Kawa z praszczurami

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Bożena Westphal & e-bookowo

Autorka rysunku na okładce: Fabiola Lubecka

Zdjęcia: archiwum prywatne

Korekta: Katarzyna Krzan

Skład: Katarzyna Krzan

ISBN e-book: 978-83-8166-077-8

ISBN druk: 978-83-8166-078-5


Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2019

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Spis treści

O tym, o czym czasem sobie myślę

O łańcuchu DNA i nie tylko

O Żydach z domu Marcina

Wincenty i Natalia

Obywatelka Będzina

O umieraniu

O tej strasznej wojnie

O kurze kupionej na targu

Ulica Krakowska

O Wojciechu rybaku

O pisarzu miejskim i franciszkaninie

Królewski cech szewski

O migracji Hachulskich do Będzina

Jednak cofając się odrobinę w czasie…

Wszyscy ci dziadkowie, babcie, pradziadkowie, prababcie, prapradziadkowie, praprababcie, praszczury i praszczurzyce, krótko mówiąc, wszyscy ci moi rodzice stali się moimi dziećmi. Ponieważ tym razem to ja ich urodziłam, dałam im, a raczej przywróciłam im życie, które wcześniej od nich dostałam.

Oriana Fallaci

O tym, o czym czasem
sobie myślę

Dzisiaj o dziewiętnastej wylądowałam w samym sercu świątecznego szaleństwa. Z zimnej grudniowej ulicy wpadłam w ramiona barwnych butików, sztucznych świateł i dzwoniącego w uszach dzyń, dzyń, dzyń. Dookoła iskrzyło świętami, wszędzie wokół choinki, migocące lampki i skrzydlate anioły z koszami opłatków. Wracając z pralni kupiłam kilo pomarańczy, po czym wstąpiłam do kafejki na małą czarną. Po chwili wciśnięta w fotel, odurzona kawowym aromatem odpłynęłam w przeszłość.

Moja przygoda z kawą rozpoczęła się pół wieku temu w domu Natalii i Wincentego. Mieszanka zbożowa ,,Dobrzynka” zwana szumnie kawą, choć nią nie była, a jedynie mieszanką prażonego żyta, buraka cukrowego i cykorii, nie przywoływała na myśl skąpanych słońcem włoskich caffe, nie podawano jej w ślicznych filiżankach, a już z całą pewnością nie stanowiła pretekstu do towarzyskich spotkań. W malutkim mieszkanku moich dziadków, ekspresem do parzenia kawy był solidny piec kaflowy na węgiel. Rankiem każdego dnia, babka ustawiała na nim garnek, wrzucała łyżkę ulubionej zbożówki, po czym dolewała kapkę świeżego mleka. Przeczytałam gdzieś, może w Internecie, że mieszankę zbożową wymyślono dla biedoty, żeby i ona miała swoją namiastkę luksusu, i choć była to jedna wielka kawowa kompromitacja, to czy jakikolwiek biedak będzie się spierał o szczegóły…

Mimo najszczerszych chęci nie wyobrażam sobie arystokracji otulonej w perły i jedwabie, rozprawiającej przy filiżance marki ,,Rosenthal’’ wypełnionej zbożówką. Jednak Natalia nie miała z tym problemu, bo ani wcześniej, ani później nie bywała na salonach. Moja babka przeżyła siedemdziesiąt siedem lat bez aromatycznego zapachu małej czarnej, i o ile mi wiadomo świat się przez to nie zawalił. Miała swoją ,,Dobrzynkę’’ i było okej. Czy sądzicie, że z czasem stałaby się fanką tych wszystkich kafejek wypełnionych zapachem cappuccino, caffe latte, americano, macchiato? Moja babka? Nigdy w życiu! Myślę, że raczej byłaby poirytowana nadmiarem dobra, do którego przecież nie była przyzwyczajona. Wychowała się wśród rzeczy zwyczajnych, a jej wyobraźnię i poczucie estetyki ukształtował zapach szarego mydła, komórka z klapą na skobelek oraz zupa w sam raz dla biedaków zwana po prostu wodzianką. A espresso? Jakie espresso?! Kto by tam sobie zawracał tym głowę!

Upijając kolejny łyk kawy przeniosłam się w czasie, w to co było wczoraj, w pradzieje. Z pozycji miękkiego fotela chciałam zrozumieć świat pełen niedźwiedzi, dzików, żubrów, łosi oraz mokradeł porośniętych gęstym sitowiem i tatarakiem. Wyobraziłam sobie moich przodków, którzy nad brzegami rzek i rzeczek, wśród jezior, i stawów, na skrawku ziemi zbudowali pierwsze osady. Te pierwsze, niepozorne siedliska leżące pośród olbrzymiej puszczy składały się często z kilku członków jednego zaledwie plemienia.

Przodkowie Natalii byli poganami. Żyli w czasach, gdy nie było jeszcze kościołów, a ludzie nie znali chrześcijaństwa. Wierzyli w demony, w nimfy leśne, w duszki domowe, skrzaty i ubożęta. I choć nie jest to rzeczą pewną, to prawdopodobnie każde plemię czciło jedno tylko bóstwo. To przywiązanie do bóstwa osobistego, wiara w jego przychylność i opiekę było jednym z czynników cementujących owe drobne wspólnoty.

Moi przodkowie byli Słowianami. Należeli do najliczniejszego, europejskiego ludu, który wyłonił się u progu X wieku z garstki chłopstwa zagrzebanego w borze. W tej małej społeczności trudniącej się rybołówstwem, wypalaniem węgla drzewnego, wytapianiem smoły i łowiectwem wszyscy byli sobie równi. Należały do nich ziemia, woda i las. I to one ich żywiły.

Niewielkie plemię, grupa spokrewnionych rodów, mających wspólnego przodka w miarę rozmnażania się rosło w siłę. Proporcjonalnie do potrzeb rozrastała się również osada, która dała początek wsi. Wieś dała początek miastu. Bohaterem tej książki będzie ród słowiański, który wybrawszy dla siebie ziemię leżącą na lewym brzegu rzeki Czarnej Przemszy, rozrósł się z czasem niczym afrykański baobab.

O łańcuchu DNA i nie tylko

Grudzień. Zbliża się Boże Narodzenie. To kolejne święta bez Wojtka i Kacpra. Ja tu, a oni tam. Na pocieszenie zostaje mi Skype oraz towarzystwo moich przodków, których w dziesiątym pokoleniu mam od obojga rodziców 1024! Zaskoczeni? Ja również. I choć umarłych nikt nie zliczy, to przecież w pewnym sensie można przywrócić życiu ich imiona. Jak to zrobić? To proste, ale niestety, żeby poznać historię rodu musimy poświęcić to, czego ciągle nam brakuje, a mianowicie swój czas, absolutnie niezbędny na zebranie myśli, na przeszukanie domowego archiwum, na przegląd starych fotografii, na przepytanie najstarszych członków rodziny. W szukaniu przodków niezwykle pomocna bywa ciekawość. Tak było ze mną. To dzięki niej odkryłam dawno już zapomniane postacie, zaprzyjaźniłam się z nimi, oswoiłam je, i dzisiaj są ze mną wszędzie. Są, gdy wstaję, gdy włączam komputer, gdy otwieram wieczko puszki z kawą, a zapach świeżo parzonej ,,Arabiki” wypełnia całą kuchnię. Dzięki ciekawości odkryłam szczegóły z życia mojej rodziny o istnieniu których nawet mi się nie śniło, a moją ulubioną lekturą stały się księgi metrykalne, spisy ludności, księgi cechowe i wszystkie te źródła pozametrykalne, które pozwalają określić liczbę potomstwa, ilość zawieranych małżeństw, stan posiadania oraz poziom wykształcenia moich przodków.

W myśl zasady, że nie wzięliśmy się znikąd, a nasze życie kształtuje się długo przed naszym urodzeniem, wciąż szukam śladów. I choć dawniej było mi to obojętne, to teraz chcę wiedzieć komu zawdzięczam geny, które są kluczem do zrozumienia ludzkich losów i zachowań. W poszukiwaniach jestem uparta. Nie zrażam się nawet wtedy, gdy trafiam na parafię, w której księgi metrykalne są zżarte przez myszy, zniszczone przez wilgoć, pleśń, ludzkie niechlujstwo i brak odpowiedzialności.

Musicie wiedzieć, że podróż w przeszłość wymaga cierpliwości i oddania. Czasem jest tak, że nagle urywa się ważny ślad i wtedy już wiadomo, że choćby człowiek stanął na głowie, to i tak nic więcej nie wskóra.

Innym razem można trafić na fantastyczne źródło informacji, na ocalały gdzieś w kącie testament praprababki Wiktorii, na zapomnianą, zetlałą książkę meldunkową prababki Eleonory, na ślubną obrączkę babki Natalii.

 

I choć tych przedmiotów jest o wiele, o wiele za mało, to wdzięczna jestem tym wszystkim, dzięki którym ocalały, bo poza wartościami niewymiernymi są ogromnym źródłem informacji, i pozwalają na wypełnienie treścią niemal każdej pozycji w drzewie genealogicznym.

O Żydach
z domu Marcina

Lubię słowo ,,Żyd’’. Dlaczego? Nie wiem, Czyżby zawierało jakąś tajemnicę albo skrywaną tęsknotę za tym co odeszło i już nie powróci? Gdy byłam małą dziewczynką często słyszałam zdumiewające historie o Żydach mieszkających w naszym domu. Jednak tajemne opowieści, głównie te z okresu, gdy dom prababki Eleonory był częścią żydowskiego getta nie były przeznaczone dla moich dziecięcych uszu. Wierzcie mi, od tych wszystkich sekretów, dwuznaczności, zagadek, gęstniało powietrze w starych, grubych murach. Strzępki wspomnień krążące tu i ówdzie, szeptane raczej niż wypowiadane nie zaspokajały mojej dziecięcej ciekawości. Dzisiaj zapytałabym wprost, inna rzecz, że nie mam już kogo, ale wtedy pytać nie potrafiłam. Czy posiadałam wówczas wiedzę o starozakonnych? Ależ skąd! Coś tam oczywiście kombinowałam w małej główce, ale w sumie wyobrażenie miałam słabe. A już na pewno do głowy by mi nie przyszło, że moja prababka wynajmowała lokale żydowskim rodzinom. Może trudno w to uwierzyć, ale wpadłam na tę historię zaledwie trzy lata temu dzięki książce meldunkowej naszego domu, która przeleżała kilka dekad w najciemniejszym kącie strychu moich ciotek.

Czy uwierzycie, że dzięki niekompletnym zapiskom, rubrykom tworzącym sieć meldunków doznałam metafizycznego uczucia. Przeniosłam się w inny świat. Targały mną emocje jakich nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Nie wiem jak długo byłam w transie, bo czas tak gnał, że nie pamiętam. W tych dniach liczyły się tylko tabele wypełnione imionami, nazwiskami, liczbami. Pochłaniałam je, każdą literkę, każdą cyferkę, wszystko wydawało mi się ważne. Pomyślałam, że to jedyny ślad obecności tych, którzy tu mieszkali, być może jedyna pozostałość po nich. Gapiłam się na ten administracyjny wpis i wyobrażałam sobie życie żydowskich rodzin w tak dobrze mi znanych kątach. Kartki zapisane krzywym pismem ciotki i babki uświadomiły mi, że dom wybudowany przez pradziada Marcina był schronieniem dla żydowskich biedaków, blacharzy, szewców, stolarzy, szwaczy, tragarzy. Dla tych wszystkich Icków, Josków, Szmulów, Abramów, Chaimów ledwo wiążących koniec z końcem, mogących zapłacić za lokal zaledwie parę złotych, gdyż wielodzietnym, robotniczym rodzinom ciągle brakowało pieniędzy na życie. Tak więc jednoizbowe lokale bez kanalizacji zadawalały co najwyżej gusta słabo opłacanych robotników. Czynsz za nie wynosił sześć, osiem złotych, toteż właśnie one i wilgotne suteryny cieszyły się największym wzięciem wśród będzińskich biedaków.

Dom Eleonory był solidny, z widokiem na okoliczne łąki, ulicę i park. Warunki dość skromne, ale nie zdarzało się, żeby lokatorzy narzekali na nieszczelne okna, wilgoć, czy przeciekający dach. Izby może trochę ciasne, ale za to bez pluskiew, z niską ceną, a do tego jasne, z dobrymi piecami i suche.

Książka meldunkowa lokatorów prababki Eleonory, niczym narrator opowiada o ubogim stolarzu Zelmanie Kupherbergu synu Abrama i Chindy, mieszkającym pod numerem 4 z żoną Hudesą Frajndlą oraz dziećmi Dobrą, Abramem, Fajwelem, Majerem. Ostatnia pieczątka z biura meldunkowego z ich nazwiskiem z dnia 2 czerwca 1942 roku, potwierdza Krakowską 34 jako miejsce zamieszkania tej rodziny. Lokal numer 3 zajmuje czterdziestoletni robotnik Herszlik Śliwiński z żoną Małką, pięcioletnią Cywią i jedenastoletnim Szają. W zimowy poranek Małka bierze wiadro i idzie do komórki po węgiel. Potem przesypuje go do węglarki i rozpala ogień. Po chwili w całej izbie słychać odgłos trzaskającej blachy. Piec jest duży, solidny, z piekarnikiem i czterema fajerkami. Gdy w mieszkaniu robi się ciepło, Małka przygotowuje skromne śniadanie, potem zarzuca chustę na ramiona i idzie na rynek po dziesięć deka wołowiny na szabatową kolację. Przeglądam książkę i widzę Śliwińskich pod datą 4 sierpnia 1934 roku, wyprowadzających się na ulicę Modrzejowską 74, do domu należącego do Arona Braunera (obecnie nr 70). Pod szóstką ulokował się Mendel Ginsberg z żoną Chawą z Wajntraubów i córeczką Edzią, ostatni wpis z ich nazwiskiem widnieje pod datą 30 czerwca 1942 roku. Dołączyli do nich Jankiel i Abram Chaim Wajntraubowie, młodsi bracia Chawy. Obaj są szewcami, naprawiają dziurawe buty, szyją, klepią, zelują, łatają, a stukanie młotka ustaje dopiero w piątek po zachodzie słońca. Po sąsiedzku, bo pod piątką, mieszka tapicer Mordechaj Szarf z siostrami Nachą Ruchlą i Surlą, ochroniarką, pracującą w ochronce, zakładzie dobroczynnym dla małych dzieci pozbawionych opieki matki. Rodzeństwo Szarfów zajęło lokal na Krakowskiej w dniu 18 maja 1920 roku, wkrótce po śmierci ojca Ajzyka, który spoczął na czeladzkim kirkucie. Jego macewa dobrze się zachowała. Ciotki do dzisiaj nie mogą się nadziwić, jakie to wielkie szczęście miała Surla, taka cicha, a jednak tuż przed wojną wyjechała do Ameryki. A tu proszę wielki pan Fürstenberg, a poszedł do gazu. I choć ciotki są żywą kroniką domu, to jednak ich pamięć bywa zawodna, przeglądam książkę i widzę w rubryce pod datą 11 sierpnia 1942 roku, wpisaną lokatorkę Surlę Szarf, a to oznacza, że niestety nie wyemigrowała przed wojną za ocean. 13 grudnia 1939 roku do lokalu numer 5 wprowadza się Gitla Rubinfeld z Szarfów, z pięcioletnim synkiem Ickiem, kolejna siostra Mordechaja, która przyjechała do Będzina z Chorzowa. 6 października 1942 roku, gdy dom znajduje się w granicach getta matka i syn nadal mieszkają pod piątką. Gdzie w tym czasie przebywa Wolf Rubinfeld, mąż Gitli? Jakie będą dalsze losy matki i synka? Trwa wojna, daty w książce meldunkowej mówią same za siebie.

Oj, wyprzedziłam rozwój sytuacji, a przecież na razie jesteśmy przy latach 30. XX wieku, do wybuchu wojny zostało kilka lat.

W tym czasie wynagrodzenie wielu robotników i drobnych handlarzy lub rzemieślników kształtowało się na poziomie niewiele tylko przekraczającym dochody bezrobotnych i pracujących dorywczo. W 1930 roku w Zagłębiu pozostawały bez pracy już 18 903 osoby, w tym 603 pracowników umysłowych. W dodatku 9423 osób pracowało przez 3 dni w tygodniu, a 6100 przez 4 dni. Pensja robotnika Polskich Zakładów Przemysłu Cynkowego sięgała 120 złotych.

Pomoc żydowskiej biedocie oferowały: Towarzystwo Dobroczynności Wyznania Mojżeszowego, Będzińskie Żydowskie Stowarzyszenie Pomocy Biednym ,,Malbisz Arumin” oraz Towarzystwo Przeciw Nędzy Wyjątkowej ,,Bejs Lechem”.

Zapoznam Was z lekturą listów z 1933 roku (pisownia oryginalna) pisanych przez ubogich, będzińskich Żydów:

Dreksler Abram Będzin ul Grobla 7

Niniejszym zwracam się do Magistratu m. Będzina z poniższą prośbą:

Jestem synem N i Rajzeli Dreksler, urodziłem się dnia 18 kwietnia 1912 roku w Będzinie.

J estem sierotą bez ojca i matki, którzy mi obumarli będąc jeszcze dzieckiem. Od tegoż czasu mieszkałem u obcych ludzi, którzy z litości się mną opiekowali. Kilkakrotnie zwracałem się do Magistratu z prośbą o zameldowanie mnie do ksiąg ludności stałej lecz nie miałem zł. 5 dla opłacenia meldunków. Zważywszy, że obecnie niczym się nie trudnię, nic nie zarabiam, uprzejmie proszę o darmowe zameldo wanie do ksiąg ludności stałej.

Tabacznik Szmul Będzin ul Podzamcze 33

Niniejszym uprzejmie upraszam o łaskawe bezpłatne zameldowanie syna mojego Szapsie urodzonego 6 kwietnia 1932 roku. Uprzejmie zaznaczam, że jestem bardzo biedny od kilku miesięcy z rzędu nie pracuję wcale i nie jestem w stanie uiścić pieniędzy za powyższe.

Dowodem tego co wyżej nadmieniam jest to, że otrzymuję zasiłki z Magistratu m. Będzina.

Reakcją na pismo Szmula Tabacznika, był wywiad środowiskowy pracownika magistratu. Oto co napisał:

Stwierdzam, że Tabacznik Szmul lat 49 żonaty, krawiec, zarabia 30 zł. miesięcznie (gdyż nie ma roboty). Ma na utrzymaniu żonę Nuchę lat 43, syna Lewka lat 13, Cypa lat 7, Icka lat 5, Tańkę lat 3 i 5 miesięczne dziecko niezameldowane. Majątku na terenie Będzina nie posiada. Zajmuje 1 lokal skromnie urządzone mieszkanko na I piętrze. Opłat uiścić nie jest w stanie, w sumie 4 zł

Josek Fryc Będzin ul Modrzejowska 77

Uprzejmie proszę Sz. Pana Komisarza o polecenie wydania mi metryk krótkich dla dzieci moich, po nieważ jestem bezrobotnym, chcę się zarejestrować w Urzędzie Pośrednictwa Pracy, wymagają ode mnie złożenia metryk dla całej rodziny. W przeciwnym razie odmówią mi zarejestrowania. Magistrat żąda ode mnie zł 20 - za 4 metryki, a ja nie posiadam nawet groszy 4. Bywają dnie w których nawet nie mam na sam bochenek chleba, tembardziej nie mam na różne opłaty. Nie pracuję już od kilku miesięcy i nie jestem w stanie żądanej sumy uiścić.

Kokoszka Roman Ksawera 33 (domy kopalniane)

Zwracam się do Szanownego Zarządu miasta z następującą prośbą!

Jestem żywicielem rodziny składającej się z kilku osób. Pracuję na kopalni Paryż zarabiam 3,80 na dniówkę co nie pozwala mi nawet na nędzne utrzymanie rodziny.

Mam syna głuchon iemego mającego lat 9, którego do szkoły przyjąć nie chcą twierdząc, że są specjalne szkoły dla głuchoniemych. Zatem uprzejmie proszę Zarząd Miasta o łaskawe zaopiekowanie się moim synem umieszczenie go gdzie Zarząd będzie uważa ł za możliwe.

Apelowicz Rywka Będzin Modrzejowska 48.

Niniejszym najuprzejmiej proszę o łaskawe zameldowanie córki mojej Ity urodzonej 28 stycznia 1926 roku i syna mego Idla urodzonego 16 maja 1926 roku do ksiąg ludności stałej jakoteż wydanie im metryk urodzenia. Uprzejmie zaznaczam, że nie jestem w stanie opłaty do powyższego uiścić, bowiem mąż mój trudni się łataniem i reperacją starych ubrań, zarobki nasze są bardzo skromne, do tego jesteśmy obarczeni liczną rodziną której to nie jesteśmy w stanie wyżywić i korzystamy z zapomogi Towarzystwa i Magistratu.

Przez pół wieku życie moich krewnych toczyło za ścianą lokali zajmowanych przez Małkę, Herszlika, Zelmana, Hudesę Frajndlę, Icka, Abrama, Dobrę, Gitlę, Chawę, Edzię, oraz przez wielu innych będzińskich Żydów. Dzielili z nimi proste życie, a także strych, schody, piwniczkę, komórki na węgiel i ubikację zbitą z kilku desek.

Dom funkcjonował na zbiegu dwóch religii i kultur. Żydzi i katolicy gospodarzyli zgodnie. Mieszkańcy parteru nie narzucali się swoim światopoglądem lokatorom z pierwszego piętra, a moi przodkowie szanowali tradycje Szarfów, Kupherbergów, Rubinfeldów, Wajntraubów, Ginsbergów. Żydzi jako sąsiedzi i członkowie społeczności, byli dla mojej rodziny czymś tak naturalnym jak zezowaty Mendel z parteru, czy garbaty Josek skupujący stare szmaty, grzebienie, garnki i kapelusze. W domu przy Krakowskiej, w każdy piątek po zachodzie słońca Małka, Hudesa, Gitla zapalały świece i rozpoczynano szabat, który trwał do soboty. Dla nich i dla ich rodzin był to czas odpoczynku, modlitwy i oczekiwania na przyjście Mesjasza. Gdy w powietrzu unosił się zapach cynamonu i rodzynkowego wina, modlono się i śpiewano szabatowe pieśni.

 

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?