Baśnie braci Grimm wydanie piąte

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wiatr wschodni i zachodni nie widzieli go wcale, ale wiatr południowy, najłagodniejszy ze wszystkich, przemówił cichym głosem:

— Kochany bracie, widziałem białego gołąbka, leciał ku mnie daleko, aż na Czerwone morze, ale ponieważ upłynęło już siedem lat pokuty, więc stał się lwem i w tej chwili musiał rozpocząć walkę z olbrzymim smokiem, który rzucił się na niego, a ten smok, to królowa czarodziejka, która chce go uczynić swoim niewolnikiem.

— Słyszałaś? — rzekł wiatr północny do królowej. — Teraz dam ci jeszcze radę: spiesz zaraz nad Czerwone morze; tam na prawym brzegu zobaczysz zielone różdżki wyrastające z piasku. Porachuj dobrze, zetnij jedenastą i uderz nią smoka po grzbiecie, a wówczas obaj zapaśnicy odzyskają ludzką postać i mąż twój będzie mógł pokonać przeciwnika. Następnie nie oglądaj się wcale, siadaj razem z królem na śnieżnego łabędzia, który pływa po Czerwonym morzu, a on was na miękkim grzbiecie doniesie do brzegu. Tutaj masz złoty orzech, nie zapomnij o nim: gdy łabędziowi sił zacznie brakować, rzuć go natychmiast w morze, a z głębi wyrośnie wielkie orzechowe drzewo, na którym wypoczniecie wszyscy. Inaczej łabędź nie mógłby donieść was do brzegu.

Usłyszawszy to nieszczęsna królowa podziękowała dobremu wiatrowi, potem zaczęła biec co sił starczyło do Czerwonego morza. Z daleka ujrzała walczącego lwa ze smokiem i zielone różdżki na wybrzeżu. Uważnie przeliczyła dziesięć, jedenastą zerwała drżącymi rękoma i z całej siły uderzyła smoka. Natychmiast lew i potwór przybrali ludzkie postacie, lecz zamiast walczyć dalej, czarodziejka-królewna pochwyciła w ramiona swego przeciwnika, siadła z nim razem na śnieżnego łabędzia, popłynęli po modrej fali i wkrótce zniknęli z oczu nieszczęśliwej żonie.

Biedna królowa zapłakała gorzko, ale łzy nic nie pomogą, więc otarła smutne oczy i postanowiła iść znowu choćby na kraj świata, dopóki nie odszuka męża.

I szła długo, bardzo długo, aż przybyła do zamku, w którym jej powiedziano, że ma się odbyć wesele królowej z młodym królewiczem, który niedawno przybył z dalekiej podróży. Czyżby to był właśnie jej mąż poszukiwany?

Usiadła na progu zamku i czekała, aż się ukaże, a kiedy wyszedł do ogrodu obok królewny, poznała go zaraz i krzyknęła z trwogi i szczęścia; ale on spojrzał na nią obojętnie i minął nie poznawszy. Skądże miał odgadnąć, że ta żebraczka, kurzem i pyłem okryta, z pokrwawionymi nogami, w łachmanach, jest żoną jego, matką jego dziecka, która przez lat siedem biegła za śladem jego po świecie? A może czarodziejka-królewna pamięć o niej mu odjęła?

W tych smutnych myślach pogrążona królowa przypomniała sobie nagle o złotym jabłku, danym jej przez słonce. Gdy noc zapadła, otworzyła je ostrożnie i znalazła cudowną szatę z promieni słonecznych, tak jaśniejącą, że wzrok olśniewała. Były tam oprócz tego i trzewiki i wszystko, co do stroju potrzebne, więc obmywszy się w kryształowym strumieniu rozczesała złote włosy, włożyła słoneczną suknię i udała się do zamku, gdzie zaproszeni goście zasiadali do uczty. Na jej widok wszyscy powstali, sam królewicz zbliżył się do niej, lecz narzeczona wnet go zawołała, z dala posadziła przy stole, a zachwycona suknią ze słonecznych promieni, kazała swojej służebnej zapytać, za jaką cenę kupić by ją mogła.

— Krwi za złoto nie sprzedaję — odparła królowa — lecz powiedz twojej pani, że oddam jej suknię, jeśli mi pozwoli jutro zanieść śniadanie do pokoju królewicza.

Czarodziejka narzeczona przeczuła w tym jakiś podstęp, lecz nie chcąc się wyrzec sukni przyjęła warunek, tylko przedtem własną ręką przygotowała napój, który postawiono na noc w pokoju królewicza. Skoro przyszedł spać po wieczerzy, rozkoszny zapach przygotowanego wina wzbudził w nim takie pragnienie, że wypił duszkiem puchar cały, a gdy nazajutrz o zwykłej godzinie biedna królowa weszła ze śniadaniem, zastała go śpiącego twardo. Zbliżyła się do łóżka, nachyliła się nad mężem i cicho, smutnie szeptać mu zaczęła:

— Obudź się, królu, panie! Oto przez lat siedem szłam za tobą na kraj świata przez wichry i burze; słońca, księżyca, wiatru pytałam o ciebie; smoka zieloną różdżką uderzyłam; czyż możesz zapomnieć o mnie, o naszej dziecinie? Obudź się, mężu, królu, spojrzyj na mnie!

Lecz daremnie błagała płacząc gorącymi łzami; napój czarodziejski królewny był silniejszy niżeli jej skargi, niż łzy gorące, które na czoło uśpionego padały.

Upłynęła godzina, słudzy weszli do pokoju i królowa wyjść musiała. Pobiegła do ogrodu, skryła się między drzewami i płakała tak rzewnie, iż trawa słońcem spalona pozieleniała w tym miejscu na nowo. Ale cóż łzy pomogą?

Wtedy przypomniała sobie o jajku srebrzystym, które otrzymała od księżyca i rozbiła je o kamień.

Wtem z jajka wypadł mały brylantowy pajączek na srebrnych nóżkach i dwie rubinowe mrówki. Pajączek zaczął okręcać się w kółko, snuć nitkę brylantową i srebrną, a mrówki z tej cudnej przędzy tkały tak przejrzystą, cienką i świecącą tkaninę, że oczy się mrużyły patrząc na nią i nic piękniejszego nigdy nie było na świecie.

Ucieszyła się królowa, zabrała z sobą mrówki i pająka, poszła na zieloną łączkę naprzeciw okien królewny, a gdy pajączek zaczął snuć cudowną przędzę, a mrówki tkać z niej materię piękniejszą od księżyca, czarodziejka-królewna zobaczyła to z okna i posłała swoją służebną zapytać, za jaką cenę można kupić pajączka i mrówki.

— Krwi za złoto nie sprzedaję — odparła królowa — ale powiedz twojej pani, że oddam jej to wszystko, jeśli mi pozwoli dzisiaj posłać łóżko dla królewicza.

Oburzyła się czarodziejka przeczuwając w tym podstęp, ale pragnęła posiadać cudownego tkacza, więc przyjęła ten warunek, tylko własną ręką przygotowała napój, który po wieczerzy kazała podać królewiczowi, gdy będzie wracał do swego pokoju.

A przy wieczerzy sama spytała narzeczonego:

— Jakże ci wczoraj smakowało wino, które ci posłałam na noc.

— Boski trunek! — odparł królewicz — ale sny po nim musiałem mieć smutne, bo mi było ciężko na sercu, kiedy się obudziłem.

— Nie pij dzisiaj tak wiele — odparła królowa; — rozkazałam służącemu, abyś miał to samo wino.

I przyprawiła mu wieczerzę w taki sposób, aby w nim wzbudzić pragnienie.

Tymczasem biedna królowa poszła słać łóżko mężowi, a przechodząc przez pokój, w którym stał pokojowiec, ujrzała puchar z usypiającym napojem.

— Jakiż to śliczny puchar! — zawołała — powiedz mi, kto pić będzie z niego?

— Pić będzie młody królewicz, narzeczony pani naszej, aby miał sny spokojne.

— Pozwól mi umaczać usta w tym napoju, abym wiedziała, co królowie piją, a dam ci ten pierścień rubinowy; oddasz go swej narzeczonej, a będzie cię kochała aż do śmierci.

Kamerdyner zobaczył pierścień z prześlicznym kamieniem, połyskującym jak czerwona iskra i chcąc go posiąść pozwolił skosztować napoju. A królowa lekko usta umoczyła i łzę w napój upuściła, a potem spiesznie weszła do królewskiej komnaty. Tu jednak senność ogarnęła ją tak wielka, że upadła przy łóżku jak nieżywa.

Kamerdyner cierpliwie czekał jej powrotu, a słysząc, że królewicz już nadchodzi, chciał ją wyprowadzić co prędzej z pokoju. Spostrzegłszy martwą czy uśpioną na podłodze, przestraszył się bardzo, usunął ją w kąt, zastawił ławką i nakrył jeszcze dywanem. Następnie pospieszył naprzeciw królewicza i podał mu puchar.

Królewicz z przyjemnością poniósł napój do ust, lecz zaledwie go skosztował, wypluł wszystko, mówiąc, że nie znał dotąd tak gryzącej goryczy.

— Przynieś mi czystej wody — rzekł do służącego siadając już na łóżku i w tej chwili zasnął, gdyż sam zapach napoju usypiał najsilniejszego człowieka.

Lecz na głos męża zbudziła się nagle królowa, wyszła z ukrycia, pochyliła się nad nim i szepnęła:

— Królu, mój mężu, oto przez lat siedem szłam za tobą na kraj świata; słońca, wiatru, księżyca pytałam o ciebie; smoka zieloną różdżką uderzyłam; czyż możesz zapomnieć o mnie, o naszej dziecinie? Obudź się, mężu! obudź się, mój królu!

I gorąca jej łza spadła na czoło uśpionego.

W tej chwili zbudził się nagle, poznał żonę swoją i przycisnął ją do serca.

— Dziękuję ci! — zawołał — tyś mnie wybawiła, teraz dopiero jestem ocalony: odzyskałem pamięć, poznałem cię, żono moja, pamiętam o dziecku naszym, o, czymże ci się za wszystko wywdzięczę!

— Wracaj ze mną — szepnęła szczęśliwa królowa.

Wracać nie było łatwo, gdyż czarodziejka-królewna nie puściłaby zdobyczy, dlatego postanowili uciec tej samej nocy.

Królowa wyszła w pokornej postaci, król pozornie udał się na spoczynek jak zwykle, lecz gdy wszyscy zasnęli, wyszedł oknem do ogrodu; tam połączył się z żoną i pobiegli razem do Czerwonego morza. Gdy świt zajaśniał, ujrzeli śnieżnopiórego łabędzia i natychmiast wsiedli na niego.

Ptak niósł ich po modrej fali, gdy czarodziejka-królewna ścigając ich mściwie spostrzegła z daleka; lecz roześmiała się tylko, zerwała zieloną różdżkę, rzuciła w wodę i powróciła do zamku, pewna, że łabędź wkrótce straci siły i utonie razem ze swym ciężarem.

I rzeczywiście wkrótce osłabł tak, że nie mógł już płynąć dalej, a byli na środku morza, na głębi niezmierzonej. Lecz królowa szybko rzuciła w wodę złoty orzech i natychmiast prześliczne orzechowe drzewo ukazało się na wodzie. Łabędź odpoczął na nim i popłynęli dalej.

Jakaż była ich radość, gdy przybywszy na zamek księcia, zastali synka zdrowym, silnym chłopcem! Zabrali go do siebie, do zamku pod złotym dębem i odtąd żyli szczęśliwie i bez żadnej troski.

WRÓŻKA SKORONÓŻKA

W samotnym domku, zwanym przez wszystkich pustelnią, na wysokiej górze, w lesistej, pięknej okolicy, od niepamiętnych czasów mieszkała staruszka. Była ona tak stara, że najstarsi ludzie pamiętali ją taką samą jak teraz, to jest z pomarszczoną i wychudłą twarzą, zgasłymi oczyma, bezzębnymi usty, zgarbioną i pochyloną, opartą na lasce, którą trzymała w drżącej, słabej dłoni.

 

Ludzie unikali staruszki, omijali ją z daleka, a gdy przypadkiem spotkał ją ktoś w lesie, śpiesznie uchodził w bok pierwszą ścieżyną lub niechętnie odpowiadał na jej pozdrowienie. Uważano ją za czarownicę, jędzę, i obawiano się bardzo; ona jednak uprzejmie witała przechodniów, którzy z podziwieniem patrzyli, jak wielkie wiązki trawy lub dzikich owoców, zebranych w lesie, dźwigała do swojej pustelni.

Wychodziła po nie co rano przebiegając doliny, napełniała wory i płachty, które miała z sobą, a przed wieczorem dopiero, ciężko obładowana, z trudem szła w góry skalistą drożyną do niskiej, samotnej chatki. Tu o tym samym czasie brzydka choć młoda pastuszka przyganiała stado gęsi z sąsiedniego jeziora.

To stado gęsi było całym bogactwem staruszki; co dzień też rano, nim się oddaliła, polecała strzec go pilnie gęsiareczce, a wieczorem liczyła swoje białe gąski i karmiła je sama przyniesionym zielem i uzbieranymi kłoskami.

A nazajutrz szła znowu. Nieraz wicher rwał na niej ubogie ubranie, pchał ją po wąskiej ścieżce, tamował jej oddech, ulewa psuła drogę, zimno przenikało ją do kości, a ona szła wciąż dalej podpierając się kosturem i mrucząc półgłosem jakieś niezrozumiałe wyrazy. Kto ją spotkał, litował się pomimo woli, wolałby jednak nie spotkać jej wcale; ona zaś spoglądała zgasłymi oczyma, uśmiechała się życzliwie bezzębnymi usty i powtarzała zwykle:

— Nie dziw się, dobry człowieku, że taka stara ciężko pracować jeszcze muszę; każdy z nas dźwiga jakiś ciężar na tej ziemi, inaczej być nie może. Dopomóż zresztą starej, kiedy dobra wola.

Ale nikt się do pomocy skorym nie okazywał, przeciwnie, każdy znalazł zawsze jakąś wymówkę, aby się usprawiedliwić w oczach starej wiedźmy.

Razu jednego w piękny dzień jesienny młody rycerz, który zbłąkał się na polowaniu, jechał przez las wolnym krokiem. Dobrze mu jakoś było tu samemu, słońce tak wesoło przyświecało z góry, łagodny wietrzyk poruszał gałązkami, ptaszki śpiewały, las pełen był życia i wesoło w duszy było rycerzowi. Wtem na niewielkiej zielonej polance, ozłoconej ciepłymi promieniami słońca, ujrzał pochyloną staruszkę, która klęcząc ostrym sierpem żęła szmaragdową trawkę i składała ją do wielkiej, rozpostartej płachty. Obok stały dwa kosze, pełne dzikich gruszek i jabłek leśnych. Staruszka, jak zwykle, pozdrowiła go uprzejmie.

Rycerz patrzył na nią z litością.

— Czy myślicie to wszystko zabrać z sobą, matko? — zapytał wreszcie. — Gdzie wam sił wystarczy?

— Cóż mam począć? — odparła — nie mam dzieci ani wnuków; któż dopomoże starej? Biedni ludzie muszą więcej pracować na ziemi niźli bogacze, ale każdy z losem zgodzić się powinien.

— A czy daleko mieszkacie, mateczko? — pytał młodzieniec, coraz większą zdjęty litością. — Toć dla tęgiego chłopa byłoby tu co dźwigać!

— Może mi chcesz dopomóc? — zawołała stara, a dziwny ogień błysnął w jej zagasłych licach. — Jesteś młody i silny, dom mój niedaleko, ot na tej górze; dla ciebie to fraszka i gdybym sama była w twoim wieku... no, no, dopomóż starej!

Rycerz pomyślał sobie, że naprawdę wstyd byłoby, gdyby pozwolił takiej sędziwej i słabej staruszce dźwigać do domu ciężkie brzemię, więc uśmiechając się do niej zsiadł z konia i przywiązał go do drzewa.

— Wezmę twoje owoce, a ty nieś sobie trawę — rzekł dobrotliwie. — A czy to daleko?

— Z godzina drogi. Ale weź już wszystko. Od tylu lat nie miałam chwili odpoczynku, niech dziś odpocznę sobie! Co ci zaciąży ta trawa? Czekaj, sama zarzucę ci płachtę na plecy.

Na wiadomość o godzinie drogi, rycerz spojrzał na słońce, które zaczynało już chylić się ku wieczorowi, potem na swego konia i miał szczerą ochotę zostawić babuleńkę własnemu losowi, samemu zaś pomyśleć o zbliżającej się nocy; ale gdy spojrzał na nią, znowu go litość zdjęła.

— No, dajcie już, babulu, te swoje ciężary — odezwał się stanowczo — mam młodsze od was nogi i prędzej może zajdę niż w godzinę. Za to dacie mi się napić mleka w waszej chatce.

— Mleka ci nie dam, moje słonko złote, bo go nie ma w pustelni; ale jak będę mogła, tak cię wynagrodzę za twoje miłosierdzie nad starą kobietą.

Zaśmiał się piękny rycerz z tej obietnicy staruszki i wziął w ręce oba koszyki, ona zaś zarzuciła mu płachtę z trawą na plecy.

— Ależ to ciężkie! — zawołał zdziwiony z trudnością postępując po zielonej murawie. — Nie, nie dam rady, doprawdy mateczko; wasze gruszki i jabłka cięższe od kamieni, a trawa gniecie jak ołów.

— No, proszę! i nie wstyd to rycerzowi tak wyrzekać na brzemię, które taka oto baba dźwiga co dzień bez szemrania? Oj, młodzi, młodzi, oj, junaki, rycerze! oj, jakież wasze siły! A gdzież ci bohaterowie, co z olbrzymami, z potworami wojowali?

Wstyd się zrobiło naprawdę naszemu rycerzowi; i on przecież marzył nieraz, że wielkich czynów dokaże, potężnych pokona wrogów, sławę zdobędzie niezmierną, aż oto stara kobiecina silniejszą ma być od niego!

Więc nic nie mówił, choć nogi uginały się pod nim, ręce omdlewały i bolały, jakby się miały oberwać, a gorąco i zimno przebiegało po całym ciele. Szedł jednak naprzód wytrwale, a staruszka biegła obok śmiejąc się, dogadując i obiecując nagrodę. Tak doszli do stromej ścieżki, która wiodła pod górę, lecz gdy tutaj kamienie spod nóg usuwać się zaczęły, pot wystąpił mu na czoło, tchu zabrakło w piersi a nie mając gdzie spocząć na skalistej drodze, zwrócił się znów do starej:

— Zlitujcie się, matulu, dalibóg, nie mogę. Pokażcie, gdzie odpocząć, bo mi sił zabrakło. Nie nawykłem od młodości do noszenia ciężarów, to nie moja praca, kobieto. Daj odpocząć, bo upadnę!

— Śmiej się z tego, mój dobroczyńco, nie zechcesz, to nie upadniesz. Ja idę tak co dzień; a ot i chata niedaleko, już prawie tylko pół drogi.

— To weźcież sobie choć tę wiązkę siana.

— Nie chcę cię krzywdzić, mój poczciwy chłopcze, kiedyś już tyle zarobił, musisz wytrwać do końca. Aj! skaleczyłam nogę ostrym, twardym kamieniem — teraz i mnie jeszcze musisz zanieść do chaty.

To mówiąc jak konik polny skoczyła mu na plecy i usiadła na płachcie z trawą.

Biedny rycerz aż jęknął, a tu stanąć nie można ani na jedną chwilkę, bo ścieżka wąska, spadzista: chwila nieuwagi i wszystko runie w przepaść! Więc szedł w milczeniu, powiedziawszy sobie, że wytrwa, póki sił starczy, a gdy upadnie, dziej się wola Boża. I szedł noga za nogą po ostrych kamieniach, spadających na dół z łoskotem, niosąc oprócz brzemienia jeszcze starą babulę, która wciąż szeptała jakieś niezrozumiałe wyrazy.

Wreszcie stanęli na wierzchołku góry. Prześliczna zielona łączka rozciągała się tu szeroko, nad przeźroczystym jeziorem stała niewielka chatka, a po jeziorze pływały śnieżnej białości gąski, które na widok staruszki wzniosły w górę skrzydła, wyciągnęły długie szyje i biegły do niej z radosnym okrzykiem jak dzieci witając ukochaną matkę. Tuż za nimi ukazała się i gęsiareczka, wysoka, chuda, czarna, opalona dziewczyna, tak brzydka, że trudno było nie odwrócić od niej oczu. Rycerz spojrzał na nią z litością i żalem, bo miał serce pełne dobroci.

Stara przywitała się z gąskami pogłaskawszy każdą po szyi, potem zdjęła z rycerza wiązkę trawy, a dziewczynie kazała odebrać od niego kosz z owocami.

— Dziękuję ci za przysługę — rzekła żartobliwie. — Cóż, Krasotko, nie dziwisz się, że znalazłam wreszcie takiego, co mi pomógł w ciężkiej pracy? Spocznij że sobie, szlachetny rycerzu, a ty, Krasotko, pójdź za mną do chaty, bo gotów się zakochać w tobie i miałabym nową biedę z takim gościem.

Śmiała się sama z tego żartu, ale zabrała dziewczynę, choć rycerz nie uśmiechnął się nawet, aby nie wyrządzić przykrości nieszczęśliwej istocie, pomyślał jednak: „Nie lękaj się o moje serce, nie posiedzę tu dłużej nad krótką chwileczkę i pewno nie powrócę więcej. Dość miałem dzisiejszej drogi. Choć ładna to pustelnia! Ciemne lasy dokoła, w górze jasne niebo, świat daleko, a Bóg blisko. Nawet ta maleńka chata wygląda jak zabawka, tak jest czysta i schludna. Szkoda, że w niej mieszka tylko stara czarownica i dziewczyna, podobniejsza do upiora niż do ludzkiej istoty. Ale cóż ona biedna winna temu?“

— A jakie tu śliczne kwiaty! jak przyjemny zapach! — zawołał głośno kładąc się na ławce pod dziką gruszą i patrząc na łąkę. Czarodziejskie jakieś miejsce. Ach, jakże jestem znużony!

Ziewnął, przymknął powieki i zasnął natychmiast.

Zdawało mu się, że spał jedną chwilkę, gdy stara go zbudziła silnym szarpnięciem za ramię.

— Nie mam dla ciebie miejsca w chacie na noc, wracaj spiesznie do konia, bo zmrok zapadnie wkrótce, a za trudy weź ode mnie tę pamiątkę i strzeż jej dobrze: przyniesie ci szczęście.

Rycerz spojrzał na przedmiot, który mu podała i aż zmrużył oczy od blasku cudownie pięknego szmaragdu, wielkości płaskiej śliwki, ze złotym zameczkiem. Był to klejnot, godny królewskiego skarbca, więc zawahał się chwilę, czy go przyjąć może.

— Nie wiecie zapewne, matko, że to rzecz bardzo droga.

— Nie troszcz się o to, bierz, kiedy ci dałam i idźże sobie raz przecie. Konia ci wilki zjedzą.

Na wspomnienie konia, rycerz zerwał się na równe nogi, schował medalion, pożegnał staruszkę i pośpieszył do lasu. Sam dziwił się, że wcale nie czuł zmęczenia, lecz chociaż szedł bardzo szybko znaną mu już dobrze ścieżką, upłynęła godzina, nim spuścił się z góry, druga — nim znalazł konia, i było już tak ciemno, że rozpalił wielki ogień, aby przenocować w lesie.

Nazajutrz wstał o świcie. Brylantowa rosa jaśniała na każdym listku, każdym ździebełku trawy, złote słonko wstawało wśród różowych obłoczków i tak mu było wesoło na duszy, świat wydał mu się tak piękny i ciekawy, że postanowił objechać go cały dokoła i poznać wszystkie dziwy, o których słyszał tak wiele.

Więc napoił konika, sam zjadł trochę jagód i pożywnych korzeni i wyruszył w drogę, w nadziei, że niezadługo trafi na jaką zagrodę, gdzie lepiej pokrzepi siły. Zawiódł się jednak, drogi ani chaty nigdzie nie było, lecz koło południa zabił zająca, znalazł ul pszczół dzikich i źródło czystej wody, więc głód zaspokoił. Na drugi dzień błąkał się znowu i dopiero przed wieczorem dnia trzeciego wjechał do pięknego miasta, w którym panował król potężny i sprawiedliwy.

Dowiedziawszy się o tym rycerz kazał się zawieść do zamku i postanowił przyjąć służbę u tego monarchy.

W obszernej sali król siedział na złotym tronie, w koronie, jaśniejącej od drogich kamieni i purpurowym płaszczu, złotem haftowanym; obok królowa, blada jak lilijka, ze świecącymi jak gwiazdy oczyma, w diamentowej koronie i błękitnym płaszczu, naszywanym perłami przecudnego blasku, z których każda podobna była do łzy zastygłej.

Przybyły rycerz naprzód pokłonił się nisko, potem spojrzał na surowe oblicze starego króla, piękną postać królowej, i zbliżywszy się do tronu ukląkł i w krótkich słowach wyraził prośbę swoją składając w darze u stóp monarchini dar, otrzymany od staruszki.

Król wysłuchał łaskawie słów nieznajomego, królowa uśmiechnęła się łagodnie, wzięła kosztowny klejnot z rąk młodzieńca, otworzyła go, spojrzała i nagle z krzykiem wyciągnęła w górę białe dłonie i padła niby martwa na swój tron złocisty.

Pospieszyły na ratunek obecne niewiasty i wyniosły zemdloną królowę, ale król zawrzał wielkim, srogim gniewem i zuchwalca, który był przyczyną tego wypadku, rozkazał wtrącić do więzienia.

Wrzucono go więc do ciemnego lochu, ale zaledwie krótką chwilę tam pozostał, gdy przybyli po niego wysłańcy królowej, która zażądała, by stawił się przed nią natychmiast.

W pokoju, gdzie spoczywała przywrócona do życia królowa, nikogo prócz niej nie było. Gdy rycerz stanął na progu, skinęła nań łagodnie, a skoro się bliżył, zapłakała znowu.

— Skąd masz ten klejnot? — zapytała wreszcie otwierając szmaragd, w którym ujrzał teraz dopiero perłę przecudnej piękności i blasku, zupełnie podobną do tych, które lśniły na błękitnym jak błękit nieba płaszczu płaczącej królowej.

Rycerz opowiedział, kiedy i jakim sposobem otrzymał cenny podarunek, a królowa wciąż płacząc tak mówiła dalej:

— Nie dziw się łzom moim, szlachetny rycerzu i dopomóż nam w nieszczęściu; jeśli, dzięki tobie, odzyskamy naszą stratę, król nie odmówi żadnej prośbie twojej. Ta perła, którą mi ofiarowałeś, jest łzą najmłodszej, najpiękniejszej mej córki. Któraż matka nie pozna łzy dziecka swojego? Dwie córki mieliśmy piękne, lecz młodsza piękniejszą była: złote jej włosy jak promienie słońca okrywały ją aż do ziemi, oczy jak gwiazdy, usta jak maliny, twarz niby śnieg i jutrzenka. Kędy się ukazała, jakby słonko wzeszło, głos jej — najcudniejsza muzyka, a gdy zapłakała, takie oto perły padały z jej oczu.

 

Na jedną chwilę umilkła królowa, ze smutkiem patrząc na swój płaszcz błękitny; potem mówiła dalej:

— Starsza siostra zazdrosna była (może i miała słuszność), obawiała się, że ojciec niesprawiedliwy będzie i piękniejszą część królestwa dla młodszej przeznaczy i tak mu dokuczała swoimi żalami, że oznajmił, iż część lepszą nie ta z nich dostanie, którą on lepiej kocha, lecz która lepiej go kocha; ażeby więcej do żalów nie było powodu, natychmiast państwo swoje postanowił rozdzielić.

Wezwane przed tron ojcowski wobec całego dworu stanęły obie królewne. Starsza odezwała się bez namysłu:

— Ja, drogi ojcze, kocham cię jak słonko na niebie, jak najpiękniejsze perły, najdroższe kamienie, jak tę złotą koronę i płaszcz purpurowy, jak wszystkie stroje, klejnoty i cacka, jak miód słodki i owoce, jak przejrzyste wino, jak wszystko, co jest dobre i piękne na świecie.

A królewna Gołąbka stała i milczała, nie umiała powiedzieć, jak kocha ojca swego. Król popatrzył na nią, poczekał i powtórzył rozkaz, ale ona wciąż milczała i tylko łezki perłowe sypać się zaczęły z jej gwiaździstych oczu.

— Ja nie umiem powiedzieć, jak cię kocham, mój ojcze — rzekła na koniec — kocham cię duszą całą.

Dwór widział, że król pobladł z gniewu, ale zażądał jeszcze, aby córka lepiej wyraziła swoje uczucia, a gdy milczała ciągle nie otwierając ust różanych, w uniesieniu gniewu rozkazał dworzanom nieposłuszne dziewczę precz uprowadzić do lasu, żeby jej oczy jego więcej nie oglądały.

Nikt się nie ośmielił sprzeciwić rozkazowi króla, a biedna Gołąbka drogę sypała perłami, lecz szła w milczeniu, posłuszna i cicha. Zostawiono ją samą w czarnym borze, a gdy gniew ominął króla i szukać jej znów rozkazał, nigdzie już śladu naszej pieszczotki nie było. Zniknęła jak chmurka biała na wysokim niebie, jak cień przed słońcem. Piętnasty rok miała, a trzy lata od tego czasu upłynęły bez żadnej wieści; myśleliśmy oboje, że zwierz dziki poszarpał jej piękne, młode ciało, a dusza uleciała do nieba.

Aż oto dziś przynosisz mi w darze jej łezkę... Kto ci ją dał, musiał wiedzieć o losach królewny. Musisz nam więc dopomóc odszukać staruszkę.

Rycerz przyrzekł uczynić, co będzie w jego mocy, a że sam dobrze nie pamiętał drogi, bo trzy dni błądził, nim wyszedł z lasu, więc nazajutrz wczesnym rankiem miał się udać naprzód, by odszukać wróżkę, nim król i królowa z licznym orszakiem wybiorą się w podróż.

A tymczasem staruszka żyła po dawnemu w swojej pustelni z brzydką gęsiareczką: w dzień schodziła w dolinę i przynosiła stamtąd zioła, owoce leśne i jagody, wieczorem powracała na szczyt góry, pieściła gąski, potem brała wrzeciono i z gęsiareczką razem przędła cienkie nici, dopóki jasny księżyc nie zaświecił na niebie. Wtedy dziewczyna biegła z kolei w dolinę, a staruszka czekała na nią przy kądzieli. Gęsiareczka powracała zawsze przed północą i zawsze przynosiła swojej opiekunce złotem haftowaną z przędzy pajęczej chustkę, pełną przecudnych pereł...

Dnia pewnego staruszka więcej była zamyślona niż zwykle; dziwny uśmiech osiadł na jej bezzębnych ustach, w oczach migało szczególne światełko, a nitka rwała się w ręku. Na koniec spojrzała w okno i zwróciła się do dziewczęcia.

— Czemu nie idziesz? — spytała trochę niecierpliwie.

— Jeszcze miesiąc nie świeci.

— Zaświeci za chwilę. Spiesz i powracaj prędko, czeka na nas robota.

Gęsiareczka ze zdziwieniem spojrzała na starą, lecz przywykła do posłuszeństwa, postawiła w kącie kądziel i wrzeciono, wzięła ze skrzyni złotem haftowaną z pajęczej przędzy chusteczkę i lekkim krokiem pobiegła w dolinę.

Jak sarna przemykała się między drzewami nie sprawiając wcale szelestu i biegła ledwo dotykając ziemi na szmaragdową łączkę, gdzie spod wspaniałego dębu wytryskało kryształowe, jak lód chłodne źródło. Złote żołędzie dębu przeglądały się w nim ciekawie, mgła srebrzysta leciuchno słała się po ziemi, a kiedy gęsiareczka dobiegła do źródła, jasny księżyc wzniósł się wysoko na niebie i zrobiło się tak jasno, że gwiazdy pobladły i można było zliczyć wszystkie krople rosy.

Wtedy dziewczę zrzuciło z siebie ciemną skórę i ukazała się dziewica piękna jak dzień boży, z gwiaździstymi oczyma, z włosami jak promienie słońca, z ustami jak maliny, z twarzą jak śnieg białą, jak poranna zorza rumianą. Zrzuciła z siebie skórę i jak złota rybka pluskać się zaczęła w przejrzystym źródełku, bijąc wodę białą nóżką, pluskając rączkami, puszczając na nią swoje złote włosy.

Wreszcie wyskoczyła na brzeg, otrząsła się z brylantowych kropli, pochwyciła swoją skórę, obmyła ją w czystej wodzie, rozłożyła na świetle, aby prędzej wyschła i usiadłszy obok ukryła twarz w dłonie i gorzko płakać zaczęła. Płakała i płakała, a przez cienkie paluszki sypały się łzy perłowe na zieloną trawkę...

Nagle w gąszczu zahukała ponurym głosem sowa; dziewczę zerwało się spiesznie, pozbierało łezki w trawie rozsypane dokoła, gdy wtem na stuletnim dębie z trzaskiem złamała się gałąź, coś poruszyło się w ciemnej gęstwinie... Spłoszona gęsiareczka w mgnieniu oka zarzuciła na siebie brzydką, ciemną skórę i zostawiwszy perły na murawie co tchu uciekać zaczęła do chatki.

Próżno rycerz, ukryty na tym właśnie dębie, poskoczył za nią: znikła mu między drzewami i zrozumiał, że po nocy nie znajdzie jej śladu, ale przynajmniej już pewny był teraz, że to Gołąbka, królewna płacząca perłowymi łzami.

Wrócił do źródła: na zielonej trawie leżała jeszcze z przędzy pajęczej chusteczka, a cudne perły, rozsypane wokoło świadczyły, że to, co widział, nie było złudzeniem.

Gęsiareczka przybiegła do chały zdyszana i drżąc z trwogi opowiadała, co zaszło; lecz stara uśmiechnęła się tylko za całą odpowiedź i powtórzyła, że czas się zabrać do roboty.

— Do roboty, babulu? Toć już północ blisko, sowa huczała w lesie.

— Północ? A czy pamiętasz, że o tej godzinie trzy lata dziś upłynęły, jak weszłaś do mojej chaty? Służba twoja skończona, dłużej tu być nie możesz, więc nim odejdziesz lub staniesz się gąską jak inne, które były przed tobą, musisz wszystko sprzątnąć i pozostawić czyste jak kwiat świeży.

Na te słowa staruszki dziewczę załamało ręce.

— Matulu moja, czy nie wiernie służyłam, czy nie byłam posłuszna, że mię wypędzasz? Gdzież się podzieję biedna, nieszczęśliwa sierota?

— Za twoją służbę otrzymasz nagrodę, na jaką zasłużyłaś, a może i innym przyniesiesz ulgę w ich doli, tymczasem pomóż mi jeszcze sprzątnąć izdebkę. Potem pójdziesz do siebie, a wtedy zdejm tę skórę i wrzuć ją w ogień; włóż jedwabną suknię, w której tu przyszłaś, rozczesz złote włosy i czekaj, aż cię zawołam.

Dziewczę ze łzami w oczach posłuchało, a staruszka, gdy uprzątnęła maleńką izdebkę, wzięła znów kądziel i wrzeciono i spokojnie prząść zaczęła.

Świt różowy zajaśniał na pogodnym niebie, gdy znaną nam skalistą i stromą drożyną trzy osoby wdarły się na zielone wzgórze, gdzie stała chatka staruszki. Białe gąski spały jeszcze nad jeziorem ukrywszy główki pod skrzydłami, cicho też było bardzo w tej pustelni, żaden wietrzyk nie poruszał zielonych ździebeł trawki, obciążonych brylantową rosą, żaden ptak nie zaświergotał na przyjęcie gości.

A ci goście byli to: król, królowa i rycerz, który odszukał wreszcie znaną stromą ścieżkę; zostawiwszy orszak u stóp góry sami we troje wdarli się na jej wierzchołek.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?