NiepłodnośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dziękujemy naszym Rodzinom za wsparcie,

jakiego udzieliły nam w trakcie pisania książki,

Natalii Kądzielawie za przepisywanie naszych rozmów oraz pani Annie Świtajskiej

– właścicielce wydawnictwa Smak Słowa

– za powzięcie przekonania, że warto tę książkę wydać.

Bogda Pawelec i Wojciech Pabian

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP

Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, czym tak naprawdę jest niepłodność i jak wiele cierpienia przynosi parze, która bezskutecznie stara się o własne dziecko biologiczne. Na niepłodność nikt sobie nie zasłużył, zaskakuje ona i dotyka ludzi z różnych grup społecznych niezależnie od wykształcenia, dochodów, miejsca zamieszkania, rasy i kultury.

W Polsce co ósma para, czyli blisko trzy miliony osób, nie może doczekać się własnego dziecka. Proces diagnozy i leczenia często ciągnie się latami, a upływ czasu wywołuje strach, że upragnione dziecko być może nigdy nie pojawi się na świecie. Pary żyją w poczuciu comiesięcznej utraty, a jednocześnie wyobrażają sobie swoje jeszcze nienarodzone dziecko. Zastanawiają się, jaki będzie miało kolor oczu, włosów, do kogo będzie podobne, jakie słowo wypowie pierwsze. Kiedy na teście ciążowym nie pojawiają się upragnione dwie kreski, są zdruzgotani i co miesiąc żegnają się z kimś, kto w ich umysłach miał już swoje miejsce.

Niepłodne pary najczęściej cierpią, ukrywając to przed otaczającym światem. Kiedy ich rówieśnikom rodzą się kolejne dzieci, bywa, że czują rozpacz, a czasami wstyd z powodu swojej zazdrości czy zawiści. Kiedy świat ich znajomych zaczyna kręcić się wokół wychowania dzieci, niektórzy czując się niezrozumiani i osamotnieni, zaczynają się izolować, a wokół nich wyrasta pustka. Bywa, że towarzyszy im złość i poczucie bezsilności, bo do tej pory mieli wpływ na swoje życie. To od nich zależało, z jakimi wynikami zdali maturę, to dzięki swojej pracy skończyli upragnione studia, wywalczyli atrakcyjną posadę. Niepłodność często po raz pierwszy konfrontuje ich z sytuacją, w której przestają mieć wpływ na bieg wydarzeń. Tkwią w bezsilności, a jej destrukcyjna moc prowadzi do smutku, a czasami wręcz do depresji.

Niepłodność to także wielka próba dla związku. Potrzeba ogromnej dojrzałości, żeby w obliczu tak ciężkiej choroby dać sobie wzajemnie oparcie i wierzyć, że pewnego dnia wszystko dobrze się skończy. Jak nie oskarżać się wzajemnie o chorobę, która przecież nie wybiera, jak nie uciekać przed problemami i nie zamykać się w sobie? Jak w końcu nie zrujnować związku, sprowadzając wspólne życie niemal wyłącznie do starania się o dziecko i zabijając tym samym sferę seksualną – do tej pory spontaniczną, a teraz podporządkowaną dniom płodnym i trudnym procedurom medycznym pomagającym zajść w ciążę?

Niepłodność to wiele godzin spędzonych w poczekalniach i gabinetach ginekologicznych, wędrówki od specjalisty do specjalisty, dziesiątki badań, czasami przykrych, bolesnych i przede wszystkim naruszających intymność człowieka. To borykanie się z silnymi, niemal granicznymi emocjamizwiązanymi z obawą o to, czy pewnego dnia nie padną słowa odbierające nadzieję. To chwile zwątpienia, czy wystarczy sił, żeby walczyć dalej.

To także dylematy w sytuacji, kiedy każdy z partnerów ma inne zdanie na temat tego, co dalej, gdy proste metody zawodzą. Czy zdecydować się na wspomagane zapłodnienie, czy na in vitro, czy zostać rodzicem adopcyjnym, a może wybrać bezdzietność? Nie zawsze małżonkowie mają jednakowe zdanie w tej kwestii. To wielka próba dojrzałości i miłości oraz umiejętność wspierania się nawzajem i kompromisów.

To również zdolność radzenia sobie z naciskami osób z otoczenia, rodziny, przyjaciół, którzy nie rozumiejąc, pytają „kiedy wy?”, zarzucają opieszałość, wygodnictwo, czasami wręcz oskarżają i wzbudzają poczucie winy. A przecież tak trudno nawet wobec tych najbliższych przyznać się, że to choroba. Bo wiele osób traktuje niepłodność jako coś wstydliwego, upokarzającego, za wyraz braku męskości czy kobiecości. Łatwiej zatem milczeć i narażać się na przykre uwagi, niż przyznać się do niepłodności.

Książka, którą dedykujemy wszystkim paromwalczącym o dziecko, powstała w efekcie naszych wielogodzinnych rozmów lekarza i psychoterapeuty. Spotkaliśmy się kilkanaście lat temu, obydwoje od kilku lat zajmowaliśmy się wówczas leczeniem i pomocą parom borykającym się z niepłodnością. Obydwoje ciekawi byliśmy tego, co robi drugie, i bardzo szybko uświadomiliśmy sobie, że podchodzimy do jednego zagadnienia z dwóch różnych stron, które wcale się nie wykluczają, ale wręcz przeciwnie dopełniają się wzajemnie. Poczuliśmy wtedy ogromną potrzebę dzielenia się ze sobą doświadczeniami płynącymi z naszej praktyki i spędzaliśmy dziesiątki godzin na rozmowach i przemyśleniach dotyczących leczenia naszych pacjentów. Stopniowo nabieraliśmy przekonania, że pracuje się nam coraz lepiej, a wynikało to z głębszego i pełniejszego – bo wielostronnego – rozumienia naszych pacjentów. W tym czasie zupełnie przypadkowo okazało się, że pomagamy kilku tym samym parom. Poprosiliśmy je o zgodę na wymienianie się między sobą uwagami na temat procesu ich leczenia, tak żeby znaleźć jak najlepszy, najszybszy i najskuteczniejszy sposób, aby im pomóc, a one się na to zgodziły. I tak zaczęło się rodzić nasze autorskie podejście do leczenia niepłodności, w którym nasi pacjenci wyznaczali kierunek, a my podążaliśmy za ich potrzebami.

Początkowo wydawało nam się, że sam fakt dzielenia się ze sobą doświadczeniami i wiedzą z zakresu medycyny rozrodu, psychologii i psychoterapii pogłębi nasze rozumienie konkretnych pacjentów. I faktycznie, uchwycenie w porę na przykład rodzącej się depresji i szybkie przeciwdziałanie jej przyśpieszało leczenie niepłodności. Spotkania partnerówz psychoterapeutą pomagały im w rozwiązywaniu konfliktów, jakie tworzyły się między nimi, dawały szansę na spokojne przyjrzenie się w obecności kogoś trzeciego rozbieżnym poglądom na temat leczenia i w konsekwencji podążanie za tym, co mógł zaproponować im lekarz. Z czasem nasi pacjenci zaczęli jednak zwracać się do nas z jeszcze innymi prośbami i sugestiami. „Uświadomiłam sobie, dlaczego opóźniam leczenie, zapominam o badaniach. Po prostu panicznie boję się znieczulenia ogólnego, ale wstydzę się do tego przyznać. Pan doktor pewnie myśli, że mi nie zależy na dziecku, a ja nie mogę tego opanować. Czy może mu pani o tym powiedzieć i poprosić, żeby wyjaśnił mi, czy moje obawy są zasadne?” „Mój mąż nie chce zrobić badania nasienia i nie potrafi powiedzieć dlaczego, czy mógłby pan doktor zasugerować mu wizytę u psychologa?” – słyszeliśmy w naszych gabinetach.

Każde z nas zaczęło służyć jako spiker i pomocnik w sprawach trudnych do powiedzenia. Psycholog przekonywał, że nie można czekać na cud, kiedy para bała się rozpocząć leczenie, uważając, że w wieku trzydziestu kilku lat samo pozbycie się stresu zakończy się ciążą, a czas pędził nieubłaganie. Lekarz z koleiprosił – kiedy było to konieczne – żeby najpierw uporać się ze smutkiem i obsesją czekania na dziecko i dopiero wtedy podjąć poważniejsze procedury medyczne pomagające w zajściu w ciążę. Oboje radziliśmy, jak przełamywać stereotypowe myślenie, że niepłodność to wstyd, jak postępować wobec nacisków rodziny, trudnych pytań i komentarzy na temat ich problemu. Pomagaliśmy ustalać plan leczenia, przygotowywać się do zabiegów medycznych zarówno od strony fizjologicznej, jak i psychicznej. Pewnego dnia usłyszeliśmy od jednej z pacjentek: „Mówią państwo do nas jednym głosem o różnych aspektach naszej choroby i leczenia. To daje nam poczucie spokoju i bezpieczeństwa, ale też poczucie kontroli nad tym, co się dzieje”.

I my dostrzegliśmy, że taki sposób pracy zaczął przynosić wymierne efekty. Nasi pacjenci leczyli się bez niepotrzebnego obciążenia psychicznego, w pełni świadomi tego, po co wykonuje się poszczególne badania i zabiegi. Wspólnie z lekarzem opracowywali kolejne etapy leczenia, biorąc pod uwagę również to, do czego w danym momencie są gotowi, a z czym powinni się na jakiś czas wstrzymać.

Pracujemy tak już od blisko piętnastu lat. Czasami zdarzają nam się szybkie cudowne ciąże, z których cieszymy się wszyscy jak dzieci. Czasami musimy przeżyć trud długiego leczenia w końcu nagrodzonego płaczem noworodka, a czasami pomóc parze powiedzieć „dość” i podjąć decyzję o bezdzietności lub o adopcji. Jednak w każdej z tych sytuacji robimy wszystko, żeby para była przygotowana na każdą okoliczność z poczuciem, że wyczerpała całą pulę medycznych możliwości zgodnie ze swoim sumieniem i konstrukcją psychiczną.

Książka jest zapisem naszych wielogodzinnych rozmów, które nazwaliśmy terapeutycznymi i odbywaliśmy po godzinach naszej pracy. Terapeutycznymi nie tylko ze względu na naszych pacjentów, ale i nas samych, bo także my dzięki nim i sobie nawzajemrozwinęliśmy się.

W książce chcemy pokazać drogę, jaką przechodzimy wspólnie z naszymi pacjentami, począwszy od strachu przed uciekającym czasem, poprzez zrozumienie, na czym polega niepłodność, skąd się bierze i jak się ją leczy, borykanie się z mnogością badań, a skończywszy na uświadomieniu sobie, jak ta choroba wpływa na psychikę i co należy robić, żeby bronić się przed jej niszczącym wpływem. Staramy się przybliżyć problemy pojawiające się między partnerami, a także w ich relacjach z otoczeniem tym bliższym i dalszym. Jeden z rozdziałów poświęcamy przyczynom niepłodności, które mogą tkwić w psychice, oraz utratom dotykającym niepłodną parę, nie tylko związanym z poronieniem, ale też tym comiesięcznym. Staramy się przybliżyć współczesne podejście do niepłodności zarówno pod względem medycznym – z najnowocześniejszymi badaniami na temat diagnozy i leczenia – jak i psychologicznym – ze sposobami i technikami, jakimi można pomóc niepłodnej parze.

 

Na koniec chcemy podkreślić, że niepłodność jest chorobą i nie pojawia się ani za karę, ani po to, żeby człowiek stał się lepszy. Czasami leczy się ją latami i trzeba być na to przygotowanym. Optymistyczne jest jednak to, że mimo bólu, jaki przynosi, tylko kilka procent par nigdy nie zostanie biologicznymi rodzicami. Większość prędzej czy później doczeka się upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym, czego Państwu z całego serca życzymy.

Bogda Pawelec Wojciech Pabian

PUŁAPKA UPŁYWAJĄCEGO

CZASU

Bogda Pawelec: Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, jak trudną chorobą jest niepłodność. Stan psychiczny dotkniętych nią osób porównywany jest do tego, co przeżywają cierpiący na choroby nowotworowe czy poważne schorzenia kardiologiczne.

Wojciech Pabian: Podobno tylko AIDS powoduje jeszcze większe spustoszenie emocjonalne, bo zdarza się, że człowiek dodatkowo spotyka się z odrzuceniem społecznym.

B: Kiedy pytam moje pacjentki, co wydaje im się najtrudniejsze w tej zwykle długotrwałej walce, bardzo często po pierwsze wymieniają strach przed uciekającym czasem i comiesięczne napięcie związane z oczekiwaniem na upragnioną ciążę. Kobiety obawiają się, że nigdy nie uda im się zostać biologicznymi mamami, że być może jest już za późno na dziecko. Ta powtarzająca się huśtawka od nadziei, że tym razem na pewno się uda, po rozpacz, kiedy na teście ciążowym nie pojawiają się wyczekiwane dwie kreski, zwykle powoduje ogromne spustoszenie emocjonalne. Niepłodność to choroba, której stale towarzyszy niewiadoma.

W: To prawda, bo kiedy chorujemy na grypę czy anginę, lekarz przepisuje nam odpowiednie leki i wiadomo, że po jakimś czasie złego samopoczucia i rekonwalescencji wrócimy do zdrowia. W przypadku niepłodności to wszystko nie jest takie proste. Para nieraz latami tkwi w poczuciu zawieszenia, często bez jasnej diagnozy, której po prostu nie można postawić.

A jeżeli chodzi o czas, to zwykle jest to pierwszy parametr, który staram się ustalić z moimi pacjentami.

B: Co dokładnie masz na myśli?

W: Przede wszystkim dowiaduję się o czas trwania niepłodności. Jak długo powtarzają się miesiące niepowodzeń, te tragedie kolejnych miesiączek, trudny do zniesienia proces od oczekiwania, poprzez zawiedzione nadzieje, do następnego cyklu i wiary, że może tym razem się uda. Pacjenci, u których niepłodność trwa ponad trzy lata, przychodzą najczęściej z jakimiś doświadczeniami – przeprowadzoną diagnostyką czy leczeniem, można więc przypuszczać, że coś gdzieś po drodze już się nie udało. Zwykle pojawiają się smutni, często depresyjni, nie tylko zawiedzeni brakiem ciąży, ale też z poczuciem, że tak naprawdę nie wiedzą, co się dzieje i dlaczego nie ma efektu leczenia. Jest to bardzo deprymujące i muszę ci powiedzieć, że jeśli niepłodność trwa więcej niż trzy lata, to jedną z pierwszych propozycji, jakie przedstawiam parze, jest konsultacja z psychoterapeutą.

B: Dlaczego to dla ciebie takie ważne?

W: Bo zwykle wtedy nie jestem w stanie przebić się przez tę warstwę smutku, nieufności do lekarzy i braku wiary w sukces. Z taką parą po prostu źle mi się pracuje i chociaż częściej to kobieta ma obniżony nastrój, sugeruję, żeby spotkali się z terapeutą oboje, bo wspólnie muszą znaleźć sposób na poradzenie sobie z tym problemem.

B: Zgadzam się z tobą całkowicie, bo faktycznie tym, co może w istotny sposób utrudnić leczenie niepłodności, jest depresja, czy nawet obniżony nastrój. Z przeprowadzonych badań wynika, że mniej więcej po dwóch latach leczenia stwierdza się ją u większości kobiet.

Ponad piętnaście lat temu na Uniwersytecie Harvarda amerykańska psycholog Alice Domar przeprowadziła pierwszy program psychoterapeutyczny dla kobiet leczących się z powodu niepłodności. Kobiety spotykały się w grupach nastawionych na rozwiązywanie różnych problemów wynikających z niepłodności, takich jak brak wiary w sukces, obniżony nastrój, niska samoocena, problemy w związku i w relacjach z innymi ludźmi.

W: Jednym słowem każda z kobiet poszukiwała własnego sposobu na radzenie sobie z tą niezwykle trudną chorobą?

B: Zgadza się. Zajęcia odbywały się raz w tygodniu przez dziesięć tygodni i okazało się, że pół roku po zakończeniu terapii około 50% kobiet zaszło w ciążę – czy to poprzez wspomagane zapłodnienie, czy metodę in vitro, czy leczenie hormonalne, a nawet w naturalny sposób. W grupie kontrolnej, której nie zaproponowano pomocy psychologicznej, w tym samym czasie w ciążę zaszło tylko 18% kobiet. Jeszcze ciekawszy okazał się wynik wskazujący na to, że te kobiety, które na początku spotkań skarżyły się na depresję i udało im się z niej wyjść, aż w 60% zaszły w ciążę. Jest to dowód na to, że obniżony nastrój może utrudnić leczenie i w konsekwencji odsunąć w czasie zajście w ciążę.

W: Dla mnie jest to tym bardziej istotne, im bardziej zaawansowane techniki wspomaganego rozrodu mamy zaproponować pacjentom. Pamiętam kobietę, która odmawiała spotkania z terapeutą, mimo że moim zdaniem ewidentnie cierpiała na depresję, i naciskała na mnie, żeby jak najszybciej zrobić inseminację domaciczną, a jak się nie uda, to zapłodnienie pozaustrojowe. Wyglądało to trochę tak, jakby chciała jak najszybciej zaleczyć ranę, jaką jest brak dziecka. Sądziła, że stosowanie tych technik od razu rozwiąże jej wszelkie problemy. Jej oczekiwania związane z tą metodą były tak ogromne, że kiedy rzeczywiście zrobiliśmy inseminację i się nie udała, pacjentka doznała takiego szoku, że skończyło się na leczeniu psychiatrycznym i długim leczeniu farmakologicznym lekami antydepresyjnymi.

B: Zapewne wyobrażenie sukcesu było zbyt duże, a kiedy okazało się, że zabieg skończył się niepowodzeniem, pojawiła się depresja i kompletne zniechęcenie.

W: Zawsze staram się uświadamiać pacjentom, że techniki wspomaganego rozrodu są tylko w pewnym stopniu skuteczne: inseminacje w około 15%, a in vitro w mniej więcej 40%.

B: Nierzadko spotykałam się z pacjentkami, które podchodziły do zabiegów zupełnie tego nieświadome.

W: To rola lekarza, żeby dobrze parę przygotować i w pełni uświadomić jej, jakie szanse statystycznie dają poszczególne zabiegi. Problemem może być fakt, że pary często zaczynają wywierać na lekarza duży nacisk, aby przyspieszył zabieg, chcąc ominąć etapy badania i postawienia pełnej diagnozy.

B: Często pacjentki skarżą się, że diagnoza trwa zbyt długo, a one boją się upływającego czasu i tego, że stają się coraz starsze.

W: Niestety dochodzenie do przyczyny niepłodności zwykle jest procesem długotrwałym i wymagającym zarówno od pary, jak i od lekarza cierpliwości. Wiele badań należy wykonać w określonym dniu cyklu, czasami pojawiają się infekcje, które leczy się miesiącami. Przy stymulacji hormonalnej zdarzają się komplikacje, na przykład torbiele, które zatrzymują na chwilę dalsze kroki. Droga na skróty zwykle powoduje wydłużenie leczenia, a w konsekwencji ogromną frustrację pacjentów. Efektem tego są pary leczone w gruncie rzeczy nie wiadomo z jakiego powodu przez wiele lat.

B: Jednym słowem i lekarz, i pacjent muszą być świadomi pewnych pułapek wynikających z presji czasu. Mówi się, że „co nagle, to po diable”, ale też że „najgorsza prawda jest lepsza od lukrowanego kłamstwa”. Tu mam na myśli brak jasnych informacji ze strony lekarza o tym, że leczenie niepłodności jest zwykle długotrwałe, a procedury wspomaganego zapłodnienia nie dają pewności, że odniesie się sukces.

W: Myślę, że jeżeli lekarz nie ma dobrego kontaktu ze swoimi pacjentami, to niestety już na starcie dają sobie mniejsze szanse. Nieinformowanie ich o kolejnych działaniach i szansach na powodzenie jest moim zdaniem po prostu błędem. Bywa też, że lekarz, kierując się zasadą mniejszego zła, uznaje, że nie będzie się angażował w stan emocjonalny kobiety. Nie traktuje wtedy niepłodności całościowo i ulega presji pacjentów, mimo że nie do końca jest przekonany, czy to słuszna droga. Powiem szczerze, że mnie samego bardzo często wiele wysiłku kosztuje, żeby odwieść od zaawansowanych technik wspomaganego rozrodukogoś, kto za wszelką cenę do nich dąży, byle tylko zajść w tę upragnioną ciążę, chociaż wcale nie jest to w tym momencie konieczne albo para nie jest do tego przygotowana. Widzę, że przez niektórych jest to traktowane ze zbyt dużym napięciem, które bynajmniej im nie służy. Ma być sposobem na rozwiązanie wszystkich problemów, udowodnieniem sobie i innym, że i oni mogą mieć natychmiast dziecko, jakby to było panaceum.

B: Zatem do niepłodności nie można podchodzić z niecierpliwością. Zaakceptowanie tego swoistego rytmu daje większą szansę na to, że dziecko pojawi się szybciej. I nie mówię tu bynajmniej o unikaniu wizyt u lekarza, ale raczej o podawaniu w wątpliwość wykonania wielu ważnych badań, o zniechęceniu z tego wynikającym, a w konsekwencji o wędrówce od specjalisty do specjalisty w nadziei na otrzymanie cudownej tabletki.

W: Przyszło mi do głowy coś, co może ułatwić parze akceptację takiego postępowania. Otóż bardzo istotny jest sposób organizowania diagnostyki i ewentualnie leczenia niepłodnej pary. To prawda, że droga na skróty jest znacznie dłuższa niż droga bardziej czasochłonna. Jeżeli zrezygnujemy z jakichś badań diagnostycznych, które, jak sądzimy, są nam niepotrzebne, i zaproponujemy leczenie w sytuacji, kiedy to leczenie z dużym prawdopodobieństwem okaże się efektywne, to nie ma problemu. Ale najczęściej tak nie jest. Jeżeli zostawiliśmy coś po drodze, co jest niezbędne do zrobienia dalszych kroków, na przykład badanie drożności jajowodów, którego pacjentka się boi – to bardzo często okazuje się, że trzeba do tego wrócić. Czasami lepiej jest podążać tą dłuższą ścieżką, o której wiadomo, dokąd nas prowadzi, niż kręcić się bez przerwy wokół niepowodzeń i kolejnych terapii bez zakończonej diagnostyki.

Jednak para musi od samego początku wiedzieć, do czego zmierza lekarz i jaki ma plan działania.

B: Chciałabym wrócić jeszcze na chwilę do huśtawki emocjonalnej pojawiającej się każdego miesiąca. Nie znam chyba pary, która dobrze radziłaby sobie z tym problemem. To swoista sinusoida, na której gdzieś w okolicy środka cyklu zaczyna rosnąć nadzieja, że tym razem na pewno się uda, z euforią i przekonaniem, że ten cykl zakończy się upragnioną ciążą, po rozpacz, kiedy pojawia się kolejna miesiączka, i strach, że może to się nigdy nie zdarzyć.

W: W trakcie mojej wieloletniej pracy z parami chorującymi na niepłodność zauważyłem pewną prawidłowość. Otóż wydaje mi się, że presja upływającego czasu i w konsekwencji podporządkowanie życia niemal wyłącznie oczekiwaniu na dziecko może stać się samo powodem tego, że kobieta nie zachodzi w ciążę mimo pomocy medycznej.

B: Pamiętam parę, która pojawiła się u mnie w gabinecie rozbita psychicznie po pięcioletnim bezskutecznym leczeniu. W tym czasie lekarze nie znaleźli żadnej medycznej przyczyny tego stanu, co frustrowało ich dodatkowo, bo wciąż wydawało im się, że coś zostało zaniedbane w trakcie diagnozy. Kiedy zapytałam, jak wyglądało ich życie przez te lata, uświadomili sobie, że niezauważalnie zaczęli rezygnować ze wszystkiego, czym zajmowali się do tej pory. Kolejne miesiące były podporządkowane staraniom o dziecko. Kobieta na wszelki wypadek przestała chodzić na basen, który do tej pory był jej ulubionym zajęciem, bo bała się infekcji. Zaprzestała też zajęć w klubie fitness – początkowo w drugiej fazie cyklu z obawy, że może to zagrozić potencjalnej ciąży, ale w końcu tak ją to zniechęciło, że przestała chodzić na zajęcia nawet w pozostałym czasie. Życie seksualne toczyło się w rytm starannego pilnowania dni płodnych, a po jakimś czasie para kochała się ze sobą już tylko w środku cyklu.

W: Można się domyślać, że mieli na to coraz mniejszą ochotę, bo kierował nimi przymus, a nie naturalna potrzeba.

B: Jednak robili to nadal w obawie, że mogą stracić kolejny miesiąc starań – być może właśnie ten szczególny, który mógłby zakończyć się ciążą. Niestety co miesiąc przeżywali rozpacz z powodu tego, że znowu się nie udało.

 

W: Przeliczając to na pięć lat bezskutecznych starań, sześćdziesiąt razy przeżyli stan utraty.

B: Zwrócili się do mnie z prośbą o pomoc, bo ich małżeństwo powoli zaczynało się rozpadać. Mieli dosyć kochania się na gwizdek, koniecznie w dniach płodnych, ciągłego wyczekiwania z napięciem upragnionych dwóch kresek na teście ciążowym i podporządkowania całego życia staraniu się o dziecko.

W: Domyślam się, że mimo to nie byli w stanie przestać tego robić?

B: Jak zresztą większość par, z którymi się spotykam. Właśnie zdecydowali się na kolejną zmianę lekarza, a że był to okres wakacyjny, więc pierwsza wizyta mogła się odbyć dopiero za dwa miesiące. I wtedy zaproponowałam, żeby do tego czasu zrobili sobie przerwę w zajmowaniu się problemem bezdzietności.

W: Skoro przez pięć lat sposób, który wybrali, nie sprawdził się, to można przypuszczać, że przez czas oczekiwania na wizytę u kolejnego lekarza nic nowego się nie wydarzy.

B: Właśnie tak wtedy pomyślałam, a poza tym chciałam, żeby podeszli do następnego etapu leczenia trochę bardziej uspokojeni i z większym dystansem. Ku mojemu zdumieniu pojawili się trzy tygodnie później, oświadczając, że kiedy dali sobie prawo do prawdziwego odpoczynku i zajęli się najzwyklejszymi rzeczami, które sprawiają im przyjemność, zaszli w ciążę, jak się okazało dosłownie kilka dni po naszym spotkaniu.

W: Ta historia wydaje się nieprawdopodobna, ale wygląda na to, że nie był to przypadek.

B: Też mi się tak wydaje. Wygląda na to, że zmiana nastawienia zrobiła swoje. Ważne jest jednak to, że oni naprawdę dali sobie prawo do tego, żeby przestać każdego dnia myśleć o dziecku. Wiele par mówi, że na jakiś czas przestaje zajmować się problemem niepłodności, ale tak naprawdę nie są oni w stanie tego zrobić i w ich głowach temat wciąż pozostaje żywy. I to jest najtrudniejsze w pracy terapeutycznej: pomóc parze odejść od tego, tak by leczenie nie zdominowało całego jej życia. Para, o której opowiedziałam, jest klasycznym przykładem tego, jak silny nacisk i comiesięczne oczekiwanie może zahamować naturalną zdolność do poczęcia dziecka.

W: Po wysłuchaniu tej historii muszę ci powiedzieć, że ta interwencja jest dla mnie dość jasna i zrozumiała. Wydaje mi się, że ta para przez wiele lat borykała się z tym problemem sama, z poczuciem, że musi trzymać nad wszystkim kontrolę. Kiedy spotkali się z tobą i zaufali twojej propozycji, poczuli, że mogą jakby „oddać ci problem”, to ty przejęłaś nad nim kontrolę, a oni zrobili sobie wakacje od martwienia się. Uwierzyli, że ktoś ich pokieruje i już nie będą musieli się martwić. Myślę, że to mogło poskutkować zajściem w ciążę.

Przypomina mi to liczne sytuacje, w których diagnozuję pacjentów, rozpoznaję przyczynę niepłodności i okazuje się, że potrzebna będzie poważniejsza interwencja, na przykład laparoskopia, coś, co wymaga zabiegu operacyjnego. Zdarza się, że termin zabiegu jest już wyznaczony, a pacjentka dzwoni do mnie i informuje, że właśnie zaszła w ciążę. Kto wie, być może ten mechanizm jest podobny do tego, o czym mówiliśmy przed chwilą.

B: Coś w tym rzeczywiście musi być. Zabiegi wspomaganego zapłodnienia zazwyczaj wywołują u pacjentek ogromne napięcie. Kiedy pracujemy nad tym podczas terapii, próbuję im uświadomić, że to, co należy do nich, to oddać kontrolę lekarzowi, a samym zrobić wszystko co możliwe, żeby mu nie przeszkodzić niepotrzebnym napięciem. Reszta należy do lekarza, którego przecież z pełną świadomością wybrały, sprawdzając wcześniej jego umiejętności merytoryczne i poziom zaangażowania. Kiedy człowiek podchodzi do jakiegoś zadania z przekonaniem, że on ze swojej strony zrobił wszystko co możliwe, oddanie kontroli daje poczucie ulgi.

W: Przychodzą mi na myśl dwa wnioski. Po pierwsze, czasami dla człowieka coś jest tak przerażające, na przykład zabieg chirurgiczny czy nawet pobyt w szpitalu, że w niewyjaśniony dla niego sposób reaguje tak, żeby tego uniknąć, a po drugie, kiedy nie musi on żyć w przekonaniu, że jest za wszystko odpowiedzialny, często coś się zmienia, choć trudno to udowodnić naukowo, i bariera znika.

B: Myślę sobie, że może nie wszystko musi być wytłumaczalne w tym całym procesie. Istotne jest to, że każdy ma do wykonania pewną pracę. Lekarz służy wiedzą, umiejętnościami i tworzy opartą na zaufaniu relację z pacjentem, psychoterapeuta pomaga parze znaleźć indywidualne sposoby radzenia sobie z pułapkami, jakie niesie ze sobą niepłodność, a pacjenci na zasadzie partnerskiej z nimi współpracują. Wydaje mi się, że jeśli pacjent powierza swoje zdrowie komuś, komu ufa, to może oddać kontrolę, która nie jest mu wtedy potrzebna, zamienić ją na współpracę.

W: Czy uważasz, że jest konieczne, aby pacjent przekazał pełną kontrolę nad swoim problemem lekarzowi czy psychoterapeucie? Zastanawiam się nad tym, bo ostatnio miałem ciekawe doświadczenie. Próbowałem pokazać pacjentce różne możliwości leczenia, starając się być bardziej przewodnikiem niż kimś, kto wie lepiej, a ona oburzyła się, że to nie supermarket, a ja nie jestem sprzedawcą, który może jej proponować to czy tamto, żeby ona musiała wybierać, i zażądała, żebym to ja zdecydował za nią.

B: To dość trudna sprawa, bo dotyczy relacji między lekarzem a pacjentem, do której pewnie nieraz jeszcze wrócimy. Faktycznie wielu pacjentów chce, żeby decydowano za nich, ale to też rodzaj pułapki, bo kiedy nie ma efektu, bardzo łatwo znajduje się winny, czyli lekarz. Relacja pomiędzy leczącym i leczonym, moim zdaniem, nie może być skośna, czyli taka, w której ktoś dominuje, a ktoś inny jest podległy, lecz powinna być partnerska.

W: To prawda, bo lekarz ma zasób wiedzy na temat choroby, sposobów postawienia diagnozy i ewentualnych możliwości leczenia. Jego zadaniem jest przedstawienie pacjentowi pewnego planu z sugestiami, co według niego byłoby najkorzystniejsze. Pacjent powinien trochę o swojej chorobie wiedzieć i móc do tych propozycji jakośsię ustosunkować. Lekarze nie mogą irytować się na swoich pacjentów dopytujących się o różne sprawy, mających wątpliwości, czytających publikacje czy szperających w internecie. Nie świadczy to o podważaniu kompetencji specjalisty, jak czasami lekarze niesłusznie to odczytują, ale o poważnym podejściu do tematu.

B: Ostatnio jedna z pacjentek opowiadała mi, że na jej wątpliwości lekarz zareagował wzburzeniem i zasugerował, że skoro ona tak świetnie zna się na leczeniu niepłodności, to może będzie leczyła się sama. Odpowiedziała mu spokojnie, że gdyby się znała, toby jej tu nie było, co nie znaczy, że ma siedzieć bezmyślnie i łykać jak gęś wszystko, co on zaproponuje. Oczywiście więcej do niego nie poszła, bo takie traktowanie jej się nie podobało. Szkoda, że tak to się potoczyło, bo to był naprawdę bardzo dobry specjalista, niestety może zapominający o tym, że to my jesteśmy dla naszych pacjentów, a nie oni dla nas.

W: Pewnie taki lekarz bardziej odpowiadałby pacjentce, o której wcześniej mówiłem, i każdej, która w jakimś sensie nie chce brać odpowiedzialności za proces leczenia. Ale nie do końca odpowiedziałaś mi na pytanie, czy należy przejąć kontrolę od pacjenta, czy nie. Fakt, możemy proponować różne rzeczy, ale czy z opowiadań, które tutaj przytoczyliśmy, nie wynika, że ci, którzy oddali kontrolę, skorzystali na tym?

B: Mówimy chyba o dwóch różnych rzeczach, bo ja przejęciem kontroli nazywam to, że w momencie, w którym lekarz wykonuje zabieg in vitro, pacjent już nie musi się o to martwić. Natomiast to, o co ty pytałeś, to moim zdaniem współodpowiedzialność za leczenie.

W: Jakiś przykład?

B: Spotykałam się kiedyś z pacjentką, której każdy kolejny lekarz sugerował, że powinna poddać się co najmniej pięciu zabiegom inseminacji, bo z medycznego punktu widzenia były szanse na to, że zabieg się powiedzie. Ona jednak czuła, że nie jest w stanie znowu tego robić, a intuicja podpowiadała jej, że dla niej lepsze będzie in vitro. I tak szarpała się pełna wątpliwości, czy ma prawo do takiej decyzji, bo być może to jednak lekarze mają rację, a nie ona.

W: Wszystko byłoby znacznie prostsze, gdyby ktoś zapytał ją wprost, dlaczego tak się wzbrania przed kolejną inseminacją.