Marsz weselny

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan milczał dość długo.

– Jeśli rodzina z Tingvoldu nie troszczyła się o mieszkańców Haug, nie nasza w tym wina. Byliśmy, co prawda, aż po ostatnie lata biedakami!

Leżał w tych słowach wyrzut słuszny. Wszyscy troje odczuli dobrze, że był słuszny. Ale zajęci swymi cierpieniami nie przypuszczali ani na chwilę, że zaniedbują ciążący na nich obowiązek. Nie byli zresztą sprawcami niedoli Haugenów. Mimo to zawstydzeni spuścili oboje oczy.

Jan mówił spokojnie, chociaż słowa Randi musiały go bardzo dotknąć. Rodzice odczuli, że mają przed sobą zacnego i dzielnego człowieka i że winni uczynić coś, co by mu było nagrodą za doznaną krzywdę.

Ojciec rzekł tedy:

– Zostaw nam, chłopcze, trochę czasu do namysłu. Wszakże możesz zostać i zjeść z nami obiad? Pomówimy o wszystkim spokojnie…

– Prosimy – dodała matka – chodź bliżej i usiądź!

Oboje wstali, jak przystało gospodarzom wobec gościa, a Jan odstawił strzelbę wraz z czapką i usiadł na ławie obok Mildrid. Ona zerwała się zaraz, nie wiadomo dlaczego.

Matka powiedziała, że musi iść do kuchni, a ojciec miał taką minę, jakby też chciał odchodzić. Ale Mildrid nie zamierzała zostać z Janem sama, póki rodzice nie dadzą zezwolenia. Zwróciła się tedy ku drzwiom bocznym i udała się do mieszkania babki. Ojciec nie mógł wobec tego opuścić gościa, przeto usiadł z powrotem. Zaczęli rozmawiać o rzeczach ubocznych, o polowaniu, gospodarstwie, turystach, zarobkach i ojciec nabierał coraz lepszego wyobrażenia o dobrobycie Jana. Matka, wchodząc od czasu do czasu, słyszała także to i owo. Oboje pozbyli się pierwszych obaw i zadawali pytania, a Jan odpowiadał szczegółowo i po prostu.

Pełne godności zachowanie się Jana ujęło ich podczas obiadu. Byli sami. Parobcy zazwyczaj jadali razem z gospodarzami, dzisiaj ojciec nie chciał im go jeszcze pokazywać, przeto zastawiono jedzenie w świetlicy. Wszystko co Jan czynił i mówił składało się na bardzo dodatnie wrażenie ogólne i Mildrid była uszczęśliwiona, ale wysokie napięcie panujące przez cały czas stało się w końcu dla niej niemożliwe do zniesienia i po obiedzie poszła znowu do babki.

Mężczyźni przeszli się potem po ogrodzie, ale ojciec manewrował tak, by ani parobcy, ani babka nie mogli Jana zobaczyć. Wrócili znów do izby. Matka skończyła robotę i przyszła także. Rozmowa stawała się z każdą chwilą poufniejsza, a w końcu, już o zmierzchu, zdobyła się matka na odwagę i zapytała, jak się… to… stało, gdyż Mildrid nie umiała nic powiedzieć. Może powodowała nią czysto kobieca ciekawość, ale Janowi to pytanie było bardzo na rękę.

Nie opowiedział o pierwszym spotkaniu, gdyż nie był w stanie, natomiast szeroko rozwodził się nad dniem wczorajszym. Dowiedzieli się tedy, że Mildrid trapiły straszne wyrzuty; że nie jadła i nie spała; dalej, że Beret przyszła po niego aż do Haug, opisywał forsowny marsz, wyprawę Mildrid, jej odnalezienie, gdy znużona legła na trawie i zasnęła, powtarzał z naciskiem, jak bardzo zależało dziewczynie na zezwoleniu rodziców…

Słuchali wzruszeni, poznając w tym, co czyniła, swoją ukochaną córkę, i nabrali przekonania, że byli dla niej zbyt surowi.

Opowiadając o Mildrid mimo woli opowiadał Jan także i o sobie, a z każdego słowa wynikało, iż ją bardzo kocha. To uradowało wielce rodziców. Odczuł to i radość ich sprawiła mu wielką uciechę, a oni, zaskoczeni wprost tą śmiałością i prostotą, zaczęli nań spoglądać tak życzliwie, jakby już przyjęli jego konkury i dali swe zezwolenie.

– Pewnie już nie pytając nas wcale – rzekła żartobliwie matka – poczyniliście wszystkie przygotowania do wesela!

Ojciec roześmiał się, a Jan, miast odpowiedzieć, zanucił pierwsze takty rodzinnego marsza weselnego.

Ale w tej chwili spojrzał przypadkowo na matkę i spostrzegł ze zdziwieniem, że zbladła jak ściana. Zrozumiał zaraz, że uczynił coś niestosownego. Przeraził się na dobre, gdy Randi coraz to bardziej niespokojna wyszła na koniec z izby. Wstał również i chciał iść za nią prosić o przebaczenie.

– Coś, widać, złego uczyniłem? – spytał ojca.

– Nie znasz jej dobrze, chłopcze!

– Może lepiej pójdę zaraz i załagodzę niewłaściwy postępek? – spytał.

Endrid nabrał doń takiego zaufania, że bez wahania zwrócił się i rzekł:

– Nie, chłopcze drogi! Zostaw ją w spokoju! Musi to sama ze sobą przewalczyć! Znam ja ją dobrze!

Jan czując, że tonie u samego portu, posmutniał bardzo i siedział jak na szpilkach, mimo że Endrid starał się usilnie usunąć z jego pamięci niefortunne zajście.

A Randi siedziała na kamiennych schodach z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Przed oczyma stanęło całe jej życie. Ona nie oddała się jak córka bez namysłu człowiekowi ukochanemu i wstyd, jaki ją spotkał, był zasłużoną karą. Siedziała długo targana najsprzeczniejszymi uczuciami, od żalu i buntu aż do cichej skruchy. Siedziała długo, długo, potem wstała, podeszła do drzwi babki i zawołała:

– Mildrid! Chodź tu, dziecko!

A gdy zaniepokojona córka wybiegła, pochwyciła ją w objęcia, przytuliła do piersi i powiedziała, łkając:

– Niech cię Bóg błogosławi i nagrodzi, boś dobrze uczyniła!

Mężczyźni zobaczyli je idące razem ku świetlicy. Szły tak śpiesznie, że od razu przeczuli, iż zaszło coś ważnego. Drzwi się rozwarły, weszły, a Randi zamiast zwrócić się do Jana i oddać mu córkę, przyciągnęła ją raz jeszcze do siebie i wyszeptała:

– Niech cię Bóg błogosławi i nagrodzi… gdyż dobrze uczyniłaś!

W chwilę potem znaleźli się wszyscy czworo w mieszkaniu babki, która była w jak najlepszym usposobieniu. Od samego początku wiedziała przez służące, kim jest Jan Haugen i uznała ten związek za zrządzenie Opatrzności oraz łaskę boską okazaną synowi i jego żonie. Od razu powiedziała Janowi w oczy, że jest ślicznym chłopcem i radość zapanowała niezmącona, a dzień skończył się odczytaniem rozdziału Biblii zaczynającego się od słów: „Oto Pan był dzisiaj w domostwie naszym…”

—–

Opowiedzieć musimy jeszcze dwa momenty z życia Mildrid. Pierwszym było weselisko młodej pary.

Zjawiła się zamężna już Inga i ona to podjęła się ubrania przyjaciółki do ślubu. Odbyło się to w lamusie. Otwarto starą skrzynię dębową, gdzie przechowywano z pokolenia na pokolenie klejnoty rodzinne, jak diadem, pas, chusty, sprzączki i pierścienie. Babka dała klucz, który spoczywał w jej rękach, i sama była obecna w asyście Beret przy akcie obłóczyn.

Brano do ręki sztukę po sztuce. Czyszczono wszystkie ślicznie i wkładano na Mildrid, a Beret trzymała przed nią lustro. Babka rozpowiadała o wszystkich członkiniach rodu, które nosiły owe klejnoty w uroczystych chwilach życia, a najszczęśliwszą z nich była zaprawdę jej matka, Aslaug Haugen.

W tej chwili zabrzmiały huczne tony rodzinnego marsza weselnego na podwórzu, a kobiety wybiegły zobaczyć, co to takiego.

Pierwszym, którego zobaczyły, był ojciec panny młodej, Endrid. Ujrzawszy zajeżdżający na podwórze wóz z Janem i jego rodzeństwem, zdobył się na pomysł. Rzadko miewał pomysły, ale dziś uznał, że trzeba koniecznie powitać gości krewniaków familijnym marszem.

Kazał tedy grać muzyce i stojąc na jej czele u wrót, trzymał w ręku srebrny puchar napełniony tradycyjnym piwem weselnym.

Jan był wzruszony tym przyjęciem, a siostra jego i bracia mieli łzy w oczach.

W godzinę potem zabrzmieli powtórnie marsz weselny, w chwili, kiedy orszak wyszedł z progów domu.

Dzień był śliczny, pogodny, wiosenny, a ścisk pod kościołem taki, że najstarsi ludzie nie pamiętali nic podobnego. Każdy z obecnych znał dzieje rodu i wiedział, w jaki dziwny sposób wplecione w nie były owe dźwięki marsza weselnego, który teraz rozbrzmiewał donośnie wokoło.

Przy wyjściu z kościoła Jan przystanął u grobu Olego Haugena, a wszyscy krewni otoczyli go kołem. Grób tonął w kwiatach, cichy, dostojny – i wydawało się, że dziś promieniuje zeń błogosławieństwo.

—–

Drugi moment, to odwiedziny złożone młodej parze w Haug przez Endrida i Randi. Oboje byli już wonczas dziadkami… Jan postawił na swoim i zabrał żonę do siebie, musiał jednak przyrzec, że obejmie Tingvold, gdy rodzice się tak postarzeją, że nie będą już w stanie pracować, a staruszeczka babka zemrze.

W odwiedzinach tych była jedna wzruszająca chwila. Kiedy Randi po sutym przyjęciu i ugoszczeniu siedziała przed domem z małą córeczką swej Mildrid na kolanach, zaczęła naraz z lekka kołysać dziecko i nucić.

Mildrid klasnęła z zadziwienia w dłonie, ale zamilkła.

Jan poprosił ojca, by wypił z nim jeszcze szklankę piwa, ale stary uczynił gest odmowy, przysłonił ucho dłonią i słuchał, a uśmiech szczęścia opromienił jego twarz, albowiem to, co nuciła żona, to był ów stary, dawny, rodzinny marsz weselny!