Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II

W myślach i uczuciach chłopca szczególnie wybitną pozycję zajmuje kościół. Jest to miejsce święte, chronione przed zgiełkiem świata podniosłą ciszą otaczającego je cmentarza, a wewnątrz tryskające żywym nabożeństwem. Jest to jedyny budynek w całej dolinie odznaczający się przepychem, a jego wieża ma dlatego zasięg znacznie szerszy, niżby się mogło wydawać. Już z dala dzwony witają chłopa idącego drogą w pogodny ranek niedzielny, a przy ich dźwiękach zdejmuje on zawsze kapelusz, jak gdyby chciał powiedzieć: „Dziękuję za wszystko!”. Między chłopem a tymi dźwiękami istnieje jakiś związek, którego tajemnice trudno zgłębić.

Już jako małe dziecko, stojąc w otwartych drzwiach chaty, wchłaniał je z nabożeństwem, a w dole wierni ciągnęli cicho drogą. Ojciec dołączał do nich, on jednak był jeszcze za mały. W duszy dziecka powstawały najrozmaitsze obrazy pod wpływem ciężkich, silnych uderzeń dzwonów, które rozbrzmiewały władczo wśród gór przez całą godzinę lub i dłużej jeszcze, a echo wtórowało im po obu stronach doliny. Jeden wszakże obraz łączył się nierozdzielnie z ich tonami: czyste, piękne stroje, konie wyczyszczone jak najstaranniej, w błyszczących szorach2.

A kiedy nadejdzie owa niedziela, gdy on sam w nowiuteńkim, może cokolwiek zbyt obszernym dla niego ubraniu kroczyć będzie dumnie przy boku ojca, idąc po raz pierwszy do kościoła, dzwony rozdzwonią się radośnie nad jego szczęściem, radość będą głosić naokoło. Roztworzą one przed jego oczyma podwoje na wszystko, co ma ujrzeć. A gdy będzie wracał z głową ciężką jeszcze i rozkołysaną przez śpiewy, nabożeństwo, kazanie, pełną przeżywanych równocześnie wrażeń wzrokowych, jak obraz w ołtarzu, stroje, osoby, wtedy dźwięki dzwonów utworzą sklepienie nad całością wrażeń i uświęcą ten kościół, który na stałe zajmie miejsce w jego sercu.

Podrósłszy cokolwiek będzie musiał pójść z bydłem w góry. I gdy w raźny, spowity oparami mgieł ranek niedzielny siedzieć będzie na skale, dając baczenie na inwentarz, i usłyszy dźwięki dzwonów kościelnych zagłuszających porykiwanie zwierząt, ogarnie go smętek. Przecież te dźwięki przynoszą mu z doliny coś bardzo miłego, lekkiego, wabiącego – myśl o znajomych sprzed kościoła, radość z pobytu wśród nich, większą jeszcze, niżby się tam było samemu, zapach niedzielnego obiadu w domu, widok matki, ojca, rodzeństwa, wspomnienie wesołej zabawy w spokojny wieczór niedzielny… biedne serce zbuntuje się w piersi. Bo tu nic z tego wszystkiego – tylko dźwięki dzwonów kościelnych! Zbierze więc swe myśli i przypomni sobie jakiś urywek pieśni nabożnej. Zaśpiewa ją ze złożonymi rękoma, ze wzrokiem zwróconym ku dolinie, odmówi potem krótką modlitwę – i zerwie się z miejsca, i zadmie radośnie w swą drewnianą trąbę pastuszą, aż echo odezwie się po skałach.

Tu, w tych cichych górskich dolinach kościół posiada jeszcze dla każdego wieku swą szczególną wymowę, własny swój wygląd dla każdego oka. Wiele mógł był on zbudować do pewnego czasu, lecz później nic już więcej. Dla młodzieży po konfirmacji stoi on wykończony, dorosły. Stoi z palcem na poły grożącym, na poły przywołującym – skierowanym ku młodzieńcowi, który wybrał już swoją drogę życia, stoi silny, o szerokich barach wobec trosk mężczyzny, łagodny i gościnnie przywołujący wobec strudzonego starca. Chrzest niemowląt odbywa się podczas nabożeństwa – a wiadomo, że w czasie tej ceremonii następuje najsilniejsze skupienie w modłach.

Torbjörn wyczekiwał swej pierwszej wyprawy do kościoła z wielką radością, ciekaw tego wszystkiego, co miał zobaczyć. Przed wejściem do świątyni rozkoszował się bajeczną kolorowością tłumu, a znalazłszy się w kościele, odczuł poważne skupienie, w którym cała gmina czekała na rozpoczęcie nabożeństwa. Zapomniał wprawdzie, że przy odczytywaniu modlitwy wstępnej należy pochylić głowę, lecz na widok setek pochylonych postaci i jego dusza ukorzyła się przed bożym majestatem. Zabrzmiała pieśń, wszyscy wokół niego śpiewali psalm. Przejęło to chłopca niemal lekkim drżeniem. Siedział w głębokiej zadumie – drgnął nagle, jakby zbudzony ze snu, gdy ktoś, wchodząc do ich ławki, cicho otworzył drzwiczki. Śpiew zamilkł, a ojciec, podając przybyszowi rękę na powitanie, zapytał szeptem:

– W Solbakken wszystko w porządku?

Torbjörn otworzył szeroko oczy. Ale chociaż długo przyglądał się przybyłemu, nie mógł w żaden sposób dopatrzyć się w nim niczego, co by miało coś wspólnego z czarami. Był to mężczyzna dobroduszny, uśmiechnięty, jasnowłosy, o dużych niebieskich oczach i wysokim czole. Gdy doń mówiono, uśmiechał się i na wszystko, co mówił Sämund, odpowiadał: „tak… tak… tak”. Był widocznie małomówny z natury.

– Popatrz – rzekł ojciec – tam siedzi Synnöwe!

Pochylił się, posadził go sobie na kolanach i wskazał na przeciwległą ławkę przeznaczoną dla kobiet.

Klęczała tam na siedzeniu mała dziewczynka i oparta o pulpit rozglądała się po kościele. Miała włosy bardzo jasne, konopiaste, dużo jaśniejsze niż ów jegomość siedzący obok ojca. Z małego czepeczka powiewały czerwone wstążki. Śmiała się doń wesoło, tak że przez dobrą chwilę nie mógł odwrócić uwagi od jej drobnych, białych ząbków. W jednej ręce trzymała pięknie w skórę oprawny śpiewnik, w drugiej złożoną jasnoczerwoną jedwabną chusteczkę. Bawiła się, uderzając nią po książce.

Im dłużej patrzył, tym więcej się uśmiechała. Po chwili ukląkł na ławce tak jak ona. Wówczas kiwnęła mu głową. Przez moment patrzył na nią z powagą, potem skinął również głową. Roześmiała się i odpowiedziała nowym ukłonem. I tak kiwali głowami. Po chwili Synnöwe zaprzestała tej zabawy, a dopiero potem, gdy i on przestał kiwać głową, rozpoczęła ją na nowo.

– Teraz ja chcę zobaczyć!

Torbjörn posłyszał jakiś głos za sobą i uczuł, że go ktoś ściąga za nogi. Omalże nie zleciał z ławki. Sprawcą był niewielki, silny wyrostek, który teraz mężnie wdrapywał się na jego miejsce. Miał również jasne, zmierzwione włosy i krótki, perkaty nos.

Aslak nauczył Torbjörna, jak należy traktować złych malców zarówno w szkole, jak i w kościele, gdy przyjdzie do konfliktu. Przeto Torbjörn uszczypnął dotkliwie intruza w pośladek. Ten omal nie wrzasnął, ale przezwyciężył ból, pośpiesznie zlazł z ławki i chwycił Torbjörna za uszy. Torbjörn wbił obie ręce w jego włosy i cisnął go o ziemię. Malec nie krzyknął, tylko milczkiem ugryzł go w łydkę. Torbjörn cofnął nogę i z całej siły przydusił twarz przeciwnika do podłogi. W tej chwili jednak poczuł, że go ojciec chwyta za kołnierz i podnosi w górę niby worek z owsem. Po chwili siedział znów na jego kolanach.

– Gdyby nie to, że jesteśmy w kościele – powiedział doń – dostałbyś lanie!

Jednocześnie ścisnął mu rękę, że Torbjörn omal nie krzyknął z bólu.

Przypomniał sobie o Synnöwe i spojrzał w jej stronę. Klęczała jeszcze, ale była przerażona i zmieszana. Wywnioskował z tego, że musiał uczynić coś bardzo brzydkiego. Gdy zauważyła, że na nią patrzy, zeszła z ławki i nie pokazała się wcale.

Wtem zjawił się zakrystian i pastor.

Torbjörn przypatrywał im się uważnie. I znowu przyszedł zakrystian a za nim pastor… On siedział na kolanach ojca i myślał:

„Czy ona się jeszcze pokaże?”

Malec, który go ściągnął z ławki, siedział na małym stołeczku na drugim końcu stalli i ile razy chciał wstać, dostawał w plecy kułakiem od starego jegomościa, który drzemał smacznie, ale budził się zawsze w porę, by zatrzymać malca na miejscu.

„Czy ona się wnet pokaże?” – dumał Torbjörn.

Każda czerwona wstążka, jaką ujrzał w pobliżu, przywodziła mu na myśl tę, którą ona była przybrana, każdy pięknie malowany obraz wydał mu się podobny do Synnöwe, tylko postacie były nieco mniejsze od niej.

„Ach! – zauważył z radością. – Oto wychyla główkę!” Ale zaledwie go spostrzegła, przybrała surową minę i schowała się.

Znowu ukazali się zakrystian i pastor, dzwony zaczęły dzwonić, a wierni powstali z miejsc.

Ojciec powiedział coś z cicha do jegomościa o jasnych włosach i obaj odeszli do ławki przeciwległej, w której kobiety również powstały.

Pierwsza wyszła jasnowłosa kobieta. Uśmiechała się podobnie jak ów jegomość, tylko mniej wesoło. Była mała, blada. Prowadziła za rękę Synnöwe. Torbjörn zbliżył się zaraz do niej, ale ona odsunęła się szybko i skryła główkę w fałdach matczynej spódnicy.

– Idź sobie! – powiedziała.

– Ten chłopczyna – ozwała się kobieta – nie był dotąd jeszcze w kościele?

Położyła mu dłoń na głowie.

– Jest dziś po raz pierwszy – odparł Sämund – i dlatego rozpoczął bójkę.

Torbjörn spojrzał zawstydzony na ową kobietę, a potem na Synnöwe, która wydała mu się teraz jeszcze poważniejsza.

Wyszli razem. Rodzice zatopili się w rozmowie, a Torbjörn szedł zaraz za Synnöwe, która za każdym zbliżeniem czepiała się trwożnie sukni matki. Tamtego chłopca stracił zupełnie z oczu. Przed kościołem starsi rozgadali się na dobre. Torbjörn usłyszał parę razy imię Aslaka, a bojąc się, by przy tej sposobności nie wspomniano także o nim, odsunął się na bok.

– To nie dla ciebie! – powiedziała matka do Synnöwe.

– Odejdź trochę od nas, moje dziecko… mówię ci, oddal się…

Synnöwe odeszła z wahaniem kilka kroków.

Torbjörn zbliżył się teraz do niej. Stali przez chwilę naprzeciw siebie i oglądali się wzajemnie. Na koniec powiedziała Synnöwe:

– Pfe!

– Czemuż mówisz pfe? – zdziwił się.

– Pfe! – powtórzyła z uporem. – Pfe! Wstydź się!

– Cóż takiego zrobiłem? – zapytał.

– Biłeś się w kościele i to podczas modlitwy… pfe!

– Tak… ale to już bardzo dawno!

 

To ją przekonało i spytała po chwili.

– Czy ty nazywasz się Torbjörn Granlien?

– Tak! A ty Synnöwe Solbakken?

– Tak. Słyszałam zawsze, że jesteś taki grzeczny!

– Nie! To nieprawda! – odparł. – Jestem najgorszy ze wszystkich w całym domu!

– Ach! Któż tak mówi! Tego jeszcze nie słyszałam! – zawołała Synnöwe, uderzając w zdumieniu chustką w książkę… – Mamo! Mamo… on powiada…

– Dajże mi spokój i odejdź… – odrzekła matka. Zatrzymała się, a potem wróciła do Torbjörna, nie spuszczając z matki wielkich, niebieskich oczu.

– Słyszałem – ozwał się Torbjörn – że ty jesteś zawsze grzeczna.

– Tak… czasem… Tak mówią, gdy się pilnie uczę! – odparła.

– Czy to prawda, że u was pełno krasnoludków, czarownic i innych złych duchów? – zapytał, biorąc się pod boki. Wysunął jedną nogę i przybrał minę wyzywającą, zupełnie jak Aslak.

– Mamo… mamo! Wiesz, co on mówił! On powiada…

– Daj mi spokój… rozumiesz? I nie zbliżaj się, aż cię nie zawołam.

Musiała znowu cofnąć się. Szła z wolna wstecz, gryząc chusteczkę i szarpiąc ją w zębach.

– Czy to prawda, że u was w krzakach nad stawem co noc słychać muzykę? – pytał Torbjörn.

– Nieprawda!

– Czyś nigdy nie widziała krasnoludka?

– Nie!

– Ależ na miłość boską!…

– Pfe! Nie mów tak!

– O… cóż to szkodzi! – zawołał i splunął silnie przez zęby, chcąc jej pokazać, jak daleko pluć potrafi.

– Tak… tak… strzeż się! – zauważyła. – Inaczej pójdziesz prosto do piekła.

– Tak myślisz? – spytał pokorniejszym głosem. Zawsze sądził, że co najwyżej może za to dostać bicie, a w tej chwili ojciec stał dosyć daleko.

– Kto jest u was w domu najsilniejszy? – spytał i nasunął czapkę na jedno ucho.

– Nie wiem… – odrzekła Synnöwe z zakłopotaniem.

– U nas najmocniejszy jest ojciec. Jest tak silny, że sprał nawet Aslaka, a Aslak jest silny… zaręczam ci!

– Tak?

– Oo, naturalnie! Pewnego razu podniósł w jednej ręce konia!

– Tak… to prawda! Sam to mówił.

Oczywiście i ona uwierzyła natychmiast.

– Któż to jest Aslak? – spytała.

– To zły chłopak! Powiadam ci, ojciec tak go sprał, jak dotąd nie zbito jeszcze nikogo na całym świecie!

– Więc wy się ciągle bijecie?

– Czasem… A wy nie bijecie się nigdy w Solbakken?

– Nie, nigdy!

– A cóż robicie w takim razie? – spytał zdziwiony.

– Matka gotuje, robi pończochy i szyje. To samo czyni Karin, ale nie tak dobrze jak mama, bo jest leniwa. Randi zajmuje się kuchnią, ojciec i parobcy pracują w polu albo także w domu.

Torbjörn był zupełnie zadowolony z tego, co usłyszał.

– A wieczorami – mówiła dalej – czytamy i śpiewamy. To samo robimy każdej niedzieli.

– Wszyscy razem?

– Tak!

– To musi być bardzo nudne!… – zauważył.

– Nudne?… Mamo… on powiada…

Ale przypomniała sobie, że nie wolno przeszkadzać matce.

– Mam bardzo dużo owiec! – powiedziała, zwracając się do niego.

– Bardzo dużo? – zdziwił się.

– Tak! A trzy z nich tej zimy są kotne. Jedna nawet, pewna jestem, będzie miała dwojaczki.

– Masz więc owce?

– Tak! I krowy, i prosięta! A ty nie masz?

– Nie!

– Przyjdź do mnie! Dam ci owieczkę. A z niej potem dochowasz się bardzo dużo owiec.

– To byłoby bardzo dobrze! – zauważył.

Milczeli przez chwilę. Potem on spytał:

– Czy Ingrid mogłaby także dostać owcę?

– Któż to jest Ingrid?

– Ingrid! Mała Ingrid.

Nie znała jej.

– Czy ona jest mniejsza od ciebie?

– Naturalnie! Jest taka jak ty!

– O, to przyprowadź ją ze sobą! Słyszysz?

Zapewnił, że to uczyni niewątpliwie.

– Dobrze! – powiedziała. Ty dostaniesz owcę, a ona prosię!

Uznał, że było to bardzo mądrze pomyślane. Potem zaczęli sobie opowiadać o znajomych, których zresztą mieli niewielu. Rodzice skończyli tymczasem rozmowę. Ruszono w drogę do domu.

Tej nocy Torbjörn śnił o Solbakken. Widział mnóstwo białych owiec, a pośród nich dziewczynkę z czerwonymi wstążkami na głowie. Wraz z Ingrid rozprawiali teraz po całych dniach o spodziewanych odwiedzinach i marzyli o owcach i prosiętach, których namnożyło się tyle, że nie wiedzieli, co z nimi począć. Dziwowali się bardzo, że nie pozwolono im ruszyć zaraz do Solbakken.

– Jak to? Macie iść dlatego, że ta mała was zaprosiła? Czy kto słyszał coś podobnego?

– Czekaj! Czekaj do niedzieli! – pocieszał Torbjörn siostrę. – Ja to już urządzę!

I nadeszła niedziela.

– Podobno straszny z ciebie pyszałek, kłamca i klniesz co drugie słowo! – powiedziała mu Synnöwe. – Nie będziesz mógł dostać pozwolenia na przyjście, zanim się od tego nie odzwyczaisz!

– Któż to powiedział? – spytał zdumiony.

– Mama!

Ingrid wyczekiwała jego powrotu z niecierpliwością. Gdy jej oraz matce opowiedział co zaszło, matka rzekła:

– A widzisz!

Ingrid nie ozwała się słowem, ale od tej chwili pilnowały go obie wraz z matką, by się nie przechwalał i nie klął. Pewnego dnia doszło między nim a siostrą do starcia z powodu kwestii czy wyrażenie „psiakość!” jest klątwą, czy nie! Ingrid dostała w skórę, a on przez cały dzień powtarzał:

– Psiakość… psiakość…

Usłyszał to wieczorem ojciec.

– Masz psiakość! – krzyknął i uderzył go tak, że padł na ziemię.

Torbjörn zawstydził się bardzo, gdyż stało się to w obecności siostry. Ale po chwili Ingrid zbliżyła się i pogłaskała go po twarzy.

Dopiero po kilku miesiącach udali się oboje do Solbakken. Potem przyszła do nich Synnöwe, a oni oddali jej wizytę i tak odwiedzali się ciągle wzajemnie, aż wyrośli.

Torbjörn i Synnöwe rywalizowali ze sobą w nauce. Uczęszczali do tej samej szkoły, a Torbjörn czynił takie postępy, że zajął się nim sam pastor. Ingrid nie mogła nadążyć i brat wraz z Synnöwe musieli jej pomagać. Nie rozłączały się obie, tak że zwano je turkaweczkami, bo zawsze były razem i miały takie same jasne włosy.

Od czasu do czasu gniewała się Synnöwe na Torbjörna z powodu jego skłonności do bijatyki. Ale Ingrid obejmowała rolę pośredniczki i godziła ich, tak że na nowo stawali się dobrymi przyjaciółmi. Za to gdy matka Synnöwe dowiedziała się o takiej bójce, ostro zabraniała mu przybywać do Solbakken przez cały tydzień, a w następnym z wielkim jeno trudem mógł uzyskać przebaczenie.

Sämundowi nie wolno było nawet wspominać o przekroczeniu syna.

– Obchodzi się on z chłopcem zbyt surowo! – biadała i nakazywała wszystkim milczenie.

Wyrośli wszyscy troje i byli piękni i dorodni, każde w swoim rodzaju. Synnöwe była śmigła, wysoka i gibka. Zachowała swe jasne włosy, śliczną buzię i niebieskie oczy. Uśmiechała się w rozmowie do każdego, a ludzie mówili, że uśmiech jej to prawdziwe błogosławieństwo boże. Ingrid była niższa i bardziej przysadzista, buzię miała miłą o miękkich rysach i jasne, faliste włosy. Torbjörn był średniego wzrostu, silny i piękny. Włosy miał ciemne i ciemnoszafirowe oczy, ostre rysy twarzy i silne członki. Ile razy wpadał w złość, twierdził, że umie tyle co nauczyciel i nie boi się żadnego człowieka w całej dolinie… z wyjątkiem ojca dodawał w myśli, ale nie mówił tego głośno.

Torbjörn chciał przystąpić wcześnie do pierwszej komunii, ale to spełzło na niczym.

– Dopóki jeszcze jesteś uczniakiem i smarkaczem – rzekł ojciec – prędzej sobie mogę z tobą dać radę!

Stało się tedy, że Torbjörn udał się do pastora razem z Synnöwe i Ingrid. Synnöwe także długo czekała na konfirmację, rozpoczęła bowiem szesnasty rok życia.

– Nigdy nie można być dość dobrze przygotowaną do należytego złożenia wyznania swej wiary! – powiedziała matka, a Guttorm Solbakken dał na to swe zatwierdzenie.

Toteż sprawa przeciągała się tak długo, aż zjawili się w Solbakken konkurenci. Jeden syn pewnego dostojnika, drugi – bogaty sąsiad.

– To za wcześnie! – twierdziła matka. – Wszakże nie jest jeszcze konfirmowana!

– No, to chodźmy do pastora! – oświadczył Guttorm.

Ale sama Synnöwe nie wiedziała nic o konkurach. Kobiety z plebanii bardzo ją lubiły i zapraszały często na pogadankę. Torbjörn i Ingrid nie byli tam dopuszczani i gdy pewnego razu któryś z wyrostków zauważył:

– Czemu się nie bierzesz do rzeczy! Inny ci ją porwie sprzed nosa! – niefortunny doradca miał za chwilę podbite oko. Weszło w zwyczaj, że prześladowano Torbjörna wzmiankami o Synnöwe, a to doprowadzało go zawsze do szalonej pasji.

Skutkiem tych przycinków doszło raz do wielkiej, z góry ułożonej bijatyki w lasku przylegającym do plebanii. Liczba tych, z którymi Torbjörn miał walczyć, wzrastała ciągle, tak że w końcu miał całą falangę przeciw sobie. Dziewczęta, które by mogły interweniować, wyruszyły do domu, dla Torbjörna sprawa przedstawiała się wcale niewesoło. Nie chciał się poddać, przeciwnicy nastawali coraz to ostrzej, bronił się przeto i wówczas padł niejeden cios świadczący potem długo o tym co zaszło. Rozniosła się też wieść, co dało powód do utarczki, i w całej dolinie zawrzało.

Następnej niedzieli nie chciał iść Torbjörn do kościoła, a gdy miano znowu pójść do pastora, udał, że jest chory. Ingrid poszła sama. Gdy wróciła, spytał Torbjörn, co mówiła Synnöwe.

– Nic! – odrzekła Ingrid.

Gdy wreszcie poszedł z siostrą do pastora, wydawało mu się, że wszyscy nań patrzą, a konfirmanci śmieją się zeń po cichu. Synnöwe przybyła tego dnia później i długo przebywała na plebanii. Obawiał się wyrzutów ze strony pastora, zauważył jednak niebawem, że pastor i ojciec jego byli jedynymi w całej dolinie, którzy nic o bijatyce nie wiedzieli. Tedy sprawy stały dobrze, łamał sobie tylko nad tym głowę, jak zdoła porozumieć się z Synnöwe. Po raz pierwszy nie śmiał prosić Ingrid o pośrednictwo. Po skończeniu nauki udała się Synnöwe z powrotem na plebanię. Czekał, póki inni byli w podwórzu, ale wreszcie musiał pójść. Ingrid odeszła już dawno do domu.

Następnego dnia Synnöwe przyszła pierwsza i przechadzała się z jedną z młodych panien z plebanii i jakimś pankiem po ogrodzie. Panna wykopała z ziemi kilka kwiatków i dała je Synnöwe, a młodzieniec pomagał. Torbjörn zaś stał pośród innych i nasłuchiwał. Tłumaczono Synnöwe tak głośno, że słyszał każde słowo, jak należy zasadzić owe kwiaty, a Synnöwe obiecała, że uczyni to sama jak najdokładniej podług przepisu.

– Sama nie potrafisz! – zauważył młodzieniec, a Torbjörn zapamiętał to sobie.

Gdy Synnöwe znów połączyła się z resztą zebranych, okazywali jej jeszcze więcej względów niż zazwyczaj. Ale ona zbliżyła się do Ingrid, wzięła ją na bok, usiadły na ławce i zaczęły rozmawiać. Dawno już nie nagadały się ze sobą porządnie. Torbjörn stał z daleka i patrzył na piękne, zagraniczne kwiaty Synnöwe.

Tego dnia Synnöwe wracała razem z innymi do domu.

– Czy mogę odnieść ci kwiatki? – spytał Torbjörn.

– Dobrze, proszę! – odparła przyjaźnie, nie patrząc nań jednak.

Chwyciła Ingrid pod rękę i poszły przodem. W pobliżu Solbakken przystanęła i pożegnała się z Ingrid.

– Ten mały kawałek, jaki mam do domu, zaniosę sobie kwiaty sama! – powiedziała, zabierając koszyk, który Torbjörn postawił na ziemi.

Przez całą drogę zamierzał prosić, by mu pozwoliła zasadzić kwiaty. Ale nie mógł zdobyć się na to, a tymczasem ona odwróciła się szybko i odeszła. Nie mógł teraz myśleć o niczym innym, jak tylko o owym sadzeniu kwiatów.

– O czym rozmawiałyście? – spytał siostrę, gdy wrócili do domu.

– O niczym ważnym! – odparła.

Gdy już wszyscy spali, Torbjörn ubrał się i wyśliznął po cichu z domu. Była piękna, spokojna, ciepła noc. Chmury na niebie spiętrzały się fantastycznie, a w przerwach między nimi widniał ciemny granat usiany gwiazdami. Wydawało się, że przez owe przerwy spogląda ktoś na ziemię jakby przez okna.

Wokoło było pusto, nie spotkał żywej duszy. Tylko koniki polne ćwierkały. Odezwała się czasem z prawej strony drogi przepiórka, odpowiedziała jej druga z lewej i znowu ćwierkały koniki. Torbjörnowi wydawało się, że kroczy za nim jakaś świta śpiewaków, chociaż nie było nikogo. Las rysował się siną linią, ciemniejącą im bardziej w górę się wspinał, a wierzchołki drzew tonęły w białej mgle. Z głębi lasu dochodził bulgot zapamiętałego cietrzewia kłócącego się ze sobą samym i przeraźliwy powrzask sowy. Szumiał też gdzieś w dali wodospad, który dzisiaj właśnie roztętnił się głośniej niż zawsze. Zdawało się, że zbudził się, by podpatrywać, co Torbjörn robi tutaj po nocy. Chłopak zboczył ze zwykłej drogi, ruszył na przełaj przez pola i znalazł się niebawem w małym ogródku Synnöwe, tuż przy oknie piwnicznym. Nad nim znajdowało się okno sypialni Synnöwe. Stanął, rozejrzał się wokoło i zaczął nasłuchiwać. Ale wokół było pusto i cicho. Potem wyszukał narzędzia ogrodnicze, rydel i grabie. Jedna grządka była przekopana, ale ukończono ledwo mały kawałek. Tkwiły w tym kawałku dwa kwiatki. Widocznie Synnöwe spróbowała, jak będą wyglądały.

 

„Biedactwo, zmęczyło się – pomyślał – i zaprzestało roboty. To praca dla mężczyzny!”

Wziął się energicznie do dzieła. Nie czuł najmniejszej chęci do snu i nigdy żadna praca nie wydała mu się tak łatwa. Przypomniał sobie najdokładniej przepis, jak kwiatki mają być sadzone, przed oczyma stanął mu ogród plebana i wszystko zrobił, jak tam było.

Noc mijała szybko, ale nie spostrzegł tego wcale. Nie odpoczywając niemal, przekopał całą grządkę, zasadził kwiatki jeden po drugim, zmieniając ich rozmieszczenie, jeśli mu się wydawało, że tak będzie piękniej. Od czasu do czasu rzucał spojrzenie w okna, chcąc się przekonać, czy ktoś nań nie patrzy. Ale nigdzie nikogo nie spostrzegł, nie zaszczekał nawet pies. Cisza panowała zupełna aż do chwili, kiedy zaczęły piać koguty i ptaki zerwały się w lesie, pozdrawiając go wesoło.

Stał, poprawiając jeszcze i przyklepując ziemię i w tej chwili przyszły mu na myśl bajki Aslaka, że w Solbakken żyją krasnoludki i czarownice.

Spojrzał w okno Synnöwe i uśmiechnął się. Co też ona powie, gdy wstanie i spojrzy na owe kwiatki? Zrobiło się już całkiem jasno, ptaki darły się wniebogłosy, przesadził tedy płot i pośpieszył do domu. Nikt nie będzie wiedział, że był w Solbakken i pracował przez całą noc. Ta tajemnica sprawiała mu niewymowną radość.

2szory – uprząż koni pociągowych. [przypis edytorski]