Motyw ukrytyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mąż siedział na ławce. Zmierzyli się wzrokiem. Dostrzegł, że coś się w niej zmieniło, ale nie odezwał się słowem. Ruszyła przed siebie, on za nią. Nie dała się wziąć pod rękę. Nie słuchała, co plótł. Spakowała walizkę i usiadła na niej w progu. Tak spędzili Boże Narodzenie. Wieczorem przyjechała po nią siostra, a następnego dnia córka z zięciem. Zabrali Honoratę do Anglii, do siebie. To była najstraszniejsza Wigilia w jej życiu, zwierzyła się córce. I najpiękniejsze święta, jakie kiedykolwiek miała. Na początku płakała, znów musiała iść do lekarza, ale potem poczuła ulgę, spokój. Pierwszy raz w życiu była na urlopie.

Bajka trwała czternaście dni. Zobaczyła, jak żyją inni ludzie. Normalnie. Nikt ich nie kontroluje, nie poucza. Nie zmusza do robienia tego, czego robić nie chcą. Gdyby nie groźby Dariusza, jego błagania i telefony całej rodziny, bo uruchomił niemal wszystkich, włącznie z jej bratem Markiem, który groził jej karą boską za rozbicie małżeństwa, nie wróciłaby do Polski wcale. A jednak wróciła. Tyle że odmieniona. Nie była już w stanie żyć tak jak do tej pory. Poczuła w sobie wreszcie siłę. Zarzewie buntu.

Dariusz też to dostrzegł. Wzmógł kontrolę. Przesiadywał w sklepie codziennie. Honorata wiedziała, że tak postępując, mąż znów straci pracę. On zaś uważał, że musi jej pilnować. Małżeństwo jest ważniejsze niż robota – zapewniał. Tymczasem kobieta miała dosyć tyranii. Za wszelką cenę pragnęła uwolnić się od ciemięzcy. Przeklinała, kipiała złością. Bywało, że sprzeczki kończyły się szarpaniną. Mąż, zaskoczony jej walecznością, kilka razy ją uderzył. A Homcia mu oddała. Usłyszał od niej wszystko to, co dotychczas skrywała w sercu. Konflikt zaogniał się błyskawicznie. Każdy dzień był teraz udręką nie do zniesienia. A jednocześnie wszyscy mówili jej, jak odmłodniała. Faktycznie, wyglądała lepiej niż kiedykolwiek. Odżywała wśród obcych ludzi. Gasła, kiedy na horyzoncie pojawiał się małżonek. Pojęła, że zawsze potrzebowała towarzystwa i żyła dotąd jak zwierzę we wnykach. Miała dość. Chciała otworzyć klatkę i wzbić się do góry, zostawić ten cały syf za sobą. Nie potrzebowała niczego.

Zaczęła robić to, na co zawsze miała ochotę. Przyszła wiosna, potem lato. W każdą wolną chwilę Honorata jeździła opalać się nad zalew. O dziwo, mąż, który tak nienawidził wody, wlókł się tam za nią. Nawet chciał ją wozić. Niestety ich auto całkiem padło, więc jeździł z nią autobusem, dźwigając plażowe toboły. Narzekał, że od tych wycieczek ma popalone plecy, ale nie rezygnował.

Podczas osiedlowego festynu Honorata napomknęła o rozwodzie. Dariusz tylko się roześmiał, choć widziała, jak tężeje mu twarz. Byli w towarzystwie, czuła się bezpiecznie. Myślała, że temat wróci w domu, kiedy zostaną sami, ale do konfrontacji nie doszło. Dariusz upił się i zaległ na sofie. Homcia skorzystała z okazji i zadzwoniła do córki. Tak rzadko się zdarzało, by nie podsłuchiwał ich rozmów. Skarżyła się, że ojca znów pewnie zwolnią z pracy. Z pewną obawą zwierzyła się córce z pomysłu odejścia z domu, ale Laura tylko się ucieszyła:

– Od dawna nie słyszałam tak dobrych wiadomości, mamo.

Tymczasem mąż też nie zasypiał gruszek w popiele. Kiedy wytrzeźwiał, na odsiecz wezwał Marka, brata Honoraty, który już z samego rana przyszedł do sklepu, by „poukładać siostrze w głowie”.

– Jak tam z Darkiem? Lepiej? – zaczął.

– Gorzej – burknęła Honorata i ucięła temat.

Brat był w szoku. Takiej postawy Homcia nigdy jeszcze nie prezentowała. Odmówiła przyjścia na obiad i nie potrafiła powiedzieć, kiedy będzie miała czas, by odwiedzić jego i bratową. Liczyła, że Marek zrelacjonuje tę rozmowę jej mężowi: kiedy naciskał, powołując się na Boga, kościół i obowiązki żony wobec męża, odparowała suchym przekleństwem, że to nie jego sprawa. Marek wypadł ze sklepu jak niepyszny. A po powrocie do domu czekała ją niespodzianka. Dariusz, który nawet łyżki sam nie brał z szuflady, przygotował dla żony obiad: smażoną rybę, którą – jak zapewnił – osobiście złowił. Honorata odmówiła wspólnego jedzenia. I dodała, że od tej chwili będą spali osobno. Potem poszła do salonu i zasiadła przed telewizorem. W fotelu męża. Dariusz nie awanturował się. Nie powiedział ani słowa. Usiadł na kanapie i milczeli wspólnie cały wieczór. Po nocnym filmie Honorata wstała, pościeliła sobie na kanapie i pierwszy raz od bardzo dawna spokojnie zasnęła. Następnego dnia szła do pracy na pierwszą zmianę.

Wstała o czwartej, wypiła z mężem kawę. Dariusz wyglądał tak, jakby czuwał całą noc. O piątej trzydzieści kobieta była już w pracy. Do zejścia z kasy nie działo się nic nadzwyczajnego. Dzień był raczej przyjemny. Honorata dowiedziała się, że w tym miesiącu przyznano jej rekordową premię. Poprosiła, by wypłatę mogła przechować w sklepie do poniedziałku, na co kierowniczka się zgodziła. Wszystkie ekspedientki i szefowa wybierały się tego popołudnia na przyjęcie do pizzerii organizowane przez jedną z byłych pracownic z okazji dwudziestej piątej rocznicy ślubu. Umawiały się na zakup kwiatów i upominku. Było wesoło, gwarnie. Do czasu, aż o trzynastej do sklepu wparował mąż Honoraty. W reklamówce miał piwo, które rozdał zdziwionym kobietom. Wypili trunek wspólnie na zapleczu, a następnie poszli do Biedronki kupić kwiaty oraz złożyć życzenia koleżance. Przy okazji kupili też wódkę i kolejne sześć piw. Zostały opróżnione na zapleczu po wizycie w pizzerii. Śmiano się, żartowano i wspominano dawne czasy, jak to jubilaci poznali się, zakochali i nawet nie zauważyli, że spędzili wspólnie ćwierć wieku. Homcia miała mieszane uczucia. Śmiała się ze wszystkimi, ale była milkliwa, ostentacyjnie odsuwała się od męża. Cudze szczęście ukazało jej wyraźnie tragizm własnej sytuacji. Towarzystwo rozstało się około godziny 16.30. W stronę domu Lubczyńskich szli jeszcze Jarosław i Wanda. Ruszyli do domu, zaśmiewając się. Nie ulega wątpliwości, że wszyscy byli zdrowo podpici.

Tego dnia Honorata ubrana była w różową tunikę z dekoltem, czarne getry i baleriny w tym samym kolorze. Na ramieniu zawiesiła brązową lakierowaną torebkę. W ręku niosła reklamówkę ze służbowym uniformem, który codziennie zabierała do prania, oraz dużą torbę z zakupami. Z daleka przypadkowy przechodzień zobaczyłby dwie roześmiane pary. Tyle że jedna z kobiet rozpaczliwie próbowała odsunąć się od swojego partnera. Odtrącała jego rękę, wyplątywała się z jego objęć. Pozwoliła mu jedynie zabrać swoją ciężką torbę. Mężczyzna ubrany był w ciemną ortalionową kurtkę do połowy uda. Kiedy na wysokości kościoła pary przystanęły, by się pożegnać, Dariusz skorzystał z okazji i chwycił kobietę za rękę. Tak mocno, że nie była w stanie jej wyrwać. Spojrzała mu w oczy, uśmiechnęła się do znajomych. Poluzował chwyt, by mogła przytulić i ucałować koleżankę. Kiedy tylko Jarosław i Wanda odeszli, wzięła do ręki telefon. Przyśpieszyła kroku. Mężczyzna usiłował wyrwać aparat, uniemożliwić połączenie, ale była szybsza. Ich kłótnię na środku chodnika widziało kilku świadków. Kobieta w różowej tunice wyrażała się wulgarnie, uciekała. Mężczyzna szarpał ją, starał się zatrzymać. Wreszcie schwycił ją, unieruchomił.

– Skurwysynu, puść mnie – krzyknęła kilka razy kobieta.

To był ostatni raz, kiedy widziano ją żywą.

Wieczorem zaczęła się ulewa. Padało całą noc bez przerwy. Ostatnie krople spadły, kiedy słońce było już wysoko na niebie. Ci, którzy byli wtedy w lesie, mówili, że na jego skraju pokazała się piękna tęcza. Jarosław i Wanda nie mieli okazji jej podziwiać, ponieważ smacznie spali. Niedziela była jedynym dniem, kiedy ekspedientka nie musiała wstawać o czwartej. Dlatego kiedy około siódmej Wandę obudził dzwonek telefonu, była poirytowana. Dariusz Lubczyński nie przepraszał za porę. Dzwonił z pretensją, domagając się odpowiedzi, o której wróci jego żona. Narzekał, że ma dużo prania, a sam nie potrafi włączyć maszyny.

– Skarpetek z całego tygodnia nazbierało się na cały bęben – oświadczył, po czym już spokojniej poprosił, aby Wanda przemówiła do rozumu Homci, bo ma dosyć jej ucieczek.

Wanda bardzo się zdziwiła. Zapewniła, że Homci u nich nie było i nie wiedzą, gdzie nocowała. Następnie poinstruowała męża koleżanki, jak używa się pralki. Kiedy odłożyła słuchawkę, rzekła do Jarosława:

– Honorata znów uciekła.

– Może tym razem starczy jej rozumu, by nie wrócić – odparł Jarosław.

Po południu, jak każdej niedzieli, do matki zadzwoniła Laura. Telefon odebrał ojciec. Ku zdziwieniu córki nalegał na rozmowę. Skarżył się, że widział matkę wieszającą się na szyi obcego mężczyzny, i dodał, że na pewno z nim uciekła, bo nie nocowała w domu. Twierdził, że Honorata od dawna „się puszczała z wieloma chamami, w różnym wieku”. Tyrada o licznych domniemanych zdradach żony trwała kilkanaście minut. Córka protestowała, ale ojciec nie dał jej dojść do słowa. Rozwijał zarzuty, wyrażał się coraz wulgarniej. Wreszcie Laura odłożyła słuchawkę. Nie chciała słuchać tych bzdur.

Zawiadomienie o zaginięciu żony Dariusz złożył na komendzie następnego dnia o 17.10. Opowiedział funkcjonariuszowi o jej ucieczkach z domu, nadużywaniu alkoholu, kłótliwości, agresji oraz groźbach pod swoim adresem. Kreował się na dobrego męża, który jest zdradzany, poniżany, a jednak cierpliwie znosi wyskoki niewiernej żony. Oznajmił, że Honorata wybiegła nagle z mieszkania. On zdołał ją dogonić, prosił i błagał, by została, ale żona obrzuciła go obelgami i odmówiła powrotu. Zdecydował się wrócić do domu i tam na nią zaczekać. Nie było jej dwie noce, nie pojawiła się w pracy. Zapewnił, że poszukiwał jej u rodziny, znajomych i we wszystkich dotychczasowych kryjówkach. Bez skutku.

We wtorek około godziny dziewiętnastej samotny grzybiarz dostrzegł w naturalnym zagłębieniu otoczonym przez jodły fragment różowej tkaniny. Kiedy zbliżył się, stwierdził, że to sukienka. Potem spostrzegł nogi w czarnych getrach. Stopy denatki były bose. Skóra na nich pomarszczona jak ręce praczki. Dłonie leżały wzdłuż tułowia. Jedna z nich pozostała zaciśnięta w pięść. Twarz kobiety nie została przykryta. Na wysokiej trawie wokół niej wciąż wisiały kropelki deszczu.

 

Biegli medycy stwierdzili, że śmierć kobiety nastąpiła w wyniku czterech ran kłutych w okolicy klatki piersiowej po lewej stronie. Zginęła jednak w innym miejscu. Na klatce piersiowej ofiary znajdowały się fragmenty igliwia i liście.

Odnaleziono ją w środowisku, którego nie znosiła i w którym odczuwała lęk. Tylko znana jej osoba była w stanie wprowadzić ją w to miejsce.

Zwłoki były przemieszczane. Sprawca nie starał się ich ukryć. Wykorzystał naturalne wgłębienie terenu (około 20 centymetrów) otoczone choinkami, które zimą mieszkańcy okolicznych bloków wycinają na drzewka bożonarodzeniowe, jakby ułożył kobietę w kołysce lub trumnie z miękkiego mchu.

Honoratę zidentyfikował mąż, który już podczas pierwszego przesłuchania zachowywał się dziwnie. Nie rozpaczał, oskarżał żonę o zdrady i narzekał, że chciała od niego odejść. Na pytanie profilera: „Kto pana zdaniem jest poza podejrzeniem?” odparł: „Nie wiem”. Z miejsca stał się pierwszym podejrzanym. Jako drugiego sprawcę brano pod uwagę Jacka, ochroniarza z Biedronki, z którym Honorata się zaprzyjaźniła. Ten trop jednak upadł, kiedy funkcjonariusze weszli do mieszkania Lubczyńskich i zastali świeże pranie na sznurach. Bęben pralki wciąż był wilgotny. Mimo to z kurtki, czarnej, do połowy uda (takiej, jaką miał na sobie mężczyzna szarpiący się w okolicy kościoła z kobietą w różowej tunice, widziany przez świadków) zabezpieczono ślady brunatnej substancji. Badania potwierdziły zgodność z krwią Honoraty. Dariusz tłumaczył, że kilka dni wcześniej, kiedy byli nad zalewem, żona miała krwotok i kładła mu głowę na kolanach. Potem twierdził, że kiedyś upadła i uderzyła się, a on udzielał żonie pomocy, ale nikt mu nie uwierzył.

W stworzonym profilu naczelną rolę odegrały dane z wywiadów wiktymologicznych udzielanych przez wszystkie osoby, które miały kontakt z Honoratą. Pozwoliły one na ustalenie sposobu funkcjonowania pokrzywdzonej, zwyczajów i rytuałów. Po wstępnej analizie wskazałem, że należałoby dokonać oględzin miejsca zamieszkania pokrzywdzonej. Znaleziono tam jej telefon komórkowy, z którym się nie rozstawała, oraz reklamówkę z brudną odzieżą z pracy. Dariusz w czasie składania wyjaśnień stwierdził, że kiedy wrócili do domu, razem z żoną przygotowali obiad, a następnie go zjedli. Potem Honorata opuściła mieszkanie i udała się w nieznanym mu kierunku.

Na blacie w kuchni zabezpieczono telefon komórkowy i ładowarkę, z którymi kobieta nigdy się nie rozstawała. Jej czarnych baletek i torebki wraz z notesem z kontaktami oraz kluczy do sklepu nie odnaleziono. Podobnie jak słynnego scyzoryka, któremu Nożownik zawdzięczał swój dawny przydomek.

Kiedy proces ruszył, szefowa Honoraty zeznała, że w poniedziałek rano, zanim Lubczyński zgłosił zaginięcie małżonki, pojawił się w sklepie, by odebrać jej pensję za ostatni miesiąc. Tym razem za dobrą pracę Honorata otrzymała premię w wysokości niemal połowy tego, co zarabiała. Skąd Dariusz o tym wiedział? Kierowniczce sklepu nie udało się zdobyć tej informacji. Pieniędzy Nożownikowi nie wydała. Wtedy Lubczyński wściekł się i poskarżył, że żona opuściła go na dobre, a co gorsza, sam musiał zrobić pranie.

W czasie procesu sądowego z trudem go poznałem. Schudł, był zarośnięty, nieogolony, małomówny. Za zabójstwo żony skazano go na osiemnaście lat więzienia. Apelacja nie pomogła. Rok później powiesił się w celi.

KUKURYDZE Z WIDOKIEM

Kukurydze, zbudowane na wzór bliźniaczych wieżowców Marina City z Chicago, znają wszyscy mieszkańcy Katowic. To najwyższe budynki mieszkalne w mieście. Żyje tutaj ponad dwa tysiące osób. Trzy czwarte lokali jest wynajmowanych. Klatki łączą się długimi przęsłami. Można się przemieszczać korytarzami i zagubić niczym w labiryncie Dedala. I chociaż wszyscy wiedzą, że w starożytnej Grecji gdzieś tam, w jednej z podobnych kryjówek, trzymano Minotaura – potwora pożerającego kilka dziewic raz na tydzień, to Sabina Rambaj opowieści takowe najwyraźniej zignorowała. Czyżby sądziła, że nikt jej tutaj nie znajdzie? A może w głębi serca pragnęła być pożarta?

Jej ciało, roztrzaskane na miazgę na podjeździe, w dwudziesty ósmy dzień kwietnia 2014 roku odkrył ochroniarz parkingu Andrzej Kuna. Początkowo nie stwierdzono śladów wskazujących na działanie osób trzecich. Kiedy jednak śledczy weszli do mieszkania, z którego Sabina wypadła, stwierdzono, że okno balkonowe w kuchni zostało zaspawane i zabezpieczone stalowymi wkrętami przed otwarciem. Nie zrobiono tego poprzedniego wieczoru. Pod drugim oknem, z którego mogła wypaść dziewczyna, leżał materac. Był on podsunięty do kaloryfera, co również uniemożliwiało otwarcie okna. Choć upadek nastąpił przed świtem, dziewczyna w chwili śmierci była ubrana jak do wyjścia. Jakby za chwilę planowała spotkanie z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Pierwsza sugestia dotyczyła samobójstwa, gdyż Sabina nie była w najlepszej formie psychicznej i miała wiele powodów, by się zabić. Jakim jednak sposobem udało jej się wyskoczyć, a następnie zamknąć za sobą okna? To pozostawało tajemnicą. Wszczęto dochodzenie w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci.

Widok z okna Sabiny był bajkowy. Tak o świcie, kiedy miasto wstaje, jak i nocą, kiedy rozbłyska milionem świateł. Jednak za kwaterę numer 205 płaciło się nieproporcjonalnie do doznań. Sabina lubiła stać przy oknie i wpatrywać się w przestrzeń. Zdawało jej się, że to ledwie początek zmian, jakie ją czekają. Pragnęła za wszelką cenę zrzucić skórę. Mogła tak patrzeć godzinami. I patrzyła. Przez tydzień. Bo z poziomu chodnika widoku nie ma wcale.

Lokal należał do Krystiana Bednarka, korpulentnego basiora (lat dwadzieścia pięć), który sypiał w kuchni na materacu niczym pies pilnujący obozowiska. Dwa pokoje do wynajęcia zapewniały mu byt już dobre kilka lat, choć najemcami gardził i za wszelką cenę pragnął jak najszybciej upłynnić mieszkanie. Umieszczał w sieci ogłoszenie za ogłoszeniem. Z ceny jednak zejść nie zamierzał. Każdego najemcę ustawiał do pionu, by nikt nie miał wątpliwości, że to jego teren i rządzić poza nim nikt pod tym dachem nie będzie. Obłędny widok rekompensował jednak lokatorom liche wyposażenie oraz metraż. Ponieważ zaś gospodarz nie był w ciemię bity, a chytry niczym lis, wypracował korzystną dla siebie umowę, którą podsuwał zdesperowanym studentom szukającym wigwamu na czas studiów. Wiedział, że z młodymi ludźmi będzie mu łatwiej niż ze zmordowaną rodziną z przychówkiem, samotnymi kawalerami po pięćdziesiątce albo starymi pannami ze wsi, które uwierzyły w emancypację.

Tak, Krystian był radykalny. Sporządzona przez niego umowa była grą do jednej bramki. Mnóstwo nakazów i zakazów, a przywilejów prawie żadnych. Krystian wiedział, gdzie stoją konfitury, i miał zdanie na każdy temat. Jego motto życiowe było proste: sprawiedliwie nie znaczy, że po równo. I taka też była jego umowa. Studenciaki zresztą nie dyskutowały. Zwykle płacili za nich rodzice, a więc regularnie i na czas, drżąc jedynie, czy w tym kukurydzianym domu nie spożywa się alkoholu albo, nie daj Boże, handluje narkotykami. Krystian był gotów przyrzec na Biblię, że do takiej degrengolady nie dopuści. Zakaz używek był dlań sprawą kardynalną. To zawsze zdobywało zaufanie sponsorów i dlatego akceptowali pozostałe warunki. Krystian stawiał sprawę jasno: „Bierz albo wypierdalaj”. Zresztą były i inne zalety wynajmu młodym: w kółko nie ma ich w domu, a jeśli imprezują – to na mieście.

Panowały więc na gospodarstwie Bednarka cisza, szacunek i pełne jedynowładztwo. Do mieszkania zabraniał przyprowadzać osoby towarzyszące. Alkoholu się tutaj nie piło, a półki w lodówce oznakowano kolorowymi markerami. Kaucja w wysokości dwumiesięcznego czynszu eliminowała gołodupców. Matki i ojcowie mogli odwiedzać swe dziatki wyłącznie w niedzielę, kiedy Krystian jeździł do swej oblubienicy w Bytomiu. Koniec odwiedzin właściciel wyznaczył na czas zapadnięcia zmroku. W kwietniu niestety dzień stawał się już dłuższy, ale i tak z możliwości odwiedzin korzystał tylko Adam Wiśnia z pokoju narożnego, introwertyczny informatyk, wiecznie w kapturze, który zajmował dziuplę od szczytu budynku razem z kolegą – wyfiokowanym Maksem. Co ci dwaj robili nocami, tego Krystian wiedzieć nie chciał, a że spał mocno i to snem głębokim, niczym worek kamieni wrzucony do oceanu, reszta go nie obchodziła. Nawet jeśli panowie byli gejami, nie afiszowali się. Płacili terminowo. Co do Sabiny, to od razu wyczuł, że w jej przypadku gości spodziewać się nie musi. Studentka nawet nie przeczytała umowy. Położyła na stół odliczone pieniądze, poprosiła o hasło do wi-fi i bez słowa zniknęła za wskazanymi drzwiami. Gdy wszedł z szufelką, oferując, że pozamiata jej pokój, bo rano czasu nie miał, mruknęła coś tylko niezrozumiale i znów wlepiła wzrok w ekran laptopa. Gospodarz był zadowolony. Kolejna miłośniczka wirtualnego świata. Korzystając jednak z okazji, ocenił jej nogi w getrach. Figurę miała całkiem, całkiem. Tylko dziwna taka. Creepy.

Ona nie zwróciła na niego uwagi. Gdyby spotkali się na ulicy – nawet jeśliby przebrał się z rozwleczonego swetra w romby i obciachowych spodni w coś kupionego nie na ciuchach – prawdopodobnie by go nie poznała. Nie gustowała w mięśniakach słuchających disco polo. Patrzyła w okno, na iluminację miasta, i oddychała z ulgą, że tak jej się udało z tym pokojem. Wcześniej mieszkała z kilkoma dziewczynami w stumetrowym pomieszczeniu na Kraszewskiego. Łóżko obok łóżka, szafka nocna z jedną szufladą, kilka stołków i wspólna szafa przy wejściu. Swoje środki higieniczne musiała trzymać w walizce, aby współlokatorki nie podkradały jej mydła. Czuła się tam jak w areszcie, ale za żadne skarby nie chciała wracać do domu, choć jej rodzice wyposażyli dla córki poddasze na tip-top.

Na Kraszewskiego nauczyła się izolować, bo tam każdy szept był publiczny. Zdawało jej się, że współlokatorki słyszą jej myśli, a wcale tego nie chciała. Nie były to wesołe refleksje. I długo na efekty pobytu w komunie czekać nie musiała. Kiedy dziewczęta zorientowały się, że przestała chodzić na uczelnię, natychmiast – w dobrej wierze – doniosły o tym jej starym. Ci, bez zapowiedzi, bez jednego ostrzegawczego esemesa, któregoś dnia po prostu weszli do jej twierdzy (a był to jedyny moment dnia, kiedy mogła być sama) i zaczęli ją rozpytywać o jej osobiste sprawy. Rzekła im, że wieś to mogą sobie robić w Topolewie, a nie tutaj, po czym trzasnęła drzwiami, przekręciła zamek. Dobijali się dłuższą chwilę, coś pokrzyczeli. Matka płakała, ale Sabinę niewiele to obeszło. Wzięła się do pakowania. Jeszcze tego samego wieczoru znalazła Kukurydze z widokiem.

Rodzice wiedzieli, że córka ma problemy, bo zadzwoniły do nich jej koleżanki, zmartwione tym, że dziewczyna nie opuszcza mieszkania. To, że dzieje się coś złego, potwierdziło się, gdy ojciec odwiedził uniwersytet. Okazało się, że Sabina wagaruje już od tygodni. Rodzice nie mieli jednak pojęcia, jak bardzo jest z nią źle.

W liceum to było złote dziecko: wzorowa uczennica, która rokrocznie odbierała z rąk dyrekcji świadectwa z czerwonym paskiem. Samodzielna, skrupulatna, systematyczna i odpowiedzialna. Często zostawała sama, kiedy oboje rodzice wyjeżdżali, i perfekcyjnie radziła sobie z domowymi oraz szkolnymi obowiązkami. A teraz nie zaliczyła większości egzaminów (za co musiała uiścić opłatę 1200 złotych), przestała chodzić na zajęcia. Groziło jej skreślenie z listy i kolejna kara pieniężna. Sabina nie odbierała poczty, nie odwoływała się. Nie przyszła na spotkanie z opiekunem roku. Kiedy pytano, co się z nią dzieje, jak jej pomóc – milczała. Jakby uznała swoją klęskę i nie zamierzała podjąć walki. W indeksie miała jedynie wpisy za pięć semestrów logistyki, a uniwersytet to była druga uczelnia, z której ją usunięto. Wcześniej nie poradziła sobie także na politechnice. Już w Wielkanoc, kiedy była w domu, matka zauważyła, że z córką dzieje się coś niepokojącego. Nie poszła do kościoła ze święconką, całe święta była osowiała. Na pytania odpowiadała burknięciami. Czas wolny przepędziła z laptopem na kolanach. Co oglądała? Do kogo pisała? – tego rodzice nigdy się nie dowiedzieli. Sabina już wtedy wiedziała, że na studia nie wróci, ale udawała, że ma egzaminy poprawkowe i musi się uczyć. O planach wynajęcia nowego mieszkania nie zająknęła się ani słowem.

Już od początku roku akademickiego Sabina konsekwentnie unikała ludzi. W sprawach organizacyjnych czy wymiany notatek komunikowała się przez media społecznościowe. Telefonu nie odbierała. O jej stan psychiczny martwiły się nie tylko współlokatorki, ale też koleżanki ze studiów. Mimo że dziewczyna nie była lubiana ani towarzyska, podjęły próbę odwiedzin dwudziestoczterolatki, kiedy skreślono ją z listy. Nie otworzyła im drzwi. Usłyszały, że nie są jej znajomymi, więc niech nie udają samarytanek i nie interesują się cudzymi sprawami. Do tych gorzkich słów dorzuciła wiązankę przekleństw.

 

Zarówno córka, jak i państwo Rambajowie nie mieli znajomych. Byli w Topolewie nowi i nie zabiegali o uznanie sąsiadów. Nie utrzymywali kontaktów z dawnymi przyjaciółmi ani z dalszą rodziną. Wcześniej mieszkali na Podhalu i dopiero kilka lat temu przeprowadzili się na Śląsk, gdzie za pieniądze zarabiane przez matkę za granicą zbudowali dom. Mama Sabiny opiekowała się starszymi osobami w Niemczech, we Włoszech lub Norwegii. Była cenioną opiekunką i stale wyjeżdżała na wielomiesięczne kontrakty. Kiedy wracała do kraju, też nie było jej w domu, gdyż od świtu do zmierzchu ciężko tyrała w fabryce karmy dla ptaków. Ojca Sabina również widywała rzadko. Własny biznes w branży budowlanej pochłaniał go całkowicie.

Sabina była wychuchaną, zadbaną jedynaczką z zamożnego domu, której rodzice starali się nieba przychylić. Dziewczyna nosiła wyłącznie markowe rzeczy. Miała najlepszy sprzęt i ceniła jakość. Nie paliła papierosów, nie upijała się. Nigdy nie zażywała narkotyków. Ale już w liceum uważano ją za nieco dziwną, wycofaną. W niektórych budziła lęk. Uwielbiała słuchać demonicznej muzyki, oglądać mroczne teledyski. Nie było to nic groźnego i rodzice składali to na karb młodzieńczego buntu. Zresztą kiedy była nastolatką, mieli nad nią całkowitą kontrolę, choć ich relacja była luźna. Oczywiście sprzeczali się, ale Rambajowie uważali to za zwykły konflikt pokoleń.

Tymczasem Sabina miała ukryty żal do rodziców, że kiedy była dzieckiem, zostawili ją samą sobie, przedkładając zarabianie pieniędzy nad więzi rodzinne. Wtedy nie potrafiła wyrazić tego, co czuje i czego jej brak. Dostosowywała się i starała się jedynie nie stwarzać problemów. Cierpiała w milczeniu, ale uraza w niej rosła. Z czasem niezadowolenie przemieniło się w nienawiść do świata. Między Sabiną a rodzicami dochodziło wówczas do karczemnych awantur, po których obrażona córka szła do swojego pokoju i tam się zamykała. Takie ciche dni zdarzały się coraz częściej i stały się właściwie normą, gdy Sabina chodziła do szkoły średniej.

Po wyjeździe na studia Sabina się zmieniła. Teraz stawiała sprawy na ostrzu noża. Kompromis przestał wchodzić w grę. Z czasem konflikt między nią a rodzicami tylko się pogłębiał. Córka przyjeżdżała do domu rodzinnego coraz rzadziej – głównie z okazji świąt i podczas wakacji. Mówiła, że za bardzo ją to obciąża. Wolała być sama.

Nie potrafiła dogadywać się z ludźmi – twierdzono po jej śmierci. Obrażała się, milczała, unikała kontaktów. Uciekała w wirtualny świat. Większość znajomych z sieci nigdy nie widziała jej na żywo, choć często prowadzili długie dyskusje i wysyłali sobie emotki albo zabawne grafiki.

Gdyby się postarała, Sabina uchodziłaby za niezwykle atrakcyjną. Nie przypisywała jednak wyglądowi żadnego znaczenia. Wzrost 170 centymetrów, waga poniżej 60 kilogramów. Naturalne włosy ciemnoblond farbowała ostatnio na dużo jaśniejsze. Ponieważ zawsze była skłonna raczej do melancholii, a nie do chichotów z byle czego, kolejka adoratorów się do niej nie ustawiała. Jedynym chłopcem, z którym miała kontakt przed śmiercią, był Patryk – kolega z liceum. Korespondowali ze sobą na Facebooku, głównie na temat wiary. To jemu najczęściej się zwierzała, pisząc długie listy o tym, jak bardzo czuje się samotna, że chciałaby mieć rodzeństwo albo bratnią duszę. Ostatnio musiała być na czterech rodzinnych pogrzebach i bardzo zainteresował ją problem śmierci. Sporo dyskutowała o tym z Patrykiem.

Religia miała dla Sabiny znaczenie. Wierzyła w Boga, angażowała się w życie wspólnoty duchowej. Kiedy była młodsza, chadzała na pielgrzymki, była aktywna w Ruchu Światło-Życie. To ona namawiała rodziców, by każdej niedzieli bywali na mszy. Choć mocno zaangażowała się w sprawy parafii, bezlitośnie krytykowała struktury kościelne. Miała tak niewyparzony język, że ksiądz w odwecie nie dopuścił jej do egzaminu z bierzmowania. Sabina przestała chodzić na religię. Ostatecznie do nauki tego przedmiotu wróciła dopiero pod koniec liceum i wtedy przystąpiła do sakramentu. Był to dla niej bardzo ważny moment w życiu, lecz zawód, jaki sprawił jej przedstawiciel duchowieństwa, mocno naruszył jej zaufanie do Kościoła. Wciąż wierzyła, ale zaczęła zadawać niewygodne pytania. W rozmowach z Patrykiem tytułowała siebie Judaszem.

Nigdy nie przyprowadziła do domu chłopaka. Rodzice nie wiedzieli nic o jej związkach emocjonalnych. Miała sympatię w szkole średniej, ale kiedy poszła na studia, rozstała się z Wojtkiem bez żalu. Mimo miłej powierzchowności była zakompleksiona. Uważała, że jest brzydka i dlatego nikt jej nie chce. Jej samej też nikt się nie podobał. Jedyne kontakty z płcią przeciwną nawiązywała przez internet. Nie rozmawiała z chłopcami na temat seksu. Prowadziła koleżeńskie, czasem filozoficzne dyskusje. Patrykowi pisała, że chciałaby się zakochać, bo nigdy nic takiego nie czuła. Ale tak naprawdę nie wierzyła w miłość. Ani w to, że mogłaby jej doświadczyć.

– Jestem jak zamrożona – pisała. – Nie czuję nic.

W jej rodzinie nigdy nie zdarzyło się samobójstwo. Nikt nie leczył się psychiatrycznie. Ona sama przed śmiercią nie rozdawała swoich rzeczy, co czynią zwykle osoby pragnące ze sobą skończyć. Jej waga utrzymywała się na tym samym poziomie, bez wahań w górę i w dół. Słowem, nic nie wskazywało, że jej obniżony nastrój to depresja, która mogłaby być przyczyną targnięcia się na własne życie.

Ale Sabina była przecież pełna sprzeczności. Z jednej strony outsiderka, z drugiej konsekwentnie dążyła do wybranych celów. Była przy tym konkretna, umiała walczyć o swoje. Na każdy temat miała własną opinię i nie obawiała się jej wyłuszczyć w ostrych słowach. Broniła swoich poglądów jak lwica. W tej materii miała wiele wspólnego z Krystianem, właścicielem lokalu w Kukurydzach, który podnajmowała. Twierdziła, że ma wszystko gdzieś, a opinia rodziców jej nie obchodzi; jednocześnie drżała na samą myśl, że na jaw wyjdzie to, że zawaliła kolejne studia. Miała pieniądze, ale obawiała się, że ich zabraknie (kara za niezdane egzaminy, opłata za pokój, koszty utrzymania). Ważne były dla niej zasady, prawość i uczciwość, tymczasem okłamywała rodziców. Była wierząca, ale kontestowała religię. Kłóciły się w niej zaskakująca pewność siebie i monstrualne kompleksy. Jedno było pewne: nie potrafiła przyjąć i nie chciała niczyjej pomocy, a jeśli nawet ta przychodziła, odtrącała ją. Tym sposobem zanurzała się w studni coraz głębiej.

Mylił się Krystian Bednarek, sądząc, że Sabina nie przeczytała podsuniętej umowy. Zgodziła się na nią, gdyż pilnie chciała wyprowadzić się ze wspólnego pokoju do własnego. Samotność i cisza – to było wszystko, czego pragnęła. A ten lokal, jak jej się wtedy wydawało, spełniał te warunki. Umowa była niekorzystna i Sabina to wiedziała. Zawierała rygorystyczne zapisy związane z użytkowaniem wynajmowanego pomieszczenia. Nie wolno było chodzić po mieszkaniu w obuwiu, używać pralki bez pytania (za pozostawienie jej włączonej należała się gospodarzowi opłata karna), przyjmować gości, włączać czajnika, grzejnika lub klimatyzatora. Za przenocowanie kogoś naliczano opłatę w wysokości co najmniej 30 złotych. Do tego zakaz spożywania alkoholu oraz klauzula skutkująca karą pieniężną lub utratą kaucji i wyprowadzką za „werbalne obrażenie właściciela albo innego najemcy”. Sabina podpisała jednak dokument bez zgłaszania uwag. Nie miała innego wyjścia, a kryjówka potrzebna była jej już, teraz, w tej chwili. Liczyła, że zaszyje się w Kukurydzach i nikt jej tutaj nie znajdzie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?