Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cisza. Uderzyło go, mimo szumu w uszach, że cały tłum zamilkł. Słyszał ich oddechy.

– Czy złamałem jakieś zasady? – powtórzył.

– Pojedynek nie tak powinien...

– Czyli zwyciężyłem – stwierdził Adolin.

Kobieta wyraźnie się zagotowała.

– Ten pojedynek mieliście prowadzić do trzech zniszczonych fragmentów Pancerza. Ty zniszczyłeś jedynie dwa.

Adolin spojrzał z góry na oszołomionego Salinora, po czym wyciągnął rękę, zerwał naramiennik i zmiażdżył go w dłoniach.

– Gotowe.

Oszołomiona cisza.

Adolin ukląkł obok przeciwnika.

– Twoje Ostrze.

Salinor próbował wstać, ale bez napierśnika było to o wiele trudniejsze. Jego Pancerz nie działał właściwie, więc musiałby przetoczyć się na bok i podciągnąć nogi. Do zrobienia, ale najwyraźniej brakowało mu doświadczenia z Pancerzem, by przeprowadzić ten manewr.

Adolin uderzeniem w ramię znów pchnął go na piasek.

– Przegrałeś – warknął Adolin.

– Oszukiwałeś! – wyrzucił z siebie Salinor.

– Jak?

– Nie wiem jak! Po prostu... Tak nie powinno...

Przerwał, gdy Adolin ostrożnie położył okrytą rękawicą dłoń na jego szyi. Sadolin szerzej otworzył oczy.

– Nie zrobiłbyś tego.

Z piasku wokół niego wypełzły strachospreny.

– Nagroda – powiedział Adolin.

Nagle poczuł się wyczerpany. Dreszcz zgasł. Na burze, nigdy wcześniej nie czuł się tak w czasie pojedynku.

Ostrze Salinora pojawiło się w jego dłoni.

– Zwycięstwo – powiedziała z wyraźną niechęcią arcysędzia – przypada Adolinowi Kholinowi. Salinor Eved traci Odprysk.

Salinor pozwolił, by Ostrze wysunęło się z jego palców. Adolin wziął je i ukląkł obok przeciwnika, zwróciwszy głowicę broni w jego stronę.

– Zerwij więź.

Salinor po chwili wahania dotknął rubinu na głowicy. Klejnot rozbłysł. Więź została zerwana.

Adolin wstał, wyrwał rubin i zmiażdżył go rękawicą. To nie było konieczne, ale stanowiło ładny symbol. W tłumie w końcu zrobiło się głośno, rozległy się gorączkowe rozmowy. Przybyli na spektakl, a dostali brutalność. Cóż, na wojnie tak często bywało. Jak przypuszczał, dobrze, że to zobaczyli, choć kiedy wrócił do salki, nie czuł się pewnie. Postąpił lekkomyślnie. Odesłanie Ostrza? Postawienie się w takiej sytuacji, kiedy jego przeciwnik mógł się podnieść na nogi?

Adolin wszedł do sali. Renarin wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczyma.

– Niewiarygodne – powiedział młodszy brat. – To musiał być najkrótszy pojedynek o Odprysk w historii! Byłeś wspaniały, Adolinie!

– Ja... dziękuję. – Podał Renarinowi Ostrze Odprysku Salinora. – Prezent.

– Adolinie, pewien jesteś? To znaczy, nie radzę sobie najlepiej z Pancerzem, który już mam.

– Równie dobrze możesz mieć komplet – stwierdził Adolin. – Weź je.

Renarin wyglądał, jakby się wahał.

– Weź je – powtórzył Adolin.

Renarin zrobił to z wyraźną niechęcią. Skrzywił się, gdy je przyjął. Adolin potrząsnął głową i usiadł na jednej ze wzmacnianych ław, mających utrzymać ciężar Pancerza. Do środka weszła Navani, która wcześniej siedziała na trybunach.

– To, co zrobiłeś – zauważyła – nie udałoby się z lepszym przeciwnikiem.

– Wiem – przyznał Adolin.

– W takim razie postąpiłeś mądrze – stwierdziła Navani. – Ukrywasz swoje prawdziwe umiejętności. Ludzie mogą zakładać, że zwyciężyłeś podstępem, brutalnością zamiast w prawdziwym pojedynku. Mogą nadal cię nie doceniać. Wykorzystam to, żeby zorganizować ci kolejne pojedynki.

Adolin pokiwał głową, udając, że właśnie dlatego to zrobił.


Pracoforma przynosi opiekę i siłę.

Z nią usłyszysz szept sprenów w swym uchu.

Formy tej szukaj pierwszej, by sekret odkryła

I by odnaleźć znów wolność od strachu.

19. zwrotka Pieśni wyliczenia słuchaczy.

– Kupcu Tvlakv – powiedziała Shallan – wydaje mi się, że włożyłeś dziś inną parę butów niż pierwszego dnia naszej podróży.

Tvlakv zatrzymał się w drodze do wieczornego ogniska, ale szybko zareagował. Odwrócił się w jej stronę z uśmiechem na twarzy i potrząsnął głową.

– Obawiam się, że się mylicie, jasności! Tuż po wyruszeniu w tę podróż burza zabrała mi jedną ze skrzyń z odzieżą. Mam przy sobie jedynie tę parę butów.

To było oczywiste kłamstwo. Jednak po sześciu dniach wspólnej podróży odkryła, że Tvlakvowi zbytnio nie przeszkadzało, jeśli złapano go na kłamstwie.

Shallan siedziała w półmroku na stopniu swojego wozu i patrzyła na niego z góry. Stopy miała zabandażowane. Spędziła większość dnia, wyciskając pędy guzowca, a później wcierając sok w stopy, żeby odpędzić zgniłospreny. Czuła się ogromnie zadowolona, że zauważyła rośliny – okazało się, że choć brakowało jej wiedzy praktycznej, niektóre z jej nauk mogły się okazać przydatne w dziczy.

Czy powinna zwrócić mu uwagę, że to kłamstwo? Co by przez to osiągnęła? Nie wydawało się, że takie rzeczy go zawstydzają. Obserwował ją w ciemnościach oczyma jak paciorki.

– Cóż – zwróciła się do niego – to niefortunne. Może podczas podróży napotkamy inną grupę kupców, od których będę mogła zakupić stosowne obuwie.

– Z pewnością będę wyglądał takiej okazji, jasności. – Tvlakv złożył jej ukłon i uśmiechnął się fałszywie, po czym ruszył w stronę wieczornego ogniska, które paliło się słabo – skończyło im się drewno i parshmeni ruszyli na poszukiwania.

– Kłamstwa – powiedział cicho Wzór, jego zarys był niemal niewidoczny na siedzeniu obok.

– Wie, że dopóki nie mogę chodzić, jestem od niego bardziej zależna.

Tvlakv usiadł przy słabym ognisku. W pobliżu kręciły się wyprzężone chulle, miażdżąc potężnymi stopami małe skałopąki. Nigdy się zbytnio nie oddalały.

– Idź zobaczyć, co mówi – powiedziała Wzorowi.

– Zobaczyć...?

– Posłuchaj jego słów, po czym wróć i powtórz je mnie. Nie zbliżaj się za bardzo do światła.

Wzór zsunął się po boku wozu. Shallan oparła się o siedzenie, po czym wyjęła z bezpiecznej sakiewki lusterko, które znalazła w skrzyni Jasnah, jak również samotną szafirową kulę jako źródło światła. Marka, niezbyt jasna, i do tego gasnąca. Kiedy ma być następna arcyburza? Jutro?

Zbliżył się początek nowego roku, a to oznaczało, że nadchodził Płacz, choć dzieliło ich od niego jeszcze kilka tygodni. W końcu to był Jasny Rok, prawda? Cóż, mogła tu wytrzymać arcyburze. Już raz była zmuszona przetrwać jedną z nich zamknięta w wozie.

W lusterku widziała, że wygląda koszmarnie. Zaczerwienione, podkrążone oczy, rozczochrane włosy, suknia poszarpana i zabrudzona. Wyglądała jak żebraczka, która znalazła na stercie śmieci niegdyś elegancką sukienkę.

Zbytnio jej to nie przeszkadzało. Czy chciała wyglądać ładnie dla łowców niewolników? Wcale. Ale choć Jasnah nie przejmowała się, co myślą o niej ludzie, zawsze wyglądała doskonale. Choć nie zachowywała się prowokująco – nawet przez chwilę. W rzeczy samej, bez ogródek krytykowała takie zachowanie. „Wykorzystywanie ujmującej twarzy, by skłonić mężczyzn do spełniania twoich życzeń, niczym się nie różni od mężczyzny wykorzystującego siłę mięśni, by nagiąć kobietę do swojej woli”, powiedziała. „Oba te sposoby są prymitywne i oba zawodzą w miarę starzenia”.

Nie, Jasnah nie popierała uwodzenia jako narzędzia. Jednak ludzie inaczej reagowali na tych, którzy panowali nad sobą.

Ale co mogę zrobić? – pomyślała Shallan. Nie mam kosmetyków do makijażu, nawet butów nie mam.

– ...może być kimś ważnym. – W pobliżu nagle rozległ się głos Tvlakva.

Shallan podskoczyła, po czym spojrzała w bok. Na siedzeniu obok niej spoczywał Wzór. Głos dochodził z tego miejsca.

– Jest kłopotem. – To mówił Tag. Wibracje Wzoru stworzyły doskonałą imitację. – Nadal sądzę, że powinniśmy ją zostawić i odjechać.

– Na całe szczęście dla nas – powiedział Tvlakv – ta decyzja nie należy do ciebie. Ty się zajmij kolacją, a naszą małą jasnooką towarzyszką zajmę się ja. Ktoś na nią czeka, ktoś bogaty. Jeśli uda się nam odsprzedać ją tym ludziom, Tag, może w końcu wydostaniemy się na powierzchnię.

Wzór przez chwilę imitował dźwięki trzaskającego ognia, po czym umilkł.

Precyzja, z jaką oddał rozmowę, była niesamowita. To się może okazać bardzo użyteczne, pomyślała Shallan.

Niestety, musiała coś zrobić z Tvlakvem. Nie mogła pozwolić, by myślał o niej jako o kimś, kogo można odsprzedać tym, którzy na nią czekali – to było niepokojąco bliskie postrzegania jej jako niewolnicy. Gdyby pozwoliła mu zachować takie nastawienie, całą drogę spędziłaby, martwiąc się nim i jego zbirami.

Co zrobiłaby Jasnah w takiej sytuacji?

Zaciskając zęby, Shallan zsunęła się z wozu, ostrożne stawiając poranione stopy. Zaczekała, aż bólospreny się wycofają, później – ukrywając cierpienie – podeszła do słabego ogniska i usiadła.

– Tag, możesz odejść.

Mężczyzna spojrzał na Tvlakva, który pokiwał głową. Tag poszedł zobaczyć, jak radzą sobie parshmeni. Bluth z kolei wyruszył rozejrzeć się po okolicy, jak to często robił nocami, by poszukać śladów innych przejeżdżających w okolicy.

– Czas omówić twoją zapłatę – stwierdziła Shallan.

– Służba dla kogoś tak znamienitego jest rzecz jasna zapłatą samą w sobie.

– Rzecz jasna – powtórzyła, patrząc mu w oczy. Nie cofaj się. Uda ci się. – Ale kupiec musi z czegoś żyć. Nie jestem ślepa, Tvlakv. Twoi ludzie nie zgadzają się z decyzją, by mi pomóc. Uważają to za marnotrawstwo.

Tvlakv posłał zaniepokojone spojrzenie Tagowi. Miała nadzieję, że teraz zastanawia się, czego jeszcze się domyśliła.

 

– Po dotarciu na Strzaskane Równiny – powiedziała Shallan – zdobędę ogromną fortunę. Nie mam jej jeszcze.

– To... niefortunne.

– Wręcz przeciwnie – stwierdziła. – To okazja, kupcu Tvlakv. Fortuna, jaką uzyskam, jest skutkiem zaręczyn. Jeśli bezpiecznie dotrę na miejsce, ci, którzy mnie ocalili – uratowali przed piratami i poświęcili się znacznie, by dowieźć mnie do nowej rodziny – bez wątpienia zostaną odpowiednio wynagrodzeni.

– Jestem jedynie pokornym sługą – powiedział Tvlakv z szerokim, fałszywym uśmiechem. – Zupełnie nie myślę o nagrodzie.

Myśli, że kłamię o fortunie. Shallan z frustracją zacisnęła zęby, a w jej wnętrzu zapłonął ogień. Tak właśnie postępował Kabsal. Traktował ją jak zabawkę, środek do celu, nie prawdziwego człowieka.

Nachyliła się w stronę Tvlakva.

– Nie baw się ze mną, handlarzu niewolników.

– Nie odważyłbym się...

– Nie masz pojęcia, w jaką burzę się wpakowałeś – syknęła Shallan, nie pozwalając mu uciec wzrokiem. – Nie masz pojęcia, jak wiele zależy od mojego przybycia. Weź te swoje małe intrygi i wepchnij je do szczeliny. Zrób, co mówię, a upewnię się, że twoje długi zostaną anulowane. Znów będziesz wolnym człowiekiem.

– Co? Jak... jak...

Shallan wstała, przerywając mu. Czuła się silniejsza niż wcześniej. Bardziej zdeterminowana. Jej brak pewności siebie trzepotał na dnie żołądka, ale go zignorowała.

Tvlakv nie wiedział, że jest potulna. Nie wiedział, że została wychowana na wsi, w izolacji. W jego oczach była kobietą z dworu, mistrzynią argumentacji, przyzwyczajoną, że ludzie są jej posłuszni.

Kiedy stała przed nim i czuła się świetlista w blasku płomieni – górując nad nim i jego haniebnymi manipulacjami – zrozumiała. W oczekiwaniach nie chodziło tylko o to, czego ludzie od niej oczekiwali.

Chodziło o to, czego oczekiwała od samej siebie.

Tvlakv odsunął się od niej jak ktoś stojący przed gwałtownie płonącym ogniem. Cofnął się z szeroko otwartymi oczyma i uniósł rękę. Shallan zrozumiała, że rzeczywiście emanuje lekkim blaskiem ze światła kul. Jej suknia nie była już podarta i poplamiona. Wyglądała wspaniale.

Instynktownie pozwoliła, by blask zniknął i miała nadzieję, że Tvlakv uzna to za złudzenie wywołane przez płomienie ogniska. Obróciła się i zostawiła go drżącego przy ogniu, a sama wróciła do wozu. Zapadła całkowita ciemność, pierwszy księżyc jeszcze nie wzeszedł. Kiedy szła, jej stopy nie bolały tak bardzo jak wcześniej. Czyżby sok guzowca aż tak pomagał?

Dotarła do wozu i zaczęła się wspinać na swoje miejsce, lecz w tej właśnie chwili Bluth wpadł do obozu.

– Zgasić ogień! – wrzasnął.

Tvlakv patrzył na niego osłupiały.

Bluth rzucił się naprzód, minął Shallan, a dotarłszy do ogniska, chwycił kociołek parującego bulionu. Przekręcił go nad płomieniami, wzniecając fontannę pary zmieszanej z popiołem i rozpraszając ogniospreny, które szybko zniknęły.

Tvlakv podskoczył, patrząc, jak brudny rosół – słabo rozświetlony dogasającymi węgielkami – płynie obok jego stóp. Shallan, zaciskając zęby z bólu, zeszła z wozu i też się zbliżyła. Z drugiej strony podszedł Tag.

– ...wydaje się, że jest ich kilka tuzinów – mówił przyciszonym głosem Bluth. – Są dobrze uzbrojeni, ale nie mają koni ani chulli, więc nie są zamożni.

– O co chodzi? – spytała ostro Shallan.

– Bandyci – wyjaśnił Bluth. – Albo najemnicy. Czy jak zechcecie ich nazwać.

– Nikt nie patroluje tych okolic, jasności – powiedział Tvlakv. Spojrzał na nią, lecz zaraz odwrócił wzrok, wyraźnie nadal wstrząśnięty. – Widzicie, to prawdziwa dzicz. Obecność Alethich na Strzaskanych Równinach oznacza, że wielu przychodzi i odchodzi. Kupieckie karawany takie jak my, rzemieślnicy szukający zatrudnienia, nisko urodzeni jasnoocy najemnicy, którzy chcą się zaciągnąć. Te dwa warunki, żadnych praw, za to dużo podróżników, to wszystko przyciąga pewien gatunek łotrów.

– Niebezpiecznych – zgodził się Tag. – Te typy biorą, co chcą. Zostawiają jedynie trupy.

– Widzieli nasze ognisko? – spytał Tvlakv, mnąc czapkę w dłoniach.

– Nie wiem – stwierdził Bluth i obejrzał się przez ramię. – Nie chciałem się zbliżać. Podkradłem się, żeby policzyć, a później szybko pobiegłem z powrotem.

– Jak możesz być pewien, że to bandyci? – spytała Shallan. – Może to żołnierze w drodze na Strzaskane Równiny, jak wspominał Tvlakv.

– Nie mają sztandarów, nie pokazują symboli – wyjaśnił Bluth. – Ale mają dobre wyposażenie i porządne warty. To dezerterzy. Postawiłbym na to chulle.

– Phi – mruknął Tvlakv. – Bluth, ty postawiłbyś moje chulle na wieżę w ręku. Ale jasności, choć ten głupiec nie jest dobrym hazardzistą, sądzę, że ma rację. Musimy zaprzęgać chulle i natychmiast odjechać. Ciemność nocy to nasz sojusznik, wykorzystajmy ją.

Skinęła głową. Mężczyźni, nawet korpulentny Tvlakv, poruszali się szybko, zwijając obóz i zaprzęgając chulle. Niewolnicy narzekali, że nie dostali jedzenia. Shallan zatrzymała się przy ich klatce, czując wstyd. Do jej rodziny należeli niewolnicy – i to nie tylko parshmeni i żarliwcy. Zwyczajni niewolnicy. W większości wypadków nie wiodło im się gorzej od ciemnookich bez prawa do podróżowania.

Ci biedacy byli jednak chorzy i na wpół zagłodzeni.

Jesteś o krok od znalezienia się samej w jednej z tych klatek, Shallan, pomyślała z drżeniem, kiedy Tvlakv przeszedł obok, wyklinając niewolników. Nie. Nie ważyłby się umieścić cię w tym miejscu. Zabiłby cię.

Znów musiała przypomnieć Bluthowi, by pomógł jej wejść do wozu. Tag popędził parshmenów do ich wozu, przeklinając ich powolność, po czym wspiął się na kozła i zajął miejsce z tyłu.

Wzeszedł pierwszy księżyc, przez co zrobiło się zbyt jasno jak na gust Shallan. Wydawało jej się, że każdy krok chulli jest głośny jak grzmot arcyburzy. Ocierali się o rośliny, które nazwała skałokolcami, ze względu na gałęzie przypominające rurki z piaskowca, a one trzęsły się i trzaskały.

Nie poruszali się szybko – chulle zawsze były powolne. Podczas jazdy zauważyła światła na zboczu, przerażająco blisko. Obozowisko oddalone o dziesięć minut spaceru. Zmiana kierunku wiatru przyniosła odległe głosy i brzęk metalu o metal, może ćwiczeń szermierki.

Tvlakv zwrócił się na wschód. Shallan zmarszczyła czoło.

– Dlaczego tam? – spytała szeptem.

– Pamiętacie ten parów, który widzieliśmy? – odpowiedział równie cicho Bluth. – Chcemy, żeby znalazł się między nami a nimi, gdyby nas usłyszeli i ruszyli na poszukiwania.

Shallan pokiwała głową.

– Co możemy zrobić, jeśli nas złapią?

– Nie będzie dobrze.

– Nie moglibyśmy ich przekupić, żeby nas przepuścili?

– Dezerterzy nie są zwykłymi bandytami – wyjaśnił Bluth. – Ci ludzie porzucili wszystko. Przysięgi. Rodziny. Kiedy człowiek dezerteruje, to go łamie. Sprawia, że jest gotów na wszystko, bo już oddał wszystko, czego utratą mógłby się przejąć.

– Aha – powiedziała Shallan, oglądając się przez ramię.

– Ja... Tak, całe życie trzeba przeżyć z taką decyzją. Człowiek pragnie, by została mu choć resztka honoru, ale już cały oddał.

Zamilkł, a Shallan była zbyt zdenerwowana, by dalej go naciskać. Wciąż wpatrywała się w światła na zboczu, gdy wozy – na szczęście – oddalały się coraz bardziej i w końcu ukryły się w mroku.


Zwinnoforma subtelne ma wyczucie

Tę formę wielu bogowie nadali,

choć i wielu zmiażdżyli po buncie.

Ta forma precyzję i obfitość chwali.

27. zwrotka Pieśni wyliczenia słuchaczy.

– Wiecie – odezwał się stojący u boku Kaladina Moash – zawsze sądziłem, że to miejsce będzie...

– Większe? – zasugerował Drehy z lekkim akcentem.

– Lepsze – powiedział Moash, rozglądając się po placu ćwiczeń. – Wygląda dokładnie jak to, na którym ćwiczą ciemnoocy żołnierze.

To miejsce było przeznaczone dla jasnookich Dalinara. Znajdujący się pośrodku otwarty dziedziniec pokrywała gruba warstwa piasku. Dookoła biegł nieco wzniesiony drewniany pomost, ciągnący się między piaskiem a wąskim budynkiem, głębokim zaledwie na jedno pomieszczenie. Ta budowla otaczała cały dziedziniec oprócz frontu, gdzie znajdowało się łukowate wejście, i miała szeroki dach ocieniający pomost. Jasnoocy oficerowie rozmawiali w cieniu lub przyglądali się mężczyznom ćwiczącym walkę w blasku słońca na dziedzińcu, a między nimi poruszali się żarliwcy, roznoszący broń lub napoje.

Place do ćwiczeń zwykle tak wyglądały. Kaladin był w wielu takich budynkach. Zwłaszcza w czasach, gdy zaczynał szkolenie w armii Amarama.

Zacisnął zęby i oparł dłoń na łuku prowadzącym na plac. Minęło kilka dni od przybycia Amarama do obozu. Siedem dni na poradzenie sobie ze świadomością, że Amaram i Dalinar byli przyjaciółmi.

Postanowił być burzowo szczęśliwy z przybycia Amarama. W końcu znaczyło to, że będzie miał szansę wreszcie wbić w niego włócznię.

Nie, pomyślał, wchodząc na plac, nie włócznię. Nóż. Chcę być blisko niego, twarzą w twarz, by obserwować jego przerażenie w chwili śmierci. Chcę poczuć, jak ten nóż się wbija.

Kaladin zamachał do swoich ludzi i wszedł łukowatym przejściem, zmuszając się, by skupić myśli na otoczeniu, a nie na Amaramie. Łuk był z porządnego kamienia, wydobytego z pobliskich kamieniołomów, a cała budowla została zgodnie z tradycją wzmocniona od wschodu. Oceniając po skąpych osadach kremu, stała tu od niedawna. Kolejny znak, że Dalinar zaczynał uważać obozy za coś trwałego – burzył proste, tymczasowe budynki i zastępował je solidniejszymi konstrukcjami.

– Nie wiem, czego się spodziewałeś – powiedział Drehy do Moasha, jednocześnie rozglądając się po placu. – Jak niby odmieniłbyś plac do ćwiczeń dla jasnookich? Użyłbyś diamentowego pyłu zamiast piachu?

– Auć – jęknął Kaladin.

– Nie wiem – odparł Moash. – Po prostu robią z tego taką wielką sprawę. Żadnych ciemnookich na „szczególnym” placu do ćwiczeń. Nie rozumiem, co czyni go szczególnym.

– Dlatego że nie myślisz jak jasnoocy – stwierdził Kaladin. – To miejsce jest szczególne z jednego prostego powodu.

– To znaczy? – spytał Moash.

– Dlatego że nas tu nie ma – wyjaśnił Kaladin, prowadząc ich do środka. – A przynajmniej zazwyczaj.

Zabrał ze sobą Drehy’ego i Moasha, jak również pięciu innych mężczyzn, mostowych i paru niedobitków dawnej Kobaltowej Gwardii. Dalinar przydzielił ich Kaladinowi, który z zaskoczeniem i zadowoleniem odkrył, że bez słowa sprzeciwu uznali jego dowództwo. Był pod ich wrażeniem, co do jednego. Stara Gwardia zasługiwała na swoją reputację.

Kilku z nich, wyłącznie ciemnoocy, zaczęło nawet jeść posiłki z drużyną Kaladina. Poprosili o naszywki mostu czwartego, które dostali – ale Kaladin polecił im, by na drugim ramieniu nosili z dumą naszywki Kobaltowej Gwardii.

Z włócznią w dłoni Kaladin poprowadził swój oddział w kierunku grupki żarliwców, którzy ruszyli pośpiesznie w ich stronę. Żarliwcy nosili voriński strój religijny – luźne spodnie i tuniki, związane w pasie sznurem. Strój biedaków. Byli niewolnikami, choć jednak nimi nie byli. Kaladin nigdy nie poświęcał im większej uwagi. Matka pewnie ubolewałaby nad jego brakiem religijności. Kaladin uznał jednak, że skoro Wszechmocny zbytnio się nim nie interesował, dlaczego miałoby być odwrotnie?

– To plac do ćwiczeń jasnookich – powiedziała surowo idąca na przedzie żarliwczyni.

Była smukłą kobietą, choć żarliwcy przynajmniej w teorii nie mieli płci. Ogoliła głowę, jak wszyscy żarliwcy. Jej towarzysze nosili kwadratowo przycięte brody, bez wąsów.

– Kapitan Kaladin, most czwarty – powiedział Kaladin, rozglądając się po placu i opierając włócznię na ramieniu. Łatwo by było doprowadzić do wypadku w czasie ćwiczeń. Musiał na to uważać. – Mam pilnować młodych Kholinów podczas dzisiejszych ćwiczeń.

– Kapitan? – prychnął jeden z żarliwców. – Ty...

Inny żarliwiec uciszył go, szepcąc mu coś do ucha. Wieści o Kaladinie szybko rozeszły się po obozie, ale żarliwcy często się izolowali.

– Drehy – powiedział Kaladin, wskazując palcem. – Widzisz te skałopąki rosnące na szczycie muru?

– Tak.

– Są hodowane. A to oznacza, że da się tam wejść.

– Oczywiście – stwierdziła pierwsza żarliwczyni. – Schody znajdują się w północno-zachodnim rogu. Mam klucz.

– Dobrze, możesz go wpuścić – powiedział Kaladin. – Drehy, miej stamtąd oko na wszystko.

 

– Robi się – odparł Drehy i potruchtał w stronę schodów.

– A jakich to niebezpieczeństw się tu spodziewacie? – spytała żarliwczyni, zakładając ręce na piersi.

– Widzę mnóstwo broni – wyjaśnił Kaladin – mnóstwo ludzi wchodzących i wychodzących, i... czyż nie zauważyłem też Ostrzy Odprysku? Zastanawiam się, co by mogło pójść nie tak.

Spojrzał na nią znacząco. Kobieta westchnęła i oddała klucz towarzyszowi, który pobiegł za Drehym.

Kaladin wskazał pozycje, które mieli zająć pozostali strażnicy. Odeszli, zostawiając go z Moashem. Szczupły mężczyzna odwrócił się na wzmiankę o Ostrzach Odprysku i teraz przyglądał im się z pożądaniem. Para jasnookich, którzy je nosili, wyszła na środek placu. Jedno Ostrze było długie i wąskie, z dużym jelcem, drugie zaś szerokie i ogromne, z paskudnymi kolcami – przypominającymi nieco płomienie – wystającymi po obu stronach sztychu. Obie bronie miały paski ochronne na krawędziach, jakby częściową pochwę.

– Hmm... – powiedział Moash – nie rozpoznaję żadnego z nich. Wydawało mi się, że znam wszystkich Odpryskowych w obozie.

– Nie są Odpryskowymi – wyjaśniła żarliwczyni. – Używają królewskich Ostrzy.

– Elhokar pozwala innym używać swojego Ostrza Odprysku? – spytał Kaladin.

– To wspaniała tradycja – stwierdziła żarliwczyni, wyraźnie zirytowana, że musi to wyjaśniać. – Arcyksiążęta tak postępowali we własnych księstwach, przed zjednoczeniem, a teraz to obowiązek i zaszczyt króla. Mężczyźni mogą używać królewskiego Ostrza i Pancerza do ćwiczeń. Jasnoocy z naszych armii muszą szkolić się z Odpryskami, dla dobra wszystkich. Trudno się nauczyć walki Ostrzem i w Pancerzu, a jeśli Odpryskowy ginie w bitwie, ważne jest, by inni byli od razu gotowi ich użyć.

Kaladin uznał, że to brzmi rozsądnie, choć trudno mu było sobie wyobrazić, że jakikolwiek jasnooki pozwoliłby komuś innemu dotknąć swojego Ostrza.

– Król ma dwa Ostrza Odprysku?

– Jedno należało do jego ojca i zostało zachowane do szkolenia Odpryskowych. – Żarliwczyni spojrzała na ćwiczących mężczyzn. – Alethkar zawsze miał najlepszych Odpryskowych na świecie, co częściowo wynika z tej tradycji. Król zasugerował, że pewnego dnia może oddać Ostrze ojca godnemu wojownikowi.

Kaladin pokiwał z uznaniem głową.

– Nieźle – stwierdził. – Założę się, że wielu mężczyzn przychodzi ćwiczyć, a każdy ma nadzieję udowodnić, że jest najlepszy i najbardziej godny. Elhokar znalazł dobry sposób, by podstępem skłonić gromadkę mężczyzn do ćwiczeń.

Żarliwczyni naburmuszyła się i odeszła. Kaladin patrzył, jak Ostrza Odprysku migoczą w powietrzu. Ci, którzy je trzymali, właściwie nie wiedzieli, co robią. Prawdziwi Odpryskowi, których widział, z którymi walczył, nie zataczali się i nie machali przerośniętymi mieczami jak halabardami. Nawet tamten pojedynek Adolina...

– Na burze, Kaladinie – powiedział Moash, odprowadzając kobietę wzrokiem. – I ty kazałeś mi zachowywać się z szacunkiem?

– Hm?

– Nie użyłeś tytułu przed imieniem króla – wyjaśnił Moash. – A później zasugerowałeś, że jasnoocy, którzy przychodzą ćwiczyć, są leniwi i trzeba ich zmuszać podstępem. Sądziłem, że postanowiłeś nie zrażać do siebie jasnookich?

Kaladin oderwał wzrok od Odpryskowych. Rozproszony, odezwał się bezmyślnie.

– Masz rację – powiedział. – Dziękuję za przypomnienie.

Moash skinął głową.

– Chcę, żebyś stanął przy bramie – stwierdził, pokazując palcem. Do środka weszła grupka parshmenów, niosąca skrzynie, pewnie z żywnością. Oni raczej nie byli niebezpieczni, prawda? – Zwracaj szczególną uwagę na służących, podających miecze czy innych, z pozoru niewinnych, zbliżających się do synów arcyksięcia Dalinara. Pchnięcie nożem w bok przez kogoś takiego byłoby najlepszym sposobem na skrytobójstwo.

– Dobrze. Ale powiedz mi coś, Kal. Kim jest ten Amaram?

Kaladin odwrócił się gwałtownie do Moasha.

– Widzę, jak na niego patrzysz – wyjaśnił drugi mężczyzna. – Widzę twoją minę, gdy inni mostowi o nim wspominają. Co on ci zrobił?

– Byłem w jego armii – odparł Kaladin. – Ostatnie miejsce, w którym walczyłem, zanim...

Moash wskazał na czoło dowódcy.

– To jego robota, tak?

– Tak.

– Czyli nie jest tak wielkim bohaterem, za jakiego uważają go ludzie – stwierdził Moash. Wydawał się zadowolony.

– Jego dusza jest ciemniejsza niż inne.

Moash wziął Kaladina za ramię.

– Jakoś się na nich odegramy. Na Sadeasie, Amaramie. Tych, którzy nam to zrobili.

Wokół niego pojawiły się złościospreny, niczym kałuże krwi na piasku.

Kaladin spojrzał mu w oczy i pokiwał głową.

– W porządku – powiedział Moash, oparł włócznię na ramieniu i odbiegł w stronę miejsca, które wskazał mu Kaladin. Spreny zniknęły.

– On również powinien nauczyć się więcej uśmiechać – szepnęła Syl.

Kaladin nie zauważył, jak fruwa w pobliżu. Teraz usadowiła się na jego ramieniu.

Mężczyzna odwrócił się, żeby obejść plac, sprawdzić każde wejście. Może był przesadnie ostrożny. Po prostu lubił dobrze wykonywać swoją pracę, a przez zbyt długi czas jedyną jego pracą było ratowanie mostu czwartego.

Czasami myślał jednak, że tego zadania nie dało się wykonywać dobrze. Podczas ostatniej arcyburzy ktoś ponownie wślizgnął się do komnat Dalinara i wypisał na ścianie drugą liczbę. Po odliczeniu wskazywała na tę samą datę, oddaloną o niewiele ponad miesiąc.

Arcyksiążę nie wydawał się jednak zmartwiony i nie chciał, żeby wieści się rozeszły. Na burze... sam pisał te glify, kiedy miał ataki? A może to był jakiś spren? Kaladin miał pewność, że tym razem nikt nie mógł go ominąć i wejść do środka.

– Chcesz porozmawiać o tym, co cię dręczy? – spytała Syl.

– Martwię się tym, co w czasie arcyburz dzieje się z Dalinarem – odparł Kaladin. – Te liczby... coś jest nie tak. Wciąż widzisz te spreny?

– Czerwone błyskawice? – spytała. – Tak mi się wydaje. Trudno je zauważyć. Ty ich nie widziałeś?

Kaladin potrząsnął głową, uniósł włócznię i wkroczył na pomost wokół piasku. Zajrzał do magazynu. Na ścianie wisiały drewniane miecze, niektóre rozmiaru Ostrzy Odprysku, i skórzane pancerze do ćwiczeń.

– Czy tylko to cię martwi? – spytała Syl.

– A co takiego jeszcze mogłoby mnie martwić?

– Amaram i Dalinar.

– To nic takiego. Dalinar Kholin przyjaźni się z jednym z najgorszych morderców, jakich w życiu spotkałem. I co z tego? Dalinar jest jasnookim. Pewnie przyjaźni się z wieloma mordercami.

– Kaladinie... – powiedziała Syl.

– Wiesz, Amaram jest gorszy od Sadeasa – stwierdził Kaladin, obchodząc magazyn w poszukiwaniu drzwi. – Wszyscy wiedzą, że Sadeas jest szczurem. Jest szczery. „Jesteś mostowym”, powiedział mi, „i będę cię wykorzystywać, aż umrzesz”. Amaram jednak... Obiecywał, że będzie kimś więcej, oświeconym jak z opowieści. Mówił mi, że ochroni Tiena. Udawał honor. Sadeas nigdy nie upadnie tak nisko.

– Dalinar nie jest taki jak Amaram – sprzeciwiła się Syl. – Wiesz, że tak jest.

– Ludzie mówią o nim to samo, co mówili o Amaramie. Co wciąż o nim mówią.

Wyszedł z powrotem na słońce i ruszył w dalszy obchód, mijając ćwiczących jasnookich, którzy wzbijali chmury piachu, sapali, pocili się i trzaskali drewnianymi mieczami.

Każdej parze towarzyszyło co najmniej pół tuzina ciemnookich służących z ręcznikami i manierkami – a wielu miało też parshmena albo dwóch, którzy przynosili im krzesła, by mogli na nich odpocząć. Ojcze Burz. Nawet w czymś tak zwyczajnym jasnoocy musieli być rozpieszczani.

Syl wyłoniła się z powietrza przed jego twarzą, opadła jak burza. Dosłownie jak burza. Zatrzymała się tuż przed nim, pod stopami miała chmurę przecinaną błyskawicami.

– Czy możesz szczerze powiedzieć – spytała ostro – że twoim zdaniem Dalinar Kholin jedynie udaje honor?

– Ja...

– Nie okłamuj mnie, Kaladinie – powiedziała, zrobiła krok naprzód i wyciągnęła dłoń w jego stronę. Choć była malutka, w tej chwili wydawała się ogromna jak arcyburza. – Żadnych kłamstw. Nigdy.

Odetchnął głęboko.

– Nie – przyznał w końcu. – Nie, Dalinar oddał za nas swoje Ostrze. Jest dobrym człowiekiem. Wierzę w to. Amaram go oszukał. Mnie też oszukał, więc raczej nie powinienem mieć pretensji do Kholina.

Syl skinęła głową, chmura się rozproszyła.

– Powinieneś z nim porozmawiać o Amaramie – powiedziała, idąc w powietrzu obok głowy Kaladina, gdy on kontynuował obchód.

Stawiała nieduże kroki, więc powinna zostać z tyłu, ale tak się nie stało.