Zapiski z wielkiego krajuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Bill Bryson

Zapiski z wielkiego kraju


Tytuł oryginału

NOTES FROM A BIG COUNTRY ISBN 978-83-8116-305-7 Copyright © by Bill Bryson, 1998 Illustrations by Alan Baker All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań, 2004, 2010 Redaktor prowadzący Izabela Troinska Redakcja Hanna Koźmińska Projekt okładki Paulina Radomska-Skierkowska Projekt graficzny na podstawie pomysłu Janusza Grabiańskiego za zgodą spadkobierców artysty Artykuły z tej książki po raz pierwszy były publikowane w „Mail on Sunday’s Night & Day” pomiędzy 6 października 1996 roku a 17 maja 1998 roku. Wydanie II Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

WSTĘP

POWRÓT DO DOMU

POMOCY!

PANIE DOKTORZE, JA TYLKO PRÓBOWAŁEM SIĘ POŁOŻYĆ…

ZABIERZ MNIE NA STADION

GŁUPI I GŁUPSZY

KULTURA LEKÓW

POCZTA!

JAK SIĘ DOBRZE BAWIĆ W DOMU

PROJEKTANCKIE BUBLE

OTWARTE PRZESTRZENIE

ZASADA NUMER 1: PRZESTRZEGAJ WSZYSTKICH ZASAD

SEKRETY ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA

GRA W LICZBY

OBSŁUGA HOTELOWA

NASZ PRZYJACIEL ŁOŚ

PRZYJEMNOŚCI KONSUMPCJI

RAJ NIEZDROWEJ ŻYWNOŚCI

OPOWIEŚCI PÓŁNOCNYCH LASÓW

CZEŚĆ NASZYM WODZOM

ŻYCIE W ZIMNYM KLIMACIE

TONĄC W OCEANIE BIUROKRACJI

UTRACONA KRAINA

REKLAMY, REKLAMY, REKLAMY

PRZYJAŹNI LUDZIE

GORĄCA LINIA

CI NUDNI OBCOKRAJOWCY

REWOLUCJA KUBECZKOWA

INSTRUKCJA OBSŁUGI FORMULARZA ZEZNANIA PODATKOWEGO

OSTRZEŻENIE: DONIESIEMY NA KAŻDEGO, KTO SIĘ DOBRZE BAWI

STANY WYJAŚNIONE

WOJNA ANTYNARKOTYKOWA

DLACZEGO NIKT NIE CHODZI

OGRODNICTWO U BOKU MOJEJ ŻONY

DLACZEGO WSZYSCY SIĘ MARTWIĄ

BRAK POROZUMIENIA

ZAGUBIENI W KINIE

WSPÓŁCZYNNIK RYZYKA

ACH, LATO!

POMOC DLA JEDNOSTKI NIESPRECYZOWANEJ

GDZIE JEST SZKOCJA I INNE UŻYTECZNE PORADY

WYMIERAJĄCE AKCENTY

RAPORT NIEUDOLNOŚCI

DZIEŃ NAD WIELKĄ WODĄ

WYBORNE DROBIAZGI

O UTRACIE SYNA

AUTOSTRADOWE ROZRYWKI

PODGLĄDACZE W AKCJI

JAK WYNAJĄĆ SAMOCHÓD

JESIEŃ W NOWEJ ANGLII

DROBNA NIEWYGODA

NO TO MNIE POZWIJ

WSPANIAŁE WNĘTRZA

WIZYTA U FRYZJERA

TRASY PROMOCYJNE

CIEŃ ŚMIERCI

NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE ŚWIĘTO

PRZYBIERZ DOM SWÓJ OSTROKRZEWEM

GENERACJA MARNOTRAWCÓW

ZAKUPOWE SZALEŃSTWO

O ZAGINIONYCH SAMOLOTACH I BRAKUJĄCYCH PALCACH

TWÓJ NOWY KOMPUTER

PIEŚŃ POCHWALNA DLA JADŁODAJNI

OKROPNA JEDNOLITOŚĆ

NARODOWY TŁUSZCZ

SPORTOWE ŻYCIE

OSTATNIA NOC NA TITANICU

ŚNIEŻNE ZABAWY

POWIETRZNY KOSZMAR

ZAGUBIONY W CYBERKRAINIE

HOTEL KALIFORNIA

DOSYĆ TEGO

DONIESIENIA O GŁUPOCIE

NAGINANIE PRAWDY

DLA TWEJ WYGODY

NIC NOWEGO

BRAK POCZUCIA HUMORU

PRZYPADKOWY TURYSTA

Z PERSPEKTYWY ANGLIKA

PODZIĘKOWANIA

WSTĘP

Późnym latem 1996 Simon Keller — stary przyjaciel i wyjątkowo miły facet — zadzwonił do mnie do New Hampshire i spytał, czy będę pisał cotygodniowy felieton o Ameryce do magazynu „Mail on Sunday’s Night & Day”, którego redaktorem naczelnym właśnie został.

 

Przez lata w różnych okolicznościach Simonowi wiele razy udawało się namówić mnie do rozmaitych prac, na które nie miałem czasu, ale ta nie wchodziła w grę.

— Nie — powiedziałem. — Nie mogę. Przykro mi. To po prostu niemożliwe.

— To możesz zacząć w przyszłym tygodniu?

— Simon, zdaje się, że nie rozumiesz. Nie mogę tego pisać.

— Myśleliśmy, żeby to nazwać Zapiski z wielkiego kraju.

— Simon, będziesz to musiał nazwać Puste miejsce w pierwszym numerze, bo ja tego robić nie mogę.

— Świetnie — rzucił półgębkiem. Miałem wrażenie, że rozmawiając ze mną, robi równocześnie coś innego — stawiałbym na oglądanie modelek do numeru z kostiumami kąpielowymi. W każdym razie ciągle zakrywał słu­chawkę i wydawał jakieś ważne redaktorskie polecenia ludziom w pokoju.

— No, to przyślemy ci umowę — ciągnął, kiedy wrócił do rozmowy ze mną.

— Nie, Simon, nie rób tego. Nie mogę pisać cotygodniowego felietonu dla ciebie. Jasne? Czy to do ciebie dociera? Simon, powiedz, że zrozumiałeś.

— Cudownie. Tak się cieszę. Muszę lecieć.

— Simon, proszę, posłuchaj. Nie mogę pisać tych felie­tonów. To po prostu niemożliwe. Simon, słyszysz mnie? Halo? Simon, jesteś tam? Halo? Cholera.

Oto więc siedemdziesiąt osiem felietonów z pierwszych osiemnastu miesięcy istnienia Zapisków z wielkiego kraju. A cała rzecz w tym, że ja naprawdę nie miałem na to czasu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

POWRÓT DO DOMU

Kiedyś żartowałem sobie w jednej z książek, że istnieją trzy rzeczy w życiu niemożliwe do zrobienia. Nie można wygrać ze spółką telefoniczną, nie można sprawić, żeby kelner nas zobaczył, zanim sam nie jest na to gotowy, i nie można znów wrócić do domu. Przez ostatnie siedemnaście miesięcy po cichutku, a nawet ochoczo, zmieniałem zdanie co do punktu trzeciego.

W zeszłym roku w maju, po niemal dwóch dekadach spędzonych w Anglii, przeprowadziłem się wraz z żoną i dziećmi z powrotem do Stanów. Powrót do domu po tak długiej nieobecności jest zaskakująco deprymującym doświadczeniem, trochę jak przebudzenie z długiej śpiączki. Prędko odkrywasz, że czas dokonał zmian, przez które czujesz się trochę głupawo i nie na miejscu. Wyciągasz beznadziejnie nieadekwatne sumy pieniędzy, robiąc niewielkie zakupy. Głowisz się nad działaniem płatnych telefonów i automatów z napojami i jesteś bardzo zdziwiony, kiedy odkrywasz (dzięki energicznemu szarpnięciu za łokieć), że mapy na stacjach benzynowych nie są już bezpłatne.

W moim przypadku problem był tym większy, że wyjechałem jako młodzieniec, wracałem zaś jako człowiek w średnim wieku. Wszystko to, co się robi, będąc dorosłym — zaciąganie kredytów, wychowywanie dzieci, ustalanie programu oszczędności emerytalnych, rozwijanie zainteresowań instalacją elektryczną domu — robiłem tylko w Anglii. Rzeczy takie jak piece i żaluzje w oknach w kontekście amerykańskim były domeną mojego ojca.

Tak więc nagła odpowiedzialność za stary dom w Nowej Anglii ze wszystkimi jego antycznymi rurami i termostatami, z kapryśnym systemem wywozu śmieci i zagrażającymi życiu drzwiami do garażu była tyleż radosna, co szarpiąca nerwy.

Przeprowadzka do domu po wielu latach nieobecności jest w większości przypadków jak dziwaczna mieszanka tego, co bezpiecznie znane i dziwacznie nowe. To niepokojące znaleźć się równocześnie tak bardzo w swoim żywiole i poza nim. Mogę wymienić całą gamę drobiazgów, które wyróżniają mnie jako Amerykanina — wiem, które z pięćdziesięciu stanów mają ustawodawstwo jednoizbowe, co to jest squeeze play w bejsbolu, kto w telewizji grał Kapitana Kangaroo1. Znam nawet dwie trzecie słów do Sztandaru usianego gwiazdami, a to więcej niż niektórzy ludzie śpiewający publicznie.

Ale wyślijcie mnie do sklepu z materiałami budowlanymi, i nawet teraz będę kompletnie zagubiony. Przez wiele miesięcy prowadziłem mniej więcej takie rozmowy ze sprzedawcą w naszym lokalnym True-Value:

— Cześć. Potrzebuję trochę tego, czym się zatyka dziu­ry w ścianach. Lud mojej żony nazywa to Polyfilla.

— A, znaczy masz na myśli zaprawę gipsową.

— Bardzo możliwe. I potrzebuję trochę tych małych plastikowych zatyczek, które podtrzymują gwoździe w ścianie, jak się zawiesza półki. Ja je znam jako kołki.

— Cóż, my je nazywamy kotwicami.

— Nie omieszkam odnotować w pamięci.

Doprawdy, nie mógłbym się czuć bardziej obco, gdybym stał tam odziany w Lederhosen. To wszystko było dla mnie szokiem. Choć w Anglii zawsze byłem bardzo szczęśliwy, nigdy nie przestałem myśleć o Ameryce jako o domu — w fundamentalnym znaczeniu tego słowa. To było miejsce, skąd pochodziłem, które naprawdę rozumiałem, podstawa, względem której mierzyłem wszystko inne.

Śmieszne, ale nic tak bardzo nie sprawia, że czujesz się obywatelem swojego własnego kraju, jak mieszkanie za granicą. Przez dwadzieścia lat bycie Amerykaninem było cechą, która mnie określała. To w ten sposób byłem identyfikowany, wyróżniany spośród innych. Na tej podstawie dostałem nawet kiedyś pracę — gdy w chwili młodzieńczej bezczelności przekonałem redaktora w „Timesie”, że będę jedyną osobą w jego zespole, która potrafi poprawnie napisać Cincinnati (i tak faktycznie było).

Na szczęście jest też druga strona medalu. Wiele dob­rych rzeczy, które już znałem z Ameryki, nabrało czarodziejskiego posmaku nowości. Jak każdy obcokrajowiec byłem zaszokowany tą słynną łatwością codziennego życia, oszałamiającym nadmiarem niemal wszystkiego, cudowną, niezapełnialną przestrzenią amerykańskich piwnic, rozkoszą spotykania kelnerek, które wyglądały na zadowolone z pracy, oraz owym dziwnie zdumiewającym uczuciem, że lód nie jest towarem luksusowym.

Towarzyszyła mi też oczywiście ciągła, nieoczekiwana radość odkrywania na nowo rzeczy, z którymi wyrosłem, a o których w większości zapomniałem: bejsbol w radio; ów głęboko kojący dźwięk moskitiery uderzającej latem o framugę drzwi; gwałtowne burze, kiedy leje jak z cebra; naprawdę wielkie opady śniegu; Święto Dziękczynienia i Czwartego Lipca; owady, które świecą; klimatyzacja w go­rące dni; galaretki z kawałkami owoców w środku (których nikt tak naprawdę nie je, ale miło jest, kiedy się trzęsą na talerzu); radośnie komiczny widok samego siebie w szortach. To wszystko naprawdę się liczy, w dziwny sposób.

Tak więc w sumie — myliłem się. Można znów wrócić do domu. Tylko trzeba ze sobą zabrać dodatkową forsę na mapy i pamiętać, żeby pytać o zaprawę gipsową.

6 października 1996

1 Kapitan Kangaroo — popularny serial telewizyjny dla dzieci z Bobem Keeshanem w roli głównej. (Przypisy pochodzą od tłumaczki).

POMOCY!

Kilka dni temu zadzwoniłem do telefonicznej linii pomocy komputerowej, gdyż miałem potrzebę, by ktoś o wiele młodszy ode mnie sprawił, że poczuję się ignorantem. Chłopięco brzmiący głos poinformował mnie, że zanim zacznie się mną zajmować, musi dostać seryjny numer mojego komputera.

— A gdzie mogę go znaleźć? — spytałem z niepokojem.

— Jest na spodzie funkcjonalnej jednostki równowa­żącej CPU — powiedział albo były to słowa podobnie dezorientującej natury.

I teraz już rozumiecie, dlaczego nie dzwonię zbyt często do swojej telefonicznej pomocy komputerowej. Nie rozmawialiśmy jeszcze nawet cztery sekundy, a już czu­łem, jak wzburzone fale niewiedzy i wstydu wciągają mnie w lodowatą głębię Zatoki Poniżenia. Z poczuciem nieuniknionej klęski wiedziałem, że teraz mnie spyta, ile mam RAM-u.

— Czy ten numer jest gdzieś niedaleko tego podłączenia do ekranu? — spytałem bezradnie.

— To zależy. Czy ma pan model Z-40LX Multimedia HPii, czy ZX46/2Y Chromium B-BOP?

I tak dalej. Koniec końców okazało się, że numer seryjny mojego komputera jest wybity na małej metalowej plakietce pod spodem głównego pudła — tego z szufladą na CD, która się tak śmiesznie otwiera i zamyka. A teraz nazwijcie mnie idealistycznym głupkiem, ale gdybym to ja umieszczał numer seryjny na każdym komputerze, który sprzedaję, a potem żądał od ludzi, żeby podawali ten numer za każdym razem, kiedy chcą się ze mną skomunikować, to pewnie nie umieściłbym go w miejscu, które wymaga od użytkownika przesuwania mebli i wołania na pomoc sąsiada zawsze wtedy, kiedy potrzebuje się konsultacji. No, ale nie o to mi chodzi.

Numer mojego modelu brzmiał jakoś tak: CQ124765900-03312-DiP/22/4. I o to mi właśnie chodzi: dlaczego? Dlaczego mój komputer potrzebuje numeru o takim zapierającym dech w piersiach poziomie skomplikowania? Gdyby każde neutrino we wszechświecie, każda cząsteczka materii pomiędzy nami a najdalszą wiązką gazu z Big Bangu w jakiś sposób potrzebowała komputera od tego producenta, w takim systemie wciąż jeszcze byłoby mnóstwo wolnych numerów.

Zaintrygowany zacząłem się przyglądać wszystkim numerom w moim życiu i niemal każdy z nich okazał się absurdalnie przesadzony. Na przykład moja karta kredytowa Barclaya ma trzynaście cyfr. To wystarczy na niemal dwa tryliony potencjalnych klientów. Kogo oni chcą oszukać? Moja karta zniżkowa do wypożyczalni samochodów ma nie mniej niż siedemnaście cyfr. Nawet moja dzielnicowa wypożyczalnia wideo zdaje się mieć na swoim koncie 1999 miliarda klientów (co może tłumaczyć, czemu Tajemnice Los Angeles ciągle są wypożyczone).

Ale jak na razie najbardziej imponująca jest moja karta ubezpieczenia medycznego Blue Cross/Blue Shield — jest to karta, którą każdy Amerykanin musi nosić przy sobie, jeśli nie chce, by go zostawiono na miejscu wypadku. Ta karta nie tylko identyfikuje mnie jako numer YGH475907018 00, ale także jako członka grupy 02368. Przypuszczalnie więc w każdej innej grupie istnieje osoba, która ma taki sam numer jak ja. Można sobie niemal wyobrazić, jak organizujemy zjazdy.

To dosyć okrężna droga dotarcia do głównego punktu tej dyskusji, a jest nim to, że jednym z wielkich udoskonaleń codziennego życia w Ameryce w ostatnich dwudziestu latach jest wprowadzenie numerów telefonicznych, które potrafi zapamiętać każdy idiota. Pozwólcie, że wytłumaczę.

Z jakichś skomplikowanych, historycznych powodów każda z cyfr na tarczach amerykańskich telefonów poza 1 i 0 jest opatrzona również trzema literami alfabetu. I tak klawisz z cyfrą 2 ma na sobie także ABC, ten z 3 ma DEF i tak dalej.

Dawno temu ludzie zauważyli, że numery zapamiętuje się łatwiej, jeśli polega się na przypisanych cyfrom literach. Na przykład w moim rodzinnym mieście Des Moi­nes, jeśli chciało się zadzwonić na zegarynkę — czy też, jak to uroczo ujmują Anglicy, na mówiący zegar — oficjalny numer brzmiał 244-5646, czego oczywiście nikt nie mógł spamiętać. Ale jeśli wykręciło się BIG JOHN, był to ten sam numer i każdy go pamiętał (co dziwne, z wy­jątkiem mojej matki, której myliło się trochę imię w drugiej części numeru i zwykle rezultat był taki, że pytała o czas nieznajomych, których właśnie obudziła, ale to już osobna historia).

A potem w pewnej chwili w ciągu tych dwudziestu lat wielki biznes odkrył, że może ułatwić wszystkim życie i zapewnić sobie wiele lukratywnych telefonów, jeżeli tylko oprze swój numer na chwytliwej kombinacji liter. Tak więc teraz, niemal zawsze, kiedy dzwonisz do któregokolwiek komercyjnego miejsca, wykręcasz 1-800-FLY TWA albo 244-GET PIZZA i tym podobne. Niewiele zmian ostatnich dwudziestu lat uczyniło życie tak nieprawdopodobnie lepszym dla prostych ludzi, takich jak ja, ale te numery z pewnością.

Tak więc, kiedy ci biedacy w Anglii słuchają drętwego głosu w słuchawce, który informuje, że numer kierunkowy do Chippenham brzmi teraz 01724750, z wyjątkiem nu­merów czterocyfrowych, do których dodaje się 9, ja zajadam pizzę, rezerwuję bilety lotnicze i czuję się znacznie mniej wrogo nastawiony do współczesnej telekomunikacji.

A oto mój wspaniały pomysł. Uważam, że każdy z nas powinien mieć jeden numer do wszystkiego. Mój oczywiście brzmiałby 1-800-BILL. I ten numer załatwiałby wszystko — na niego by się do mnie dzwoniło, on widniałby na moich czekach, zdobiłby mój paszport, służyłby do wypożyczenia kaset wideo.

 

Oczywiście trzeba by było napisać na nowo wiele programów komputerowych, ale jestem pewien, że da się to zrobić. Mam zamiar podnieść ten problem u producenta mojego komputera, jak tylko znów znajdę ten numer seryjny.

13 października 1996

PANIE DOKTORZE, JA TYLKO PRÓBOWAŁEM SIĘ POŁOŻYĆ…

Mam dla was pewne dane. Zgodnie z ostatnim rocznikiem statystycznym Statistical Abstract of the United States, każdego roku ponad 400 000 Amerykanów cierpi na urazy spowodowane przez łóżka, materace i poduszki. Pomyślcie o tym przez chwilę. To więcej ludzi, niż mieszka w całym okręgu Coventry. To niemal 2000 łóżkowych, materacowych i poduszkowych okaleczeń dziennie. W cza­sie, który zajmie wam przeczytanie tego artykułu, czworo Amerykanów w jakiś sposób zostanie zranionych przez swoje legowiska.

Podnoszę ten problem nie dlatego, żeby zasugerować, iż Amerykanie są bardziej nieporadni od reszty świata, jeś­li chodzi o kładzenie się spać (choć jasne jest, że tysiącom przydałoby się dodatkowe szkolenie), ale raczej dlatego, że nie ma takich danych statystycznych dotyczących tego ogromnego i rozproszonego narodu, które nie wprawia­łyby w zadumę.

Wpadłem na to pewnego dnia w naszej dzielnicowej bibliotece, kiedy w wyżej wspomnianym roczniku statystycznym szukałem czegoś zupełnie innego, a natknąłem się na „Tabelę nr 206: Obrażenia związane z artykułami konsumpcyjnymi”. Od dawna nie spędziłem tak rozrywkowych trzydziestu minut.

Rozważcie ten intrygujący fakt: niemal 50 000 Amerykanów co roku doznaje obrażeń z powodu ołówków, piór i innych materiałów piśmienniczych. Jak oni to robią? Spędziłem przy biurku wiele długich godzin, podczas których jakikolwiek wypadek powitałbym jako miły przerywnik, ale nigdy nie udało mi się nawet zbliżyć do osiągnięcia urazu cielesnego.

Pytam więc po raz kolejny: jak oni to robią? Pamiętajcie, że chodzi tu o wypadki na tyle poważne, by trzeba było jechać na pogotowie. Wbicie sobie zszywacza w palec wskazujący (co zdarza mi się dosyć często, czasem nie do końca przypadkiem) nie liczy się. Rozglądam się w tej chwili po swoim biurku i jeśli nie włożę głowy do laserowej drukarki albo nie dźgnę się nożyczkami, w promieniu 10 stóp nie widzę żadnego źródła potencjalnego zagrożenia.

A jest jeszcze cała historia z obrażeniami domowymi, i jeśli tabela nr 206 może służyć za przewodnika — takie obrażenia mogą nam zagrażać dosłownie zewsząd. Na przykład: w roku 1992 (to ostatni rok, dla którego dostępne są dane) ponad 400 000 osób w Stanach Zjednoczonych zostało zranionych przez krzesła, sofy i rozkładane leżanki. Jakie wnioski możemy z tego wyciągnąć? Czy mówi nam to coś o projektach współczesnych mebli, czy jedynie to, że Amerykanie są wyjątkowo nieuważnymi siadaczami? Pewne jest tylko, że problem się powiększa. W ciągu jednego roku liczba obrażeń doznanych za pomocą krzeseł, sof i leżanek wzrosła o niemal 30 000 przypadków, co jest liczbą dosyć niepokojącą nawet dla tych z nas, którzy nie znają lęku przed miękkim umeblowaniem. (Oczywiście, to właśnie może być główna przyczyna problemu — nadmierna pewność siebie).

Jak łatwo przewidzieć, „schody, rampy i podesty” były najowocniejszą kategorią, z niemal dwoma milionami nieszczęsnych ofiar, ale w innych dziedzinach niebezpieczne obiekty okazały się o wiele bardziej łagodne, niż można było sądzić po ich reputacji. Więcej osób doznało obrażeń za sprawą sprzętu nagrywającego (46 022) niż na deskorolkach (44 068), trampolinach (43 655), a nawet z powodu golarek i żyletek (43 365). Marne 16 670 zbyt entuzjastycznych rębaczy okaleczyło się toporkami i siekierami, a nawet piły i piły tarczowe pociągnęły za sobą relatywnie skromną liczbę 38 692 poszkodowanych.

Pieniądze w banknotach i monetach (30 274) miały niemal tyle samo ofiar co nożyczki (34 062). Od biedy mogę sobie wyobrazić, że ktoś połyka monetę i po chwili tego żałuje („Chcecie zobaczyć fajną sztuczkę?”), ale za żadne skarby nie potrafię wymyślić hipotetycznych okoliczności, w których zwijanie banknotów kończy się wizytą na ostrym dyżurze. Byłoby interesujące poznać niektóre z tych osób.

Z chęcią pogadałbym także z niemal każdą z 263 000 osób okaleczonych przez sufity, ściany i panele. Nie wyobrażam sobie, że można być ofiarą sufitu i nie mieć do opowiedzenia kapitalnej historii. Podobnie znalazłbym czas dla każdej z 31 000 osób zranionych przez swe „przybory pielęgnacyjne”.

Jednak naprawdę chciałbym poznać te 142 000 poszkodowanych, którzy wylądowali na pogotowiu z okaleczeniami zadanymi im przez własne ubrania. Na co oni mog­li cierpieć? Skomplikowane złamanie pidżamowe? Krwotok dresowy? Nie potrafię niczego wymyślić.

Mam kolegę, który jest chirurgiem ortopedą. Powiedział mi niedawno, że do jego ryzyka zawodowego trzeba zaliczyć również to, że zaczyna być nerwowy, robiąc cokolwiek, ponieważ ciągle naprawia ludzi, którzy nieźle się urządzili w najbardziej nieprawdopodobny i niemożliwy do przewidzenia sposób. (Tego właśnie dnia operował faceta, któremu przez szybę samochodu wpadł łoś, zresztą ku zaskoczeniu obojga). Teraz dzięki tabeli nr 206 zacząłem rozumieć, co mój kolega miał na myśli.

Co ciekawe, do owego wykazu statystycznego przywiodła mnie przede wszystkim chęć sprawdzenia liczby przestępstw w stanie New Hampshire, gdzie teraz mieszkam. Słyszałem, że to jedno z najbezpieczniejszych miejsc w Ameryce — i faktycznie wykaz to potwierdził. W ostatnim ujętym w sprawozdaniu roku były tu tylko cztery morderstwa — w porównaniu z 23 000 w całym kraju — i bardzo niewiele poważnych przestępstw.

Wszystko to oczywiście znaczy, że w New Hampshire jestem statystycznie o wiele bardziej narażony na zranienie przez mój sufit czy slipki — by przytoczyć tylko dwa potencjalnie śmiertelne zagrożenia — niż przez nieznajomego, i szczerze mówiąc, wcale nie uważam tego za pocieszające.

20 października 1996