Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I to bardzo przydatna próba, pomyślał Kaladin.

– Pewnie! – zawołał z tyłu Lopen. – Po prostu sobie pójdźcie i zostawcie Herdaza przyklejonego do ściany? Widoki są zaiste piękne. O, a czy to coś, co płynie po moim policzku, to śluz? Zupełnie nowy wizerunek Lopena, który nie może go otrzeć, ponieważ, o ile już o tym nie wspomniałem, ma rękę przylepioną do ściany.

Kaladin uśmiechnął się i podszedł do niego.

– To ty zaproponowałeś, żebym przykleił cię do ściany, Lopenie.

– Moja druga ręka. – powiedział mężczyzna. – Wiecie, ta która została odcięta przed laty, pożarta przez straszliwą bestię. W tej chwili wykonuje wulgarny gest w twoją stronę. Pomyślałem, że chciałbyś o tym wiedzieć, żebyś był gotów na obelgę.

Powiedział to z tą samą niefrasobliwością, z którą podchodził do wszystkiego. Nawet do drużyny mostowych dołączył ze swego rodzaju szalonym zapałem.

Kaladin go uwolnił.

– To coś – powiedział Skała – dobrze działało.

– Tak – zgodził się Kaladin.

Choć, jeśli miał być szczery, pewnie pozbyłby się trzech mężczyzn z taką samą łatwością przy użyciu włóczni oraz zwiększonej szybkości i siły, jakie zapewniało mu Burzowe Światło. Nie wiedział jeszcze, czy to dlatego, że nie znał swoich nowych mocy, ale wydawało mu się, że zmuszanie się do ich użycia sprawiało, iż przyjmował dość niezręczne pozy.

Zaznajomienie się, pomyślał. Muszę poznać te umiejętności tak dobrze, jak znam włócznię.

A to oznaczało ćwiczenia. Mnóstwo ćwiczeń. Niestety, najlepszym sposobem byłoby znalezienie kogoś, kto mu dorównywał umiejętnościami, siłą i wytrzymałością albo nawet go przewyższał. Biorąc pod uwagę, co umiał teraz, nie byłoby to łatwe.

Trzej pozostali poszli po bukłaki z wodą, a wtedy Kaladin zauważył postać stojącą w cieniach w głębi rozpadliny. Wyprostował się, zaniepokojony, aż w blasku kul pojawił się Teft.

– Miałeś pełnić straż – warknął do Lopena.

– Byłem zbyt zajęty wiszeniem na ścianach – odparł Herdaz, unosząc bukłak. – A ty miałeś szkolić bandę zielonych.

– Drehy dobrze sobie z nimi radzi – stwierdził Teft, obchodząc stertę odpadków. Stanął przy ścianie obok Kaladina. – Nie wiem, czy chłopcy ci powiedzieli, Kaladinie, ale sprowadzenie tej bandy na dół sprawiło, że wyszli ze swoich skorup.

Kaladin przytaknął.

– Skąd tak dobrze znasz ludzi? – spytał starszy mężczyzna.

– Najpierw trzeba odpowiednią liczbę posiekać na kawałki – odparł Kaladin i spojrzał z góry na dłoń, którą zadrapał w trakcie walki ze Skałą. Rana zniknęła, Burzowe Światło uzdrowiło uszkodzenia skóry.

Teft chrząknął i spojrzał na pozostałą trójkę, która właśnie dobrała się do racji.

– Powinieneś przekazać dowództwo nad nowymi Skale.

– Nie chce walczyć.

– Przed chwilą walczył z tobą – zauważył Teft – więc może z nimi też zechce. Ludzie lubią go bardziej niż mnie. Ja wszystko popsuję.

– Świetnie sobie poradzisz i nie pozwolę, żebyś mówił inaczej. Mamy teraz środki. Nie musimy oszczędzać na każdej kuli. Wyszkolisz tych chłopaków i zrobisz to właściwie.

Teft westchnął, ale nie powiedział nic więcej.

– Widziałeś, co zrobiłem.

– Ano – odparł Teft. – Musimy tu sprowadzić całą dwudziestkę, jeśli ma to być prawdziwe wyzwanie.

– Albo znaleźć kogoś innego, podobnego do mnie – dodał Kaladin. – Kogoś, z kim mógłbym ćwiczyć.

– Ano – powtórzył Teft i pokiwał głową, jakby sam o tym nie pomyślał.

– Było dziesięć zakonów rycerzy, prawda? – spytał Kaladin. – Czy wiesz coś o pozostałych?

Teft był pierwszym, który zorientował się, czego mógł dokonać Kaladin. Wiedział o tym przed nim samym.

– Niewiele. – Na twarzy Tefta pojawił się grymas. – Wiem, że zakony nie zawsze się dogadywały, mimo że oficjalne opowieści utrzymują coś innego. Musimy zobaczyć, czy uda nam się znaleźć kogoś, kto wie więcej ode mnie. Ja... trzymałem się z dala. A ludzi, których znałem i którzy mogliby powiedzieć więcej, już tu nie ma.

Jeśli Teft był wcześniej w paskudnym nastroju, te słowa jeszcze bardziej go przygnębiły. Rzadko mówił o przeszłości, ale Kaladin zyskiwał coraz większą pewność, że kimkolwiek byli ci ludzie, nie żyli z powodu czegoś, co zrobił sam Teft.

– Co byś pomyślał, gdybyś usłyszał, że ktoś chce odtworzyć Świetlistych Rycerzy? – zapytał cicho Kaladin.

Teft gwałtownie uniósł głowę.

– Ty...

– Nie ja – zaprzeczył Kaladin.

Dalinar Kholin pozwolił mu przysłuchiwać się naradzie, a choć Kaladin ufał Teftowi, od oficera oczekiwano zachowania określonej dyskrecji.

Dalinar jest jasnooki, powiedział jakiś głos w jego wnętrzu. Dwa razy by się nie zastanowił nad zdradzeniem tajemnicy, którą byś mu powierzył.

– Nie ja – powtórzył Kaladin. – A gdyby jakiś król gdzieś na świecie uznał, że zbierze grupę ludzi i nazwie ich Świetlistymi Rycerzami?

– Nazwałbym go idiotą – stwierdził Teft. – Świetliści nie byli tacy, jak mówią o nich ludzie. Nie byli zdrajcami i już. Ale wszyscy są przekonani, że oni nas zdradzili, i nie będzie ci łatwo skłonić ich do zmiany zdania. Chyba że uciszysz ich Wiązaniem Mocy. – Teft obrzucił Kaladina spojrzeniem. – Zamierzasz to zrobić, chłopcze?

– Znienawidziliby mnie, prawda? – spytał Kaladin. Nie mógł nie zauważyć Syl, która maszerowała w powietrzu, aż znalazła się blisko i wpatrzyła w niego. – Za to, co zrobili starzy Świetliści. – Uniósł dłoń, by powstrzymać sprzeciw mężczyzny. – Za to, co zdaniem ludzi zrobili.

– Ano.

Syl założyła ręce na piersi i posłała Kaladinowi spojrzenie, które mówiło „Obiecałeś”.

– W takim razie będziemy musieli postępować bardzo ostrożnie – powiedział Kaladin. – Zbierz nowych rekrutów. Mają dość ćwiczeń jak na jeden dzień.

Teft przytaknął i odbiegł, by wykonać rozkaz. Kaladin wziął włócznię i zebrał kule, które stanowiły źródło światła, po czym gestem wezwał pozostałych. Spakowali się i ruszyli w drogę powrotną.

– Czyli zamierzasz to zrobić – powiedziała Syl, lądując mu na ramieniu.

– Najpierw chcę jeszcze poćwiczyć – odparł Kaladin. I przyzwyczaić się do tej idei.

– Będzie dobrze, Kaladinie.

– Nie. Będzie ciężko. Ludzie mnie znienawidzą, a nawet jeśli nie, znajdę się na uboczu. Oddzielony od nich. Przyjąłem to jednak jako swój los. Poradzę sobie.

Nawet w moście czwartym Moash był jedynym, który nie traktował Kaladina jako jakiegoś mitycznego zbawcy Herolda. On i może Skała.

Mimo to pozostali mostowi nie zareagowali strachem, którego się wcześniej obawiał. Uwielbiali go, ale go nie izolowali. To musiało mu wystarczyć.

Dotarli do drabinki sznurowej przed Teftem i zielonymi, ale nie było powodu, by na nich czekać. Kaladin wspiął się na górę i wyszedł z dusznej rozpadliny na płaskowyż na wschód od obozów. Czuł się dziwnie, mogąc wynieść włócznię i pieniądze z rozpadliny. I w rzeczy samej, żołnierze strzegący drogi prowadzącej do obozu Dalinara nie zaczepiali go – wręcz przeciwnie, zasalutowali i wyprostowali się. To był bardzo staranny salut – taki, jakiego mógłby oczekiwać generał.

– Wydają się z ciebie dumni – powiedziała Syl. – Nawet cię nie znają, ale są z ciebie dumni.

– To ciemnoocy – stwierdził Kaladin, odpowiadając podobnym gestem. – Pewnie ludzie, którzy walczyli na Wieży, kiedy Sadeas ich zdradził.

– Burzą Błogosławiony! – zawołał jeden z nich. – Słyszeliście wieści?

Niech będzie przeklęty ten, który zdradził im przydomek, pomyślał Kaladin, gdy Skała i pozostali dwaj dotarli do niego.

– Nie – odparł. – Jakie wieści?

– Na Strzaskane Równiny przybył bohater! – odkrzyknął żołnierz. – Spotka się z oświeconym Kholinem, może go poprze! To dobry znak. Może pomóc uspokoić sytuację.

– Co takiego?! – krzyknął Skała. – Kto?!

Żołnierz wypowiedział imię.

Serce Kaladina zmieniło się w lód.

Prawie wypuścił włócznię z odrętwiałych palców. A później ruszył biegiem. Nie zwracał uwagi na krzyki Skały, nie zatrzymał się, by inni mogli go dogonić. Biegł przez obóz w stronę centrum dowodzenia Dalinara.

Nie chciał w to uwierzyć, kiedy zobaczył sztandar wiszący ponad grupką żołnierzy, której towarzyszyła pewnie dużo większa grupa poza obozem. Minął ich, przyciągając okrzyki i spojrzenia, pytania, czy coś się stało.

W końcu zatrzymał się gwałtownie przed niskimi schodami prowadzącymi do kompleksu Dalinara. Tam Czarny Cierń ściskał rękę wysokiego mężczyzny.

Nowo przybyły miał kwadratową twarz i idealny mundur. Roześmiał się, a później objął Dalinara.

– Stary przyjacielu – powiedział. – Minęło zbyt wiele czasu.

– Stanowczo zbyt wiele – zgodził się Dalinar. – Cieszę się, że po latach obietnic w końcu tu dotarłeś. Słyszałem, że nawet zdobyłeś Ostrze Odprysku.

– Tak – stwierdził przybysz, cofnął się i wyciągnął rękę w bok. – Odebrane skrytobójcy, który spróbował mnie zabić na polu bitwy.

Pojawiło się Ostrze. Kaladin wpatrywał się w srebrzystą broń. Ostrze, grawerowane na całej długości, wyglądem przypominało ruszające się płomienie. Kaladin miał wrażenie, że widzi plamy krwi. W jego umyśle pojawiły się imiona – Dallet, Coreb, Reesh... oddział z innych czasów, z innego życia. Mężczyźni, których Kaladin kochał.

Podniósł wzrok i zmusił się, by spojrzeć w twarz przybysza. Człowieka, którego Kaladin nienawidził, nienawidził ponad wszystko. Człowieka, którego kiedyś uwielbiał.

Lord Amaram. Mężczyzna, który ukradł Kaladinowi Ostrze Odprysku, napiętnował jego czoło i sprzedał go w niewolę.

Koniec

części pierwszej

Interludia

Eshonai • Ym • Rysn

 

Kiedy Eshonai dotarła do płaskowyżu pośrodku Strzaskanych Równin, w jej umyśle pulsował cicho Rytm Zdecydowania.

Centralny płaskowyż. Narak. Wygnanie. Dom.

Zerwała z głowy hełm Pancerza Odprysku i odetchnęła chłodnym powietrzem. Pancerz miał cudowną wentylację, ale po jakimś czasie wewnątrz robiło się duszno. Inni żołnierze wylądowali za nią – na tę wyprawę zabrała ze sobą piętnaście setek. Całe szczęście, tym razem przybyli na długo przed ludźmi i zebrali serce klejnotu właściwie bez walki. Devi je niósł – zasłużył na ten przywilej, gdyż jako pierwszy zobaczył z daleka poczwarkę.

Niemal żałowała, że ucieczka była tak łatwa. Niemal.

Gdzie jesteś, Czarny Cierniu? – pomyślała, spoglądając na zachód. Dlaczego nie przybyłeś znów stawić mi czoła?

Wydawało jej się, że widziała go na wyprawie jakiś tydzień temu, kiedy zostali zepchnięci z płaskowyżu przez jego syna. Eshonai nie brała udziału w tej walce – ranna noga bolała, a skakanie z płaskowyżu na płaskowyż ją męczyło, nawet w Pancerzu Odprysku. Może w ogóle nie powinna brać udziału w tych wyprawach.

Chciała być tam na wypadek, gdyby jej siły zostały otoczone i potrzebowały Odpryskowego – nawet rannego – by się uwolnić. Noga wciąż bolała, ale Pancerz zapewniał osłonę. Wkrótce będzie musiała wrócić do walki. Może jeśli zacznie brać bezpośredni udział, Czarny Cierń znów się pojawi.

Musiała z nim porozmawiać. Czuła tę konieczność nawet na wietrze.

Jej żołnierze unieśli dłonie w geście pożegnania i każdy ruszył w swoją stronę. Wielu cicho śpiewało lub nuciło pieśń w Rytmie Żałoby. W ostatnich czasach niewielu śpiewało do Podekscytowania czy nawet Zdecydowania. Krok po kroku, burza po burzy, przygnębienie przytłaczało jej lud – słuchaczy, jak się nazywali. „Parshendi” było ludzkim określeniem.

Eshonai ruszyła w stronę ruin, które dominowały nad Narakiem. Po tylu latach niewiele pozostało. Ruiny ruin, tak by je można nazwać. Wspólne dzieło ludzi i słuchaczy nie wytrzymało mocy arcyburzy.

Tamta kamienna iglica z przodu pewnie kiedyś była wieżą. Przez stulecia zarosła grubą warstwą kremu naniesionego przez szalejące burze. Miękki krem wsączał się w pęknięcia i wypełniał okna, po czym powoli twardniał. Wieża wyglądała teraz jak ogromny stalagmit, zwrócony zaokrąglonym końcem do nieba, a jego boki pokrywał kamień, który wyglądał jak stopiony.

Iglica musiała mieć mocny środek, skoro przetrwała tak silne wichry. Inne przykłady starożytnej sztuki inżynieryjnej nie poradziły sobie tak dobrze. Eshonai mijała bryły i kopce, pozostałości powalonych budynków, stopniowo pochłaniane przez Strzaskane Równiny. Burze były nieprzewidywalne. Czasami wielkie głazy odrywały się od skalnych formacji, pozostawiając wyżłobienia i ostre krawędzie. Czasem z kolei iglice stały przez stulecia, wzrastając – nie kurcząc się – gdy wiatry jednocześnie je erodowały i wzmacniały.

Eshonai odkrywała podobne budowle podczas swoich ekspedycji, jak ta, w której brała udział, kiedy jej lud po raz pierwszy spotkał ludzi. Minęło zaledwie siedem lat, a wydawało się, że cała wieczność. Kochała tamte dni, gdy zwiedzała szeroki świat, który wydawał się nieskończony. A teraz...

Teraz spędzała życie uwięziona na tym jednym płaskowyżu. Przyzywały ją pustkowia, śpiewały do niej, że powinna zabrać to, co mogła unieść, i wyruszyć. Niestety, to już nie było jej przeznaczenie.

Przeszła w cieniu wielkiej skalnej bryły, która, jak sobie zawsze wyobrażała, mogła być bramą miasta. Przez te wszystkie lata szpiedzy niewiele im przekazali, ale wiedziała, że Alethi nie rozumieli. Maszerowali po nierównej powierzchni płaskowyżów i widzieli jedynie naturalną skałę, nieświadomi, że kroczą po kościach od dawna martwego miasta.

Eshonai zadrżała i dostroiła się do Rytmu Straty. Był cichy, a jednocześnie gwałtowny, z ostrymi, oddzielonymi od siebie nutami. Nie dostrajała się długo. Wspominanie zabitych było ważne, ale ochrona żyjących jeszcze ważniejsza.

Znów dostroiła się do Zdecydowania i wkroczyła na Narak. Tutaj słuchacze przez lata wojny zbudowali sobie najlepszy dom, jaki mogli. Kamienne półki stały się koszarami, pancerze wielkoskorupów tworzyły ściany i dachy. Na kopcach, które niegdyś były budynkami, po zawietrznej wyrastały skałopąki, dostarczające pożywienia. Duża część Strzaskanych Równin była niegdyś zamieszkana, ale największe miasto znajdowało się tutaj, w samym środku. I oto pozostałości jej ludu zamieszkały w pozostałościach martwego miasta.

Nazwali je Narak – wygnanie – gdyż tutaj zostali oddzieleni od swoich bogów.

Słuchacze obu płci unosili do niej dłonie. Tak niewielu pozostało. Ludzie nie ustawali w dążeniu do zemsty.

Nie miała do nich pretensji.

Skierowała się w stronę Sali Sztuki. Była w pobliżu, a ona nie pojawiła się w niej od wielu dni. Wewnątrz żołnierze usiłowali malować, co im zupełnie nie wychodziło.

Eshonai kroczyła między nimi, wciąż w Pancerzu Odprysku, z hełmem pod pachą. Długi budynek nie miał dachu – by wpuszczać dużo światła do malowania – a ściany pokrywała gruba warstwa stwardniałego kremu. Trzymając grube pędzle, żołnierze starali się ze wszystkich sił przedstawić kwiaty skałopąków ustawione na podwyższeniu pośrodku. Eshonai przeszła się dookoła, przyglądając się ich dziełom. Papier był cenny, a płótna właściwie nie mieli, więc malowali na skorupach.

Obrazy były koszmarne. Plamy jaskrawych kolorów, krzywe płatki... Eshonai zatrzymała się obok Varanisa, jednego z poruczników. Ostrożnie trzymał pędzel w opancerzonych palcach, masywna postać przed sztalugą. Płyty chitynowego pancerza wyrastały z jego ramion, piersi, nawet głowy. Tak samo wyglądało jej ciało, nawet pod Pancerzem.

– Robisz się coraz lepszy – powiedziała mu Eshonai, mówiąc w Rytmie Pochwały.

Spojrzał na nią i zanucił cicho Sceptycyzm.

Eshonai zaśmiała się i oparła mu dłoń na ramieniu.

– Przynajmniej wygląda jak kwiaty, Varanisie. Mówię szczerze.

– Wygląda jak błotnista woda na brązowym płaskowyżu – stwierdził. – I może unoszą się na niej brązowe liście. Dlaczego kolory stają się brązowe, kiedy się mieszają? Trzy piękne barwy połączone razem stają się najmniej piękną z barw. To nie ma sensu, generale.

Generał. Czasami czuła się w tej pozycji równie niezręcznie, jak ci mężczyźni, gdy próbowali malować. Nosiła wojnoformę, gdyż potrzebowała pancerza do walki, ale wolała pracoforormę. Bardziej zwinną i wytrzymałą. Nie dlatego nie lubiła przewodzić tym mężczyznom, ale robienie tego samego każdego dnia – musztra, ataki na płaskowyże – otępiało jej umysł. Chciała widzieć nowe rzeczy, odwiedzać nowe miejsca. A tymczasem dołączyła do swojego ludu w długim czuwaniu przy zwłokach, gdy umierali.

Nie. Znajdziemy sposób.

Miała nadzieję, że sztuka jest częścią. Zgodnie z jej rozkazem, w swoim czasie każdy mężczyzna i każda kobieta podejmowali próbę w Sali Sztuki. I starali się, ze wszystkich sił. Jak na razie równie dobrze mogli próbować skoczyć przez rozpadlinę, której drugiego końca nie widzieli.

– Żadnych sprenów? – spytała.

– Ani jednego. – Rytm Żałoby.

Ostatnio słyszała go stanowczo zbyt często.

– Próbuj dalej – zachęciła. – Nie przegramy tej bitwy z braku wysiłków.

– Ale generale – powiedział Varanis – jaki jest sens? Artyści nie uratują nas przed mieczami ludzi.

Inni żołnierze w pobliżu odwrócili się, by usłyszeć jej odpowiedź.

– Artyści nie pomogą – powiedziała w Rytmie Pokoju. – Ale moja siostra jest pewna, że zbliża się do odkrycia nowych form. Jeśli dowiemy się, jak tworzyć artystów, to pomoże nam zrozumieć proces przemiany, co z kolei może jej pomóc w badaniach. Pomóc jej odkryć formy silniejsze od wojnoformy. Artyści nam nie pomogą, ale inna forma tak.

Varanis pokiwał głową. Był dobrym żołnierzem. Nie wszyscy wśród nich byli – wojnoforma nie czyniła bardziej zdyscyplinowanym. Niestety, ograniczała zdolności artystyczne.

Eshonai próbowała malować. Nie umiała myśleć we właściwy sposób, nie umiała pochwycić abstrakcji niezbędnych, by tworzyć sztukę. Wojnoforma była dobrą formą, wszechstronną. Nie osłabiała myślenia, jak paroforma. Podobnie jak przy pracoforormie, w wojnoformie była sobą. Ale każda miała swoje cechy szczególne. Robotnik miał problemy z dopuszczaniem się przemocy – gdzieś w umyśle kryła się blokada. Dlatego właśnie lubiła tę formę. Zmuszała ją do myślenia w inny sposób, by rozwiązywać problemy.

Żadna z nich nie umiała tworzyć sztuki. A w każdym razie nie dobrej. Paroforma była lepsza, ale wiązało się z nią mnóstwo innych problemów. Właściwie uniemożliwiała skupienie się na czymś produktywnym. Poza tym istniały dwie inne formy, choć pierwszą – tępoformę – rzadko wykorzystywano. Była reliktem przeszłości, zanim odkryli coś lepszego.

Pozostawała jedynie zwinnoforma, forma przeznaczenia ogólnego, zręczna i ostrożna. Wykorzystywali ją do wychowywania młodych i wykonywania prac, które wymagały raczej zręczności niż siły. Niewielu mogli przeznaczyć do tej formy, choć była bardziej uzdolniona artystycznie.

Stare pieśni mówiły o setkach form. Teraz znali tylko pięć. Cóż, sześć, jeśli liczyć niewoloformę, formę bez sprenów, bez duszy i bez pieśni. Do tej formy byli przyzwyczajeni ludzie, to ich zwali parshmenami. To jednak była nie tyle forma, ile brak formy.

Eshonai wyszła z Sali Sztuki z hełmem pod pachą i bolącą nogą. Minęła wodny plac, gdzie zwinni wybudowali dużą sadzawkę z rzeźbionego kremu. Podczas pożegnania burzy zbierała deszczówkę, gęstą od pokarmu. To tutaj robotnicy przychodzili z wiadrami po wodę. Ich formy były silne, niemal jak wojnoforma, choć o szczuplejszych palcach i bez pancerza. Wielu skinęło jej głową, choć jako generał nie miała nad nimi władzy. Była ich ostatnim Odpryskowym.

Grupa trzech paroform – dwie kobiety, jeden mężczyzna – bawiła się w wodzie, ochlapując się nawzajem. Ledwie ubrani, ociekali tym, co inni mieli pić.

– Wy troje – warknęła w ich stronę. – Nie powinniście robić czegoś innego?

Pulchni i pozbawieni wyrazu, uśmiechali się do Eshonai.

– Chodź do nas! – zawołało jedno z nich. – To zabawa!

– Wyjdźcie! – poleciła, wskazując na nich palcem.

Trójka mamrotała w Rytmie Rozdrażnienia, jednak wyszli z wody. W pobliżu kilku robotników potrząsało głowami, a jeden zaśpiewał Pochwałę, doceniając Eshonai. Robotnicy nie lubili konfliktów.

To było usprawiedliwienie. Podobnie jak ci, którzy przybierali paroformę, wykorzystywali ją jako usprawiedliwienie dla swoich niedorzecznych zajęć. Kiedy Eshonai przybierała pracoforormę, wyszkoliła się, by w razie konieczności nie cofać się przed konfrontacją. Raz była nawet w parze i udowodniła sobie samej, że rzeczywiście można być produktywnym w tej formie, mimo... rozproszenia.

Inna sprawa, że reszta jej doświadczeń jako pary okazała się całkowitą katastrofą.

Odezwała się do paroform w Rytm Reprymendy, a jej słowa były tak żarliwe, że przyciągnęła złościospreny. Widziała, jak przybywają z daleka, przyciągnięte przez jej uczucie, poruszające się z niewiarygodną prędkością – jak błyskawica tańcząca w jej stronę nad odległymi skałami. Błyskawice zebrały się wokół jej stóp, zabarwiając kamień na czerwono.

To napełniło strachem paroformy, które pobiegły, by zgłosić się do Sali Sztuki. Miała tylko nadzieję, że po drodze nie znikną w alkowie, by się parzyć. Zrobiło jej się niedobrze na tę myśl. Nigdy nie potrafiła zrozumieć tych, którzy decydowali się pozostać w paroformie. Większość par, by mieć dziecko, wchodziła w tę formę i na rok zamykała się w odosobnieniu – a po narodzinach dziecka zmieniała formę najszybciej, jak się dało. W końcu kto chciałby pojawiać się w takim stanie w miejscu publicznym?

Ludzie to robili. Na początku ją to dezorientowało, kiedy uczyła się ich języka i prowadziła z nimi handel. Nie tylko ludzie nie zmieniali form, ale zawsze byli gotowi się parzyć, zawsze rozpraszały ich pragnienia natury seksualnej.

Wiele by dała, by móc niepostrzeżenie chodzić między nimi, przyjąć na rok ich jednobarwną skórę i wędrować ich drogami, zobaczyć ich wielkie miasta. Jednakże wraz z pozostałymi rozkazała zabić króla Alethich w rozpaczliwej próbie powstrzymania bogów słuchaczy przed powrotem.

Cóż, to się udało – król Alethich nie wprowadził swojego planu w życie. Ale w efekcie jej lud był powoli niszczony.

W końcu dotarła do skalnej formacji, którą nazywała domem – niewielkiej, zapadniętej kopuły. Właściwie przypominała jej te na krawędzi Strzaskanych Równin – te ogromne, które ludzie nazywali obozami. Jej lud tam mieszkał, zanim porzucił je dla bezpieczeństwa Strzaskanych Równin, których rozpadlin ludzie nie mogli przeskoczyć.

 

Jej dom był rzecz jasna o wiele mniejszy. Na samym początku Venli ukształtowała dach z pancerza wielkoskorupa i wybudowała ściany, by podzielić przestrzeń na komnaty. Pokryła wszystko kremem, który w swoim czasie stwardniał, tworząc coś, co bardziej przypominało dom niż szopę.

Eshonai odłożyła hełm na stolik przy wejściu, ale zatrzymała resztę zbroi. Pancerz Odprysku wydawał jej się właściwy. Lubiła wrażenie siły. Wiedziała, że na tym świecie było wciąż coś godnego zaufania. A dzięki mocy Pancerza mogła ignorować ranę nogi.

Przeszła przez kilka pomieszczeń, kiwając głową wszystkim, których mijała. Współpracownicy Venli byli uczonymi, choć nikt nie znał właściwej formy dla prawdziwej nauki. Zwinnoforma była prowizorycznym substytutem. Eshonai znalazła siostrę przy oknie w najdalszej komnacie. Obok niej siedział Demid, niegdyś para Venli. Venli pozostawała w zwinnoformie przez trzy lata, czyli od czasu, kiedy ją poznali, choć Eshonai nadal widziała siostrę jako robotnika, z potężniejszymi ramionami i masywniejszym torsem.

To była przeszłość. Teraz Venli była smukłą kobietą o wąskiej twarzy i skórze w delikatne czerwone i białe zawirowania. Zwinnoformy miały długie pasma włosów, których nie powstrzymywał pancerz. Włosy Venli, w głębokim odcieniu czerwieni, opadały aż do pasa, gdzie zostały związane w trzech miejscach. Nosiła suknię ściągniętą w talii, która ukazywała zarys piersi. Niedużych, gdyż nie była w paroformie.

Venli i jej niegdysiejsza para byli ze sobą blisko, choć nie mieli dzieci. Gdyby wyruszyli razem do walki, byliby parą bitewną. Teraz jednak stanowili parę badaczy albo coś w tym rodzaju. Rzeczy, którymi się zajmowali, nie pasowały do słuchaczy. I o to chodziło. Lud Eshonai nie mógł sobie pozwolić, by żyć przeszłością. Dni leniuchowania w samotności na płaskowyżach – śpiewając do siebie i tylko od czasu do czasu walcząc – już się skończyły.

– I jak? – spytała Venli w Rytm Ciekawości.

– Zwyciężyliśmy – odparła Eshonai, oparła się o ścianę i z brzękiem Pancerza założyła ręce na piersi. – Serce klejnotu jest nasze. Nadal będziemy jeść.

– To dobrze – odparła Venli. – A twój człowiek?

– Dalinar Kholin. Nie przybył na tę bitwę.

– Nie stawi ci znów czoła – rzekła Venli. – Ostatnim razem prawie go zabiłaś.

Słowa te wypowiedziała w Rytmie Rozbawienia. Wstała, podnosząc kawałek papieru – wytwarzali go po zbiorach z wysuszonej pulpy skałopąków – który podała swojej dawnej parze. On przyjrzał się uważnie, pokiwał głową i zaczął robić własne notatki.

Wytwarzanie papieru wymagało mnóstwa czasu i zasobów, ale Venli utrzymywała, że jest tego wart. Lepiej, żeby miała rację.

Venli patrzyła na Eshonai. Miała przenikliwe spojrzenie – szkliste i ciemne oczy, jak u wszystkich słuchaczy. W oczach Venli jednak kryła się dodatkowa tajemnica. We właściwym oświetleniu nabierały fioletowego odcienia.

– Co byś zrobiła, siostro? – spytała. – Gdybyś ty i ten Kholin zdołali powstrzymać próby zabicia się nawzajem na dość długo, by porozmawiać?

– Prosiłabym o pokój.

– Zabiliśmy jego brata – stwierdziła Venli. – Zamordowaliśmy króla Gavilara w noc, kiedy zaprosił nas do swojego domu. Nie jest to coś, o czym Alethi mogliby zapomnieć i to wybaczyć.

Eshonai rozłożyła ręce i poruszyła dłonią w rękawicy. Tamta noc. Rozpaczliwy plan, stworzony przez nią i pięcioro pozostałych. Była jego częścią, mimo młodego wieku, ze względu na wiedzę o ludziach. Wszyscy głosowali tak samo.

Zabić tego mężczyznę. Zabić go i zaryzykować zniszczenie. Gdyby bowiem zrobił to, co powiedział im tamtej nocy, wszystko byłoby stracone. Pozostali, którzy podjęli z nią tamtą decyzję, już nie żyli.

– Odkryłam tajemnicę burzoformy – powiedziała Venli.

– Co takiego?! – Eshonai wyprostowała się. – Miałaś pracować nad formą, która nam pomoże! Formą dla dyplomatów albo uczonych.

– One nas nie ocalą – powiedziała Venli z Rozbawieniem. – Jeśli chcemy poradzić sobie z ludźmi, będziemy potrzebować starożytnych mocy.

– Venli. – Eshonai chwyciła siostrę za ramię. – Nasi bogowie!

Venli nie cofnęła się.

– Ludzie mają Mocowiązców.

– Może nie. To mogło być Ostrze Honoru.

– Walczyłaś z nim. Czy to Ostrze Honoru cię trafiło, zraniło twoją nogę, sprawiło, że utykasz?

– Ja... – Noga ją bolała.

– Nie wiemy, które z pieśni są prawdziwe – stwierdziła Venli.

Choć powiedziała to ze Zdecydowaniem, wydawała się zmęczona i przyciągnęła wyczerpaniospreny. Przybyły z dźwiękiem przypominającym wiatr, wpadły przez okna i drzwi jak smugi przezroczystego oparu, po czym stały się silniejsze, bardziej widoczne, i otoczyły jej głowę jak wiry pary.

Moja biedna siostra. Pracuje równie ciężko, jak żołnierze.

– Jeśli Mocowiązcy powrócili – mówiła dalej Venli – musimy spróbować osiągnąć coś znaczącego, coś, co zapewni nam wolność. Formy mocy, Eshonai... – Spojrzała na dłoń siostry, wciąż zaciśniętą na jej ramieniu. – Przynajmniej usiądź i posłuchaj. I przestań wisieć nade mną.

Eshonai zdjęła palce, ale nie usiadła. Ciężar jej Pancerza połamałby krzesło. Pochyliła się i wpatrzyła w papiery.

Venli sama wymyśliła pismo. Przejęli tę koncepcję od ludzi – zapamiętywanie pieśni było dobre, ale nie doskonałe, nawet jeśli miało się rytm. Informacje zapisane na kartach były bardziej praktyczne, szczególnie do badań.

Eshonai nauczyła się pisma, ale czytanie wciąż sprawiało jej problemy. Brakowało jej czasu na ćwiczenia.

– Burzoforma? – spytała.

– Wystarczająco duża grupa w tej formie – wyjaśniła Venli – mogłaby kontrolować arcyburzę lub nawet ją przywołać.

– Pamiętam pieśń, która mówi o tej formie – odparła Eshonai. – Należała do bogów.

– Większość form w taki czy inny sposób się z nimi wiąże. Czy naprawdę możemy wierzyć w dokładność słów śpiewanych przed tak wielu laty? Kiedy te pieśni zapamiętywano, nasz lud był głównie w tępoformie.

To była forma o niskiej inteligencji i ograniczonych umiejętnościach. Wykorzystywali ją teraz do szpiegowania ludzi. Niegdyś ona i paroforma były jedynymi formami, jakie znał jej lud.

Demid przerzucił kilka kartek, przesunął stertę.

– Venli ma rację, Eshonai. To ryzyko, które musimy podjąć.

– Moglibyśmy negocjować z Alethimi – powiedziała Eshonai.

– Z jakim skutkiem? – spytała Venli, znów ze Sceptycyzmem. Wyczerpaniospreny w końcu zaczęły znikać, ruszając na poszukiwania świeżych źródeł emocji. – Eshonai, wciąż powtarzasz, że chcesz negocjować. Sądzę, że to dlatego, iż ludzie cię fascynują. Myślisz, że pozwoliliby ci swobodnie poruszać się między nimi? Komuś, kogo uważają za formę zbuntowanego niewolnika?

– Setki lat temu – powiedział Demid – uciekliśmy zarówno bogom, jak i ludziom. Nasi przodkowie porzucili cywilizację, moc i potęgę, żeby zyskać wolność. Nie oddam jej, Eshonai. Burzoforma. Z jej pomocą możemy zniszczyć armię Alethich.

– Kiedy oni znikną – dodała Venli – będziesz mogła wrócić do badań. Żadnej odpowiedzialności... mogłabyś podróżować, rysować mapy, odwiedzać miejsca, których nie widział nikt przed tobą.

– To, czego pragnę dla siebie, jest bez znaczenia – stwierdziła Eshonai z Reprymendą – jak długo wszystkim nam grozi zniszczenie.

Przyjrzała się plamkom na kartce, zapisom pieśni. Pieśni bez muzyki, zapisanym tak, jak brzmiały. Pozbawionym duszy.

Czy wybawieniem słuchaczy mogło być coś tak straszliwego? Venli i jej pomocnicy spędzili pięć lat, zapisując wszystkie pieśni, poznając niuanse od starszych, notując je na tych kartach. Dzięki współpracy, badaniom i głębokiemu namysłowi odkryli zwinnoformę.

– To jedyny sposób – powiedziała Venli z Pokojem. – Przedstawimy to Piątce, Eshonai. Chcę, żebyś była po naszej stronie.

– Ja... rozważę to.