Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ym starannie opiłował drewno z boku niewielkiego bloczku. Uniósł go do świecących kul, dwoma palcami chwycił oprawkę okularów i zbliżył je do oczu.

Cóż to za cudowny wynalazek, okulary. Życie oznaczało bycie częścią cosmere, która jest zdolna doświadczać. A jak mógłby właściwie doświadczać, gdyby nie widział? Azirczyk, który wymyślił te urządzenia, już od dawna nie żył, a Ym zgłosił propozycję, by uznano go za jednego z Szacownych Zmarłych.

Ym opuścił kawałek drewna i dalej go rzeźbił, starannie opiłowując przód, by nadać mu zaokrąglony kształt. Niektórzy z jego kolegów po fachu kupowali kopyta – drewniane formy, na których szewc robił swoje buty – od cieśli, ale Ym nauczył się robić własne. Taki był stary zwyczaj, tak postępowano przez stulecia. Uznał, że jeśli coś robiono w ten sam sposób przez długi czas, z pewnością istniał dobry powód.

Za plecami miał ukryte w cieniu boksy, palce dziesiątek par butów wyglądały na zewnątrz jak pyski węgorzy z dziur. To były buty próbne, wykorzystywane, by ocenić rozmiar, dobrać materiały i wybrać styl, aby mógł później stworzyć idealny but, pasujący na stopę i do charakteru klienta. Branie miary trwało długo, jeśli robiło się to właściwie.

W półmroku po prawej coś się poruszyło. Ym spojrzał w tę stronę, ale się nie poruszył. Spren pojawiał się coraz częściej – plamki światła, jak rzucane przez kawałek kryształu zawieszony w promieniu słońca. Nie wiedział, jaki to rodzaj, bo nigdy wcześniej go nie widział.

Przesuwał się po powierzchni stołu roboczego, zbliżając się coraz bardziej. Kiedy się zatrzymał, emanował światłem, które wyglądało jak drobne roślinki wyrastające lub wypełzające z jam. Kiedy znów się poruszył, schowały się.

Ym wrócił do pracy.

– Posłuży do zrobienia buta.

W warsztacie panowała cisza. Było tylko słychać stukanie noża o drewno.

– B-buta? – spytał głos. Przypominał głos młodej kobiety, miękki i jakby melodyjny.

– Tak, przyjacielu – odparł. – Buta dla małego dziecka. Ostatnio coraz częściej ich potrzebuję.

– But – powtórzył spren. – Dla dz-dzieci. Małych ludzi.

Ym zrzucił trociny na ziemię, skąd zamierzał je później zamieść, po czym położył kopyto na stole obok sprena. Ten cofnął się, jak odbicie z lustra – przezroczyste, niewiele ponad błysk światła.

Cofnął dłoń i czekał. Spren ostrożnie przesunął się do przodu – niepewnie, jak kremlik wypełzający ze szczeliny po burzy. Zatrzymał się, a wtedy światło wyrosło z niego na kształt małych pędów. Cóż za dziwny widok.

– Jesteś zadziwiającym doświadczeniem, przyjacielu – powiedział Ym, kiedy drżący blask wspiął się w końcu na kopyto. – Udział w nim jest dla mnie zaszczytem.

– Ja... – powiedział spren. – Ja... – Postać sprena nagle zadrżała, po czym stała się bardziej wyrazista, jakby światło się skupiło. – On nadchodzi.

Ym wstał, czując nagłą obawę. Coś poruszało się na ulicy na zewnątrz. Czy to on? Obserwator w wojskowym płaszczu?

Ale nie, to było dziecko, zaglądające przez otwarte drzwi. Ym uśmiechnął się, wysunął szufladę z kulami i wpuścił do środka więcej światła. Dziecko cofnęło się, jak wcześniej spren.

Spren gdzieś zniknął. Zawsze to robił, kiedy ktoś się zbliżał.

– Nie bój się – powiedział Ym, znów siadając na zydlu. – Wejdź. Niech ci się przyjrzę.

Brudny ulicznik znów zajrzał do środka. Miał na sobie jedynie poszarpane spodnie i żadnej koszuli, choć w Iri, gdzie dnie i noce były zwykle ciepłe, nikogo to nie dziwiło.

Stopy biednego dziecka były brudne i podrapane.

– Tak być nie może – powiedział Ym. – Chodź, mały, usiądź. Zajmijmy się tymi stopami.

Wysunął jeden z mniejszych zydli.

– Mówią, że u ciebie się nie płaci – powiedział chłopiec, ale się nie ruszył.

– Mylą się – odparł Ym. – Ale sądzę, że uznasz cenę za niezbyt wygórowaną.

– Nie mam kul.

– Nie potrzebujesz kul. Ceną będzie twoja opowieść. Twoje doświadczenia. Chciałbym jej wysłuchać.

– Mówili, że jesteś dziwny – stwierdził chłopiec i w końcu wszedł do środka.

– I mieli rację – odparł Ym, poklepując zydel.

Ulicznik podszedł ostrożnie do stołka, starał się przy tym ukrywać utykanie. Był Irialim, choć brud przyciemnił jego skórę i włosy o złocistym odcieniu. Skóra była mniej złocista – potrzebował światła, by zobaczyć jej blask – ale włosy z pewnością miały złotą barwę. To była oznaka ich ludu.

Ym gestem kazał chłopcu podnieść zdrową stopę, po czym wyjął ściereczkę, zamoczył ją i starł błoto. Nie zamierzał dopasowywać butów do tak brudnych stóp. Chłopiec wyraźnie chował nogę, na którą utykał, jakby chciał ukryć, że jest owinięta szmatą.

– I jaka jest twoja opowieść? – spytał Ym.

– Jesteś stary – stwierdził chłopiec. – Starszy niż ktokolwiek, kogo znam. Jak dziadek. Musisz już i tak wszystko wiedzieć. Dlaczego chcesz usłyszeć moją historię?

– To jedno z moich dziwactw – wyjaśnił Ym. – Mów, chcę ją usłyszeć.

Chłopiec naburmuszył się, ale zaczął mówić. Krótko. To nie było niczym niezwykłym. Chciał zachować opowieść dla siebie. Powoli, zadając ostrożne pytania, Ym uwolnił opowieść. Chłopiec był synem dziwki i został wyrzucony z domu, kiedy tylko mógł już zadbać o siebie. Sądził, że to było przed trzema laty. Teraz, jak oceniał Ym, miał osiem lat.

Słuchając, Ym oczyścił pierwszą stopę, po czym przyciął i opiłował paznokcie. Skończywszy, zrobił gest w stronę drugiej.

Chłopiec uniósł ją niechętnie. Ym rozwiązał szmatę i ujrzał na podeszwie stopy paskudną ranę. Była już zakażona, pełzały po niej zgniłospreny, małe czerwone robaczki.

Ym zawahał się.

– Potrzebuję butów – powiedział ulicznik, patrząc w drugą stronę. – Nie radzę sobie bez nich.

Rana stopy była poszarpana. Może przechodził przez płot? – pomyślał Ym.

Chłopiec patrzył na niego, udając nonszalancję. Rana tego rodzaju musiała bardzo go spowalniać, co na ulicach oznaczało śmierć. Ym wiedział to aż za dobrze.

Spojrzał na chłopca i zauważył cień niepokoju w małych oczach. Zakażenie obejmowało już część nogi.

– Przyjacielu – szepnął Ym – sądzę, że będę potrzebować twojej pomocy.

– Co? – spytał ulicznik.

– Nic takiego – odparł Ym i sięgnął do szuflady.

Źródłem światła wylewającego się na zewnątrz było pięć diamentowych odłamków. Każdy ulicznik, który do niego przyszedł, widział je. Jak na razie Ym został obrabowany tylko dwa razy.

Sięgnął głębiej, otwierając ukrytą szufladkę i wyjmując potężniejszą kulę – broama. Pośpiesznie ukrył jej blask w dłoni, a jednocześnie drugą ręką sięgnął po środek odkażający.

Lekarstwo nie mogło wystarczyć, jeśli chłopiec musiał cały czas chodzić. Leżeć w łóżku całymi tygodniami i ciągle nakładać drogie lekarstwo? Niemożliwe dla ulicznika, który codziennie musiał zdobywać jedzenie.

Ym wyciągnął dłonie, w jednej ukrywał kulę. Biedne dziecko. To musiało straszliwie boleć. Chłopiec pewnie powinien leżeć w łóżku i gorączkować, ale każdy ulicznik wiedział, jak żuć grzbietokorę, żeby długo zachować czujność i przytomność.

Spod sterty skór wyłonił się migoczący spren. Ym nałożył lekarstwo, po czym odstawił je na bok i uniósł stopę chłopca, nucąc cicho.

Blask w drugiej dłoni Yma zniknął.

Zgniłospreny uciekły z rany.

Kiedy Ym zdjął dłoń, rana była zasklepiona, barwa wracała do normy, a ślady zakażenia zniknęły. Jak na razie użył tej zdolności tylko kilka razy i zawsze udawał, że stosuje leki. Nie przypominała niczego, o czym kiedykolwiek słyszał. Może właśnie dlatego ją dostał – by cosmere mogło jej doświadczyć.

– Hej – powiedział chłopiec – czuję się o wiele lepiej.

– Cieszę się – stwierdził Ym, chowając lekarstwo i kulę do szuflady. Spren się wycofał. – Zobaczmy, czy mam coś, co będzie ci pasować.

Zaczął mierzyć buty. Normalnie, po przymiarce, odsyłał klienta i szył parę butów, która idealnie do niego pasowała. Temu dziecku musiał, niestety, dać buty, które już miał gotowe. Zbyt wielu uliczników nigdy nie wracało po swoje buty, a on zamartwiał się i zastanawiał. Czy coś im się stało? Może zapomnieli? Albo wygrała ich naturalna podejrzliwość?

Na szczęście, miał kilka mocnych par, które mogły pasować na tego chłopca. Potrzebuję więcej garbowanej świńskiej skóry, pomyślał i zrobił notatkę. Dzieci nie dbały o buty. Potrzebował skóry, która będzie wytrzymała nawet bez starannego traktowania.

– Naprawdę zamierzasz mi dać parę butów? – zapytał ulicznik. – Za darmo?

– Jedynie za twoją historię – odparł Ym, wsuwając kolejny but na stopę chłopca. Przestał już namawiać uliczników do włożenia skarpetek.

– Dlaczego?

– Ponieważ ty i ja jesteśmy Jednością.

– Jednym czym?

– Jedną istotą – odparł Ym. Odstawił but na bok i wyjął kolejny. – Dawno temu istniała tylko Jedność. Jedność wiedziała wszystko, ale niczego nie doświadczała. I dlatego Jedność stała się wieloma – nami, ludźmi. Jedność, która jest jednocześnie mężczyzną i kobietą, zrobiła to, by doświadczyć wszystkiego.

– Jedność? Masz na myśli Boga?

– Jeśli chcesz tak to ująć – powiedział Ym. – Ale to nie do końca prawda. Nie przyjmuję żadnego boga. Ty nie powinieneś przyjmować żadnego boga. Jesteśmy Iriali, częścią Długiego Szlaku, na którym jest to Czwarta Kraina.

– Brzmisz jak kapłan.

– Kapłanów też nie przyjmuj – stwierdził Ym. – Pochodzą z innych krain, przybywają, by nas nauczać. Iriali nie potrzebują nauczania, jedynie doświadczenia. A że każde doświadczenie jest inne, razem tworzą całość. W końcu wszystko zostanie zebrane razem, kiedy osiągniemy Siódmą Krainę, i wszyscy znów staniemy się Jednością.

 

– Czyli ty i ja... – odezwał się ulicznik. – Jesteśmy tacy sami?

– Tak. Dwa umysły jednej istoty doświadczające różnych żywotów.

– To głupie.

– To jedynie kwestia perspektywy – sprzeciwił się Ym, obsypując stopy chłopca proszkiem i wkładając z powrotem parę próbnych butów. – Proszę, przejdź się w nich kawałek.

Chłopiec popatrzył na niego dziwnie, ale wypełnił polecenie i zrobił kilka kroków. Już nie utykał.

– Perspektywa – powiedział Ym, unosząc dłoń i poruszając palcami. – Z bardzo bliska palce jednej dłoni mogą się wydawać pojedyncze i samotne. W rzeczy samej, kciuk może sądzić, że ma bardzo niewiele wspólnego z małym palcem. Ale z odpowiedniej perspektywy można się zorientować, że palce są częścią czegoś o wiele większego. Że rzeczywiście są Jednością.

Ulicznik zmarszczył czoło. Część z tego wykraczała pewnie poza jego pojmowanie.

Muszę mówić prościej i...

– Dlaczego ty jesteś palcem z drogim pierścieniem – powiedział chłopiec, wracając – a ja muszę być małym palcem z połamanym paznokciem?

Ym uśmiechnął się.

– Wiem, że to nie brzmi sprawiedliwie, ale niesprawiedliwość nie może istnieć, skoro wszyscy w ostatecznym rozliczeniu jesteśmy tacy sami. Poza tym, nie zawsze miałem ten warsztat.

– Naprawdę?

– Tak. Zdziwiłbyś się, skąd pochodzę. Proszę, usiądź.

Chłopiec usiadł posłusznie.

– To lekarstwo działa dobrze. Naprawdę bardzo dobrze.

Ym zsunął buty, wykorzystując proszek – który w pewnych miejscach się wytarł – by ocenić, jak dobrze leżał but. Wyciągnął parę wcześniej zrobionych butów, po czym przez chwilę nad nimi pracował, zginając je w dłoniach. Potrzebował poduszki dla rannej stopy, ale czegoś, co odpadnie po kilku tygodniach, kiedy rana się zagoi.

– To, o czym mówisz – stwierdził chłopiec – brzmi głupio. Znaczy się, jeśli wszyscy jesteśmy tą samą osobą, czy wszyscy nie powinni już o tym wiedzieć?

– Jako Jedność znaliśmy prawdę – wyjaśnił Ym. – Ale jako wielu potrzebujemy ignorancji. Istniejemy, by doświadczać wszelkiego rodzaju myśli. To oznacza, że niektórzy z nas muszą wiedzieć, a inni nie, podobnie jak niektórzy muszą być bogaci, a inni muszą być biedni. – Jeszcze przez chwilę pracował nad butem. – Kiedyś więcej ludzi to wiedziało. Teraz nie mówi się o tym tak często, jak należy. Masz, zobacz, jak leżą.

Podał chłopcu buty, a on je włożył i zawiązał sznurówki.

– Twoje życie może być nieprzyjemne... – zaczął mówić Ym.

– Nieprzyjemne?

– Dobrze. Po prostu koszmarne. Ale będzie lepiej, mały. Obiecuję.

– Myślałem – powiedział chłopiec, tupiąc zdrową nogą, by sprawdzić buty – że powiesz mi, że życie teraz jest koszmarne, ale to nie ma znaczenia, bo w końcu wszyscy trafimy do tego samego miejsca.

– Owszem – zgodził się Ym – ale w tej chwili to żadne pocieszenie, prawda?

– Nie.

Ym wrócił do stołu.

– Spróbuj za bardzo nie obciążać rannej nogi, jeśli możesz.

Ulicznik podszedł pośpiesznie do drzwi, jakby zamierzał uciec, nim Ym zmieni zdanie i odbierze mu buty. Jednak w wejściu się zatrzymał.

– Jeśli wszyscy jesteśmy tą samą osobą, próbującą różnych żywotów – powiedział chłopiec – nie musiałeś mi dawać tych butów. Bo to nie ma znaczenia.

– Nie dałbyś sobie w twarz, prawda? Jeśli mogę uczynić twoje życie lepszym, lepsze staje się też moje życie.

– Zwariowana gadanina – stwierdził chłopiec. – Ja myślę, że po prostu jesteś dobrym człowiekiem.

Bez słowa wyślizgnął się na zewnątrz.

Ym uśmiechnął się i pokręcił głową. W końcu wrócił do pracy nad kopytem. Spren znów się pojawił.

– Dziękuję – powiedział Ym. – Za pomoc.

Nadal nie wiedział, dlaczego umiał to zrobić, ale był pewien, że spren ma w tym swój udział.

– On tu nadal jest – szepnął spren.

Ym wyjrzał przez wejście na ciemną ulicę. Ulicznik tam był?

Coś zaszeleściło za jego plecami.

Podskoczył i obrócił się. W warsztacie było mnóstwo ciemnych zakamarków i boksów. Może usłyszał szczura?

Dlaczego drzwi prowadzące do pomieszczenia na tyłach, w którym Ym spał, były otwarte? Zazwyczaj je zamykał.

W ciemnościach poruszył się cień.

– Jeśli przyszedłeś po kule – powiedział Ym z drżeniem – mam tylko te pięć odłamków.

Kolejne szelesty. Cień wyłonił się z mroku i okazał się mężczyzną o ciemnej makabackiej skórze – za wyjątkiem bladego półksiężyca na policzku. Miał na sobie czarno-srebrny mundur, którego Ym nie rozpoznawał. Grube rękawice ze sztywnymi mankietami.

– Musiałem długo szukać – powiedział mężczyzna – by odkryć twoje uchybienie.

– Ja... – wyjąkał Ym. – Tylko... pięć odłamków...

– Od czasów młodości zmarnowanej na hulankach prowadziłeś uczciwe życie – stwierdził spokojnie mężczyzna. – Młodzieniec z zamożnej rodziny, który pił i trwonił to, co pozostawili mu rodzice. To nie jest nielegalne. Ale morderstwo jest.

Ym opadł na zydel.

– Nie wiedziałem. Nie wiedziałem, że to ją zabije.

– Trucizna, dostarczona – powiedział mężczyzna, wchodząc do warsztatu – w postaci butelki wina.

– Powiedzieli mi, że sam rocznik jest znakiem! – powiedział Ym. – Że zrozumie, że to wiadomość od nich, i zapłaci! Potrzebowałem pieniędzy. Na jedzenie. Ci na ulicach nie są mili...

– Byłeś wspólnikiem w morderstwie – stwierdził mężczyzna, poprawiając rękawiczki, najpierw na jednej dłoni, później na drugiej.

Mówił zupełnie beznamiętnie, jakby rozprawiali o pogodzie.

– Nie wiedziałem... – błagał Ym.

– I tak jesteś winien.

Mężczyzna wyciągnął dłoń w bok, a wtedy z mgły wyłoniła się broń.

Ostrze Odprysku? Co to był za konstabl? Ym gapił się na cudowne, srebrzyste ostrze.

Po czym ruszył biegiem.

Wydawało się, że wciąż pozostały mu użyteczne instynkty z czasów, które przeżył na ulicy. Udało mu się rzucić w mężczyznę stertą skór i uskoczyć przed ostrzem. Ym wybiegł na ciemną ulicę i zaczął krzyczeć. Może ktoś usłyszy. Może ktoś pomoże.

Nikt nie słyszał.

Nikt nie pomógł.

Ym był starcem. Nim dotarł do pierwszej przecznicy, z trudem łapał powietrze. Zatrzymał się przed starym sklepikiem golibrody, zamkniętym i ciemnym w środku. Mały spren wciąż mu towarzyszył, migotliwe światełko o kształcie kręgu. Piękne.

– Chyba – wydyszał Ym – to... mój czas. Oby Jedność... uznała to wspomnienie... za przyjemne.

Na ulicy za jego plecami rozległy się kroki, były coraz głośniejsze.

– Nie – szepnął spren. – Światło!

Ym sięgnął do kieszeni i wyjął kulę. Czy mógłby ją jakoś wykorzystać, żeby...

Ramię konstabla pchnęło Yma na ścianę sklepiku golibrody. Starzec jęknął i upuścił kulę.

Mężczyzna w mundurze obrócił go. Wyglądał jak cień w mroku, sylwetka na tle czarnego nieba.

– To było przed czterdziestu laty – wyszeptał Ym.

– Sprawiedliwość nie wygasa.

Mężczyzna wbił Ostrze Odprysku w pierś Yma.

Doświadczenie się skończyło.


Rysn lubiła udawać, że doniczka z trawą z Shinovaru nie jest głupia, lecz jedynie zmusza do namysłu. Siedziała blisko dziobu katamaranu, trzymając doniczkę na kolanach. Powierzchnia Morza Reshi była gładka, poza falowaniem wzbudzonym przez wiosła przewodnika, który siedział za nią. Ciepłe, wilgotne powietrze sprawiało, że na czole i karku Rysn pojawiły się krople potu.

Zbierało się na deszcz. Na tym morzu opady były najgorszego rodzaju – nie potężne i imponujące, jak arcyburza, ani nawet uporczywe, jak zwykła ulewa. Tu tworzyły opar, coś więcej niż zwyczajna mgła, ale mniej niż mżawka. Dosyć, by zepsuć fryzurę, makijaż i ubranie – w rzeczy samej, wszystkie elementy, które wykorzystywała porządna młoda kobieta, by odpowiednio się zaprezentować w czasie handlu.

Rysn przesunęła doniczkę. Nazwała trawę Tyvnk, nadąsaną. Babsk zaśmiał się, kiedy usłyszał to imię. Zrozumiał. Nazwawszy trawę, przyznała, że on miał rację, a ona się myliła – handel z Shinami w poprzednim roku okazał się wyjątkowo zyskowny.

Rysn postanowiła się nie dąsać, kiedy tak wyraźnie udowodniono jej, że się myli. Pozwoliła, by dąsała się jej trawa.

Od dwóch dni płynęli po tych wodach, ale najpierw przez kilka tygodni czekali w porcie na właściwy czas między arcyburzami, by wypłynąć na niemal śródlądowy akwen. Dziś wody były zadziwiająco nieruchome. Prawie tak spokojne, jak Czyste Jezioro.

Sam Vstim płynął dwie łodzie dalej w ich nieregularnej flotylli. Szesnaście smukłych katamaranów, z wioślarzami parshmenami, załadowano towarami zakupionymi za zyski z ostatniej wyprawy. Vstim nadal odpoczywał na tyle swojej łodzi. Wyglądał prawie jak kolejna bela tkanin, niemal nie różnił się od worków z towarami.

Nic mu nie będzie. Ludzie chorowali. Zdarzało się, ale wkrótce wyzdrowieje.

A krew, którą widziałaś na jego chusteczce?

Odepchnęła od siebie tę myśl i odwróciła się do tyłu, przekładając Tyvnk w zgięcie łokcia. Bardzo dbała o czystość doniczki. Gleba, której trawa potrzebowała do przeżycia, była gorsza od kremu i miała skłonność do brudzenia ubrań.

Gu, przewodnik flotylli, płynął w jej łodzi, tuż za nią. Z wyglądu bardzo przypominał mieszkańców Czystego Jeziora – te same długie kończyny, chropawa skóra i ciemne włosy. Jednak wszyscy mieszkańcy Czystego Jeziora, których miała okazję poznać, bardzo przejmowali się swoimi bogami. Wątpiła, by Gu kiedykolwiek czymś się przejmował.

W tym doprowadzeniem ich na czas do celu.

– Mówiłeś, że jesteśmy blisko – powiedziała do niego.

– Ależ tak – odparł, uniósł wiosło i znów zanurzył je w wodzie. – Już wkrótce.

Nieźle mówił po thayleńsku i dlatego właśnie został zatrudniony. Z pewnością nie ze względu na swoją punktualność.

– Zdefiniuj „wkrótce” – powiedziała Rysn.

– Zdefiniuj...

– Co to znaczy, kiedy mówisz „wkrótce”?

– Wkrótce. Może dzisiaj.

Może. Cudownie.

Gu nadal wiosłował, zanurzał wiosło tylko z jednej strony łodzi, a jednak jakimś sposobem nie kręcili się w kółko. Z tyłu katamaranu Kylrm – dowódca ich straży – bawił się parasolem przeciwsłonecznym Rysn, otwierając go i zamykając. Najwyraźniej uważał ów przedmiot za cudowny wynalazek, choć w Thaylenah znali je od lat.

Widać, jak rzadko ludzie Vstima wracają do cywilizacji. Kolejna radosna myśl. Cóż, została uczennicą Vstima, gdyż chciała podróżować do egzotycznych krain, i rzeczywiście to była egzotyka. Owszem, spodziewała się, że egzotyczny i kosmopolityczny będą szły w parze. Gdyby miała choć odrobinę rozumu – a ostatnio nie była tego wcale pewna – zorientowałaby się, że najlepsi kupcy nie udawali się tam, gdzie chcieli się udać wszyscy inni.

– Trudno – powiedział Gu, wciąż powoli wiosłując. – Ostatnio wzory są niewłaściwe. Bogowie nie chodzą tam, gdzie powinni. Powinniśmy ją odnaleźć. Tak, to zrobimy.

Rysn stłumiła westchnienie i odwróciła się do przodu. Ponieważ Vstim znów był unieruchomiony, dowodziła flotyllą. Chciałaby wiedzieć, gdzie ją prowadzi – albo chociaż jak odnaleźć cel.

Na tym polegał problem z wyspami, które się ruszały.

Łodzie prześlizgnęły się obok gałęzi przebijających powierzchnię morza. Zachęcone wiatrem, łagodne fale lizały sztywne pędy, które wznosiły się jak palce tonących. Morze było głębsze niż zadziwiająco płytkie Czyste Jezioro. Te drzewa wyrosły na co najmniej kilkadziesiąt stóp i miały kamienną korę. Gu nazywał je i-nah, co najwyraźniej oznaczało złe. Mogły przeciąć kadłub łodzi.

Czasami mijali gałęzie kryjące się tuż pod szklistą powierzchnią, niemal niewidoczne. Nie wiedziała, jak Gu umiał je ominąć. W tej kwestii również musiała mu zaufać. Co by zrobili, gdyby wciągnął ich w zasadzkę na tych nieruchomych wodach? Nagle ucieszyła się, że Vstim kazał swoim strażnikom obserwować fabrial, który ostrzegał przed zbliżaniem się ludzi. To...

Ląd.

Rysn wstała, wywołując niebezpieczne kołysanie katamaranu. Widziała coś przed sobą, odległą ciemną linię.

– Ach – powiedział Gu. – Widzisz? Wkrótce.

Rysn nie usiadła. Kiedy zaczęło padać, gestem poprosiła o parasol. Niewiele pomagał, choć został pokryty warstwą wosku, żeby chronić również przed deszczem. Była tak podekscytowana, że nie zwracała na to większej uwagi – ani na coraz bardziej kręcące się włosy. W końcu.

 

Wyspa była o wiele większa, niż Rysn się spodziewała. Wyobrażała sobie, że będzie wyglądać jak ogromna łódź, a nie jak masywna formacja skalna wznosząca się z wód niczym głaz na polu. Różniła się od innych wysp, które widziała Rysn – nie miała żadnej plaży i nie była płaska i niska, lecz górzysta. Czy boki i szczyt nie powinny przez lata zerodować?

– Jest taka zielona – powiedziała Rysn, gdy się zbliżyli.

– Tai-na to dobre miejsce do upraw – stwierdził Gu. – Dobre miejsce do życia. Chyba że prowadzi wojnę.

– Kiedy dwie wyspy za bardzo się zbliżą.

Rysn przeczytała o tym, przygotowując się do wyprawy, choć niewiele uczonych interesowało się Reshimi na tyle, by o nich pisać. Dziesiątki, może setki ruchomych wysp unosiły się na powierzchni morza. Ich mieszkańcy prowadzili proste życie, interpretując poruszenia wysp jako wolę bogów.

– Nie zawsze – odparł Gu ze śmiechem. – Czasem blisko Tai-na jest dobrze. Czasem źle.

– A co decyduje? – spytała Rysn.

– Sama Tai-na.

– Wyspa decyduje – powiedziała z pobłażaniem Rysn. Prymitywny lud. Na co liczył jej babsk, handlując w tym miejscu? – Jak wyspa może...?

I wtedy wyspa przed nimi się poruszyła.

Nie dryfowała, jak wyobrażała sobie Rysn. Kształt wyspy się zmienił, skały skręcały się i falowały, duży fragment podniósł się ruchem, który wydawał się powolny, jeśli nie pamiętało się o jego skali.

Rysn otworzyła szeroko oczy i opadła na siedzenie. Skała – noga – podniosła się, ociekając wodą. Przesunęła się do przodu i z niewiarygodną siłą znów zanurzyła w morzu.

Tai-na, bogowie Wysp Reshi, byli wielkoskorupami.

To był największy stwór, jakiego Rysn widziała, a nawet o jakim słyszała. Na tyle duży, że mityczne potwory, jak przepastne bestie z odległego Natanatanu, w porównaniu z nim wydawały się malutkie!

– Dlaczego nikt mi nie powiedział? – spytała ostro, spoglądając na dwóch mężczyzn, którzy poza nią znajdowali się w łodzi.

– Lepiej zobaczyć – odpowiedział Gu, nie przerywając spokojnego wiosłowania.

Nie podobał się jej jego uśmieszek.

– I odebrać ci tę chwilę odkrycia? – stwierdził Kylrm. – Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem jego poruszenie. Nie warto tego psuć. Nigdy nie mówimy nowym strażnikom, kiedy płyną tu po raz pierwszy.

Rysn stłumiła irytację i spojrzała znów na „wyspę”. Niech będą przeklęte niedokładne opisy z jej lektur. Zbyt wiele pogłosek, zbyt mało doświadczenia. Trudno jej było uwierzyć, że nikt nigdy nie napisał prawdy. Pewnie po prostu korzystała z niewłaściwych źródeł.

Drobny deszczyk otaczał ogromną bestię mgiełką i tajemnicą. Co jadł tak wielki stwór? Czy zauważał ludzi mieszkających na jego grzbiecie, czy go to obchodziło? Na Keleka... Jak wyglądało parzenie się tych potworów?

Musiał być starożytny. Łódź wpłynęła w jego cień i Rysn widziała zieleń rosnącą na jego kamiennej skórze. Łupkokora tworzyła wielkie pola pełne żywych barw. Niemal wszystko porastał mech. Pnącza i skałopąki otaczały pnie niedużych drzew, które zakorzeniły się w pęknięciach między płytami skorupy.

Gu poprowadził konwój wokół tylnej nogi – ku uldze Rysn omijając ją bardzo szerokim łukiem – i zaszedł stwora z boku. Tu skorupa zanurzała się w wodzie, tworząc platformę. Rysn usłyszała ludzi, zanim ich zobaczyła, ich śmiech rozlegał się między chlupnięciami. Deszcz przestał padać, więc opuściła parasol i otrząsnęła go nad wodą. W końcu zauważyła ludzi, grupkę młodzieży obu płci, którzy wspinali się na krawędź skorupy i zeskakiwali z niej do morza.

To jej nie zaskoczyło. Wody Morza Reshi, podobnie jak Czystego Jeziora, były zadziwiająco ciepłe. Rysn raz weszła do wody w pobliżu ojczyzny. Przemarzła i uznała, że nie jest to doświadczenie, które chciałby powtórzyć ktoś przy zdrowych zmysłach. Zazwyczaj do kąpieli w oceanie doprowadzały alkohol lub brawura.

Przypuszczała, że tu pływaków spotykało się często. Nie spodziewała się jednak, że będą nadzy.

Rysn zarumieniła się gwałtownie, gdy grupka ludzi przebiegła obok skalnego wyrostka przypominającego dok. Wszyscy byli nadzy jak w dniu narodzin. Młodzi mężczyźni i kobiety nie przejmowali się tym, kto na nich patrzy. Nie była pruderyjną Alethyjką, ale... na Keleka! Nie powinni czegoś włożyć?

Wokół niej opadły wstydospreny o kształcie białych i czerwonych płatków kwiatów, które unosiły się na wietrze. Z tyłu Gu zachichotał.

Dołączył do niego Kylrm.

– To kolejna rzecz, przed którą nie ostrzegamy nowych.

Prymitywny lud, pomyślała Rysn. Nie powinna się tak rumienić. Była dorosła. No, prawie.

Flotylla płynęła dalej w stronę fragmentu skorupy, który tworzył swego rodzaju przystań – niskiej płaszczyzny wiszącej tuż nad wodą. Ustawili się i czekali, choć Rysn nie wiedziała na co.

Po kilku chwilach płyta podniosła się, ociekając wodą, gdy bestia zrobiła kolejny leniwy krok. Łodzie zakołysały się na falach. Kiedy wszystko się uspokoiło, Gu skierował łódź do doku.

– Wychodź – powiedział.

– Przywiążemy łódź do czegoś? – spytała Rysn.

– Nie. To niebezpieczne z powodu poruszeń. Cofniemy się.

– A w nocy? Jak przybijacie do brzegu?

– Kiedy śpimy, odpływamy i wiążemy łodzie razem. Śpimy tam, a rano znów odnajdujemy wyspę.

– Och.

Rysn odetchnęła i upewniła się, że jej doniczka z trawą spoczywa bezpiecznie na dnie katamaranu.

Wstała. To nie posłuży jej butom, które były dosyć drogie. Miała przeczucie, że Reshich to nie obchodziło. Pewnie mogła pójść na spotkanie ich króla z gołymi nogami. Na Pasje! To, co widziała, sugerowało, że pewnie mogłaby pójść z gołą piersią.

Wspięła się ostrożnie i z zadowoleniem stwierdziła, że choć skorupa znajdowała się około cala pod wodą, nie była śliska. Kylrm wspiął się razem z nią, a ona podała mu złożony parasol, cofnęła się i zaczekała, aż Gu odpłynie. Kolejny wioślarz przybił do brzegu, ta łódź była dłuższa, a w wiosłowaniu pomagali parshmeni.

Jej babsk kulił się w środku, otulony kocem mimo upału, z głową opartą o burtę. Jego blada skóra wydawała się woskowata.

– Babsk... – powiedziała Rysn, czując ściskanie serca. – Powinniśmy byli zawrócić.

– Bzdura – odparł słabo. I tak się uśmiechnął. – Znosiłem gorsze rzeczy. Musi dojść do wymiany. Za dużo zaryzykowaliśmy.

– Pójdę do króla i handlarzy na wyspie – zaproponowała. – I poproszę, by przybyli tutaj i negocjowali z tobą w porcie.

Vstim kaszlnął w dłoń.

– Nie. Ci ludzie nie są jak Shinowie. Moja słabość zaszkodzi transakcji. Zuchwałość. Wobec Reshich musisz być zuchwała.

– Zuchwała? – powtórzyła Rysn, spoglądając na przewodnika łodzi, który rozsiadł się z palcami zanurzonymi w wodzie. – Babsk... Reshi żyją swobodnie. Nie sądzę, by cokolwiek się dla nich liczyło.

– W takim razie będziesz zaskoczona – stwierdził Vstim. Podążył za jej spojrzeniem w stronę pobliskich pływaków, którzy ze śmiechem wskakiwali do wody. – Tak, życie tutaj może być proste. Przyciąga takich ludzi podobnie jak wojna przyciąga bólospreny.

Przyciąga... Jedna z kobiet przebiegła obok, a wtedy Rysn zauważyła z zaskoczeniem, że tamta miała thayleńskie brwi. Opaliła się, więc różnica odcienia skóry nie rzucała się w oczy. Patrząc na pływaków, Rysn odnalazła innych. Dwójkę wyglądającą na Herdazów, nawet... Alethi? Niemożliwe.

– Ludzie szukają tego miejsca – wyjaśnił Vstim. – Lubią życie Reshich. Tutaj mogą dać się ponieść wyspie. Walczyć, kiedy walczy z inną wyspą. Poza tym odpoczywać. Tacy ludzie są w każdej kulturze, gdyż każde społeczeństwo składa się z jednostek. Musisz się tego nauczyć. Nie pozwól, by twoje założenia na temat kultury uniemożliwiły ci dostrzeżenie jednostki, albo ci się nie powiedzie.

Pokiwała głową. Wydawał się tak kruchy, ale jego słowa brzmiały stanowczo. Próbowała nie myśleć o pływakach. Fakt, że przynajmniej jedno z nich pochodziło z jej narodu, sprawiał, że czuła się jeszcze bardziej zażenowana.

– Jeśli ty nie możesz dobić z nimi targu... – powiedziała Rysn.

– Ty musisz to zrobić.

Mimo upału Rysn zrobiło się zimno. Dlatego właśnie dołączyła do Vstima, prawda? Ile razy marzyła, by pozwolił jej przewodzić? Dlaczego teraz czuła się taka nieśmiała?

Spojrzała w stronę swojej łodzi, która odpływała, unosząc jej doniczkę z trawą. Znów popatrzyła na babska.

– Powiedz mi, co mam zrobić.

– Wiedzą wiele o cudzoziemcach – stwierdził Vstim. – O wiele więcej niż my o nich. To dlatego, że tak wielu z nas przybywa, by zamieszkać pośród nich. Wielu z Reshich jest rzeczywiście tak beztroskich, jak ci się wydaje, ale niektórzy są inni. Ci wolą walczyć. A handel... jest dla nich jak walka.