Motyw ukrytyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PIĘKNA I BESTIA

W miłości zachowaj rozsądek, mawiali starożytni Grecy. W nienawiści – dystans. Ta maksyma przydałaby się mieszkance maleńkiego Zagórowa pod Koninem. Być może Dorota Rapińska uratowałaby życie. Przyszła maturzystka o ujmującej twarzy i dobrych oczach nie wróciła z imprezy urodzinowej swojego chłopaka. Zdarzyło się to w nocy z 3 na 4 listopada 2000 roku, a sprawa przez kolejne siedemnaście lat pozostawała nierozwiązana. Ciała uczennicy nie odnaleziono, choć przez cały ten czas śledczy nie mieli wątpliwości, kto odebrał jej życie. Brakowało dowodów, by posadzić sprawcę na ławie oskarżonych.

Zagórów to urocza miejscowość położona na skraju żyznych pól i lasów. Wszyscy się tutaj znają. Dwudziestego pierwszego sierpnia 1982 roku w jednym z tutejszych domów na świat przyszła Dorota, pierworodna państwa Rapińskich. Szkołę podstawową dziewczyna skończyła w swojej miejscowości. Uchodziła za dobrze wychowaną panienkę, niesprawiającą kłopotów wychowawczych. Choć nie była orłem w klasie, na dalszą edukację wybrała liceum ekonomiczne w Koninie, dokąd dojeżdżała autobusem i kolejką. Była do tych krótkich podróży przyzwyczajona. Dorota miała dwie siostry – czternasto- i jedenastoletnią. Czasem między siostrami dochodziło do drobnych spięć na tle wymiany ubrań, kosmetyków albo butów. Ogólnie był to jednak spokojny i ciepły dom. Rodzice kochali się, nie mieli nałogów. Państwo Rapińscy bardzo dbali, by córkom niczego nie brakowało, a w gminie należeli do najzamożniejszych. Prowadzili największy prywatny sklep w Zagórowie.

Dorota była uczynna, chętnie pomagała słabszym. Nie obnosiła się ze swoją dobrą sytuacją finansową, ale zawsze miała odłożone jakieś pieniądze. Umiała oszczędzać, nie była rozrzutna. Szanowała swoje rzeczy. Z matką miała doskonały kontakt. Zwierzała się jej z tajemnic, pytała o opinię przed podjęciem decyzji. Matka była dla niej autorytetem i przyjaciółką.

To się zmieniło, kiedy dziewczyna poznała Adriana Wesołowskiego, starszego o dwa lata mieszkańca pobliskiej wsi. Chłopak miał wyuczony zawód murarza, ale nigdy nie pracował. Nie kontynuował też nauki. Dnie spędzał w swoim pokoju (zajmował parter domku jednorodzinnego, do którego miał oddzielne wejście i zamykał je na klucz), oglądając telewizję, grając w gry i nie szczędząc sobie piwa ani używek. Dorota odwiedzała go codziennie. Zaczęła wtedy wagarować, opuściła się w nauce, choć rodzice nie od razu to spostrzegli. Ledwie po miesiącu znajomości z Adrianem miała tak duże zaległości, że matka obawiała się, czy córka przystąpi do matury. Dorota bagatelizowała jednak utyskiwania matki. Była zakochana w Adrianie po czubki uszu. Tłumaczyła chłopaka przed rodzicami, idealizowała go. Zżerała ją zazdrość, kiedy patrzył na inne dziewczęta. Pokłóciła się o niego z Krysią, swoją najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa, i zerwała z nią kontakt. Zgadzała się na wszystkie warunki, jakie Adrian jej stawiał, i starała się sprostać jego oczekiwaniom. On jednak wciąż był niezadowolony. Poniżał ją publicznie („nie interesuj się”, „nie odzywaj”), zrywał relację, a potem łaskawie pozwalał się przepraszać lub przekupywać prezentami. Wszyscy z otoczenia Doroty widzieli, że Adrian kocha Dorotę mniej. A może wcale.

Młodzi poznali się przez Krysię Zając, przyjaciółkę Doroty, z którą Adrian wcześniej chodził. Krysia bardzo skarżyła się na byłego chłopaka, który nie pogodził się z ich rozstaniem. Dorota postawiła sobie za punkt honoru, że ich pojedna. Umówiła Krysię i Adriana w dyskotece w pobliskiej miejscowości i sama na nią poszła. Operacja zakończyła się niepowodzeniem: przyjaciółka tylko upewniła się, że Adrian jest agresywny, chamski i zaborczy. Nie zamierzała do niego wracać.

Dorota marzyła o romantycznej miłości. Niestety, wszystkie jej poprzednie sympatie były nieodwzajemnione. Kiedy więc następnego dnia po dyskotece Adrian zaproponował jej randkę, zgodziła się. Wtedy pierwszy raz nie poszła do szkoły. I już po kilku dniach chwaliła się całej rodzinie, że ma chłopaka. Krysi zwierzyła się, że postawiła sobie za cel uleczenie Adriana z picia. Przyjaciółka była wobec tych planów sceptyczna, Dorota jednak nie chciała jej słuchać. Z każdą chwilą była coraz bardziej zafascynowana Adim, jak go pieszczotliwie nazywała.

Matka dziewczyny również nie podzielała entuzjazmu córki. Poprosiła, by Dorota przyprowadziła chłopca do domu – jej pierwsza opinia o Adrianie tylko się utrwaliła. Z czasem matka zauważyła, że chłopak ma na nastolatkę zgubny wpływ. Dorota przestała się zwierzać, zaczęła mieć swoje sekrety. Każdą decyzję konsultowała teraz z ukochanym. Zabiegała o jego względy i robiła wszystko, aby Adi był zadowolony – zmieniła sposób ubierania się, fryzurę, słuchała innej muzyki. Przestała czytać książki, nabrała nowych zwyczajów. Wcześniej co niedziela chodziła do kościoła i była głęboko wierząca: pielgrzymki, oazy, aktywne uczestnictwo w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży. Pod wpływem Adriana zaprzestała tych praktyk.

Dorota była ładną i zadbaną dziewczyną. Sama siebie uważała jednak za mało atrakcyjną. Miała nieuzasadnione kompleksy na punkcie tuszy. Nie akceptowała też swoich dorodnych piersi. Uważała, że ma przeciętną twarz i włosy nie takie, jakie chciałaby mieć – mimo że wszyscy uznawali je za jej największy atut. Adrian nie wyprowadzał jej z błędu. Przeciwnie, utwierdzał ją w przekonaniu, że nigdy nie dorówna urodą i osobowością Krysi, o której wypowiadał się w samych superlatywach i którą stawiał Dorocie za wzór cnót (chociaż kiedy z nią chodził, poniżał ją i wykorzystywał). Dorotę bardzo bolała krytyka Adriana. Stosowała drakońskie diety lub wręcz głodowała, by być tak chuda jak Krysia. Kiedy wieczorami dopadał ją wilczy głód – objadała się, więc równie prędko przybierała na wadze, a potem znowu chudła, co nie uszło uwagi rodziny. Tuż przed zaginięciem była tak szczupła, że nosiła ubrania młodszej siostry. Stała się niespokojna, podenerwowana. Łatwo było wyprowadzić ją z równowagi.

Nowo poznany mężczyzna był jej pierwszym chłopakiem (nie licząc szkolnych sympatii), natomiast Adrian miał wcześniej wiele dziewczyn, co Dorocie niezwykle imponowało. Nie wiedziała, że ją zdradzał, a nawet ma dziecko z jedną z poprzednich partnerek. Jej rodzice dowiedzieli się o tym po zaginięciu córki.

Dorota bała się panicznie, że Adi ją porzuci. Była gotowa na wszystko, byle temu zapobiec. Zabiegała o sympatię jego rodziny i była z nią w bardzo dobrych stosunkach. Obdarowywała rodziców chłopaka prezentami. Regularnie odbierała młodszą siostrę Adriana ze szkoły. Jemu samemu nadskakiwała, jakby był bogiem, któremu należy składać ofiary. Przynosiła upominki, płaciła za paliwo i dofinansowywała jego samochód (remonty, tuning, czyszczenie), kupowała piwo, piekła ciastka. Każdą wolną chwilę chciała spędzać w jego towarzystwie. To z nim przeżyła swój pierwszy raz. Adrian najprawdopodobniej był jej jedynym partnerem seksualnym, niezbyt zresztą lojalnym – o seksie z Dorotą opowiadał ze szczegółami kolegom. Chwalił się, nie szczędził fizjologicznych detali. Powątpiewał publicznie w jej dziewictwo, by zdeprecjonować ją w lokalnym środowisku. Zawsze kiedy Dorota go odwiedzała, zamykał drzwi swojego pokoju na klucz. Nalegał, by zostawała na noc i kłamała rodzicom, że musi się uczyć. Jego rodziców nie interesowało, co młodzi robią w tym czasie. Ich relacja z synem była zaburzona. Bali się, że się zdenerwuje i rzuci na nich z pięściami. Potrafił być nieobliczalny. To on był w tym domu dominatorem.

Dorota przestała rozmawiać o sprawach intymnych z matką. Nie zwierzyła się także z rozpoczęcia życia seksualnego. Matka odkryła to sama, ale Dorota ucinała wszelkie próby rozmowy na ten temat. Odkąd zakochała się w Adim, swoją rodzinę uważała za wroga, gdyż bezceremonialnie krytykowali obiekt jej westchnień.

Dorota i Adrian znali się trochę ponad miesiąc, a jednak bardzo często się kłócili. Tematem konfliktów była ich relacja oraz pieniądze. Mężczyzna ewidentnie dążył do rozstania, ale Dorocie zwykle udawało się go przekupić prezentami. Adi przyjmował jej dary i niechętnie godził się na status jej chłopaka, choć Dorota wciąż słyszała od niego, że z nią „nigdy nie będzie jak z Krysią”. Kiedy po takiej sprzeczce Dorota wracała do domu, wściekłość wyładowywała na rodzicach i siostrach. Wszczynała awantury, których wcześniej w domu Rapińskich nie było. Ale nawet wtedy broniła Adriana i kłóciła się z matką, która wszelkimi siłami starała się jej uświadomić, że to nie jest chłopiec dla niej. Do Doroty nie docierały żadne argumenty. Uparcie przedstawiała swojego ukochanego jako ideał i nie mówiła o niczym, co mogłoby postawić go w niekorzystnym świetle. Usilnie przekonywała rodzinę, że jest z Adrianem bardzo szczęśliwa.

Ogromnie jej imponowało, że zainteresował się nią nie rówieśnik, lecz dwudziestoletni mężczyzna, na dodatek przystojny, budzący respekt. Była tak zaślepiona w swoim uczuciu, że nie dostrzegała oczywistych wad, które widzieli postronni. Adrian prowokował bójki dla sportu, z byle powodu. Obrażał i szarpał ludzi, także dziewczęta. Miał opinię raptusa. Był porywczy nie tylko w stosunku do obcych. Mężczyzna pastwił się nad ojczymem i mężem siostry, aż wyprowadzili się do dziadków, by „zejść mu z oczu”. W miasteczku bano się go. Tymczasem Dorota, chociaż ją również traktował lekceważąco, broniła go: „upił się”, „miał zły dzień”, „to ona zaczęła”, „tamten go sprowokował”, „to nie jego wina” itd. Podobno wobec Doroty Adrian nie używał siły. Była jednak świadkiem jego ataków na innych. Dochodziło do sytuacji dramatycznych, krew się lała strumieniami. A on był dumny, że budzi w ludziach lęk.

Trzydziestego października 2000 roku, po wielkiej kłótni, Adrian zerwał z Dorotą. Dziewczyna nie chciała pogodzić się z odrzuceniem. Napisała list, który zostawiła u jego rodziców (pisownia oryginalna):

 

„Adi, trudno mi to przychodzi, ale wolę napisać Ci niż to powiedzieć. Zostawiłeś mnie, nie mówiąc gdzie się wybierasz. No ale cóż, przywykłam, że nikt się ze mną nie liczy. Nie mam żalu do Ciebie, może nawet nigdy nie będę mieć. Teraz wiem, że moja matka miała rację: ja nie mogę dać szczęścia nikomu. Mówiłam Ci, że nie chcę Cię stracić, kocham Cię i taka jest prawda. Rozumiem, że nie chcesz panienki takiej jak ja. Nie dziwię Ci się. Jeżeli chodzi Ci o to, że Cię okłamałam, jak twierdzisz, to się mylisz. Nawet nie zauważyłeś, że mam nową kurtkę. Musiałam dziś rano za nią zapłacić, bo zamówiłam ją już dawno. Miałam przy sobie połowę kasy na te kolumny, ale po co ja Ci to piszę, jak i tak mi nie uwierzysz. Za każdym razem jak tak do mnie mówisz, coś we mnie umiera. Co zrobiłam nie tak? Jak miałam Ci udowodnić, że nie jestem taka, jak inne? Nie dałeś mi szansy. […] pamiętaj, że i tak Cię kocham i będę kochać. To nie są puste słowa. Nie potrafię kpić z uczuć. Taka już jestem. Jeżeli kiedyś będziesz w stanie mi wybaczyć te głośniki, zadzwoń. D.”

Tego samego wieczoru się pogodzili. Dorota zadzwoniła do rodziców, że zostanie u Adriana na noc. Znów było dobrze.

Drugiego listopada 2000 roku powiedziała rodzicom, że boli ją brzuch, i nie poszła do szkoły. Zjawiła się jednak w internacie, gdzie mieszkała jedna z jej koleżanek. Była wystrojona w minispódniczkę, buty na wysokich obcasach i skórzaną kurtkę. Nigdy wcześniej nie ubierała się tak wyzywająco. Kiedy koleżanka zapytała, dlaczego przez ostatnie dwa tygodnie nie było jej w szkole, skłamała, że miała krwotok i leżała w szpitalu. Potem umówiła się z Krysią i zrobiła jej scenę zazdrości. Zarzuciła koleżance, że wydzwania do jej chłopaka. Na nic się zdały tłumaczenia, że są to manipulacje Adriana. Obie się rozpłakały. Dorota zażądała, by przyjaciółka nie mieszała się do „ich spraw”, po czym wyszła, zerwawszy wieloletnią przyjaźń. Tego samego dnia, kiedy Krysia wracała do domu, spotkała Dorotę idącą za rękę z Adrianem. Ten nachylił się do niej i powiedział teatralnym szeptem, by Dora usłyszała: „Z nią nigdy nie będzie jak z tobą”.

Następnego dnia Adrian miał urodziny. Rano Dorota oświadczyła rodzicom, że wróci ostatnim autobusem, który odjeżdżał spod domu Adiego o godzinie 22.00. Koleżankom ze szkoły chwaliła się, że zostanie u Adriana na weekend. Na przyjęcie dotarła po południu. Ponieważ okazało się, że nie ma żadnego poczęstunku dla gości, a piwo i wódka już się kończą, poszła do sklepu i zrobiła zakupy. Przyniosła także chleb, masło, mleko i wędlinę dla rodziców Adriana. Zapłaciła za to pieniędzmi, które poprzedniego dnia matka dała jej na zakup bielizny na studniówkę. Ekspedientka zauważyła, że maturzystka wyglądała jakoś inaczej. Zwykle nosiła dżinsy i luźne swetry. Wtedy miała na sobie wysokie kozaki na obcasie oraz dopasowaną skórzaną kurtkę kupioną specjalnie z okazji urodzin swojego chłopaka, by lepiej się prezentować.

Właśnie o tę kurtkę pokłócili się parę dni wcześniej. Dorota obiecała Adrianowi w prezencie urodzinowym głośniki samochodowe, ale ponieważ zapłaciła za kurtkę, nie mogła ich kupić. Liczyła, że zdobędzie je za następne kieszonkowe. Adrian w dalszym ciągu był wściekły. Czepiał się jej cały wieczór: „To gdzie są te pieniądze? Komu je dałaś?”. Dorota oczywiście starała się sytuację łagodzić. Wreszcie chłopak skierował swoją złość na szwagra i siostrę, którzy przybyli złożyć mu życzenia, ale nie odważyli się wejść. Około godziny 20.30 Adi odprowadził Dorę na autobus. Sąsiedzi widzieli ich na przystanku. Tutaj ślad się urywa. Dziewczyna nigdy nie dojechała do domu.

Jeszcze tego samego wieczoru pani Rapińska zgłosiła zaginięcie córki. Wszczęto poszukiwania, ale ponieważ był piątek, formalne zgłoszenie przyjęto od ojca dziewczyny dopiero w poniedziałek. Wszelkie działania policji w weekend i w następnych tygodniach nie dały rezultatu. Przeszukano tereny leśne, odwiedzono wszystkie okoliczne domy i rozpytano mieszkańców. Nie przyniosły skutku komunikaty w mediach ani zdjęcia zaginionej rozklejane na słupach ogłoszeniowych i płotach. Jakby Dorota zapadła się pod ziemię.

Policjanci byli przekonani, że dziewczyna opuściła mieszkanie Adriana w dniu jego urodzin. Jak się później okaże, mężczyzna już wtedy fabrykował wskazujące na to dowody. Namówił kolegów, by zeznali, że widzieli, jak Dorota wychodzi z mieszkania. Jeden ze świadków powiedział, że była też widziana w mieście. Poszukiwania skoncentrowano na mieszkaniach znajomych, rodziny oraz internacie szkolnym. Mieszkanie chłopaka, w którym Dora była widziana żywa po raz ostatni, przeszukano dopiero po kilku dniach. Zabezpieczono torebkę z czarnej lakierowanej skóry, którą rodzice Doroty rozpoznali jako własność córki. Nie dało to jednak podstaw do zatrzymania mężczyzny. Upierał się, że ostatni raz widział Dorotę na przystanku, i nie ma pojęcia, co mogło się z nią stać. Innych dowodów przeciwko niemu w tamtym czasie nie było.

Zwróciłem uwagę, że zachowanie zaginionej w ostatnim czasie odbiega od jej dotychczasowych rytuałów i zwyczajów. Zwykle postępowała w sposób przewidywalny. Miała ściśle zaplanowane kolejne dni. W sobotę (dzień po urodzinach Adriana) zamierzała pojechać z matką do sklepu w Koninie, by wybrać sukienkę na studniówkę. Nic nie wskazywało na to, że planowała uciec z domu. Nie ujawniała również tendencji samobójczych.

Dorota nie potrafiła się bronić. Jej sprawność fizyczna była przeciętna. Słabo znała okoliczny teren, nie miała orientacji przestrzennej. Od dnia zaginięcia nie kontaktowała się z bliskimi. Nie znaleziono też jej ciała. Coraz bardziej realna wydawała się hipoteza, że została zamordowana, a jej zwłoki ukryto.

Dane behawioralne wskazują, że hipotetyczny atak nastąpił nieoczekiwanie i był warunkowany sytuacyjnie oraz emocjonalnie. Pokrzywdzona miała osłabione mechanizmy obronne, co wynikało z uprzednich jej doświadczeń. Z analizy materiału zgromadzonego w aktach i na podstawie wywiadów wiktymologicznych wywnioskowałem, że była jedyną kobietą, która nie podporządkowywała się biernie oczekiwaniom podejrzanego. Jednocześnie była tak bardzo zakochana, że choć bywał wobec niej agresywny, nawet przez myśl jej nie przeszło, by zerwać związek. Wesołowski za pomocą manipulacji typu „dążenie–unikanie” doprowadzał pokrzywdzoną do uległości i zmiany postaw. Groził też innym osobom i był wobec nich agresywny, czego Dorota była świadkiem. Ponadto mężczyzna ten, jako jedyny, wiedział o niej wszystko. To jemu się zwierzała, nie matce.

Adrian Wesołowski podczas pierwszego przesłuchania zeznał, że Dorota wyszła od niego około godziny 20.00. Odprowadził ją rzekomo na przystanek, skąd odjechała do domu. Zeznanie potwierdzili członkowie jego rodziny oraz wszyscy uczestnicy przyjęcia urodzinowego. Dali mu ponadto alibi, że do pierwszej w nocy był z nimi i nawet na chwilę nie opuszczał mieszkania. Adrian zaprzeczył, że doszło między nim a Dorotą do konfliktu czy kłótni. Tej wersji śledczy nigdy nie uznali za wiarygodną, ale zmowa milczenia i twarde trzymanie się zeznań przez świadków, a co najważniejsze – brak ciała Doroty, spowodowały, że sprawę umorzono. Mijały lata.

Rodzice Adriana zauważyli, że z synem dzieje się coś złego i nie da się już tego ukrywać. Był agresywny wobec wszystkich domowników. Pod byle pretekstem groził, że „upierdoli im łby”, i dodawał, że woli być w więzieniu niż w takim domu. Dwudziestego trzeciego sierpnia 2002 roku upił się, zabrał samochód ojca i jeździł nim po okolicy. Kilka miesięcy później znów zabrał ojcowską skodę i pojechał do siostry pożyczyć dziesięć złotych. Kiedy odmówiła (nigdy nie oddawał), pobił ją i jej męża, który stanął w obronie rodziny. Dostało się także dziadkowi, który mieszkał z nimi i odważył się włączyć do scysji. Bójka była tak zacięta, że interweniowała policja. Siostra, jej mąż i dziadek zrobili obdukcję, ale ostatecznie, w obawie przed zemstą Adriana, zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa nie złożono. Krzyczał, że ich zabije, a oni naprawdę bali się jego gróźb. By nie mieli wątpliwości, że nie blefuje, następnego dnia powybijał w ich domu wszystkie okna. We wsi szeptano, że to Wesołowski stoi za zniknięciem Doroty, na co zresztą wskazywało mnóstwo poszlak, a jednak Adrian nie trafił za kratki przez kilkanaście lat.

Z czasem jego agresja rosła. Był jak lokalny potwór, którego boją się wszyscy i na wszelki wypadek schodzą mu z drogi. Powodem bójki mogło być cokolwiek: krzywe spojrzenie, niespełnienie rozkazu, zwykły kaprys. Pod wpływem alkoholu i środków odurzających stawał się nieobliczalny. Wielokrotnie atakował schorowanego ojczyma, który nie miał szans w starciu z młodym człowiekiem.

– My nie lubiliśmy się z synem już od dawna. On tylko domagał się, abym mu dawał pieniądze, a jeśli nie spełniałem jego żądań (bo po prostu nie miałem gotówki), wszczynał awantury. Bił mnie do krwi. Musiałem uciekać do swojego ojca, którego jako tako szanował, choć też do czasu. Syn miał wtedy takie dziwne, białe oczy – zeznawał ojczym.

Rodzina tłumaczyła, że problemy z Adrianem trwały od lat. Bali się jednak o tym mówić z uwagi na niechybny odwet. Wyjaśniali, że to dlatego po zaginięciu Doroty ukrywali prawdę. Adrian tymczasem dokonywał w okolicy kradzieży, włamań. Prowokował bójki, napadał na mężczyzn, gwałcił kobiety. Wszystkie jego partnerki skarżyły się na przemoc, złapany na gorącym uczynku groził poszkodowanym śmiercią. Przetrzymywał je w pokoju, zmuszał do kontaktów seksualnych, upokarzał, a kiedy chciały odejść, mówił, że urządzi je jak Rapińską.

Z zeznań Agnieszki Fryczkowskiej, jednej z późniejszych dziewczyn Adriana:

– Mówił do mnie wulgarnie, aż wstydzę się powtórzyć. Na przykład tak: „Kurwo, zapierdolę cię jak Dorę. Skończysz tak jak ona”. Ja mu na to: „Byle blisko niej”. A Adrian do mnie: „Tak cię zakopię, że nikt cię nie znajdzie. Skoro tamtej kurwy nikt nie znalazł, co szukali jej dwa lata, to ciebie też nie znajdą. Możesz sobie pływać jak proszek w Warcie”.

Kiedy indziej śmiał się z policji:

– Latali helikopterem nad lasem, ale nie nad tym, co trzeba. Szukali w złym miejscu.

Sprawca dobrze znał teren. Doskonale znał także osobowość ofiary, która była od niego całkowicie zależna i z łatwością zgadzała się na wszystkie jego propozycje. Starczyło, że pod jakimkolwiek pretekstem namówił dziewczynę na przejażdżkę samochodem, dokonał zbrodni, a ciało ukrył.

Adrian był oczywiście pierwszym i głównym podejrzanym w tej sprawie. Poszlaki wskazywały wyraźnie, że mógł mieć związek z zaginięciem maturzystki. Udało mu się jednak odwlec aresztowanie. Manipulując świadkami, wpływał na treść składanych przez nich zeznań. Groził pobiciem kijem bejsbolowym, zniszczeniem mienia, kobietom zaś gwałtem i oszpeceniem. Przeważnie unikał odpowiedzialności – ludzie bali się zgłaszać na policję. A nawet jeśli dochodziło do rozpraw, zastraszał świadków na korytarzach sądowych. Rok po zaginięciu Doroty Wesołowski spowodował wypadek drogowy. Po rozprawie, przy ludziach, podszedł do poszkodowanej, która zeznała na jego niekorzyść.

– Ty kurwo, źleś na mnie zeznawała. Masz przejebane. Zapierdolę cię. Nawet się nie pokazuj w okolicy, szmato.

Tego rodzaju manipulacje działały skutecznie przez całe lata. Świadkowie odwoływali dotychczasowe zeznania. Mówili to, co nakazał im Wesołowski, lub zasłaniali się niepamięcią. Tylko wtedy mężczyzna dawał im spokój. W przeciwnym wypadku rozpoczynał prześladowania.

Tak było na przykład z gośćmi jego urodzinowej imprezy. Grzegorz Wirecki po latach przyznał się do kłamstwa. Nie było prawdą, że widział, jak Adrian odprowadza Dorotę na przystanek. Twierdził, że zeznał tak ze strachu. Powiedział to, co Wesołowski mu kazał. Dorota nie wyszła o 20.00 i wcale nie pojechała do domu. Kiedy Adrian obsztorcował ją wulgarnie przy wszystkich, została na przyjęciu i siedziała cicho cały wieczór.

– Spytałem ją wtedy, dlaczego tak zrobiła. Odparła, że nie chciała denerwować Adiego. Po godzinie, kiedy siostra i szwagier wyszli, Adi się trochę uspokoił. Wtedy powiedział do Dory: „Myślałem, że zostaniesz na noc”. Naciskał na nią, żeby zadzwoniła do rodziców i skłamała, że zostanie w internacie, gdyż mają się z Kryśką uczyć polskiego, bo są testy. Prosił, żebym to ja zadzwonił do mamy Doroty, bo mnie lubiła, ale się nie zgodziłem. Ten pomysł mi się nie spodobał.

Kiedy około pierwszej w nocy goście uroczystości urodzinowej wychodzili, Dora miała łzy w oczach. Skarżyła się, że Adi ją rzuci, a ona już nigdy nie znajdzie takiego wspaniałego chłopaka. Była smutna i przygnębiona. Przez cały wieczór Adrian ją ignorował. Drażniła go, przygadywał jej i śmiał się, kiedy płakała. Nie obchodziło go, co dziewczyna czuje i myśli. Świadek potwierdził, że tego wieczoru wszyscy pili alkohol i byli lekko wstawieni, włącznie z Dorotą, która zwykle nie piła drinków. Najbardziej jednak pijany był Adi, choć po nim widać to było najmniej.

 

Około godziny 20.00 do Adriana zadzwoniła pani Rapińska. Wesołowski zapewniał, że Dorota już dawno pojechała do domu, choć siedziała obok niego na kanapie. Potem śledczy analizowali billingi telefoniczne. Wynikało z nich, że tej nocy dwukrotnie dzwonił do rodziców Doroty: o 22.21 i 23.58. Połączenia trwały 58 i 13 sekund. Nigdy wcześniej tak nie postępował. Nie sprawdzał, czy Dorota bezpiecznie dotarła do domu. Wtedy zaniepokojona matka po raz pierwszy zadzwoniła na pogotowie ratunkowe oraz policję. Ponieważ nocne poszukiwania nie dały rezultatu, pani Rapińska wiele razy dzwoniła do Adriana. Za każdym razem solennie zapewniał, że odprowadził Dorotę na przystanek. Trzymał się tej wersji zeznań przez lata.

Tymczasem w jego zachowaniu było wiele niekonsekwencji. Na przykład o godzinie 21.14 do Adriana zadzwoniła siostra zaginionej. Telefon odebrała matka chłopaka, która wyjaśniła, że syn zostawił komórkę i nie ma go teraz w domu. Miał być po 22.00. Siostra Doroty zadzwoniła ponownie o 22.40. Tym razem połączenie odebrał Adrian. Powtórzył swoją wersję o odprowadzeniu Dory na przystanek.

Dopiero po latach uczestnicy feralnej imprezy zaczęli zeznawać prawdę. Wszystko wskazywało na to, że Dorota jednak została w domu Adriana przynajmniej do pierwszej w nocy, kiedy urodzinowi goście rozchodzili się do domów. Z zeznań jednej z kuzynek Adriana:

– Kiedy już wyjeżdżaliśmy, w lusterku bocznym widziałam, że ta osoba (zdecydowanie kobieta) zbliżała się do bramki na posesję. Adi chyba otworzył furtkę i zarzucił jej ramię na szyję, jakby ją obejmował. Ta osoba weszła na teren podwórka. Widziałam, jak wchodzą do domu. W tamtym momencie nawet przez myśl mi nie przeszło, że to może być Dori, dopiero potem skojarzyłam fakty, bo Adi mi sam potwierdził, że Dorota jednak spędziła noc u niego.

Inna uczestniczka przyjęcia:

– Gdy wyjeżdżaliśmy, Dorota z pewnością była w domu Adiego.

Te zeznania stoją w sprzeczności z tymi złożonymi przed siedemnastu laty. Oznaczało to, że świadkowie przesłuchiwani w tamtym czasie mataczyli. Później wszyscy dostali zarzuty składania fałszywych zeznań. Każdy z nich, jak jeden, zapewniał, że mówił tak z obawy przed odwetem Wesołowskiego.

W tamtym czasie jednak Adrian, pewny zmowy milczenia uczestników imprezy, starał się jak najlepiej odegrać swoją rolę niewiniątka. Już od rana wydzwaniał do rodziców Dory i udawał zaniepokojenie. Billingi wskazują na połączenia w godzinach: 8.37, 12.02, 15.48, 18.52 oraz 23.21. Przyjechał nawet do mieszkania rodziców dziewczyny i do sklepu, gdzie pracowała jej matka.

– Był bardzo zdenerwowany: jąkał się, kręcił młynka palcami, czerwienił. Twarz miał purpurową. Wieczorem pojechał z przyjaciółmi na dyskotekę, ale mówiono mi, że wytrzymał ledwie piętnaście minut. Potem się upił. Dziś sądzę, że dopadło go poczucie winy – zeznawała pani Rapińska.

Następnego dnia znów przyjechał do rodziców Doroty. Był okrutnie skacowany. Nie chciał rozmawiać. Powtarzał, że odprowadził dziewczynę na przystanek i nic więcej nie wie. W ogniu pytań rodziców dziewczyny o zaginięcie Doroty zaczął obwiniać swoją kuzynkę Lilkę Maciąg, która feralnego wieczoru starała się wybić dziewczynie z głowy ten związek. Kiedy to nie poskutkowało, zasugerował, że dziewczyna popełniła samobójstwo.

– Mogło się stać coś złego, ponieważ Lilka Dorę nabuntowała – przekonywał.

Wspomniana Lilka okaże się po latach jednym z kluczowych świadków. Kuzynka spotkała się z Adrianem krótko po zaginięciu Doroty i rozmawiali w cztery oczy. Trwały poszukiwania, a mężczyzna był w dużym stresie. Wtedy miał się „rozsypać” przed Lilką. Wyznał jej, że tej nocy Dora faktycznie u niego nocowała. Znów się pokłócili, rzucał w nią przedmiotami. Wreszcie wybiegł do samochodu, a Dorota za nim. Pojechali do lasu, gdzie on dwukrotnie ją uderzył i doszło do „bliżej niesprecyzowanej sytuacji”. Potem nie chciał tego powtórzyć nikomu innemu, tym bardziej śledczym czy rodzinie zaginionej. Lilkę, która namawiała go, by powiedział o tym policji, skutecznie zastraszył. Kiedy podejmowała ten temat, oskarżał, że „miesza się do jego spraw” i „wymyśla bzdury”. Zapierał się, że kiedykolwiek doszło między nimi do takiej rozmowy. Zagroził kuzynce, że jeśli jeszcze raz wróci do sprawy, „zamknie jej gębę na amen”. Lilka podczas każdego przesłuchania kłamała, podtrzymując wersję korzystną dla Wesołowskiego.

Fiat 126p, którym jeździł w tamtym czasie Adrian i którym – zgodnie z tym, co mówiła Lilka – wywiózł Dorotę do lasu, został sprzedany zaraz po zaginięciu dziewczyny. Nie zebrano śladów kryminalistycznych, m.in. zapachowych. Nikogo to nie zaniepokoiło przez całe lata. Do czasu, aż do sprawy powołano biegłego psychologa.

W życiu Adriana po zaginięciu Doroty zaszły istotne zmiany: notoryczne nadużywanie alkoholu, eskalacja agresji, późniejsze działania przestępcze, spadek nastroju, wymioty oraz agresja wobec kobiet. Świadkowie mówili: Adrian pił bardzo dużo alkoholu, jakby nie mógł sobie poradzić, że nie ma Dory. Tego typu zachowania są znamienne dla sprawców zdarzeń kryminalnych przeciwko życiu i zdrowiu. W ten sposób przestępcy radzą sobie z powracającymi obrazami zbrodni. Nie potrafią zapomnieć, ale nie mogą nikomu się zwierzyć. Zmuszeni są dźwigać ten mroczny sekret, choć chcieliby poczuć ulgę. Mogą jedynie tłumić powracające migawki makabrycznych wspomnień, ponieważ umysł ludzki nie pozwala na wymazanie ich jak gumką myszką. Te zachowania to rodzaj ujścia emocji, chwilowa ucieczka, nawet jeśli sami nie zdają sobie z tego sprawy. To wyraźnie wskazywało, że mężczyzna miał jednak bezpośredni związek z zaginięciem dziewczyny.

Kolejna sprawa: podejrzany dzwonił do rodziców dziewczyny wyłącznie z budki telefonicznej, mimo że rodzice mieli w domu własny telefon. Jeśli nie miał związku z zaginięciem, dlaczego tak zależało mu, by pozostać anonimowy?

W 2002 roku Adrian podczas pobytu w Bieszczadach mówił podobno osobom, z którymi spędzał wakacje, że rozkawałkował zwłoki Doroty Rapińskiej i zakopał je w różnych miejscach. Nigdy tych szczątków nie odnaleziono.

Napisałem w profilu: analiza zgromadzonego materiału wskazuje, że pokrzywdzona nie żyje. Została zamordowana lub doszło do nieszczęśliwego wypadku. Od jej zaginięcia minęło dużo czasu, żaden szpital nie zawiadomił o jej hospitalizacji. Tymczasem relacje z chłopcem, w którym była zakochana, oraz jego późniejsze usilne starania, by świadkowie milczeli albo kłamali, wskazują na związek tego człowieka ze zdarzeniem.

Jestem zdania, że Adrian Wesołowski nie planował zabójstwa Doroty. Zaistniał między nimi konflikt sytuacyjny, który go przerósł. Ponadto ze śmiercią dziewczyny związek mogła mieć jedynie osoba, która znała jej zwyczaje, rytuały, której pokrzywdzona ufała i z którą była związana emocjonalnie. Zbrodnia rozegrała się na terenie otwartym. Nie można też wykluczyć, że w samym akcie zbrodni lub ukryciu zwłok brał udział także ktoś inny, blisko związany ze sprawcą, komu zależało na podejrzanym, na jego opinii. Prawdopodobnie członek jego rodziny lub przyjaciel. Stąd tak wielka siła zmowy milczenia w tym środowisku.

Chmury gromadziły się nad głową brutala, ale przez całe lata udawało mu się unikać odpowiedzialności. Do sprawy wrócono, dopiero kiedy lokalny potwór znalazł się za kratami do zupełnie innej sprawy. Tak dotkliwie pobił swoją nową partnerkę, która była z nim w ciąży, że został aresztowany. Wtedy runął mur milczenia. Ludzie zaczęli mówić prawdę. Nawet jego rodzice złożyli zawiadomienie o znęcaniu się. Wszyscy pragnęli tylko jednego: aby Adrian już nigdy nie wyszedł z więzienia.