Słowa ŚwiatłościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dotykając go, jednocześnie zauważyła coś unoszącego się w powietrzu. Wzdrygnęła się, a kiedy uniosła wzrok, zobaczyła duże, podobne do ptaków istoty krążące wokół niej w Cieniomorzu. Były ciemnoszare i nie miały określonego kształtu, ich postaci były niewyraźne.

– Co...

– Spreny – powiedział Wzór. – Przyciągnięte przez ciebie. Twoje... zmęczenie?

– Wyczerpaniospreny? – spytała, zaskoczona ich wielkością w tym miejscu.

– Tak.

Zadrżała i znów spojrzała na kulkę pod ręką. Była niebezpiecznie blisko całkowitego zanurzenia się w Cieniomorzu i ledwie widziała otaczający ją fizyczny świat. Tylko paciorki. Miała wrażenie, że za chwilę wpadnie do morza, jakie tworzyły.

– Proszę – powiedziała do kulki. – Musisz stać się ogniem.

Wzór zawibrował i odezwał się nowym głosem, przekładając słowa kulki.

– Jestem patykiem – powiedział. Wydawał się zadowolony.

– Mógłbyś stać się ogniem – stwierdziła Shallan.

– Jestem patykiem.

Kijek nie był szczególnie elokwentny. Doszła do wniosku, że nie powinno jej to dziwić.

– Dlaczego nie staniesz się ogniem?

– Jestem patykiem.

– Jak mogę sprawić, żeby się zmienił? – Shallan zwróciła się do Wzoru.

– Mm... nie wiem. Musisz go przekonać. Zaproponować mu prawdę, chyba? – Wydawał się poruszony. – To miejsce jest dla ciebie niebezpieczne. Dla nas. Proszę. Szybko.

Znów spojrzała na kijek.

– Chcesz płonąć.

– Jestem patykiem.

– Będziesz się dobrze bawić, tylko o tym pomyśl.

– Jestem patykiem.

– Burzowe Światło – powiedziała Shallan. – Dostaniesz je! Całe, które mam.

Chwila wahania.

– Jestem patykiem.

– Patyki potrzebują Burzowego Światła. Do... różnych rzeczy...

Shallan zamrugała, czując łzy napływające do oczu.

– Jestem...

– ...patykiem – dokończyła.

Chwyciła kulkę, wyczuwając jednocześnie ją i patyk z materialnego świata. Próbowała wymyślić inny argument. Przez chwilę nie czuła się aż tak zmęczona, ale to uczucie wracało – przytłaczało ją. Dlaczego...?

Jej Burzowe Światło się wyczerpywało.

Po chwili zniknęło, opuściło ją, a ona odetchnęła i z westchnieniem osunęła się do Cieniomorza. Czuła się przytłoczona i wyczerpana.

Spadła w morze paciorków. Ta straszliwa czerń, miliony ruchomych odłamków, które ją pochłaniały.

Wyrzuciła się z Cieniomorza.

Kulki rozrosły się na zewnątrz, stając się patykami, skałami i drzewami, powrócił znany jej świat. Z bijącym sercem padła na ziemię w zagajniku.

Wszystko wokół niej znormalniało. Już nie było odległego słońca i morza paciorków. Jedynie lodowate zimno, nocne niebo i ostry wiatr wiejący między drzewami. Pojedyncza kula, którą opróżniła, wysunęła się z palców i zabrzęczała na skalistej ziemi. Oparła się o skrzynię Jasnah. Ręce wciąż ją bolały po tym, jak ciągnęła ją przez plażę między drzewa. Skuliła się, przerażona.

– Umiesz rozpalić ogień? – spytała Wzoru.

Szczękała zębami. Ojcze Burz. Nie czuła już zimna, ale szczękała zębami, a w blasku gwiazd widziała swój oddech w postaci chmurki.

Poczuła, że robi się senna. Może powinna pójść spać, a całą resztą zająć się rano?

– Przemiana? – spytał Wzór. – Zaproponuj przemianę.

– Próbowałam.

– Wiem. – Jego wibracje wydawały się przygnębione.

Shallan gapiła się na stertę patyków i czuła się całkowicie bezużyteczna. Co takiego powiedziała Jasnah? Panowanie jest podstawą wszelkiej prawdziwej władzy? Autorytet i siła to jedynie kwestia percepcji? Cóż, miała przed sobą bezpośrednie zaprzeczenie tej tezy. Shallan mogła wyobrażać sobie, że jest ważna, mogła zachowywać się jak królowa, ale w tej dziczy niczego to nie zmieniało.

Cóż, pomyślała Shallan, nie będę tak tu siedzieć i czekać, aż zamarznę na śmierć. Mogę zamarznąć na śmierć, szukając pomocy.

Nie poruszyła się jednak. Poruszanie się było trudne. Tutaj, skulona przy skrzyni, przynajmniej nie czuła tak bardzo wiatru. Poleżeć tutaj do rana... Zwinęła się w kłębek.

Nie. To nie wydawało się właściwe. Zakaszlała i jakimś sposobem wstała. Odeszła od nie-ogniska, wyciągnęła kulę z bezpiecznej sakiewki i ruszyła przed siebie.

Wzór poruszał się przy jej stopach. Były teraz bardziej zakrwawione. Pozostawiała na skałach czerwony ślad. Nie czuła rozcięć.

Szła i szła.

I szła.

I...

Światło.

Nie mogła przyśpieszyć. Po prostu nie mogła. Ale nie zatrzymała się, wlokła się w stronę tego blasku w ciemnościach. Częściowo obawiała się, że tym światłem był tak naprawdę Nomon, drugi księżyc. Że, idąc w jego stronę, spadnie z krawędzi Rosharu.

Dlatego zaskoczyła samą siebie, kiedy weszła prosto w niedużą grupkę ludzi siedzących wokół ogniska. Zamrugała, patrząc od jednej twarzy do drugiej, a później – ignorując dźwięki, które wydawali, gdyż w tym stanie wszystkie słowa były dla niej zupełnie pozbawione znaczenia – podeszła do ogniska, położyła się i zasnęła.

* * *

– Jasności?

Shallan jęknęła i przekręciła się. Twarz ją bolała. Nie, to nogi ją bolały. Twarz była niczym w porównaniu z tym bólem. Gdyby jeszcze pospała, może by ustąpił. Przynajmniej na jakiś czas...

– J-jasności? Dobrze się czujecie, tak?

Mówił z thayleńskim akcentem. Na powierzchnię jej umysłu wypłynęło światełko, przynosząc wspomnienia. Statek. Thaylenowie. Marynarze?

Shallan zmusiła się do otwarcia oczu. W powietrzu było czuć słabą woń dymu z wciąż tlącego się ogniska. Niebo miało fioletowy odcień, ale rozjaśniał je blask nadchodzącego świtu. Spała na kamieniu i wszystko ją bolało.

Nie rozpoznała mówiącego, krępego Thaylena z siwą brodą, który miał na głowie włóczkową czapkę i był ubrany w starą marynarkę i kamizelkę, zacerowane w kilku nierzucających się w oczy miejscach. Białe brwi zaczesał za uszy. Nie marynarz. Kupiec. Shallan stłumiła jęk i siadła. Nagły atak paniki sprawił, że sprawdziła bezpieczną rękę. Jeden z palców wysunął się z rękawa, wciągnęła go do środka. Spojrzenie Thaylena pobiegło w tę stronę, ale mężczyzna nic nie powiedział.

– Dobrze się czujecie, tak? – spytał mężczyzna. Mówił po alethyjsku. – Zamierzaliśmy się właśnie spakować. Wasze przybycie poprzedniej nocy było... nieoczekiwane. Nie chcieliśmy wam przeszkadzać, ale sądziliśmy, że może chcielibyście się obudzić przed naszym odjazdem.

Shallan przeczesała swobodną dłonią włosy – splątane rude loki, w których utknęły gałązki. Dwaj inni mężczyźni – wysocy, masywni, vorińskiego pochodzenia – pakowali koce i śpiwory. W nocy zabiłaby za jeden z nich. Pamiętała, jak było jej niewygodnie.

Tłumiąc naturalne potrzeby, rozejrzała się i z zaskoczeniem zobaczyła trzy duże wozy ciągnięte przez chulle, z klatkami z tyłu. Wewnątrz siedziała garstka brudnych mężczyzn bez koszul. Minęła chwila, zanim wszystko zrozumiała.

Handlarze niewolników.

Stłumiła początkowy atak paniki. Handel niewolnikami był całkowicie legalny. Przez większość czasu. Tyle tylko, że to były Krainy Lodu, z dala od władzy jakiejkolwiek grupy lub narodu. Kto mógł stwierdzić, co tu było legalne, a co nie?

Uspokój się, powiedziała sobie z naciskiem. Nie obudziliby cię tak uprzejmie, gdyby planowali coś w tym rodzaju.

Sprzedanie vorińskiej kobiety z wysokiego dahnu – o czym świadczyła jej suknia – byłoby ryzykownym posunięciem dla handlarza niewolników. Większość właścicieli w cywilizowanych krainach wymagałaby dokumentów poświadczających przeszłość niewolnika, a jasnoocy niezwykle rzadko zostawali niewolnikami, poza żarliwcami. Dobrze urodzonych zazwyczaj skazywano na śmierć. Niewola była miłosierdziem dla klas niższych.

– Jasności? – powtórzył nerwowo handlarz niewolników.

Znów myślała jak uczona, żeby odwrócić swoją uwagę od sytuacji. Musiała to zwalczyć.

– Jak się nazywasz? – spytała.

Nie zamierzała odezwać się w tak beznamiętny sposób, ale wstrząs wywołany tym, co zobaczyła, sprawił, że miała zamęt w głowie.

Mężczyzna aż się cofnął.

– Jestem Tvlakv, skromny kupiec.

– Handlarz niewolników – stwierdziła Shallan, wstała i odsunęła włosy z twarzy.

– Jak mówiłem. Kupiec.

Jego dwaj strażnicy patrzyli na nią, pakując wyposażenie na pierwszy wóz. Nie przegapiła pałek, które nosili u pasa. Kiedy tu weszła poprzedniej nocy, w dłoni trzymała kulę, prawda?

Wspomnienia sprawiły, że jej stopy znów przeszył ból. Zacisnęła zęby, gdy z ziemi wokół niej wypełzły bólospreny, jak pomarańczowe dłonie składające się z samych ścięgien. Musiała oczyścić rany, ale jej stopy były tak zakrwawione i posiniaczone, że w najbliższym czasie nie będzie mogła iść. Te wozy miały siedzenia...

Najpewniej ukradli mi kulę, pomyślała. Pomacała bezpieczną sakiewkę. Reszta kul wciąż była na miejscu, ale rękaw miała rozpięty. Sama to zrobiła? Czy popatrzyli? Nie umiała stłumić rumieńca na tę myśl.

Dwaj strażnicy patrzyli na nią wygłodniałym wzrokiem. Tvlakv udawał pokornego, ale jego spojrzenie również było pożądliwe. Ci mężczyźni byli gotowi ją obrabować.

Jeśli zostanie tu sama, pewnie zginie. Ojcze Burz! Co mogła zrobić? Miała ochotę usiąść i się rozpłakać. Po wszystkim, co przeżyła, teraz to?

„Panowanie jest podstawą wszelkiej władzy”.

Jak Jasnah zareagowałaby na tę sytuację?

Odpowiedź była prosta. Byłaby Jasnah.

– Pozwolę, byście mi pomogli – powiedziała Shallan.

Jakimś sposobem odezwała się spokojnie, choć w głębi duszy czuła przerażenie.

– ...Jasności? – spytał Tvlakv.

– Jak widzicie – wyjaśniła Shallan – mój statek się rozbił i straciłam służących. Ty i twoi ludzie się nadacie. Mam skrzynię. Musimy po nią pójść.

 

Czuła się jak jeden z dziesięciu głupców. Z pewnością od razu ją przejrzy. Udawanie, że ma się władzę nie było tym samym, co jej posiadanie, niezależnie od tego, co twierdziła Shallan.

– Będzie... dla nas zaszczytem wam pomóc, oczywiście – odparł Tvlakv. – Jasności...

– Davar – powiedziała Shallan, złagodziwszy ton głosu.

Jasnah nie była protekcjonalna. Choć inni jasnoocy, tacy jak ojciec Shallan, wprost emanowali próżnym przekonaniem o własnej wartości, Jasnah po prostu oczekiwała, że ludzie spełnią jej życzenia. A oni to robili.

Uda jej się. Musi.

– Kupcu Tvlakv – powiedziała. – Muszę udać się na Strzaskane Równiny. Znasz drogę?

– Strzaskane Równiny? – powtórzył mężczyzna, spoglądając na strażników, z których jeden podszedł bliżej. – Byliśmy tam przed kilkoma miesiącami, ale teraz zamierzamy znaleźć miejsce na barce kierującej się do Thaylenah. Zakończyliśmy handel w tych okolicach i nie mamy potrzeby wracać na północ.

– Ach, ależ macie taką potrzebę – stwierdziła Shallan, kierując się w stronę jednego z wozów. Każdy krok był cierpieniem. – Aby mnie tam zawieźć.

Rozejrzała się i z wdzięcznością ujrzała Wzór na boku wozu. Przyglądał się jej. Podeszła do przodu i wyciągnęła rękę do drugiego strażnika, który stał obok.

Mężczyzna tępo wpatrywał się w jej rękę, drapiąc się po głowie. Później spojrzał na wóz i wspiął się na kozioł, po czym pomógł jej wsiąść.

Tvlakv podszedł do niej.

– Powrót bez towarów będzie dla nas bardzo kosztowny. Mam tylko tych niewolników, których kupiłem w Płytkich Kryptach. Za mało, żeby uzasadnić drogę powrotną.

– Kosztowny? – spytała Shallan, siadając. Starała się udawać rozbawienie. – Zapewniam cię, kupcu Tvlakv, że ten wydatek jest dla mnie drobiazgiem. Zostaniesz stosownie wynagrodzony. A teraz ruszajmy. Na Strzaskanych Równinach czekają na mnie ważni ludzie.

– Ależ jasności – sprzeciwił się Tvlakv. – Wyraźnie widzę, że ostatnio przeżyliście trudne chwile. Pozwólcie, że zabiorę was do Płytkich Krypt. Tam jest o wiele bliżej. Odpoczniecie i wyślecie wiadomość tym, którzy na was czekają.

– Czy prosiłam, żebyś zabrał mnie do Płytkich Krypt?

– Ale... – Umilkł, kiedy skupiła na nim wzrok.

Złagodziła wyraz twarzy.

– Wiem, co robię i dziękuję za radę. A teraz ruszajmy.

Trzej mężczyźni wymienili osłupiałe spojrzenia, a handlarz niewolników zdjął czapkę i zmiął ją w dłoniach. Do obozu weszła para parshmenów o marmurkowej skórze. Shallan niemal podskoczyła, kiedy przeszli obok, niosąc wysuszone skorupy skałopąków, które najwyraźniej zbierali na ognisko. Tvlakv nie zwracał na nich uwagi.

Parshmeni. Pustkowcy. Dostała gęsiej skórki, ale nimi nie mogła się teraz martwić. Popatrzyła na handlarza niewolników, spodziewając się, że zignoruje jej polecenia. Mężczyzna jednak pokiwał głową. A później on i jego ludzie po prostu... zrobili, co im powiedziała. Zaprzęgli chulle, handlarz dowiedział się, gdzie znajduje się jej skrzynia, i bez dalszych sprzeciwów ruszyli.

Mogą na razie udawać, powiedziała sobie Shallan, ponieważ chcą wiedzieć, co jest w mojej skrzyni. Więcej rzeczy, które można ukraść.

Ale kiedy do niej dotarli, wciągnęli ją na wóz, przywiązali, a później zawrócili i skręcili na północ.

W stronę Strzaskanych Równin.


Niestety, tak bardzo skupiliśmy się na spiskach Sadeasa, że nie zwróciliśmy uwagi na zmiany w sposobie przeprowadzania ataków przez naszych wrogów, morderców mojego męża, prawdziwe niebezpieczeństwo. Chciałabym wiedzieć, co wywołało ich nagłą, niewyjaśnioną przemianę.

Z dziennika Navani Kholin, Jesesach 1174.

Kaladin przycisnął kamień do ściany rozpadliny, a on się przykleił.

– Gotowe – powiedział i cofnął się.

Skała podskoczył i chwycił go, po czym ugiął nogi i zawisł na ścianie. Jego głęboki śmiech odbijał się echem w rozpadlinie.

– Tym razem utrzymał mój ciężar.

Sigzil zanotował coś w notatniku.

– Dobrze. Trzymaj się dalej, Skało.

– Jak długo? – spytał Rogożerca.

– Aż spadniesz.

– Aż... – Potężny mężczyzna zmarszczył czoło. Obiema rękami trzymał się kamienia. – Ten eksperyment już mi się nie podoba.

– Nie jęcz – powiedział Kaladin, założył ręce na piersi i oparł się o ścianę obok Skały. Otaczającą ich rozpadlinę, pełną pnączy, odpadków i kwitnących roślin, rozświetlały położone na dnie kule. – Nie spadniesz z wysoka.

– Nie chodzi o upadek. – Skała westchnął. – Tylko o moje ramiona. Wiecie, że duży jestem.

– Dobrze więc, że masz duże ręce, żeby cię utrzymały.

– To tak nie działa – sapnął Rogożerca. – I nie mam się jak dobrze chwycić. I...

Kamień odpadł od ściany. Kaladin chwycił Skałę za ramię, pomagając mu zachować równowagę.

– Dwadzieścia sekund – powiedział Sigzil. – Nie za długo.

– Ostrzegałem was – stwierdził Kaladin, podnosząc kamień. – Trwa dłużej, jeśli wykorzystuję więcej Burzowego Światła.

– Chyba potrzebujemy punktu odniesienia – uznał Sigzil. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął świecący diamentowy odłamek, najmniejszą wartość kuli. – Weź z niego całe Burzowe Światło, napełnij nim kamień, a później powiesimy na nim Skałę i zobaczymy, ile wytrzyma, zanim odpadnie.

– Moje biedne ręce... – jęknął Skała.

– Ej, mancha! – zawołał stojący nieco dalej Lopen. – Przynajmniej masz dwie, co nie?

Herdaz stał na straży, upewniając się, że żaden z nowych rekrutów nie wpadnie na nich przypadkiem i nie zobaczy, co robi Kaladin. To było mało prawdopodobne – ćwiczyli kilka rozpadlin dalej – ale dowódca chciał mieć kogoś na straży.

W końcu i tak się wszyscy dowiedzą, pomyślał Kaladin, biorąc odłamek od Sigzila. Czyż nie to obiecałeś Syl? Że staniesz się Świetlistym?

Wraz z oddechem Kaladin wciągnął Burzowe Światło z odłamka i przelał je w kamień. Robił się w tym coraz lepszy, napełnił Burzowym Światłem dłoń i jak farbą pomalował nim podstawę kamienia. Burzowe Światło wsiąkło w kawałek skały, który następnie przycisnął do ściany.

Kamień zaczął emanować pasmami świecącego dymu.

– Pewnie nie musimy zmuszać Skały, żeby na nim zawisł – stwierdził Kaladin. – Jeśli potrzebujesz punktu odniesienia, może po prostu zanotuj, jak długo kamień będzie tam wisiał sam z siebie?

– To jest mniej zabawne – zauważył Sigzil. – Ale zgoda.

Nie przestawał notować. Większość pozostałych mostowych czułaby się z tym niezręcznie. Mężczyzna, który pisał, wydawał się zniewieściały, nawet bluźnierczy – choć Sigzil robił notatki glifami.

Na szczęście, tego dnia Kaladin miał ze sobą Sigzila, Skałę i Lopena – cudzoziemców z krajów, w których obowiązywały inne zasady. Herdazowie teoretycznie wyznawali vorinizm, ale swoją własną, specyficzną odmianę, a Lopenowi zupełnie nie przeszkadzał mężczyzna, który pisał.

– Burzą Błogosławiony przywódco, mówiłeś, że coś jeszcze możesz zrobić, czyż nie? – powiedział Skała, kiedy czekali.

– Latać! – zawołał Lopen z głębi rozpadliny.

– Nie umiem latać – odparł oschle Kaladin.

– Chodzić po ścianach!

– Próbowałem – powiedział Kaladin. – I omal nie rozwaliłem sobie głowy przy upadku.

– Ach, gancho – westchnął Lopen. – Żadnego latania ani chodzenia po ścianach? Muszę zrobić wrażenie na kobietach. Nie sądzę, by przyklejanie kamieni do ścian wystarczyło.

– Myślę, że każdy uznałby to za imponujące – stwierdził Sigzil. – Jest sprzeczne z naturą.

– Chyba nie znasz zbyt wielu herdazkich kobiet, co? – spytał Lopen. – Naprawdę sądzę, że powinniśmy znowu spróbować latania. To by było najlepsze.

– Jest coś więcej – przyznał Kaladin. – Nie latanie, ale i tak użyteczne. Tylko nie mam pewności, czy uda mi się to powtórzyć. Świadomie nigdy tego nie robiłem.

– Tarcza – powiedział Skała, który stał przy ścianie i wpatrywał się w kamień. – Na polu bitwy, kiedy Parshendi do nas strzelali. Strzały trafiły w twoją tarczę. Wszystkie strzały.

– Tak – powiedział Kaladin.

– Powinniśmy to sprawdzić – stwierdził Sigzil. – Będziemy potrzebować łuku.

– Spreny – powiedział Skała, pokazując palcem. – To one przyciągają kamień do ściany.

– Co takiego? – zdziwił się Sigzil, podszedł i wpatrzył się zmrużonymi oczyma w kamień, który Kaladin przycisnął do ściany. – Nie widzę ich.

– Ach – powiedział Rogożerca. – Nie chcą być widziane. – Pochylił głowę w ich stronę. – Przepraszam, mafah’liki.

Sigzil zmarszczył czoło i podszedł bliżej, unosząc kulę jako źródło światła. Kaladin również do nich dołączył. Kiedy przyjrzał się uważnie, zauważył malutkie fioletowe spreny.

– Są tam, Sig – stwierdził.

– To dlaczego ja ich nie widzę?

– Ma to związek z moimi umiejętnościami – stwierdził Kaladin i spojrzał na Syl, która siedziała w pobliżu na pęknięciu skały i machała jedną nogą.

– Ale Skała...

– Jestem alaii’iku – stwierdził potężny mężczyzna, unosząc rękę do piersi.

– A to znaczy? – spytał niecierpliwie Sigzil.

– Że ja widzę te spreny, a ty nie. – Skała oparł dłoń na ramieniu niższego mężczyzny. – Nic się nie stało, przyjacielu. Nie mam do ciebie pretensji, że jesteś ślepy. Większość ludzi z nizin jest. Widzisz, to wina powietrza. Sprawia, że wasze mózgi przestają dobrze pracować.

Sigzil zmarszczył czoło, ale zrobił kilka notatek, jednocześnie poruszając palcami. Liczył sekundy? Kamień w końcu odkleił się od ściany i emanując resztkami Burzowego Światła uderzył w ziemię.

– Dobrze ponad minuta – stwierdził Sigzil. – Naliczyłem osiemdziesiąt siedem sekund. – Spojrzał na pozostałych.

– Mieliśmy liczyć? – spytał Kaladin, spoglądając na Skałę, który wzruszył ramionami.

Sigzil westchnął.

– Dziewięćdziesiąt jeden sekund! – zawołał Lopen. – Nie ma za co.

Azirczyk usiadł na kamieniu, ignorując paliczki wystające z mchu, i zrobił kilka notatek. Skrzywił się.

– Ha! – powiedział Skała, kucając obok niego. – Wyglądasz, jakbyś się najadł zepsutych jajek. Z czym masz kłopot?

– Nie wiem co robię, Skało – wyjaśnił Sigzil. – Mistrz nauczył mnie zadawać pytania i odnajdywać precyzyjne odpowiedzi. Ale jak mam być precyzyjny? Potrzebowałbym zegara, żeby liczyć czas, ale one są za drogie. A nawet gdybym go miał, nie wiem jak mierzyć Burzowe Światło!

– Odłamkami – zaproponował Kaladin. – Klejnoty są dokładnie ważone przed zatopieniem w szkle.

– I wszystkie zawierają tę samą ilość? – spytał Sigzil. – Wiemy, że nieoszlifowane klejnoty mogą pomieścić mniej światła niż oszlifowane. Czy ten, który został lepiej oszlifowany, utrzyma więcej? Poza tym, Burzowe Światło w miarę upływu czasu blaknie. Ile dni minęło od chwili, kiedy ten odłamek został napełniony, i jak dużo Światła utracił od tego czasu? Czy wszystkie tracą tyle samo Światła z taką samą prędkością? Wiemy za mało. Sądzę, że mogę marnować twój czas, panie.

– Nie marnujemy czasu – powiedział Lopen, dołączając do nich. Jednoręki Herdaz ziewnął i usiadł na głazie obok Sigzila, zmuszając go, by się przesunął. – Po prostu musimy sprawdzać inne rzeczy, co nie?

– Na przykład? – spytał Kaladin.

– Cóż, gancho... Możesz mnie przylepić do ściany?

– Ja... nie wiem – przyznał Kaladin.

– Chyba warto by to wiedzieć, co? – Lopen wstał. – Spróbujemy?

Kaladin posłał spojrzenie Sigzilowi, który wzruszył ramionami.

Kaladin wciągnął więcej Burzowego Światła. Napełniła go szalejąca burza, która jakby uderzała w jego skórę, jak jeniec próbujący się wydostać. Przeniósł je w dłoń i przycisnął ją do ściany, malując skałę blaskiem.

Odetchnąwszy głęboko, podniósł Lopena – uniesienie szczupłego mężczyzny okazało się zadziwiająco łatwe, zwłaszcza że Kaladin wciąż miał w żyłach trochę Burzowego Światła. Przycisnął go do ściany.

Kiedy cofnął się niepewnie, Herdaz pozostał na miejscu, przyklejony do ściany mundurem, który zmarszczył się pod pachami.

Na twarzy Lopena pojawił się szeroki uśmiech.

– Zadziałało!

– To się może przydać – stwierdził Skała, drapiąc się po dziwacznie przyciętej brodzie. – Tak, to właśnie musimy sprawdzić. Jesteś żołnierzem, Kaladinie. Czy możesz wykorzystać to do walki?

Kaladin powoli pokiwał głową, w jego umyśle pojawiły się dziesiątki możliwości. A gdyby jego wrogowie wbiegli na kałużę Światła, którą umieścił na ziemi? Czy mógłby zatrzymać wóz? Przykleić włócznię do tarczy wroga i wyrwać ją z jego rąk?

 

– Jak się czujesz, Lopenie? – spytał Skała. – Czy to boli?

– Nie – odparł mężczyzna, kręcąc się. – Martwię się trochę, że płaszcz się porwie albo odpadną guziki. O, o. Mam do was pytanie! Jak należy nosić jednorękiego Herdaza?

Kaladin zmarszczył czoło.

– Nie wiem.

– Ostrożnie – powiedział Lopen. – Bo Herdaz jest nieporęczny. – Szczupły mężczyzna wybuchł śmiechem.

Sigzil jęknął, choć Skała się zaśmiał. Syl przechyliła głowę i podleciała do Kaladina.

– Czy to był żart? – spytała cicho.

– Tak – odparł Kaladin. – Wyjątkowo kiepski.

– Nie mów tak! – powiedział ze śmiechem Lopen. – To najlepszy, jaki znam, a uwierz mi, jestem specjalistą od żartów o jednorękich Herdazach. „Lopenie”, powtarzała mi matka, „musisz się ich nauczyć, żeby śmiać się, zanim inni to zrobią. Wtedy ukradniesz im śmiech i będziesz go miał dla siebie”. To bardzo mądra kobieta. Kiedyś przyniosłem jej łeb chulla.

Kaladin zamrugał.

– Ty... co?

– Łeb chulla – powtórzył Lopen. – Bardzo dobry do jedzenia.

– Jesteś dziwnym człowiekiem, Lopenie – stwierdził Kaladin.

– Nie – sprzeciwił się Skała. – Są naprawdę smaczne. Łeb to najlepsza część chulla.

– Wierzę wam na słowo – powiedział Kaladin. – Odrobinę.

Wyciągnął rękę i wziął Lopena za ramię w chwili, gdy Burzowe Światło zaczęło słabnąć. Skała chwycił go w pasie i razem pomogli mu zejść.

– Dobrze – stwierdził Kaladin, instynktownie unosząc wzrok do nieba, by sprawdzić czas, choć przez wąskie pęknięcie nie widział słońca. – Poeksperymentujmy.

* * *

Czując wewnętrzną burzę, Kaladin pobiegł po dnie rozpadliny. Jego ruch zaskoczył grupkę falbankowców, które zaczęły się chować, jak zaciskające się dłonie. Porastające ściany pnącza zadrżały i wycofały się.

Stopy Kaladina rozchlapywały nieruchomą wodę. Przeskoczył nad stertą odpadków, ciągnąc za sobą Burzowe Światło. Był nim przepełniony, wręcz pulsował, co sprawiało, że łatwiej się z niego korzystało – ono samo pragnęło płynąć. Wypchnął je do włóczni.

Przed nim czekali Lopen, Skała i Sigzil z włóczniami do ćwiczeń w rękach. Choć Lopen nie był zbyt dobry – brak ręki działał na jego niekorzyść – Skała to rekompensował. Potężny Rogożerca nie chciał walczyć przeciwko Parshendim ani zabijać, ale tego dnia zgodził się pojedynkować, dla dobra „eksperymentu”.

Walczył bardzo dobrze, a Sigzil znośnie radził sobie z włócznią. W przeszłości ta trójka mostowych mogłaby sprawić Kaladinowi problemy na polu bitwy.

Ale czasy się zmieniły.

Kaladin rzucił włócznię bokiem w stronę Skały, zaskakując Rogożercę, który uniósł swoją broń, by zablokować cios. Burzowe Światło sprawiło, że włócznia Kaladina przykleiła się do tej należącej do Skały, tworząc krzyż. Rogożerca zaklął i próbował obrócić włócznię, by zadać cios, ale w ten sposób tylko uderzył się w bok drzewcem Kaladina.

Kiedy Lopen zadał cios, Kaladin bez trudu popchnął włócznię w dół, napełniając grot Burzowym Światłem. Broń wbiła się w stertę odpadków i przykleiła do drewna i kości.

Wówczas cios zadał Sigzil, ale nie trafił, gdyż Kaladin zrobił krok w bok. Uderzył dłonią, napełniając broń, i popchnął ją w stronę włóczni Lopena, którą ten właśnie wyciągnął z odpadków, oblepioną mchem i kośćmi. Dwie włócznie skleiły się razem.

Kaladin prześlizgnął się między Skałą a Sigzilem, pozostawiając całą trójkę zdezorientowaną, wytrąconą z równowagi i próbującą uwolnić broń. Uśmiechnął się ponuro i pobiegł na drugi koniec rozpadliny. Podniósł włócznię i odwrócił się, przeskakując z nogi na nogę. Burzowe Światło zachęcało go do ruchu. W rzeczy samej, kiedy miał go w sobie tak wiele, właściwie nie mógł stać bez ruchu.

Chodźcie, chodźcie, pomyślał. Burzowe Światło w końcu się wyczerpało i jego towarzysze w końcu rozdzielili broń. Znów ustawili się w szyku naprzeciw niego.

Kaladin rzucił się naprzód. W półmroku rozpadliny świetlisty dym, unoszący się z jego ciała, był na tyle jasny, że rzucał cienie, które podskakiwały i wirowały. Rozchlapywał kałuże, jego bose stopy czuły chłód wody. Zdjął buty, gdyż chciał poczuć kamień.

Tym razem trzej mostowi oparli końce włóczni o ziemię, jakby przygotowywali się do szarży. Kaladin uśmiechnął się i chwycił swoją włócznię za czubek – to również była włócznia do ćwiczeń, bez prawdziwego grotu – i napełnił ją Burzowym Światłem.

Uderzył nią w broń Skały, zamierzając ją wyrwać z dłoni Rogożercy. Skała miał jednak inne plany i pociągnął włócznię z powrotem z siłą, która zaskoczyła Kaladina. Prawie stracił równowagę.

Lopen i Sigzil szybko ruszyli mu na pomoc, ustawiając się z obu stron. Nieźle, pomyślał z dumą Kaladin. Nauczył ich takiego szyku, pokazując, jak mogą współpracować na polu bitwy.

Kiedy się zbliżyli, Kaladin puścił włócznię i wystawił nogę. Burzowe Światło wypływało z jego bosej stopy równie łatwo, jak z dłoni, dzięki czemu mógł narysować szeroki świetlisty łuk na ziemi. Sigzil na niego stąpnął i potknął się, gdy stopa przykleiła się do Światła. Padając, próbował zadać cios, ale nie było w nim żadnej siły.

Kaladin wpadł na Lopena, którego cios był źle wymierzony. Pchnął mężczyznę na ścianę i cofnął się, pozostawiając Herdaza przyklejonego do kamienia, który błyskawicznie napełnił Światłem.

– Nie znowu – jęknął Lopen.

Sigzil padł twarzą w wodę. Kaladin ledwie zdążył się uśmiechnąć, gdy zauważył, jak Skała unosi wielką kłodę.

Cała kłoda. Jak Rogożercy udało się ją podnieść? Kaladin uskoczył w bok, przetoczył się po ziemi i zadrapał rękę, a kawał drewna uderzył o skaliste dno.

Kaladin warknął. Burzowe Światło wypłynęło między jego zębami i wzniosło się w powietrze. Wskoczył na kłodę Skały, kiedy ten znów próbował ją podnieść.

Pod ciężarem Kaladina drewno znów uderzyło w ziemię. Mężczyzna skoczył w stronę Skały, zastanawiając się przy tym, co właściwie wyprawia, wdając się w walkę wręcz z kimś, kto był od niego dwa razy cięższy. Wpadł na Rogożercę i obaj padli na ziemię. Tarzali się po mchu, Skała próbował przycisnąć ręce swojego dowódcy. Potężny mężczyzna wyraźnie przeszedł szkolenie zapaśnika.

Kaladin wlał Burzowe Światło w skałę. Jak odkrył, jemu samemu nie przeszkadzało ani go nie powstrzymywało. W trakcie walki do ziemi przylepiła się najpierw ręka Rogożercy, a później jego bok.

Skała wciąż próbował przytrzymać Kaladina. Prawie mu się to udało, aż Kaladin popchnął nogami i przetoczył ich tak, że również drugi łokieć Rogożercy dotknął ziemi i tam już pozostał.

Kaladin wyrwał się z chwytu, dysząc i sapiąc. Utracił większość Burzowego Światła, kiedy się rozkaszlał. Oparł się o ścianę i otarł pot z twarzy.

– Ha! – wykrzyknął Skała, wciąż przyklejony do ziemi, z rękami rozłożonymi na boki. – Prawie cię miałem. Jesteś śliski jak piąty syn, o tak!

– Na burze, Skało – powiedział Kaladin. – Ile bym dał, żeby mieć cię na polu bitwy. Jako kucharz się marnujesz.

– Jedzenie ci nie smakuje? – spytał ze śmiechem Skała. – Spróbuję dodawać więcej tłuszczu. To będzie do ciebie pasować! Kiedy cię łapałem, to jakbym próbował utrzymać w ręku żywą rybę! I to posmarowaną masłem! Ha!

Kaladin podszedł do niego i przykucnął.

– Jesteś wojownikiem, Skało. Widziałem to w Tefcie i możesz mówić, co chcesz, ale w tobie też to widzę.

– Nie jestem właściwym synem, by być wojownikiem – upierał się Skała. – To rzecz tuanalikina, czwartego syna i następnych. Trzeciego syna nie można zmarnować w walce.

– Ale to cię nie powstrzymało przed zamachnięciem się drzewem, żeby walnąć mnie w głowę.

– To było małe drzewo – stwierdził Skała. – I bardzo twarda głowa.

Kaladin uśmiechnął się i opuścił dłoń, dotykając Burzowego Światła, którym napełnił kamień. Nigdy wcześniej nie próbował odzyskać go w taki sposób. Czy mógł? Zamknął oczy i wciągnął powietrze, próbując... tak.

Burza w jego wnętrzu znów się obudziła. Kiedy otworzył oczy, Skała był wolny. Kaladinowi nie udało się odzyskać wszystkiego, tylko część. Reszta wyparowała.

Wziął Skałę za rękę i pomógł mu wstać. Potężny mężczyzna zaczął się otrzepywać.

– To było zawstydzające – powiedział Sigzil, kiedy Kaladin podszedł, by jego również uwolnić. – Jakbyśmy byli dziećmi. Oczy Pierwszego nie widziały takiego żenującego pokazu.

– Miałem bardzo niesprawiedliwą przewagę – powiedział Kaladin i pomógł Sigzilowi wstać. – Lata wojskowego szkolenia, masywniejsza sylwetka. Ach, i jeszcze zdolność wypuszczania Burzowego Światła z czubków palców. – Poklepał Sigzila po ramieniu. – Dobrze sobie poradziłeś. To była tylko próba, jak chciałeś.