywację. Jasnah twierdziła, że nie wie o nich zbyt wiele, poza tym, że pragnęli poznać wyniki jej badań i byli gotowi ją zabić.

– Nie chciałabym, żeby mieli dostęp do tak cennego urządzenia – odparła Jasnah. – Ale nie mam czasu, by bezpośrednio chronić twoją rodzinę. To dobre rozwiązanie, zakładając, że twoim braciom uda się kupić jeszcze trochę czasu. Jeśli muszą, niech powiedzą prawdę... że wiedząc, iż jestem uczoną, zgłosiłaś się do mnie i poprosiłaś, bym naprawiła Dusznik. Może to na razie ich zadowoli.

– Dziękuję, jasności.

Na burze. Gdyby powiedziała Jasnah prawdę w chwili, kiedy ta ją przyjęła, byłoby o wiele łatwiej.

Spojrzawszy znów na papier, Shallan zwróciła uwagę na dalszy ciąg rozmowy. „Co się tyczy tej drugiej kwestii”, napisała Navani, „sugestia bardzo mi się podoba. Wierzę, że uda mi się przekonać chłopaka, żeby choć ją rozważył, gdyż jego ostatni romans zakończył się dość gwałtownie – jak to mu się często zdarza – na początku tego tygodnia”.

– O co chodzi z tą drugą częścią? – spytała Shallan, podnosząc wzrok znad arkusza.

– Samo zaspokojenie Duchokrwistych jeszcze nie uratuje twojego rodu – odparła Jasnah. – Wasze długi są zbyt wielkie, zwłaszcza że działania twojego ojca zraziły tak wielu. Dlatego zaaranżowałam potężny sojusz dla twojego rodu.

– Sojusz? W jaki sposób?

Jasnah odetchnęła głęboko.

– Podjęłam wstępne kroki, by zaaranżować twoje zaręczyny z jednym z moich braci stryjecznych, synem Dalinara Kholina. Chłopak ma na imię Adolin. Jest przystojny i umie prowadzić uprzejmą rozmowę.

– Zaręczyny? – powtórzyła Shallan. – Obiecałaś mu moją rękę?

– Rozpoczęłam ten proces – powiedziała Jasnah, mówiąc z nietypowym dla siebie niepokojem. – Choć Adolin bywa krótkowzroczny, ma dobre serce... równie dobre, jak jego ojciec, a nie znam innego tak dobrego mężczyzny. Uważa się go za najlepszą partię Alethkaru, a moja matka od dawna chciała znaleźć mu żonę.

 

– Zaręczyny – powtórzyła Shallan.

– Tak. Czy to cię niepokoi?

– To cudowne! – wykrzyknęła Shallan, mocniej chwytając Jasnah za ramię. – Takie proste. Gdybym wyszła za kogoś tak potężnego... Na burze! Nikt z Jah Keved nie ważyłby się nas tknąć. Jasności, jesteś genialna!

Jasnah wyraźnie się rozluźniła.

– Tak, no, wydawało mi się to realnym rozwiązaniem. Zastanawiałam się jednak, czy nie będziesz urażona.

– Dlaczego, na wichry, miałabym się obrazić?

– Ze względu na ograniczenie wolności, które wiąże się z małżeństwem – stwierdziła Jasnah. – A jeśli nie z tego powodu, to dlatego, że propozycja została złożona bez porozumienia z tobą. Musiałam najpierw się zorientować, czy taka możliwość w ogóle istnieje. Wszystko zaszło dalej niż się spodziewałam, gdyż moja matka podchwyciła pomysł. Navani ma... tendencję do bycia przytłaczającą.

Shallan nie umiała sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł przytłoczyć Jasnah.

– Ojcze Burz! Martwiłaś się, że się obrażę? Jasności, całe życie spędziłam zamknięta w posiadłości ojca... dorastałam, spodziewając się, że to on wybierze mi męża.

– Ale teraz nie pozostajesz we władzy ojca.

– Tak, i z jakże wielką mądrością zaczęłam szukać towarzysza – zauważyła Shallan. – Pierwszy mężczyzna, którego wybrałam, był nie tylko żarliwcem, ale w tajemnicy również skrytobójcą.

– Wcale ci to nie przeszkadza? – spytała Jasnah. – Pomysł, że będziesz zobowiązana wobec kogoś, a szczególnie mężczyzny?

– Przecież nie sprzedajesz mnie w niewolę – odparła dziewczyna ze śmiechem.

– Nie, raczej nie. – Jasnah otrząsnęła się i zapanowała nad sobą. – Cóż, w takim razie dam Navani znać, że zgadzasz się na zaręczyny i w ciągu jednego dnia powinnyśmy mieć gotowy kontrakt warunkowy.

Kontrakt warunkowy – w vorińskiej terminologii warunkowe zaręczyny. Praktycznie rzecz biorąc, będzie zaręczona, ale nie będzie miała żadnych praw do chwili podpisania oficjalnego aktu zaręczyn i potwierdzenia go przez żarliwców.

– Ojciec Adolina powiedział, że do niczego nie będzie go zmuszał – wyjaśniła Jasnah – choć chłopak znów jest samotny, bo udało mu się obrazić kolejną młodą damę. Tak czy inaczej, Dalinar wolał, żebyście najpierw się poznali, zanim zdecydujemy się na coś bardziej wiążącego. Nastąpiły pewne... zmiany w politycznym klimacie Strzaskanych Równin. Armia wuja poniosła wielkie straty. To kolejny powód, byśmy pośpieszyły na Równiny.

– Adolin Kholin – powiedziała Shallan, nie słuchając uważnie. – Mistrz pojedynków. I nawet Odpryskowy.

– Aha, czyli uważnie przeczytałaś księgi na temat mojego ojca i jego rodziny.

– Owszem... ale już wcześniej sporo wiedziałam o twojej rodzinie. Alethi są w centrum zainteresowania! Nawet dziewczęta z wiejskich rodów znają imiona alethyjskich książąt. – I skłamałaby, gdyby powiedziała, że jako młoda dziewczyna nie marzyła o poznaniu jednego z nich. – Ale, jasności, pewna jesteś, że ten związek ma sens? To znaczy, nie jestem szczególnie ważną jednostką.

– Owszem. Dla Adolina lepszą partią mogłaby być córka arcyksięcia. Wydaje się jednak, że zdążył już obrazić wszystkie panny z tej grupy. Chłopak, jak by to ująć, zbyt gwałtownie rzuca się w związki. Jestem pewna, że sobie z tym poradzisz.

– Ojcze Burz – westchnęła Shallan, czując, że miękną jej kolana. – On jest dziedzicem księstwa! I jednym ze spadkobierców tronu samego Alethkaru!

– Trzecim w kolejności – doprecyzowała Jasnah – po małym synku mojego brata i wuju Dalinarze.

– Jasności, muszę spytać. Dlaczego Adolin? Dlaczego nie młodszy syn? Ja... nie mam nic, co mogłabym dać Adolinowi lub jego rodowi.

– Wręcz przeciwnie – stwierdziła Jasnah – jeśli jesteś tym, kim myślę, dasz mu coś, czego nie może mu dać nikt inny. Coś o wiele ważniejszego niż bogactwa.

– A jak myślisz, kim jestem? – wyszeptała Shallan, patrząc w oczy starszej kobiecie. W końcu odważyła się zadać to pytanie.

– Teraz jesteś jedynie obietnicą – powiedziała Jasnah. – Poczwarką kryjącą potencjał wielkości. Dawniej, gdy ludzi i spreny łączyła więź, skutkiem były kobiety tańczące na niebie i mężczyźni niszczący dotykiem skały.

– Zaginieni Świetliści. Zdrajcy ludzkości.

Nie przyjmowała tego wszystkiego. Zaręczyny, Cieniomorze i spreny, i to, jej tajemnicze przeznaczenie. Wiedziała. Ale wypowiedzenie tego na głos...

Opadła na pokład, nie przejmując się, że zamoczy suknię, i oparła się o nadburcie. Jasnah pozwoliła jej się usadowić, po czym, o dziwo, sama również usiadła. Zrobiła to oczywiście bardziej elegancko, usiadła bokiem i otoczyła nogi suknią. Obie przyciągnęły spojrzenia marynarzy.

– Zjedzą mnie żywcem – jęknęła Shallan. – Alethyjski dwór. Jest najbrutalniejszy na świecie.

Jasnah prychnęła.

– Więcej w tym hałasu niż prawdziwej burzy, Shallan. Wyszkolę cię.

– Nigdy nie będę taka jak ty, jasności. Masz władzę, autorytet, bogactwo. Popatrz tylko, jak marynarze się do ciebie odnoszą.

– A czy w tej chwili wykorzystuję władzę, autorytet lub bogactwo?

– Zapłaciłaś za rejs.

– Czy ty nie płaciłaś za kilka rejsów tym statkiem? – spytała Jasnah. – Nie traktowali cię tak samo jak mnie?

– Nie. Och, lubią mnie, owszem. Ale nie mam twojego ciężaru, Jasnah.

– Zakładam, że nie chciałaś zasugerować niczego związanego z moją figurą – powiedziała Jasnah ze śladem uśmiechu. – Rozumiem twoją argumentację, Shallan. Jest jednak całkowicie błędna.

Dziewczyna odwróciła się w jej stronę. Jasnah siedziała na pokładzie statku jakby to był tron, z wyprostowanymi plecami, uniesioną głową, władczo. Shallan podciągnęła kolana do brody i objęła nogi pod kolanami. Nawet siedziały inaczej. Zupełnie nie przypominała tej kobiety.

– Jest pewna tajemnica, którą musisz poznać, dziecko – powiedziała Jasnah. – Tajemnica ważniejsza od tych związanych z Cieniomorzem i sprenami. Władza to iluzja percepcji.

Shallan zmarszczyła czoło.

– Nie zrozum mnie źle – mówiła dalej Jasnah. – Niektóre rodzaje władzy są prawdziwe: władza nad armią, zdolność Dusznikowania. Jednak wykorzystuje się je rzadziej niż myślisz. W większości kontaktów międzyludzkich to coś, co nazywamy władzą, autorytetem, istnieje tylko w taki sposób, w jaki jest postrzegane. Mówisz, że mam bogactwo. To prawda, ale widziałaś też, że rzadko z niego korzystam. Mówisz, że mam autorytet jako królewska siostra. Owszem. A jednak załoga tego statku traktowałaby mnie dokładnie tak samo, gdybym była żebraczką, która przekonała ich, że jest siostrą króla. W tym wypadku mój autorytet nie jest prawdziwy. To opary, iluzja. Umiem stworzyć tę iluzję dla nich, podobnie jak ty.

– Nie jestem przekonana, jasności.

– Wiem. Gdybyś była, już byś to zrobiła. – Jasnah wstała, wygładziła suknię. – Powiesz mi, jeśli znów zobaczysz ten wzór... ten, który pojawił się na falach?

– Tak, jasności – odpowiedziała nieobecnym tonem Shallan.

– W takim razie resztę dnia możesz poświęcić sztuce. Muszę się zastanowić, jak najlepiej uczyć cię o Cieniomorzu.

Kobieta wycofała się, skinieniem głowy odpowiadając na ukłony mijanych marynarzy, i znów zniknęła pod pokładem.

Shallan wstała, obróciła się i chwyciła reling po obu stronach bukszprytu. Ocean rozciągał się przed nią, falowanie, zapach chłodnej świeżości. Rytmiczne uderzenia, gdy statek przecinał fale.

Słowa Jasnah walczyły w jej głowie jak węgorze niebieskie nad jednym szczurem. Miasta sprenów? Cieniomorze, kraina, która była tutaj, lecz niewidzialna? Shallan, nagle zaręczona z najważniejszym kawalerem na świecie?

Opuściła dziób i ruszyła wzdłuż burty, przeciągając swobodną dłonią po relingu. Jak postrzegali ją marynarze? Uśmiechali się, machali. Lubili ją. Yalb, wiszący leniwie na pobliskiej linie, zawołał do niej, informując ją, że w następnym porcie była rzeźba, którą koniecznie musi zobaczyć.

– To taka wielka stopa, panienko! Sama stopa! Nigdy nie dokończyli grzmiącej rzeźby...

Uśmiechnęła się do niego i ruszyła dalej. Czy chciała, by patrzyli na nią jak na Jasnah? Cały czas przestraszeni i zmartwieni, że mogą zrobić coś niewłaściwego? Czy to była władza?

Kiedy wypłynęłam z Vedenaru, pomyślała, docierając do swojej skrzyni, kapitan ciągle zachęcał mnie do powrotu do domu. Postrzegał moją misję jako szaleństwo.

Tozbek zawsze zachowywał się tak, jakby robił jej przysługę, płynąc z nią za Jasnah. Czy powinna cały czas mieć uczucie, że narzucała się jemu i jego załodze, kiedy ich wynajęła? Owszem, dostała rabat ze względu na wcześniejsze interesy kapitana z jej ojcem – ale i tak to ona ich zatrudniała.

Pewnie tak właśnie zachowywali się thayleńscy kupcy. Jeśli kapitanowi udało się sprawić, by klient poczuł, że się narzuca, dostawał więcej. Lubiła go, ale ich kontakty pozostawiały nieco do życzenia. Jasnah nigdy by się nie zgodziła na takie traktowanie.

Santhid wciąż płynął obok nich. Wyglądał jak niewielka ruchoma wyspa, jego grzbiet porastały wodorosty, a ze skorupy wystawały nieduże kryształy.

Shallan odwróciła się i ruszyła w stronę rufy, gdzie kapitan Tozbek rozmawiał z jednym z matów, wskazując mapę pokrytą glifami.

– Jedno ostrzeżenie, panienko – powiedział. – Wkrótce porty staną się mniej przyjemne. Opuścimy Cieśninę Długobrewych i popłyniemy wzdłuż wschodniej krawędzi kontynentu, w stronę Nowego Natananu. Aż do Płytkich Krypt nie ma nic ciekawego, a i one nie robią zbyt dobrego wrażenia. Nawet swojego brata nie puściłbym tam na brzeg bez strażników, a on gołymi rękami zabił siedemnastu mężczyzn.

– Rozumiem, kapitanie – stwierdziła Shallan. – I dziękuję. Zmieniłam swoją wcześniejszą decyzję. Musisz zatrzymać statek, żebym mogła przyjrzeć się okazowi, który płynie obok nas.

Westchnął, uniósł dłoń i przeciągnął palcami wzdłuż jednej ze sztywnych brwi – podobnie jak inni mężczyźni bawili się wąsami.

– Jasności, to nie jest wskazane. Ojcze Burz! Jeśli wrzucę was do oceanu...

– To będę mokra – powiedziała Shallan. – Stanu tego doświadczyłam kilka razy w życiu.

– Nie, po prostu nie mogę na to pozwolić. Jak już powiedziałem, pokażemy wam skorupy...

– Nie możesz na to pozwolić? – przerwała Shallan.

Patrzyła na niego z, jak liczyła, zdziwioną miną, i miała nadzieję, że nie widać jej mocno zaciśniętych dłoni. Na burze, nienawidziła konfrontacji.

– Nie byłam świadoma, że wypowiedziałam prośbę, na którą mógłbyś się zgodzić lub nie, kapitanie. Zatrzymaj statek. Opuść mnie. To polecenie.

Próbowała to powiedzieć z równym naciskiem, jak Jasnah. Kobieta umiała wywołać wrażenie, że łatwiej byłoby się sprzeciwić arcyburzy niż jej.

Tozbek przez chwilę bezgłośnie poruszał ustami, jakby jego ciało próbowało dalej się sprzeciwiać, ale umysł zwolnił.

– To mój statek... – powiedział w końcu.

– Twojemu statkowi nic się nie stanie – powiedziała Shallan. – Pośpieszmy się, kapitanie. Nie chciałabym opóźnić dotarcia do portu.

Opuściła go i z bijącym sercem oraz drżącymi rękami podeszła do skrzynki. Usiadła, częściowo dla uspokojenia.

Tozbek z wyraźną irytacją zaczął wydawać rozkazy. Opuszczono żagle, statek zwolnił. Shallan odetchnęła, czując się jak idiotka.

A jednak to, o czym mówiła Jasnah, zadziałało. Sposób, w jaki Shallan się zachowała, stworzył coś w oczach Tozbeka. Iluzję? Może jak same spreny? Ożywione fragmenty ludzkich oczekiwań?

Santhid zwolnił razem z nimi. Nieco zdenerwowana Shallan wstała, gdy marynarze zbliżyli się z liną. Niechętnie zawiązali na końcu pętlę, w którą mogła wsunąć stopę, później wyjaśnili, że kiedy będzie opuszczana, powinna mocno trzymać linę. Zawiązali drugą, cieńszą linę, wokół jej talii – sposób, by wciągnąć ją, mokrą i upokorzoną, z powrotem na pokład. W ich oczach było to nieuniknione.

Zdjęła buty, po czym zgodnie z poleceniem przeszła przez reling. Czy wcześniej było tak wietrznie? Na chwilę zakręciło jej się w głowie, gdy tak stała, zaciskając palce w skarpetkach na wąskiej krawędzi, a jej suknia łopotała na wietrze. Podleciał do niej wiatrospren, po chwili przyjął kształt twarzy wyłaniającej się z chmur. Na burze, niech ten stwór się nie wtrąca. Czy to ludzka wyobraźnia nadała sprenom skłonność do psot?

Niepewnie stanęła w pętli, gdy marynarze opuścili ją do jej stóp, a później Yalb podał Shallan maskę, o której mówił wcześniej.

 

Spod pokładu wyszła Jasnah, rozejrzała się zdezorientowana. Zobaczyła Shallan stojącą na burcie i uniosła brew.

Dziewczyna wzruszyła ramionami i gestem kazała się opuścić.

Nie pozwoliła sobie poczuć się głupio, gdy powoli opadała w stronę wody i rzadkiego zwierzęcia unoszącego się na falach. Mężczyźni zatrzymali ją stopę albo dwie nad powierzchnią, a wtedy Shallan założyła maskę, przytrzymywaną paskami i zakrywającą większość twarzy, łącznie z nosem.

– Niżej! – krzyknęła.

Wydawało jej się, że czuje niechęć w leniwym sposobie, w jaki opadała lina. Jej stopa dotknęła wody i nogę przeszyło przenikliwe zimno. Ojcze Burz! Ale nie kazała im przestać. Pozwalała, by ją opuszczali, aż jej nogi w całości zanurzyły się w lodowatej wodzie. Spódnica wydęła się w niezwykle irytujący sposób, w końcu przydeptała jej rąbek – wewnątrz pętli – by nie podniosła się wokół jej talii i nie unosiła się na powierzchni wody.

Przez chwilę walczyła z tkaniną, ciesząc się, że mężczyźni na górze nie widzą jej rumieńca. Gdy materiał namókł, stał się łatwiejszy do opanowania. W końcu Shallan udało się kucnąć, nie puszczając przy tym liny, i zanurzyć się do pasa.

Wtedy zanurzyła głowę.

Światło przenikające przez powierzchnię tworzyło świetliste, migoczące kolumny. W wodzie było życie, gorączkowe, zadziwiające życie. Malutkie rybki pływały we wszystkie strony, ogryzając dolną część skorupy, która osłaniała majestatyczną istotę. W rzeczywistości santhid był sękaty jak stare drzewo, o pofałdowanej skórze, a do tego miał opadające błękitne macki, niczym meduza, tylko o wiele grubsze. Znikały w głębinach, ciągnąc się za stworem.

Sama istota była węzłowatą, niebieskoszarą masą ukrytą pod skorupą. Pofałdowana skóra otaczała jedno wielkie oko po stronie Shallan – najpewniej drugie znajdowało się po drugiej stronie. Stwór wydawał się ociężały, a jednak majestatyczny, z wielkimi płetwami, które poruszały się jak wiosła. Otaczały go dziwne spreny o kształcie grotu strzały.

Wokół krążyły ławice ryb. Choć głębiny wydawały się puste, bezpośrednie otoczenie santhida obfitowało w życie, podobnie jak okolice statku. Ryby przepływały między santhidem i statkiem, czasem samotnie, czasem całymi falami. Czy to dlatego płynął obok statku? Ze względu na ryby i swój z nimi związek?

Spojrzała na istotę, a jej oko – wielkie jak ludzka głowa – przekręciło się w stronę Shallan, skupiło, stwór ją zobaczył. W tej chwili dziewczyna nie czuła zimna. Nie czuła zawstydzenia. Patrzyła na świat, którego, o ile wiedziała, nie odwiedziła wcześniej żadna uczona.

Zamrugała, tworząc Wspomnienie stwora, by później go narysować.