Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To jaki to właściwie spren? – spytał Thude w powolnym Rytmie Ciekawości.

Uniósł klejnot i wpatrzył się w dymną istotę poruszającą się w środku.

– Burzospren, tak twierdzi moja siostra – odparła Eshonai, opierając się o ścianę z założonymi rękami.

Thude ozdobił związane pasma brody kawałkami nieoszlifowanych klejnotów, które kołysały się i brzęczały, kiedy drapał się po brodzie. Uniósł duży oszlifowany kamień do Bili, która wzięła go i postukała w niego palcem.

Byli parą bitewną z osobistej jednostki Eshonai. Nosili proste stroje, skrojone tak, by przykrywać chitynowe pancerze na ramionach, nogach i piersiach. Thude włożył również długi płaszcz, ale nie nosił go w czasie bitwy.

Eshonai z kolei miała na sobie mundur – obcisła czerwona tkanina, naciągnięta na jej naturalny pancerz – i czapkę na głowie. Nigdy nikomu nie mówiła, że ten mundur ją więzi, jest jak kajdany, które utrzymują ją w jednym miejscu.

– Burzospren – powtórzyła Bila w Rytmie Sceptycyzmu, obracając kamień w palcach. – Czy pomoże mi zabijać ludzi? Bo jeśli nie, to nie wiem, czemu miałabym się nim przejmować.

– On może zmienić świat, Bio – powiedziała Eshonai. – Jeśli Venli ma rację, uda się jej związać z tym sprenem i wyjdzie z tego coś innego niż tępoforma... cóż, przynajmniej będziemy mieli jeszcze jedną, zupełnie nową formę. W najlepszym wypadku będziemy mogli panować nad burzami i wykorzystywać ich energię.

– Ona spróbuje osobiście? – spytał Thude w Rytmie Wiatrów, rytmie, który wykorzystywali, by ocenić, czy zbliża się arcyburza.

– Jeśli Piątka wyrazi zgodę. – Mieli to omówić i podjąć decyzję.

– To wspaniałe – powiedziała Bila – ale czy pomoże mi zabijać ludzi?

Eshonai dostroiła się do Żałoby.

– Jeśli burzoforma rzeczywiście jest jedną ze starożytnych mocy, to tak. Pomoże ci zabijać ludzi. Wielu.

– To mi odpowiada – stwierdziła Bila. – Dlaczego się tak martwisz?

– Mówi się, że starożytne moce pochodzą od naszych bogów.

– A kogo to obchodzi? Jeśli bogowie pomogliby nam zabić tamte armie, to natychmiast złożyłabym im przysięgę.

– Nie mów tak, Bilo – powiedziała Eshonai z Reprymendą. – Nigdy nie mów nic takiego.

Kobieta ucichła i rzuciła kamień na stół. Cicho nuciła w Rytmie Sceptycyzmu. To graniczyło z niesubordynacją. Eshonai spojrzała w jej oczy i zanuciła Zdecydowanie.

Thude przenosił wzrok z jednej na drugą.

– Jedzenie? – spytał.

– Czy to twoja jedyna reakcja na każde nieporozumienie? – spytała Eshonai, przerywając pieśń.

– Trudno się kłócić z pełnymi ustami – odpowiedział.

– Z pewnością widziałam wiele razy, jak to właśnie robisz – stwierdziła Bila.

– Ale kłótnie kończą się szczęśliwie – sprzeciwił się Thude. – Bo wszyscy mają pełne brzuchy. To co... jedzenie?

– W porządku. – Bila spojrzała na Eshonai.

Oboje odeszli. Eshonai usiadła przy stole. Czuła się wyczerpana. Kiedy zaczęła się martwić, że jej przyjaciele robią się niesubordynowani? To przez ten koszmarny mundur.

Podniosła klejnot i wpatrzyła się w jego głębię. Był spory, wielkości jednej trzeciej jej pięści, choć klejnoty nie musiały być duże, by uwięzić w środku sprena.

Nienawidziła ich więzić. Właściwym sposobem było wyjście w arcyburzę z odpowiednim nastawieniem i zaśpiewanie odpowiedniej pieśni, by przyciągnąć odpowiedniego sprena. Związanie się wśród furii szalejącej burzy i odrodzenie z nowym ciałem. Robili tak od przybycia pierwszych wiatrów.

Słuchacze od ludzi nauczyli się, że można więzić spreny, a później samodzielnie domyślili się, jak przebiega ten proces. Uwięziony spren ułatwiał przeobrażenie. Wcześniej zawsze istniał element przypadku. Można było wyjść w burzę z pragnieniem zostania żołnierzem, a wrócić jako para.

Na tym polega postęp, pomyślała Eshonai, wpatrując się w malutkiego dymnego sprena w kamieniu. Postęp to nauka panowania nad światem. Wznieść mury, by powstrzymać burze, decydować, kiedy chce się zostać parą. Postęp oznaczał wzięcie natury i zamknięcie jej w pudełku.

Eshonai schowała klejnot i sprawdziła godzinę. Spotkanie z resztą Piątki miało odbyć się w trzeciej części Rytmu Pokoju, a do tego miała jeszcze dobre pół części.

Czas porozmawiać z matką.

Eshonai wyszła na Narak i ruszyła ścieżką, odpowiadając skinięciami głowy tym, którzy salutowali. Mijała przeważnie żołnierzy. Tak wielu z nich nosiło teraz wojnoformę. Z ich niewielkiej liczby. Niegdyś na tych równinach żyły setki tysięcy słuchaczy. Teraz pozostał ułamek.

Nawet wtedy słuchacze byli zjednoczeni. Owszem, istniały podziały, konflikty, nawet wojny. Ale byli jednym ludem – tymi, którzy odrzucili bogów i szukali wolności w zapomnieniu.

Bili już nie obchodziło ich pochodzenie. Byli też inni podobni do niej, którzy ignorowali niebezpieczeństwo bogów i skupiali się jedynie na walce z ludźmi.

Eshonai mijała budynki – prowizoryczne budowle ze stwardniałego kremu na szkielecie ze skorup, skulone po zawietrznej skał. Większość była pusta. Przez lata w wojnie zginęły tysiące.

Musimy coś zrobić, pomyślała, dostrajając się do Rytmu Pokoju w głębi duszy. Szukała uspokojenia w jego powolnych, głębokich uderzeniach, delikatnych i połączonych ze sobą. Jak pieszczota.

I wtedy zobaczyła tępoformy.

Wyglądem przypominali tych, których ludzie nazywali „parshmenami”, choć byli nieco wyżsi i nie aż tak głupi. Mimo to tępoforma ograniczała, brakowało jej zdolności i przewag nowszych form. Tu nie powinno być żadnych. Czyżby przez pomyłkę związali się z niewłaściwym sprenem? To się czasem zdarzało.

Eshonai podeszła do dwóch kobiet i jednego mężczyzny. Dźwigali skałopąki zebrane na jednym z pobliskich płaskowyży, zachęcone do szybszego wzrostu za pomocą klejnotów napełnionych Burzowym Światłem.

– Co się dzieje? – spytała Eshonai. – Wybraliście tę formę przez pomyłkę? A może jesteście nowymi szpiegami?

Patrzyli na nią oczyma bez wyrazu. Eshonai dostroiła się do Niepokoju. Raz spróbowała tępoformy – chciała wiedzieć, co muszą znosić szpiedzy. Próba pojęcia bardziej skomplikowanych koncepcji w tej formie przypominała próbę racjonalnego myślenia we śnie.

– Czy ktoś poprosił was, żebyście przyjęli tę formę? – spytała Eshonai, mówiąc powoli i wyraźnie.

– Nikt nie prosił – odpowiedział mężczyzna bez żadnego rytmu. Jego głos wydawał się martwy. – My to zrobiliśmy.

– Dlaczego? – spytała. – Dlaczego zrobiliście?

– Ludzie nas nie zabiją, kiedy przyjdą – stwierdził mężczyzna, unosząc skałopąk i ruszając w swoją stronę. Pozostali dołączyli do niego bez słowa.

Eshonai gapiła się na nich, a Rytm Niepokoju rozbrzmiewał mocno w jej umyśle. Kilka strachosprenów, niczym długie fioletowe robaki, pojawiło się wśród pobliskich skał, aż w końcu wypełzły z ziemi wokół jej stóp.

Nie można było nakazać formy, każdy mógł ją wybrać dla siebie. Można było zachęcić do przeobrażenia lub o nie poprosić, ale nie dało się go wymusić. Bogowie nie dawali im tej wolności, więc słuchacze chcieli ją mieć, niezależnie od wszystkiego. Tamci mogli wybrać tępoformę, jeśli chcieli. A Eshonai nic nie mogła na to poradzić. Nie bezpośrednio.

Przyśpieszyła kroku. Noga wciąż ją bolała, ale rana szybko się goiła. Jedna z zalet wojnoformy. W tej chwili niemal mogła zignorować uszkodzenia.

W mieście pełnym pustych budynków matka Eshonai wybrała szopę na samej krawędzi miasta, niemal całkiem wystawioną na burze. Matka przycinała rzędy łupkokory, nucąc coś cicho w Rytm Pokoju. Przybrała pracoforormę, zawsze ją wolała. Nawet po odkryciu zwinnoformy się nie zmieniła. Powiedziała, że nie chce zachęcać innych do postrzegania jednej formy jako bardziej wartościowej od innych, że takie rozwarstwienie mogło ich zniszczyć.

Mądre słowa. Takie, jakich od lat nie słyszała od matki.

– Dziecko! – powiedziała matka na widok Eshonai.

Miała gładką, okrągłą twarz i wciąż mocną sylwetkę, a pasma włosów zaplatała w warkocz związany wstążką. Eshonai przyniosła jej tę wstążkę ze spotkania z Alethimi przed wielu laty.

– Dziecko, widziałaś swoją siostrę? To dzień jej pierwszej przemiany! Musimy ją przygotować.

– Już się tym zajęłam, matko – powiedziała Eshonai w Rytmie Pokoju i uklękła obok kobiety. – Jak idzie przycinanie?

– Wkrótce powinnam kończyć – stwierdziła matka. – Muszę odejść zanim wrócą właściciele tego domu.

– Ty jesteś jego właścicielką.

– Nie, nie. Należy do dwóch innych. Wczoraj w nocy byli w domu i powiedzieli mi, że muszę odejść. Ale najpierw skończę z tą łupkokorą.

Wyjęła pilnik, wygładziła jedną stronę i pomalowała ją sokiem, by pobudzić do wzrostu w tym miejscu.

Eshonai odchyliła się do tyłu, dostrajając się do Żałoby, i Pokój ją opuścił. Może powinna wybrać Rytm Straty. Zmienił się w jej głowie.

Stłumiła go. Nie. Nie, jej matka nie umarła.

Ale też nie była do końca żywa.

– Masz, weź to – powiedziała matka w Rytm Pokoju, podając jej pilnik. Przynajmniej dziś ją rozpoznała. – Popracuj nad tamtym wyrostkiem. Nie chcę, żeby rósł w dół. Musimy posłać go w górę, w górę, do światła.

– W tej części miasta burze są zbyt silne.

– Burze? Nonsens. Tu nie ma burz. – Matka zawahała się. – Zastanawiam się, dokąd zabierzemy twoją siostrę. Potrzebuje burzy do przeobrażenia.

– Nie przejmuj się tym, matko – powiedziała Eshonai, zmuszając się, by mówić w rytm Pokoju. – Zajmę się tym.

– Jesteś taka dobra, Venli – stwierdziła matka. – Taka pomocna. Zostajesz w domu, nie uciekasz, jak twoja siostra. Ta dziewczyna... Nigdy nie ma jej tam, gdzie powinna być.

 

– Teraz jest – szepnęła Eshonai. – Próbuje.

Matka nuciła pod nosem, nie przerywając pracy. Kiedyś miała najlepszą pamięć w mieście. Teraz też, w pewnym sensie.

– Matko – powiedziała Eshonai. – Potrzebuję pomocy. Sądzę, że wydarzy się coś strasznego. Nie umiem ocenić, czy jest mniej straszne niż to, co się już dzieje.

Matka opiłowała fragment łupkokory i zdmuchnęła pył.

– Nasz lud ginie – odezwała się Eshonai. – Jesteśmy wyniszczani. Przenieśliśmy się na Narak i wybraliśmy wojnę na wyniszczenie. To oznacza sześć lat ciągłych strat. Tracimy nadzieję.

– To niedobrze.

– Ale alternatywa? Sięgnięcie po rzeczy, po które nie powinniśmy, rzeczy, które mogą ściągnąć na nas wzrok Niestworzonych?

– Nie pracujesz – zauważyła matka, pokazując palcem. – Nie bądź jak twoja siostra.

Eshonai opuściła dłonie na kolana. To jej nie pomagało. Widok matki w takim stanie...

– Matko – powiedziała w Rytm Błagania – dlaczego opuściliśmy ciemny dom?

– Ach, to stara pieśń, Eshonai. – Matka westchnęła. – Mroczna pieśń, nie dla dziecka takiego jak ty. Przecież to nawet nie dzień twojego pierwszego przeobrażenia.

– Jestem już dość duża, matko. Proszę.

Matka dmuchnęła na łupkokorę. Czy w końcu zapomniała już ostatniej części tego, kim naprawdę była? Eshonai posmutniała.

– Dawno minęły dni, kiedy znaliśmy ciemny dom – zanuciła cicho matka zgodnie z jednym z Rytmów Wspomnień. – Ostatni Legion, tak nas wtedy zwali. Wojownicy wysłani do walki na najdalszych równinach, w tym miejscu, gdzie niegdyś żył cały naród, a teraz pozostały tylko gruzy. Śmierć była wolnością dla większości. Narzucono nam nieznane formy. Formy mocy, owszem, ale również formy posłuszeństwa. Bogowie rozkazywali, a my byliśmy posłuszni, zawsze. Zawsze.

– Za wyjątkiem tamtego dnia – zaśpiewała Eshonai razem z matką, zgodnie z rytmem.

– Dnia burzy, gdy Ostatni Legion uciekł – śpiewała dalej matka. – Trudna była ścieżka, którą obrali. Wojownicy, dotknięci przez bogów, naszą jedyną szansą była tępota umysłu. Okaleczenie, które przyniosło nam wolność.

Spokojny, dźwięczny głos matki tańczył z wiatrem. Choć w innych momentach wydawała się krucha, kiedy śpiewała stare pieśni, znów stawała się sobą. Rodzicem, który czasami bywał w konflikcie z Eshonai, ale którego zawsze szanowała.

– To było odważne wyzwanie – śpiewała matka – gdy Ostatni Legion porzucił myśl i moc dla wolności. Ryzykowali zapomnienie wszystkiego. I tak oto stworzyli pieśni, setkę historii, by pamiętać. Ja opowiadam je tobie, a ty opowiesz je swoim dzieciom, aż znów zostaną odkryte formy.

I tu matka przeszła do jednej z wczesnych pieśni o tym, jak ich lud zamieszkał w ruinach porzuconego królestwa. Jak się rozproszyli, zachowywali jak proste plemiona i uciekinierzy. Taki był ich plan, by pozostać w ukryciu.

Pieśni pomijały tak wiele. Ostatni Legion nie wiedział, jak się przeobrazić w coś poza tępoformą i paroformą, przynajmniej bez pomocy bogów. Skąd wiedzieli, jakie inne formy były możliwe? Czy te fakty zostały pierwotnie zapisane w pieśniach, a później utracone przez lata, gdy zmieniały się słowa?

Eshonai słuchała, i choć głos matki sprawił, że znów dostroiła się do Pokoju, odkryła, że i tak jest głęboko zaniepokojona. Przybyła tu po odpowiedzi. Kiedyś by to zadziałało.

Już nie.

Eshonai wstała, by opuścić śpiewającą matkę.

– Znalazłam twoje rzeczy – powiedziała matka, przerywając pieśń – kiedy dziś sprzątałam. Powinnaś je zabrać. Zagracają dom, a ja wkrótce będę się wyprowadzać.

Eshonai zanuciła cicho Żałobę, ale poszła sprawdzić, co takiego „odkryła” jej matka. Kolejną stertę kamieni, będących w jej oczach dziecinnymi zabawkami? Paski tkaniny, w których widziała ubrania?

Znalazła przed domem niewielki worek. Otworzyła go i odkryła papier.

Papier z miejscowych roślin, nie ludzki papier. Szorstki papier, różnokolorowy, wytwarzany na stary sposób słuchaczy. Mięsisty i gruby, nie gładki i czysty. Tusz zaczynał już blaknąć, ale Eshonai rozpoznała rysunki.

Moje mapy, pomyślała. Z tych wczesnych dni.

Bez zastanowienia dostroiła się do Wspomnienia. Dni spędzone na wędrówkach po pustkowiach, które ludzie nazywali Natanatanem, przez lasy i dżungle, gdy rysowała własne mapy i powiększała znany świat. Zaczęła sama, ale jej odkrycia podekscytowały cały lud. Wkrótce, choć miała zaledwie kilkanaście lat, prowadziła całe ekspedycje, by odkryć nowe rzeki, nowe ruiny, nowe spreny, nowe rośliny.

I ludzi. W pewnym sensie to była jej wina.

Matka znów zaczęła śpiewać.

Przeglądając stare mapy, Eshonai poczuła ogromną tęsknotę. Kiedyś postrzegała świat jako coś świeżego i ekscytującego. Nowego, jak las rozkwitający po burzy. Teraz umierała powoli, równie pewnie, jak jej lud.

Spakowała mapy i opuściła dom matki, kierując się w stronę centrum miasta. Pieśń matki, wciąż piękna, odbijała się echem za jej plecami. Eshonai dostroiła się do Pokoju, dzięki czemu zorientowała się, że prawie spóźniła się na spotkanie z resztą Piątki.

Nie przyśpieszyła kroku. Pozwoliła, by spokojne, głębokie rytmy Pokoju niosły ją naprzód. Jeśli ktoś nie skupiał się świadomie na dostrojeniu się do określonego rytmu, jego ciało naturalnie wybierało ten, który pasował do nastroju. Dlatego słuchanie rytmu, który nie pasował do samopoczucia, było zawsze świadomą decyzją. Teraz zrobiła to z Pokojem.

Słuchacze przed setkami lat podjęli decyzję, która sprawiła, że cofnęli się do prymitywnego poziomu. Decyzja o zamordowaniu Gavilara Kholina była aktem potwierdzenia tej decyzji ich przodków. Eshonai nie była wówczas jednym z ich przywódców, ale słuchali jej rady i dali jej prawo głosu.

Wybór, choć wydawał się straszliwy, był aktem odwagi. Mieli nadzieję, że długa wojna znudzi Alethich.

Eshonai i pozostali nie docenili chciwości Alethich. Serca klejnotów wszystko zmieniły.

W centrum miasta, niedaleko sadzawki, wznosiła się wysoka wieża, która pozostała dumnie wyprostowana, rzucając wyzwanie stuleciom burz. Kiedyś wewnątrz były schody, ale krem wsączający się przez okna wypełnił budowlę kamieniem. Dlatego robotnicy wykuli stopnie na zewnątrz.

Eshonai ruszyła w górę po schodach, dla bezpieczeństwa trzymając się łańcuchów. Wspinaczka była długa, lecz znajoma. Choć noga ją bolała, wojnoforma charakteryzowała się dużą wytrzymałością – lecz jednocześne wymagała o wiele więcej jedzenia niż inne formy, by zachować siły. Bez trudu dotarła na szczyt.

Odkryła, że czekają na nią pozostali członkowie Piątki, a każdy z nich nosi inną ze znanych form. Eshonai wojnoformę, Davim pracoforormę, Abronai paroformę, Chivi zwinnoformę, a cicha Zuln tępoformę. Venli również czekała razem ze swoją dawną parą, choć on był wyraźnie zdyszany po trudnej wspinaczce. Zwinnoforma, stosowna do wielu subtelnych działań, nie miała wielkiej wytrzymałości.

Eshonai wkroczyła na płaski szczyt dawnej wieży, czując na twarzy wiatr ze wschodu. Nie było tam żadnych krzeseł i Piątka siedziała na kamieniu.

Davim zanucił z Rozdrażnieniem. Z rytmem w głowie trudno się było przypadkiem spóźnić. Słusznie podejrzewali, że Eshonai zwlekała.

Usiadła na kamieniu i wyjęła z kieszeni klejnot ze sprenem, postawiła go przed sobą. Fioletowy klejnot emanował Burzowym Światłem.

– Martwię się tą próbą – powiedziała Eshonai. – Uważam, że nie powinniśmy na nią pozwolić.

– Co takiego? – spytała Venli z Niepokojem. – Siostro, nie bądź śmieszna. Nasz lud tego potrzebuje.

Davim pochylił się i oparł dłonie na kolanach. Miał szeroką twarz, a jego skóra pracoformy była przeważnie czarna z niewielkimi czerwonymi zawirowaniami.

– Jeśli to zadziała, będzie wspaniałym postępem. Pierwsza z form starożytnej mocy, którą odkryliśmy.

– Te formy wiążą się z bogami – zauważyła Eshonai. – Co, jeśli, wybierając tę formę, zaprosimy ich do powrotu?

Venli zanuciła Irytację.

– W dawnych czasach wszystkie formy pochodziły od bogów. Odkryliśmy, że zwinnoforma nam nie szkodzi. Dlaczego miałaby to zrobić burzoforma?

– Ona jest inna – powiedziała Eshonai. – Zaśpiewaj tę pieśń, zanuć ją sobie. „Jej nadejście bogom noc przynosi”. Starożytne moce są niebezpieczne.

– Ludzie je mają – powiedział Abronai. Nosił paroformę, obfitą i pulchną, choć panował nad namiętnościami.

Eshonai nie zazdrościła mu pozycji, z prywatnych rozmów wiedziała, że wolałby inną formę. Niestety, inni, którzy przyjmowali paroformę, robili to jedynie tymczasowo – albo też brakowało im stosownej powagi, by dołączyć do Piątki.

– Sama przyniosłaś nam raport, Eshonai – mówił dalej Abronai. – Widziałaś wśród Alethich wojownika wykorzystującego starożytne moce, wielu innych to potwierdziło. Wiązanie Mocy powróciło do ludzi. Spreny znów nas zdradziły.

– Jeśli Wiązanie Mocy powraca – stwierdził Davim w rytm Namysłu – może to sugerować, że bogowie i tak wracają. Jeśli tak, lepiej, żebyśmy byli przygotowani, by sobie z nimi poradzić. Formy mocy nam w tym pomogą.

– Nie wiemy, czy nadejdą – powiedziała Eshonai ze Zdecydowaniem. – Niczego nie wiemy. Któż wie, czy ci ludzie mają Wiązanie Mocy... to mogło być jedno z Ostrzy Honoru. Tamtej nocy w Alethkarze jedno pozostawiliśmy.

Chivi zanuciła ze Sceptycyzmem. Jej zwinnoforma miała pociągłą twarz i długie pasma włosów związane w kucyk.

– Giniemy jako lud. Minęłam dziś kilkoro, którzy przyjęli tępoformę, i to nie po to, by wspomnieć naszą przeszłość. Zrobili to, ponieważ martwią się, że inaczej ludzie ich zabiją! Przygotowują się do zostania niewolnikami!

– Ja też ich widziałem – dodał Davim ze Zdecydowaniem. – Musimy coś zrobić, Eshonai. Przegrywamy tę wojnę, uderzenie po uderzeniu.

– Następna burza – powiedziała Venli. Użyła Rytmu Błagania. – Mogę to sprawdzić podczas następnej burzy.

Eshonai zamknęła oczy. Błaganie. Nie był to często wykorzystywany Rytm. Trudno jej było odmówić siostrze.

– Musimy być jednomyślni – zauważył Davim. – Nie zaakceptuję niczego innego. Eshonai, nadal chcesz się sprzeciwiać? Czy będziemy musieli poświęcić wiele godzin na podjęcie decyzji?

Odetchnęła głęboko, dochodząc do decyzji, która już wcześniej narodziła się w głębi jej umysłu. Decyzji badacza. Spojrzała na worek z mapami, który położyła na podłodze.

– Zgodzę się na tę próbę – powiedziała Eshonai.

Venli zanuciła z Wdzięcznością.

– Jednak – mówiła dalej Eshonai w Rytm Zdecydowania – to ja muszę być tą, która jako pierwsza wypróbuje nową formę.

Wszelkie nucenie ucichło. Reszta Piątki gapiła się na nią.

– Co takiego? – spytała Venli. – Siostro, nie! To moje prawo.

– Jesteś zbyt cenna – stwierdziła Eshonai. – Zbyt wiele wiesz o formach, a duża część twoich badań jest jedynie w twojej głowie. Ja jestem zwykłym żołnierzem. Jeśli coś pójdzie nie tak, moja nieobecność nie będzie tak odczuwalna.

– Jesteś Odpryskową – zauważył Davim. – Naszą ostatnią.

– Thude ćwiczył z moim Pancerzem i Ostrzem – odparła Eshonai. – Na wszelki wypadek zostawię je z nim.

Pozostali nucili w Rytmie Namysłu.

– To dobra propozycja – powiedział Abronai. – Eshonai ma siłę i doświadczenie.

– To było moje odkrycie! – odezwała się Venli z Irytacją.

– I bardzo je doceniamy – stwierdził Davim. – Ale Eshonai ma rację, ty i twoi uczeni jesteście zbyt cenni dla naszej przyszłości.

– I nie tylko – dodał Abronai. – Jesteś zbyt blisko tego projektu, Venli. Sposób, w jaki o tym mówisz, wyraźnie o tym świadczy. Jeśli Eshonai wejdzie w burzę i odkryje, że z tą formą jest coś nie tak, może przerwać eksperyment i powrócić do nas.

– To dobry kompromis – powiedziała Chivi, kiwając głową. – Zgadzamy się?

– Tak sądzę. – Abronai zwrócił się w stronę Zuln.

Przedstawicielka tępoform rzadko się odzywała. Miała na sobie strój parshmena i wyraźnie dawała do zrozumienia, że jej obowiązkiem jest reprezentowanie również ich – tych bez pieśni – razem ze wszystkimi tępoformami pośród nich.

Jej poświęcenie było równie wielkie jak wybór paroformy przez Abronaia. A nawet większe. Tępoforma była trudna do zniesienia, nieliczni doświadczali jej dłużej niż w czasie między dwiema burzami.

– Zgadzam się na to – powiedziała Zuln.

Inni nucili z Wdzięcznością. Jedynie Venli nie dołączyła do pieśni. Jeśli ta burzoforma okazałaby się prawdziwa, czy dodaliby kolejną osobę do Piątki? Z początku Piątka składała się wyłącznie z tępoform, później z robotników. Dopiero po odkryciu zwinnoformy postanowiono, że będą mieli po jednym z każdej formy.

 

Pytanie na później. Pozostali z Piątki powstali i ruszyli w dół po długich schodach biegnących wokół wieży. Wiatr wiał ze wschodu, a Eshonai odwróciła się twarzą w jego stronę – w stronę Źródła Burz.

Podczas nadchodzącej arcyburzy wyjdzie na wiatr i stanie się czymś nowym. Czymś potężnym. Czymś, co na zawsze zmieni przeznaczenie słuchaczy, a być może i ludzi.

– Prawie że miałam powód, by cię znienawidzić, siostro – powiedziała Venli z Reprymendą, pozostając obok miejsca, gdzie siedziała Eshonai.

– Nie zabroniłam tej próby.

– Jedynie wzięłaś sobie jej chwałę.

– Jeśli jest w tym jakaś chwała – powiedziała Eshonai z Reprymendą – będzie należeć do ciebie, za to, że odkryłaś tę formę. Na to nie powinniśmy mieć względu. Jedynie nasza przyszłość powinna się liczyć.

Venli zanuciła z Irytacją.

– Nazywali cię mądrą, doświadczoną. Zaczynam się zastanawiać, czy zapomnieli, kim byłaś... że lekkomyślnie wyruszyłaś w dzicz, ignorując swój lud, podczas gdy ja zostałam w domu i uczyłam się na pamięć pieśni. Kiedy wszyscy zaczęli wierzyć, że jesteś odpowiedzialna?

To przez ten przeklęty mundur, pomyślała Eshonai, wstając.

– Dlaczego nie powiedziałaś nam, co badasz? Kazałaś mi wierzyć, że skupiasz się nad odnalezieniem sztukoformy lub medytacjoformy, a tymczasem szukałaś jednej z form starożytnej mocy.

– Czy to ma znaczenie?

– Tak. To ma ogromne znaczenie, Venli. Kocham cię, ale twoja ambicja mnie przeraża.

– Nie ufasz mi – powiedziała Venli ze Zdradą.

Zdrada. Tej pieśni nie śpiewano często. Zabolało tak, że Eshonai aż się skrzywiła.

– Zobaczymy, co może ta forma – stwierdziła Eshonai, podnosząc mapy i klejnot z uwięzionym sprenem. – Później porozmawiamy. Po prostu chcę zachować ostrożność.

– Chcesz to zrobić sama – odparła Venli z Irytacją. – Zawsze chcesz być pierwsza. Ale dość już. Dokonało się. Chodź ze mną, muszę cię nauczyć odpowiedniego stanu umysłu, by forma zadziałała. Wtedy wybierzemy arcyburzę do dokonania przeobrażenia.

Eshonai przytaknęła. Przejdzie szkolenie. I będzie rozmyślać. Może istniał inny sposób. Gdyby udało jej się skłonić Alethich, by jej wysłuchali, odnaleźć Dalinara Kholina, poprosić o pokój...

Może wtedy to nie będzie konieczne.