Odzyskać czasTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Moim Rodzicom

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

WSTĘP

Kiedy ktoś mnie pyta, czym zajmuję się na co dzień, zawsze muszę przez chwilę zastanowić się nad odpowiedzią. Trudno mi w jednym zdaniu zamknąć swoje doświadczenia z organizowaniem, które okazało się moją wielką pasją.

Objawienie nastąpiło już w pierwszej podjętej przeze mnie pracy, gdy trafiłam na staż do redakcji niszowego magazynu o modzie. Prywatne mieszkanie na Górnym Mokotowie, mały zespół i kompletny brak struktury organizacyjnej. Każdy miał wolną rękę i mógł się wykazać. Od wydawcy dostałam zeszyt z okładką Cartoon Network (mam go do dziś!) i zapisywałam tam wszystko, co dotyczyło materiałów redakcyjnych – nazwisko autora tekstu, kontakt, tytuł, liczbę znaków, terminy. A potem stawiałam plusy, jeśli tekst przeszedł korektę czy został przetłumaczony. Rysowałam też własne wykresy, tworzyłam tabelki. Dosyć szybko okazało się więc, że rola organizatora pracy zespołu do mnie pasuje. Że tworzenie harmonogramu, wyznaczanie deadline’ów i ich egzekwowanie przychodzi mi naturalnie. Tak samo naturalnie przychodziła mi organizacja wyprzedaży ubrań koleżanek z zespołu czy załatwianie tortu i niespodzianki na urodziny współpracowników. Potem w każdej kolejnej pracy, czy to na stanowisku redaktorki, koordynatorki, czy producentki, było już zawsze tak samo i jeśli coś należało zaplanować lub przygotować – nawet jeśli nie miało to związku z pracą – wiadomo było, że zrobię to ja. Pamiętam to silne uczucie, że dobrze się w tym czuję, że chcę to kontynuować w szerszej perspektywie, jednak wtedy jeszcze nie miałam pomysłu ani czasu, żeby to zrobić. Pracowałam coraz więcej, coraz ciężej, w coraz bardziej złożonych okolicznościach.

Mój zawodowy zwrot nastąpił ostatecznie ponad dwa lata temu i – jak to często bywa – miał swój początek w przeżytym wcześniej kryzysie wartości. W dzikim pędzie pracy nieraz przegapiłam możliwość świetnego spędzenia czasu ze swoim narzeczonym, a potem mężem, który codziennie potrafił wpaść na jakiś niezwykły, a zarazem „możliwy” do zrealizowania pomysł (zbudujmy igloo, kupmy sobie barkę, zanocujmy w kolibie górskiej, ugotujmy 10-litrowy gar zupy cebulowej). Mogłam być też bardziej obecną i radosną mamą dla naszej córki, kiedy mówiła: „Mamo, pobawmy się w króliczki, ty będziesz mamą i tatą, a ja synkiem i córką”, a nie przysypiać na siedząco. Nie wsparłam również dostatecznie mojej mamy, kiedy odchodzili jej rodzice – na pewno przydałaby jej się wtedy moja fizyczna pomoc albo chociaż obecność. Mogłam rozwijać się zawodowo i prywatnie na wielu innych polach – chodzić na kursy emisji głosu, warsztaty ceramiczne albo uczyć się jeździć konno i dużo więcej podróżować lub chociaż podczas wyjazdów pozwolić sobie na mniej stresu. Ale nie zrobiłam tego wszystkiego, bo byłam zajęta, bo nie miałam czasu. A jak już miałam ten czas, to byłam potwornie zmęczona. W momencie, kiedy to sobie uświadomiłam, zaczął się żmudny proces odzyskiwania czasu.

Zaczęłam od ustalenia priorytetów. Na początku zabrałam się do naprawiania wszystkich relacji, które były dla mnie ważne i wartościowe – wiedziałam, że to z nich czerpię energię i radość do życia i że pozbawiona bliskości utonę. Jednocześnie postanowiłam krok po kroku zamknąć lub zakończyć wszystko, co uwierało mnie w życiu codziennym. Na przykład to, że nie mam czasu na czytanie książek, o uprawianiu sportu nie wspominając, że klient podnosi na mnie głos i oszukuje albo że obarcza mnie dużą odpowiedzialnością, ale nie daje prawa do podejmowania decyzji, że nie mam kiedy odespać poważnego niedoboru snu, że pracuję dużo, a na koncie mam ciągle nieadekwatnie mało, że czuję się przytłoczona ilością obowiązków, w końcu zaś, że to, czym się zajmuję w pracy, rzadko ma realny wpływ na życie moje i innych.

Postanowiłam odzyskać kontrolę, sprawczość i uważność. Za cel nadrzędny uznałam własną przyjemność. Ale nie tę bezwzględną, gdy nie bierze się pod uwagę drugiego człowieka, tylko taką, która mogłaby wpływać na ludzi wokół mnie. Uwierzyłam, że radość można połączyć z pasją do organizowania. Że to szansa, by być bliżej samej siebie, bliżej ludzi i realnie im pomagać. Bo choć bywam introwertyczką, nie umiem żyć bez innych i zawsze interesowało mnie, co myślą ci, z którymi pracuję, jak się czują, co się u nich wydarzyło, na jakim są etapie w życiu. Poza tym sztuka planowania to pożyteczna umiejętność, a ja lubię, kiedy coś jest praktyczne. Nie znoszę marnotrawstwa.

I tak w naturalny sposób kierowanie się przyjemnością przeniosło się na grunt zawodowy. Wyszłam z założenia, że dobrze wykonana praca jest ważna. Wiem, co można zrobić, żeby ją usprawnić. Ale najważniejszy jest człowiek – jego potrzeby, przeżycia, aspiracje i plany. Zaczęłam od warsztatów i nieśmiałych wykładów, po drodze zdarzały się indywidualne konsultacje. W efekcie tych spotkań moja sytuacja zaczęła się klarować i już wiedziałam, że odnalazłam właściwy kierunek swojej pracy. Nadal prowadzę projekty wydawnicze, koordynuję prace zespołowe dotyczące różnych projektów, bo ostatecznie to one mnie ukształtowały i wciąż są najlepszym polem do obserwacji, budują mój warsztat. Nie chcę zapominać, że przez blisko 15 lat prowadziłam mniejsze i większe zespoły z punktu A do punktu B, od początku do końca. Wyciągnęłam wnioski z tego, jak pracowałam i żyłam, przeanalizowałam, co powinnam była zrobić inaczej, wiem, co zrobiłam dobrze i jak to zadziałało. I wiem, jak zrobić z tej wiedzy użytek.

W czasach kryzysu klimatycznego widzę w swojej pracy coraz większy sens. Mam w nosie zwiększanie produktywności i efektywności, jeśli ma ono działać na rzecz firmy, a nie człowieka. Z rozczuleniem słucham opowieści, jak jedna, czasem drobna zmiana może odmienić czyjeś życie, choćby prosta decyzja o niewłączaniu komputera po 18.00, która wpływa na zmianę wartości i szacunek do samego siebie. Wierzę, że człowiek, który czuje się dobrze sam ze sobą, może dokonać wielkich rzeczy. Nie jestem jednak coachem ani szkoleniowcem, nie zajmowałam się zawodowo technikami zarządzania czasem i z pełną świadomością nie studiowałam literatury na ten temat. Nie wygłaszam mów motywacyjnych, nie używam plannerów, post-itów, zakreślaczy, nie znam się na medytacji ani mindfulness (czasem co najwyżej ćwiczę jogę ashtangę). Daleko mi do perfekcjonizmu i wiecznego porządku. Działam intuicyjnie, uparcie trzymając się tego, co dała mi natura – umiejętności upraszczania rzeczy i spraw – i korzystając z tych zasobów, skupiam się na odzyskiwaniu czasu i zwalnianiu tempa na rzecz radości.

Nie znalazłam idealnej odpowiedzi na pytanie o mój obecny zawód. „Zajmuję się organizowaniem” – w tej zwięzłej odpowiedzi próbuję zawrzeć szeroki zakres swojego działania.

Pomagałam planować codzienne czynności i obowiązki między innymi nauczycielce języka polskiego, rzeźbiarzowi, ginekolożce, aktorce, ilustratorce i gospodyni domowej – ta ostatnia z wdzięczności upiekła dla mnie chleb. Umiem zapanować nad przestrzenią i rzeczami, co zwykle jest początkiem procesu odzyskiwania siebie, zwłaszcza w przypadku kobiet, więc układałam, segregowałam i pomagałam pozbywać się nadmiaru rzeczy z prywatnych mieszkań, strychów, ale i nietypowych miejsc pracy. Tam, gdzie potrzeba researchera, kogoś, kto zgłębi temat stawiania strony internetowej, procesu rekrutacji przedszkolnej czy robienia wylewki samopoziomującej, niemal palę się do roboty – tak, takie zlecenia też miałam! Uwielbiam analizować wydatki i tworzyć plan finansowy, czego cel jest zawsze taki sam: wakacje i dużo dni wolnych na nicnierobienie. Lubię rozmawiać, więc wywiady z ludźmi czy prowadzenie spotkań i paneli to dla mnie czysta radość. Podobnie jak wymyślanie struktury pracy i podział kompetencji w zespole. Od Sasa do lasa? Tylko na pierwszy rzut oka, bo wszystko opiera się na tym samym – organizowaniu, a ono, jak się okazuje, nie ma ograniczeń, kiedy dotyczy ludzkich spraw.

Moje życie w pewnym sensie zatoczyło koło. Jako dziecko, a potem dorastająca dziewczyna i kobieta miałam wiele marzeń dotyczących tego, czym będę się zajmowała na co dzień. Pomysły bywały skrajne i często się wykluczały. Początkowo chciałam być psycholożką, potem dziennikarką śledczą, a jeszcze później doulą asystującą przy porodach (czego zresztą raz miałam szczęście doświadczyć!). Dziś mogę powiedzieć, że te wszystkie rzeczy w zaskakujący sposób się ze sobą połączyły; z dziennikarstwa śledczego zostało mi zamiłowanie do szczegółu, z cech douli zaczerpnęłam opiekuńczość i uważność, a psychologia dostarczyła mi narzędzi, żeby pracować z ludźmi. W efekcie miałam szczęście poświęcić się temu, co naprawdę umiem i lubię – świadomemu planowaniu i organizowaniu czasu, przestrzeni i życia. Mało tego: dostałam szansę, żeby pozyskaną wiedzę szerzyć i robić z niej użytek, co niniejszym czynię.

1.

PRIORYTETY I CELE

.

Etos pracy towarzyszy mi od najmłodszych lat. Wszyscy w mojej rodzinie, od dziada pradziada, zawsze dużo i ciężko pracowali. Jeśli się czegoś podjęli, to do utraty tchu i jeszcze dalej. Moi rodzice zawsze pracowali niejako na dwie zmiany, od rana w swojej etatowej pracy, po południu zajmowali się uprawą ziemi, przy okazji opiekując się mną, moimi starszymi braćmi oraz swoimi rodzicami. Wystarczyło, że tata rzucił hasło: „Jutro wszyscy idziemy w pole”, i cała rodzina czekała w gotowości na jego dyspozycje. Ramię w ramię. Bez przymusu i specjalnego grymaszenia. Pomoc to pomoc. I tak jest z nami do dziś, bo wystarczy, że powiem słowo, a moi bracia potrafią przejechać jednego dnia 600 kilometrów i zanim wysiądą z samochodu, ubrani w piękne koszule i eleganckie buty, już trzymają łopaty w ręku i pytają: „To gdzie?”.

 

Tak więc pracę i oddanie mam we krwi, tak samo jak głęboki szacunek do osób, które potrafią i lubią pracować. Dlatego nigdy nie zanegowałabym sensu ciężkiej pracy. Zwłaszcza że odpoczynek nigdy dobrze nie smakuje, jeśli się człowiek wcześniej nie urobi po pachy. Ale moje własne doświadczenia uświadomiły mi, że praca nie ma tylko jednego wymiaru. Można wykonywać ją z nabożnością, umiłowaniem, naturalnie albo traktować jak konieczność, poświęcać jej większość swojego czasu, znaleźć złoty środek lub też oddać jej tylko jakiś odcinek życia. Podobnie można wartościować różne jej odmiany: w domu, na etacie, w charakterze freelancera, na stałe, dorywczo.

Jednak najważniejsze zawsze będzie to, czy pracując w którykolwiek sposób, z jakimikolwiek emocjami, masz czas dla siebie. I jeszcze – czy wiesz, co z tym czasem chcesz zrobić.

To książka zarówno dla tych, którzy chcą efektywniej zasuwać, jak i dla tych, którzy chcą zasuwać mniej lub szybciej, dzięki lepszej organizacji. Różnicą jest tylko decyzja, na co zostanie przeznaczony zaoszczędzony czas. Jednemu sprawi przyjemność kilka dodatkowych godzin pracy – proszę bardzo, droga wolna! Innemu czas z rodziną albo wodzenie patykiem po piasku. No i świetnie. Ważne, żeby po przeczytaniu tej książki każdy wiedział, jak wykroić czas dla siebie i na swoje potrzeby, jakiekolwiek by one były.

Ustalmy na początek jedno – szeroko rozumiany sukces i kariera zawsze wiążą się z wyrzeczeniami, określonymi zasadami i poświęceniem którejś sfery życia. I nawet jeśli ktoś „dziedziczy”, „dostaje na tacy”, „przychodzi na gotowe”, ale chce potem utrzymać poziom, zawsze musi ciężko pracować. Więc jeśli planujesz coś na dużą skalę: karierę czy sukces finansowy, bądź przygotowana/przygotowany, że pracy będzie dużo i z czegoś na pewno przyjdzie ci zrezygnować.

REGULOWANIE OCZEKIWAŃ

W jakim momencie życia się znajdujesz? Jaka jest twoja aktualna potrzeba związana z wykonywaną pracą?

Miałam w życiu szczęście doświadczyć zarówno okresu bardzo intensywnej pracy, jak i nielimitowanego odpoczynku, a to dzięki świadomości, że pracę można regulować w zależności od swojej aktualnej sytuacji życiowej i bieżących potrzeb. Kilka lat temu nie miałam pojęcia, że bezwolnie poddaję się biegowi zdarzeń, i dopiero pojawienie się na świecie mojego drugiego dziecka (tak, drugiego!) wywołało we mnie tę refleksję. Dotarło do mnie w końcu, że plany mogą i muszą się zmieniać, bo ja się zmieniam.

Inne potrzeby, aspiracje i siły życiowe miałam jako młoda dziewczyna – marzyłam wtedy głównie o niezależności, czyli o pieniądzach, inne kilka lat później, kiedy żyłam tylko pracą i relacjami z nią związanymi, a jeszcze inne w kolejnym okresie, gdy byłam skupiona na budowaniu swojego najważniejszego życiowego związku i domu. Ale najgwałtowniejszą potrzebę zmiany wywołało macierzyństwo. Okres niemowlęctwa moich dzieci pominę cichym westchnieniem, podobnie czas, kiedy dzieci chodziły już do przedszkola. Miałam wtedy jeden bardzo prosty cel: odłożyć, zawiesić czy też zamrozić wszystkie ambicje, znaleźć przyjemne, rytmiczne, stabilne i nieangażujące po godzinie 15.00 zajęcie, po to żebym mogła na zmianę z mężem odbierać dzieci z przedszkola i zjeść z nimi w domu zupę. Chciałam uniknąć szarpaniny i uczucia frustracji, którego doświadczyłam w pierwszej fazie macierzyństwa – że czegoś nie mogę zrobić do końca i w takim rytmie, jaki lubię i do jakiego przywykłam.

Moja determinacja miała swój szczęśliwy finał, bo trafiłam do pracy w gronie innych mam, co niewątpliwie stanowiło dla mnie też wartość terapeutyczną. Wspominam ten okres jako bardzo spokojny, bezpieczny i dobry – dla mnie i całej mojej rodziny. Ale po upływie dwóch lat, kiedy byłam skupiona na domu, poczułam się nasycona tą sytuacją i stałam się gotowa na więcej, choć jeszcze nie na pełne obroty. Tym razem oczekiwałam sinusoidy, czyli pracy przy projektach, które zajmują określony czas i wymagają intensywnego działania – bo ja naprawdę lubię pracować, ale pomiędzy nimi chciałam mieć możliwość beztroskiego niepracowania przez kilka dni. W tym okresie nie pozwalałam sobie na pracę na zakładkę, starałam się nie prowadzić kilku angażujących projektów naraz. Skrupulatnie wyceniałam zlecenia, liczyłam środki i cieszyłam się okresami wzrostu poziomu adrenaliny związanej z pracą, ponieważ miałam świadomość, że na więcej pozwolę sobie dopiero za kilka lat, kiedy sytuacja w domu nie będzie tak dynamiczna.

Tym, na czym skupiam się teraz, są rodzina i samorozwój – nadal w tej kolejności, ale już w tych samych proporcjach. Przy okazji postanowiłam też zadbać o ciało – bo w końcu mam do tego siłę – i o nową pasję, a to niespodziewany obrót spraw. Gdybym nadal pozwalała losowi, projektom lub klientom zarządzać moim życiem, prawdopodobnie już dawno bym zwariowała. To bardzo ważny aspekt dotyczący mojej pracy – to ja kontroluję swoją pracę oraz to, co i kiedy robię, a nie czynniki zewnętrzne.

KRÓTKO I NA TEMAT

1. Pracę można, a nawet trzeba regulować w zależności od swojej aktualnej sytuacji życiowej i potrzeb.

2. To ty masz kontrolować swoją pracę, a nie ona ciebie.

OKREŚLANIE CELU

Czy wiesz, co zrobisz z odzyskanym czasem? Czy jesteś gotowa/gotowy na zmiany, które on przyniesie?

Żeby się w życiu jakoś zorganizować, najpierw trzeba przypomnieć sobie, po co się to robi. Nigdy nie zapomnę, co poczułam, kiedy na jednym z pierwszych prowadzonych przeze mnie warsztatów na pytanie: „Na co chciałybyście mieć więcej czasu?” jedna z uczestniczek odpowiedziała: „Na chodzenie do biblioteki”. Zalała mnie fala zdumienia. Byłam zaskoczona tym pomysłem, zwłaszcza jego prostotą, która niosła w sobie echo dawno zapomnianych uczuć i wspomnień. „Co za luksus!” – pomyślałam. Ale nie tylko ja byłam zdziwiona, cała grupa uległa czemuś w rodzaju rozrzewnienia. Dziewczyna ostatecznie rozwinęła swoją myśl i dodała, że w bibliotece robi research (po polsku kwerendę) do jednej ze swoich prac, ale ziarno zostało już zasiane i każda z osób obecnych na sali zaczęła przypominać sobie te wszystkie proste i drobne przyjemności, które utraciła w ostatnich latach.

Pomysł z biblioteką, jakkolwiek nadal dla mnie abstrakcyjny, zmusił mnie wtedy do zrewidowania, czemu ten odzyskany czas ma naprawdę służyć i co ma się z nim – czy też w nim – stać. Bo można wierzyć lub nie, ale nagłe doświadczenie wolnego czasu to zawsze szok, powiązany często także z uczuciem zamroczenia, niepewności i strachu. W ramach rekompensaty pojawia się nagle w człowieku potrzeba kompulsywnego porządkowania i zakupów, odnawiania kontaktów towarzyskich i gdzieś na szarym końcu potrzeba snu – choć czasem bywa dokładnie na odwrót.

No dobrze, i co potem? Dochodzi do konfrontacji naszego wyobrażenia z rzeczywistością. Wszystkie deklaracje, że chce się mieć więcej czasu dla siebie i rodziny, na swoją pasję, rozrywkę czy życie towarzyskie, biorą w łeb, jeśli nie idą w parze z gotowością na zmianę. Jeśli wartości i przeżycia niezwiązane z pracą nie były praktykowane i rozwijane – na przykład niespieszne i bezcelowe spacery po parku – to zostały zapomniane i próby powrotu mogą ostatecznie przypominać wejście na niezbadany ląd. Jeżeli chcesz odnowić kontakty towarzyskie, najpierw musisz sobie przypomnieć (lub nauczyć się), jak się buduje relacje z drugim człowiekiem i dba o nie. Jeżeli chcesz spędzać więcej czasu ze swoimi dziećmi, to musisz się przygotować na bardzo bogaty zestaw niekoniecznie wygodnych emocji, z którymi będziesz się mierzyć – nawet najbardziej kochane dziecko potrafi zamienić się w rogatego diabła, jeśli jego intencje zostaną źle odczytane. Dotyczy to zwłaszcza tych dzieci, którym rodzice, przez swoją częstą nieobecność, nie mieli szansy towarzyszyć w przeżywaniu nagromadzonych emocji. Jeżeli chodzi o czas dla siebie, prawdopodobnie między wieloma budującymi uczuciami doświadczysz też nudy. W przeżywaniu czasu wolnego chodzi o świadomość tego, co naprawdę chce się robić i z czym to się będzie wiązać. Brak wewnętrznej zgody zawsze kończy się tak samo: z jednego ciągu zdarzeń wpada się w drugi. Z deszczu pod rynnę i tak w kółko.

WAŻNE

SPECYFIKA CZASU WOLNEGO

O prawdziwym przeżywaniu czasu wolnego można mówić dopiero wtedy, kiedy odbywa się to na własnych warunkach. Jeśli towarzyszy temu poczucie osamotnienia (zwłaszcza w stanach depresyjnych), strach o zdrowie (jak podczas pandemii) lub o finanse (bezrobocie, brak płynności finansowej), ma to niewiele wspólnego z doświadczeniem czasu wolnego.

KRÓTKO I NA TEMAT

1. Marzenia to nie to samo co świadoma decyzja, na co wolny czas zostanie przeznaczony.

2. Bez wytyczenia konkretnego celu odzyskiwanie czasu będzie przypominać raczej bezsensowną udrękę niż utracony raj.

DOKONANIA

Codziennością najczęściej rządzą listy rzeczy do zrobienia. A co, gdyby odwrócić tę sytuację i przygotować listę tego, co się zrobiło? Tego, co było ważne, sprawiło radość i wpłynęło na twoje życie?

W ramach odkurzania i przypominania sobie przyjemności proponuję podczas warsztatów ćwiczenie, które odwraca sytuację – zamiast listy „do zrobienia” trzeba spisać wszystkie najważniejsze zdarzenia z wybranego okresu. Najbardziej sprzyjającym momentem na tego typu zestawienie jest zwykle koniec roku, ale tak naprawdę każdy czas jest dobry. Osobom, które mają problemy z pamięcią, podpowiadam, żeby używały galerii zdjęć w swoim telefonie. To świetne ćwiczenie zarówno dla tych, którzy poszukują motywacji w życiu i potrzebują docenienia samego siebie, jak i dla osób mających trudność w określeniu celu.

Na mojej ubiegłorocznej liście znalazły się bardzo różne sprawy. Były tam duże przedsięwzięcia, takie jak wyjazd rodzinny na egzotyczną wyspę, spotkanie z niewidzianym od 15 lat przyjacielem albo nagroda za projekt, który współtworzyłam. Ale najważniejsze okazywały się te niewidoczne dla wielu sytuacje, małe wielkie decyzje lub wzruszenia, jak to, kiedy moje dziecko pokonało strach przed wystąpieniami publicznymi, wspierający telefon od mamy, kiedy po raz enty cierpiałam na zapalenie zatok, szczęśliwe zakończenie projektu dla klienta, które miało swój finał podczas festiwalu w Cannes (ostatnie wydanie „Twojego Weekendu”), przeczytanie wartościowej książki (Rok magicznego myślenia Joan Didion) albo spotkanie z przyjaciółkami, podczas którego pękałyśmy ze śmiechu, kiedy zaczęłyśmy wspominać swoje najbardziej żenujące sytuacje w życiu. Takich ważnych momentów naliczyłam prawie 70, czyli średnio raz na pięć dni zdarzyło się coś, co sprawiło mi radość i było warte odnotowania. Przy okazji odkryłam też, że ubiegły rok był rokiem pierwszych razów. Pierwszy raz szyłam na maszynie i piekłam chleb. Pierwszy raz zaprowadziłam dziecko do pierwszej klasy oraz do dentysty, kupiłam domek letniskowy na wsi i odkryłam postać badaczki Brené Brown, której pochwała wrażliwości zrewolucjonizowała moje myślenie o sobie. Pierwszy raz leciałam sama z dziećmi samolotem (cztery i pół godziny), podróżowałam kamperem oraz uprawiałam jogging i ashtangę nad brzegiem oceanu. Zawodowych spraw nawet nie będę tu wymieniać.

Dzięki takiej liście łatwiej określić, czego się w życiu chce, jakiej zmiany się oczekuje lub na czym najlepiej się skupić. Trzy słowa klucze, które wyłonił dla mnie początek 2020 roku, to: czułość (od Olgi Tokarczuk), wrażliwość (od Brené Brown) i sprawczość (niezmiennie od samej siebie). Bo chcieć to móc. Bo lepiej spróbować, niż zatrzymać się na marzeniu. Bo dobrze jest docenić samego siebie i tą radością obdarować innych, co niniejszym czynię, zachęcając do własnych podsumowań i odkrycia, co sprawiało ci przyjemność. Chwile, które dały radość, spotkania, które warto powtórzyć, osoby, które chcesz mieć blisko siebie, zdarzenia, które były wzbogacające, rytuały, które przyniosły ulgę, miejsca, które zamierzasz ponownie odwiedzić. Zdziwisz się, ile się wydarzyło. Zapisz, czego chcesz jeszcze raz doświadczyć, ale pomyśl też o tym, czego pragniesz uniknąć. Jeśli brakuje ci pomysłu, na co odzyskiwać czas, wspominanie może być bardzo cenną praktyką.

KRÓTKO I NA TEMAT

1. Lista dokonań dodaje sił i wiary w swoje możliwości. Nie służy krytyce ani ocenie, tylko docenieniu.

2. Kalendarz i/lub zdjęcia w telefonie to idealne narzędzia do wyłapywania ważnych momentów.

MATEMATYKA TYGODNIA

Zastanawiałaś/eś się kiedyś, czemu poświęcasz najwięcej czasu podczas dnia i tygodnia? Jak układa się twój dzień i dlaczego?

 

Zainspirowana jednym z wykładów na TEDx, poświęconym zarządzaniu sobą w czasie, postanowiłam któregoś dnia rozpisać czynności na hipotetyczny dzień i tydzień. Rozpiska polegała na dość sztywnym, niemal mechanicznym, ale też skrupulatnym podziale dnia na godziny i zakładała realizację działań we wszystkich ważnych/niezbędnych sferach życia. Były na niej między innymi 8-godzinny czas pracy i czas snu, czas na trzy posiłki, dojazdy do i z pracy, czas na pielęgnację, rozrywkę, sport, obowiązki domowe oraz czas dla rodziny i znajomych. Oczywiście spis nie uwzględniał wszystkich spontanicznych działań ani momentów przejścia z jednej czynności do drugiej, ale w tym marginesie błędu założyłam, że nie codziennie ma się ochotę na wszystkie aktywności – godzinę na sport, książkę, film i spotkania z przyjaciółmi. Niemniej jednak uwzględniłam je wszystkie w jednej dobie. Na dni weekendu rozpisałam jeszcze inny, dużo swobodniejszy i rozwlekły rytm, czas pracy zamieniłam na czas samorozwoju, dodałam zakupy i sprzątanie – przy czym wiadomo, że są to czynności, które nie odbywają się w oba dni weekendu. Fakt, w rozpisce nie uwzględniłam czasu na nicnierobienie czy też zwyczajny odpoczynek, więc nie jest to zbyt realny harmonogram dnia. Chciałam jedynie sprawdzić, czy w dobie można zmieścić wszystkie najczęściej występujące i popularne aktywności. I jak się okazuje, teoretycznie jest to możliwe, choć wymagałoby niezwykłej gimnastyki i żelaznej dyscypliny. Pytanie, czy ktokolwiek naprawdę chciałby realizować tak szczelnie wypełniony tydzień (ja na pewno nie!). Oraz dlaczego większości z nas nie udaje się wypełnić chociaż połowy zobowiązań?



To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?