Domek przy plażyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

The Beach House

Copyright © Beth Reekles, 2019

Originally published by RHCP Digital

an imprint of Penguin Random House Children’s Publishers UK

A Penguin Random House Group Company, London 2019

www.penguinrandomhouse.co.uk

Przekład

Patrycja Zarawska

Redakcja

Anna Hadała-Żołnik, Dominika Rychel

Korekta

Pracownia 12a

Skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66360-20-4


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Odkąd pamiętam, co roku spędzaliśmy lato w domku plażowym Flynnów. Wakacje w tym miejscu były jak piękny sen.

Jednak pakowanie się przed wyjazdem zawsze stawało się moim osobistym koszmarem. Zawsze.

Nie było tak źle, gdy robiła to za mnie mama. Jako mała dziewczynka za bardzo nawet nie wiedziałam, co będzie mi potrzebne, albo po prostu się tym nie przejmowałam. Ale teraz musiałam się nieźle wysilać… W tym roku jak zwykle straciłam cierpliwość, wywróciłam walizkę do góry dnem i zaczęłam od nowa.

Było środowe przedpołudnie, dzień przed wyjazdem. Tata zajrzał do mojego pokoju i podał mi szklankę coli.

– Wygląda jak po wybuchu bomby – zauważył ze śmiechem.

– Nienawidzę się pakować.

– Nie zapomnij balsamu po opalaniu.

– Okej, okej, okej!

Niemożliwe, żebym o tym zapomniała. Zeszłego roku poparzyłam sobie tyły nóg tak mocno, że bolało mnie przy siadaniu. Tata rozejrzał się po pokoju, potrząsnął głową i zostawił mnie z tym chaosem.

W końcu zapakowałam to samo co zawsze: mnóstwo strojów kąpielowych i klapek, i kapeluszy przeciwsłonecznych, a do tego jakieś spodenki i koszulki. Potem dorzuciłam jeszcze żółtą letnią sukienkę, do której zakupu ostatnio namówiły mnie dziewczyny – tak na wszelki wypadek.

Tegoroczne kłopoty z pakowaniem były gorsze niż zwykle po części dlatego, że teraz miałam chłopaka, a on będzie tam przecież z nami. Znałam Noah i Lee Flynnów przez całe życie; Lee wciąż był moim najlepszym przyjacielem, ale Noah w ciągu ostatnich kilku miesięcy przestał być dla mnie po prostu starszym bratem Lee i stał się… no, moim chłopakiem.

To oznaczało, że możemy się wybrać na randkę, zwłaszcza że już nie ukrywaliśmy naszego związku przed światem…

Uśmiechnęłam się na tę myśl. Koniec ukradkowych spotkań! Koniec ukrywania się przed najlepszym przyjacielem w obawie przed tym, że zranimy jego uczucia. Oficjalnie byliśmy parą.

Choć z jednej strony wywoływało to u mnie radość, z drugiej – miałam ochotę targać sobie włosy na głowie. A gdybym tak chciała ładniej się ubrać, żeby pokazać się tu i tam z Noah? Albo też: czy powstanie jakaś nowa zasada, która zabroni mi się snuć po domu w obszarpanych spodenkach od piżamy i workowatej koszulce bez rękawów, jeśli on znajdzie się w pobliżu?

Wybrałam na wyjazd piżamę, którą z przyjemnością nosiłam przez ostatnie kilka miesięcy. Zdecydowanie nie był to ten rodzaj ciuszka, w którym chciałoby się paradować przed swoim chłopakiem… Zwłaszcza jeśli mowa o największym ciachu w szkole, z tym jego powalającym uśmiechem… Ale inne moje piżamy i tak nie za bardzo się od tej różniły.

Westchnęłam i mruknęłam pod nosem:

– Do diabła z tym. – Po czym wrzuciłam piżamę do walizki.

– Do diabła z czym? – rozległo się za mną.

– Cześć, Lee! – przywitałam się, nawet nie zerkając przez ramię. I bez tego wiedziałam, że w drzwiach pokoju stoi mój najlepszy przyjaciel, od zawsze na zawsze.

– Co ty wyprawiasz? Wysadziłaś szafę w powietrze?

– Tia. Posprzeczałyśmy się. Chyba chce rozwodu.

Parsknął śmiechem, a ja usłyszałam, że strąca ubrania z mojego łóżka na podłogę. Odwróciłam się, żeby mu powiedzieć, by trochę uważał i nie pogniótł mi rzeczy, ale on właśnie padał plackiem na moją kołdrę.

– Co tak mamrotałaś pod nosem? – zapytał.

– A nic, tylko…

Uniósł brew, robiąc tę nieprzekonaną minę, która oznaczała, że Lee doskonale wie, o co chodzi, tylko chce to ode mnie usłyszeć.

– Co, bikini nie jest wystarczająco skąpe dla mojego brata?

Rzuciłam w niego koszulką.

– Nie, to nie to.

– W takim razie co? O, kurczę, nie, tylko mi nie mów, że chcesz mnie teraz wyciągnąć na zakupy albo coś w tym stylu. Proszę, Shelly, tylko nie to! Tampony zniosę, ale bielizna to stanowczo za wiele!

Roześmiałam się. Lee był jedyną osobą, której uchodziło na sucho mówienie do mnie „Shelly” zamiast „Elle” (skrót od Rochelle), choć Noah też czasami używał tej zakazanej ksywki, żeby się ze mną podroczyć.

– Też nie to. Chodzi o moją piżamę.

– O, tylko tym się martwisz? – Lee skwitował moje obawy śmiechem. Przetoczył się do brzegu łóżka i wychylił, żeby zajrzeć do mojej walizki. – Wyglądasz świetnie w każdym ciuchu. Poza tym Noah i tak raczej nie zwróci na to uwagi.

Uśmiechnęłam się do Lee. Bez względu na to, co mnie dołowało, on zawsze umiał błyskawicznie poprawić mi nastrój.

– A tak przy okazji: od jak dawna się już pakujesz? – spytał. – Od osiemnastu godzin?

Zawahałam się.

– Od ośmiu.

Mój najlepszy przyjaciel posłał mi przeciągłe, puste spojrzenie, a potem oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

– Niech zgadnę. Ty – oskarżycielsko wycelowałam w niego palec – pewnie w ogóle jeszcze nie zacząłeś się pakować.

– A ty – odpowiedział takim samym gestem – masz totalną rację.

Odchrząknął nagle, wziął z łóżka poduszkę i zaczął skubać poszewkę.

– Więc… nie masz nic przeciwko temu, żeby Rachel przyjechała do nas, co?

Pytałeś o to jedynie miliard razy…

Chyba się bał, że urządzę awanturę, powiem mu, że nie chcę żadnych zmian i w ogóle jak śmie zapraszać na wakacje swoją dziewczynę! To znaczy tak, w pewnym sensie nie miałam ochoty widzieć tam Rachel na doczepkę. Chciałam, żeby było jak zawsze, bez zmian.

Ale jak bardzo byłoby to egoistyczne?

No i chodziłam przecież z jego starszym bratem. Jak mogłabym powiedzieć Lee, że nie życzę sobie na naszych wakacjach jego dziewczyny, skoro będzie tam mój chłopak?

Poza tym gdybyśmy nawet nie tworzyli z Noah pary, i tak w tym roku byłoby inaczej niż do tej pory. Noah nie będzie tam z nami przez cały czas: wyjedzie ze swoim tatą dwa dni wcześniej niż reszta, żeby się rozejrzeć po kampusie Harvardu. Polecą do Massachusetts, a my mieliśmy zostać.

Nie mogłam znieść tego, że wszystko musiało się zmienić. Dorastając, myślałam, że zawsze będziemy mieć domek przy plaży. Że bez względu na wydarzenia pojedziemy tam co roku na lato i przynajmniej przez kilka dni będziemy się mogli zachowywać jak dzieciaki i po prostu obijać. Nawet kiedy przybyło nam lat i Noah trochę się od nas oddalił, urywając się na nocne imprezy na plaży albo umawiając z przypadkowymi dziewczynami, które się do niego mizdrzyły, zawsze wracał, żeby z nami pobyć. Ponieważ tam, na bezludziu, w otoczeniu morza i piasku, nikomu z nas nie zależało, co ktoś sobie pomyśli. Lato w domku przy plaży wiązało się z tym, że wszystko jest inaczej, ale inaczej w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Tylko że w tym roku nie byłam tego taka pewna.

Zamrugałam, patrząc na Lee i odrywając się od swoich myśli.

Nie miało znaczenia, czy przyjazd Rachel przeszkadza mi czy nie – skoro to jego dziewczyna, nie mogę mieć obiekcji właśnie ze względu na niego. Na szczęście ją lubię.

– Jasne, że nie mam nic przeciwko – odpowiedziałam. – Kiedy do nas dojedzie?

– W poniedziałek. A jej rodzina odbierze ją w czwartek po południu, po drodze do krewnych.

– Okej. – Kiwnęłam głową i podniosłam z podłogi spodnie, żeby je poskładać.

– Elle, na pewno ci to nie przeszkadza, że…

– Na pewno! – Roześmiałam się, żeby wzmocnić swoje słowa. – Na pewno mi to nie przeszkadza, Lee, po raz miliardowy! Poza tym to miło, że twoja mama i ja będziemy miały dla odmiany więcej damskiego towarzystwa. Wiesz, że z trudem z wami wytrzymujemy.

– Zapamiętam to sobie – powiedział z chytrym uśmieszkiem. – Biorąc pod uwagę, jak mało czasu spędziliśmy ze sobą przez ostatnie kilka lat…

Oboje wybuchnęliśmy śmiechem, po czym wyszczerzyłam się jeszcze szeroko do Lee.

 

– No już, zabieraj swoją tylną część do domu i zacznij się w końcu pakować! – Stanowczym ruchem wypędziłam go z łóżka. – I jeżeli znowu zapomnisz wziąć kąpielówek, nie pożyczę ci swojego bikini. Nie potrzebuję powtórki z takiej rozrywki.

O wpół do siódmej następnego dnia rano stałam u szczytu schodów, gotowa zawlec swoją walizkę na ganek. Rozległo się pukanie do frontowych drzwi, które zaraz potem otworzyły się i do środka wszedł Lee.

– Hej, uważaj z tym! – zawołał i błyskawicznie, zanim zdążyłam pokonać choćby trzeci stopień, wskoczył po schodach, by przejąć ode mnie bagaż. Trzymałam się przy tym barierki, żeby nie spaść – moja waliza ważyła chyba z tonę.

– Dzięki – sapnęłam.

Kiedy dotarliśmy do drzwi, koło kuchni coś się poruszyło. Lee spojrzał nad moją głową, a kiedy się odwróciłam, ujrzałam tatę stojącego w piżamie i starym burgundowym szlafroku. Okulary siedziały mu za nisko na nosie, w dodatku były nieco przekrzywione. Poprawił je palcem.

– To co, gotowi do wyjazdu?

– Tak – odpowiedzieliśmy jednym głosem.

– Znacie zasady: żadnych szalonych imprez przy tequili, nie pływać za daleko od brzegu, być miłym dla innych dzieci…

– Znamy – odrzekliśmy znowu chórkiem.

Tata roześmiał się, ale zlało się to z ziewnięciem.

– Wiem, wiem, to samo rodzicielskie gadanie jak co roku, nie? Chodź no tu, Elle, niech cię przytulę, zanim pojedziesz.

Podeszłam, uściskałam go i pocałowałam w policzek.

– Uważaj na siebie.

Przewróciłam oczami. Co on sobie o mnie myśli? Że stanę do walki z rekinem, by mieć o czym potem opowiadać? Słowo daję…

– Wiesz, co mam na myśli, Elle.

Pytająco uniosłam brwi. Naprawdę wiem?

Lee kaszlnął znacząco przy drzwiach, a tata przestąpił z nogi na nogę i skrzyżował ramiona na piersi. Lekko zacisnął szczęki, wyraźnie zakłopotany, po czym prawie wyszeptał:

– Z Noah.

Jakoś mi się udało nie strzelić buraka. Westchnęłam tylko i jeszcze raz teatralnie przewróciłam oczami.

Jakby na pociechę przynajmniej Lee nie robił żadnych sarkastycznych uwag. Wystarczy, że kupił mi paczkę prezerwatyw na urodziny. I że podarował mi je przy wszystkich – nie tylko przy swoich rodzicach, moim tacie i przy Noah, lecz także przy moim dziesięcioletnim bracie! Tak właśnie Lee radził sobie z kłopotliwą sytuacją, w jakiej go postawiłam, zostając dziewczyną jego brata – stroił sobie ze mnie żarty.

Możecie sobie wyobrazić, jak się dziko uśmiałam przy tych całych kondomach. No naprawdę, ha-ha.

– Nic mi nie będzie, tato. Przestań się martwić. Zadzwonię do ciebie, jak przyjedziemy na miejsce – zapewniłam.

– W porządku, pączuszku. – Uśmiechnął się i przez sekundę wyglądał, jakby nosił na karku więcej niż swoje czterdzieści osiem lat. Ale tylko przez moment, a ja tymczasem ruszyłam już do wyjścia. Lee porwał moją walizę, zanim zdążyłam po nią sięgnąć.

– Lee?

– Tak? – Na wpół odwrócił się od drzwi do mojego taty.

– Opiekuj się dla mnie moją małą dziewczynką, dobrze?

Nie patrzyłam teraz na tatę, tylko na mojego najlepszego przyjaciela. A on spoglądał na mnie z łagodnym, życzliwym uśmiechem na twarzy. Wyraz jego oczu był ciepły i znajomy, wyryte w mojej pamięci piegi wciąż tkwiły mu na nosie, od ponad dziesięciu lat. Nagle poczułam palącą potrzebę, by się do niego mocno przytulić i cieszyć się z tego, że cokolwiek się zdarzy; choćby nie wiedzieć jak wszystko miało się zmienić przez to, że znaleźliśmy sobie partnerów i dorastamy, Lee zawsze będzie przy mnie.

Jakaś maleńka cząstka mnie – głosik brzmiący w mojej głowie dziwnie podobnie do głosu Lee – kazała mi skończyć z tą ckliwością.

– Bez baw – odparł Lee, patrząc na mnie, a ja widziałam, że nadajemy na tych samych falach. – Zadbam o nią.

Rozdział 2

Podróż minęła mi szybciej niż zwykle. Tym razem jechaliśmy na dwa wozy, a nie, jak dotąd, rodzinnym autem Flynnów. Lee zabrał mnie swoim kabrioletem – mustangiem z sześćdziesiątego piątego roku. Przez całą drogę śpiewaliśmy razem z radiem na całe gardło, wygłupiając się przy tym na potęgę.

No, może to mi skróciło jazdę, a może fakt, że Lee nie żałował gazu.

Dotarliśmy jako ostatni, choć tamci przyjechali pewnie niewiele przed nami. Matthew (tata Lee i Noah) właśnie zamykał bagażnik i włączał blokadę samochodu. Uśmiechnął się do nas i pomachał nam.

– W porządku?

Wyskoczyłam z kabrioletu i zarzuciłam sobie na ramię wielką słomkową torbę.

– Jasne.

Lee siedział jeszcze za kierownicą, sprzątając kłębowisko opakowań po batonach i pustych butelek. Normalnie był bałaganiarzem, ale duma z posiadania takiego wozu nie pozwalała mu w nim śmiecić.

Otworzyłam bagażnik i próbowałam dobrze się zaprzeć, żeby wyjąć walizkę. Próbowałam ją wytargać na zewnątrz, zastanawiając się, co takiego, u licha, zabrałam na dziesięć dni, że musi to tyle ważyć.

– Pożyczyć ci paru mięśni?

Zaskoczona sapnęłam i upuściłam torbę, a ona osunęła się z powrotem do bagażnika z głuchym łupnięciem. Spojrzałam przez ramię i choć włosy mi opadały na twarz, zobaczyłam Noah: seksownego i przystojnego jak zawsze, wyginającego w łuk ciemną brew i oczywiście strasznie z siebie zadowolonego.

Serce zatrzepotało mi w piersi i nie mogłam powstrzymać uśmiechu – a przecież widziałam go zaledwie dwa dni temu. Noah wyszczerzył się do mnie, gdy ruszyłam w jego stronę po całusa, po czym otoczył mnie w pasie ramionami i przysunął bliżej. Pachniał tak cudnie. I tak też wyglądał w swoich kąpielowych szortach i dopasowanej białej koszulce.

– No hej!

– Hej tobie też – wyszeptał tuż przy moich ustach, uśmiechając się. – To co, pomóc ci z bagażem?

– Jest cały twój, Supermanie.

Nie mogłam sobie odmówić tej szpileczki – tuż zanim zostaliśmy parą, wyczaiłam, że nosi bokserki z Supermanem. A on naprawdę się przez to zawstydził! Noah Flynn, szkolny twardziel, palant, z którym się wiecznie wykłócałam… nosi bokserki z Supermanem.

Nie cierpiał, kiedy to wywlekałam. Ale czasami pokusa droczenia się z nim była nie do odparcia.

Pocałował mnie lekko w policzek, po czym wyjął moją walizkę z bagażnika i poszedł za mną po schodkach na ganek. Biała farba wciąż się łuszczyła, bez względu na to, ile razy rodzice chłopaków dawali nam dwadzieścia dolców za popołudnie spędzone na kolejnym odmalowaniu. Ławka na ganku wyglądała, jakby się miała rozpaść na pół za każdym razem, kiedy się na niej siadało. Idąc do drzwi, przesunęłam dłonią po podłokietniku.

Domek przy plaży miał kilka pokoi, lecz wszystkie były małe i ciasno upakowane. Mebli nie zmieniano od lat, niektóre pamiętały nasze wczesne dzieciństwo. Na zewnątrz znajdowały się basen i stół, przy którym zwykle jadaliśmy wieczorne posiłki, o ile nie padało, była też prowadząca na plażę ścieżka, zawsze zarośnięta chaszczami. Całość stanowiła totalne przeciwieństwo nieskazitelnego, zadbanego miejskiego domostwa Flynnów i jego nowoczesnego wystroju.

Uwielbialiśmy ten zakątek dokładnie takim, jaki był – trochę zaniedbany, tu odrapany, tam sfatygowany, ale przytulny i swojski. W moich oczach prezentował się idealnie.

– Wyskoczę na chwilę po coś do jedzenia – oznajmiła June, wychylając się z kuchni, gdy przechodziłam korytarzem. Uśmiechnęła się na mój widok.

– Cześć, Elle, kochanie.

Przywitałam się i uściskałam ją, podczas gdy Noah przeciskał się obok z walizką, idąc do mojego pokoju.

– Chcesz, żebym podjechała z tobą do sklepu? – zaproponowałam.

– Nie, nie, dam sobie radę. Zostań tu i się rozpakuj.

Potem, trzymając mnie na odległość ramion, przyjrzała mi się z łagodnym, matczynym uśmiechem, jakim zawsze nas obdarzała, i powiedziała coś, co mnie kompletnie zaskoczyło, ponieważ padło tak niespodziewanie.

– Popatrz no na siebie, Elle. Nagle tak wydoroślałaś.

– Jak to? Bo musiałam otworzyć ten specjalny zamek, żeby walizka zrobiła się pojemniejsza?

– Nie. – Roześmiała się. – Nie wiem. Nie bardzo umiem to wyjaśnić. Po prostu ostatnio wyglądasz, jakbyś się stała prawdziwą młodą kobietą. No dobrze, ale mi się zebrało na ględzenie! Zabieram się stąd, zanim zacznę się rozglądać za fotkami bobasów! O, i powiedz chłopcom, że na obiad mamy steki.

– Jasne! – zawołałam za June wycofującą się już do kuchni.

Ruszyłam korytarzem w stronę sypialni. Lee i ja zajmowaliśmy jeden pokój, a Noah miał osobny, rozdzielała je wspólna łazienka. Byłoby bardziej sensownie, gdyby chłopcy mieli sypialnię na spółkę, ale w dzieciństwie tak się nawzajem tłukli, że Lee wylądował ze mną, a potem już po prostu tego nie zmienialiśmy. (I chociaż June i Matthew to świetni rodzice, wyraźnie zaznaczyli, że nie będę dzieliła pokoju z Noah).

Noah właśnie wychodził z powrotem na zewnątrz. Zatrzymał się w drzwiach kuchni.

– Dzięki za pomoc z walizką.

– Co, tylko tyle? Nie dostanę napiwku?

Roześmiałam się, dając do zrozumienia, że nie ma na to szans. Złapał mnie za nadgarstek i zastąpił mi drogę, przyszpilając mnie w przejściu.

– Hej. Jestem niesamowicie uwodzicielskim bojem hotelowym i ty o tym wiesz – powiedział tonem tak poważnym jak wyraz jego twarzy.

Przygryzłam wargę, by nie parsknąć śmiechem, ale nie powstrzymałam szerokiego uśmiechu.

– Wmawiasz to sobie. – Wspięłam się na palce, żeby go cmoknąć w usta.

Zamiast mnie puścić, Noah wciągnął mnie w miękki, słodki pocałunek; bardziej intymny niż tamten, którym przywitaliśmy się na zewnątrz. Jego palce ześliznęły się z mojego nadgarstka, żeby się spleść z moimi.

Ktoś głośno odchrząknął – podskoczyliśmy obydwoje.

Odwróciłam głowę, żeby posłać przyjacielowi znaczące spojrzenie i cierpko zapowiedzieć, że też będę mu przeszkadzała w każdym pocałunku, gdy przyjedzie Rachel, ale zaliczyłam wtopę i słowa uwięzły mi w gardle.

– Czy mogę przejść? – spytał Matthew.

Noah odsunął się i przyciągnął mnie do drzwi kuchni, by zrobić miejsce dla swego taty. Było mi tak strasznie wstyd. W tej chwili mogłam jedynie gryźć się w język i solennie obiecywać sobie w duchu, że już nigdy, przenigdy nie będę się całowała w przejściu.

Z odrętwienia wyrwało mnie delikatne szarpnięcie za kucyk. Noah chichotał.

– Shelly, można by pomyśleć, że nie jesteś przyzwyczajona do tego, by cię widywano z chłopakiem.

– Można by pomyśleć, że spotykaliśmy się potajemnie przez długie miesiące – odgryzłam się spokojnie i przewróciłam oczami, nadal zażenowana. – Czy twoi rodzice na pewno nie mają nic przeciwko mojemu przyjazdowi w tym roku?

Moje pytanie zabrzmiało, jakby to Lee po raz nie wiadomo który upewniał się, czy mi nie przeszkadza kilkudniowa wizyta Rachel. Szukałam w twarzy Noah jakiejś wskazówki. Może jego rodzice powiedzieli mu coś, z czym by się przede mną nie zdradzili, może nawet była jakaś dyskusja, czy powinnam przyjeżdżać w tym roku po dramie, którą niedawno spowodowałam.

Noah uścisnął mi rękę – moja dłoń nagle zrobiła się jakaś lepka – a jego dotyk zdawał się rozplątywać wszelkie węzły w moim brzuchu.

– Totalnie na pewno nie mają. Hej, a może się rozpakujesz? Obiecałem tacie, że posprzątam na zewnątrz.

Pozwoliłam, żeby mnie znów pocałował, i poczułam się nieco lepiej, gdy rozeszliśmy się każde w swoją stronę. W naszym wspólnym pokoju Lee już wpychał swoje ubrania do szuflad komody. Uśmiechnął się do mnie i dzięki temu rozluźniłam się jeszcze bardziej. Oczywiście, że Matthew i June chcą mnie tutaj. Gdyby tak nie było, Lee by mi powiedział. Nie ukrywałby czegoś takiego.

– Może nie powinnam była zabierać tylu maneli – sapnęłam, gdy wreszcie wtaszczyłam walizę z podłogi na łóżko, żeby przejrzeć zawartość.

– To może być twój najinteligentniejszy wniosek w życiu, Elle.

– Ha-ha.

– Zobacz – odezwał się Lee – gdyby to było rok temu, żartowałbym, że będziesz miała pretekst, by się przyglądać, jak mój brat pręży mięśnie, a może nawet z nim porozmawiać, bo przecież kochasz się w nim skrycie, mimo że… No tak, kochasz się w nim już nieskrycie. Teraz takie żarty to strata czasu.

Roześmiałam się.

– Nie martw się, dalej są śmieszne.

– Tia, ale tylko dlatego, że taki nadzwyczajny ze mnie komik. – Zachichotał. – Jednak to już nie to samo.

Westchnęłam, nagle rozdrażniona.

– Czego się spodziewasz? Że powiem „przepraszam”?

Zmarszczył brwi.

– Nie miałem niczego takiego na myśli, Shelly.

 

Odwrócił się, chowając ostatnią koszulkę do szuflady. Nagle między nami powstało jakieś napięcie; nie byłam do tego przyzwyczajona. Napięcie, które lubiliśmy ignorować. Lee wciąż był urażony tym, że go tak długo okłamywałam, i z jakiegoś powodu interpretował tę sytuację tak, jakbym wolała Noah od niego.

– Nie to miałem na myśli – powtórzył, tym razem z miękką nutką w głosie.

– Wiem.

Ostro wciągnął powietrze i wyszczerzył się do mnie, żeby rozproszyć przykry nastrój.

– A teraz pośpiesz się i wskakuj w bikini, bo chcę już iść na plażę.

Mieszkamy w Kalifornii i przez kilka ostatnich tygodni mieliśmy mnóstwo, mnóstwo słońca, ale plaża ma w sobie coś szczególnego. Lato wydawało się znacznie pogodniejsze, kiedy znajdowaliśmy się tak blisko morza.

Dwadzieścia minut później Lee i ja szliśmy wydeptaną piaszczystą dróżką wśród krzaków. W drodze na plażę puściliśmy mimo uszu wołanie Noah, który się dopominał, żebyśmy mu trochę pomogli w sprzątaniu. Na miejscu rozłożyłam starannie ręcznik, po czym opadłam na niego, założyłam słuchawki i znalazłam w telefonie swoją playlistę. Oczy osłoniłam czerwonymi plastikowymi okularami za pięć dolarów – Lee musiał się specjalnie dla mnie zatrzymać na stacji paliw, żebym je kupiła. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że zapomniałam zabrać swoich z domu.

Usłyszałam, że Lee odchrząkuje głośno, więc przekręciłam głowę, żeby na niego spojrzeć. Przesunął sobie swoje ray-bany nad czoło, mierzwiąc włosy.

– Co robisz? – zapytał.

– Em… opalam się? – Westchnął z rozdrażnieniem, marszcząc brwi. Potem, grożąc mi palcem, jakbym była nieposłusznym pieskiem, wygłosił: – Rochelle Evans, czasami jesteś taką dziewczyną.

Uniosłam ze zdziwieniem brwi, zwłaszcza że zwrócił się do mnie po imieniu i nazwisku, i spojrzałam po sobie. Melodramatycznie opuściłam szczękę.

– No wiesz? Przecież jestem dziewczyną!

Roześmiał się i kopnął trochę piasku, żeby mi obsypać nogi.

– Wiesz, o co mi chodzi. Chodźmy już po deski.

– Coś ci powiem. Ty idź po deski, a ja zostanę tu, żeby się ponapawać słońcem.

– Em, niech o tym pomyślę… Aaa, nie.

– Tak!

– Świetnie. Ale nie odpowiadam za to, jaka deska ci się dostanie.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, pobiegł, wzbijając tumany piasku. Westchnęłam i potrząsnąłem głową, po czym umościłam się wygodniej na ręczniku.

Coś mnie trąciło w nogę i czyjś głos mruknął:

– Hej, leniwcu.

– Nie mogłabym mieć choćby dwóch sekund spokoju? – zażartowałam, siadając i zdejmując okulary, żeby Noah widział, jak go obrzucam niby-karcącym spojrzeniem.

Zachichotał tylko i upuścił obok mnie swój ręcznik.

Założyłam okulary z powrotem i bezwiednie zahaczyłam wzrokiem o jego sześciopak. Jakie to dziwne – przyszło mi do głowy – że przez wszystkie te lata, gdy tu przyjeżdżałam, nie skorzystałam z okazji, by mu się porządnie przyjrzeć. Chyba za dobrze się bawiłam albo za dużo było wspólnych żartów i dlatego nie zwracałam uwagi na Noah. A potem, gdy się w nim zabujałam, mając, powiedzmy, dwanaście lat, weszłam w etap, kiedy ledwie umiałam się przy nim odezwać, nie mówiąc już o tym, żebym zebrała się na odwagę i sprawdzała, czy trzynasto- albo czternastoletni Noah ma kaloryfer na brzuchu.

Otrząsnęłam się z tych myśli i zerknęłam w górę, by się przekonać, czy zauważył, że pożeram go wzrokiem. Na pewno, wiedziałam to, będzie miał na twarzy ten seksowny uśmieszek, od którego strzelałam buraka bez specjalnego powodu – i owszem, zaczerwieniłam się, tyle że nie przez jego uśmieszek: to on pożerał wzrokiem mnie.

Poprawiłam sobie okulary i w tym czasie jego spojrzenie wróciło na moją twarz. Tym razem przyszła moja kolej na arogancki uśmieszek. Noah zagadnął niewinnie:

– Co, nie mogę pooceniać, jaka moja dziewczyna jest wspaniała?

Roześmiałam się.

– W takim razie ja spróbuję ocenić, jak bardzo mój chłopak jest ckliwy.

– O, daj spokój. Lubisz ckliwe klimaty.

Troszkę się speszyłam.

– No, odrobinę.

Zachichotał i podał mi rękę. Przyjęłam ją, pozwalając, by pomógł mi podnieść się z ziemi. Zaraz potem przyciągnął mnie w swoje ramiona i pocałował w czoło. Zaczęłam unosić głowę do porządnego pocałunku, gdy…

– Ej, gołąbki.

– Lee… – jęknęłam z wyrzutem, obracając się lekko w ramionach Noah. Przewróciłam oczami do przyjaciela, lecz on tylko wyszczerzył się do mnie szelmowsko i zamachnął się deskami surfingowymi, które właśnie przyniósł.

Rzucił bratu czarną z białym logo, niebieską zatrzymał dla siebie, a w moją stronę cisnął jaskraworóżową. Udało mi się ją złapać, zanim walnęła mnie w twarz, i wtedy zobaczyłam na niej wielkie logo „Barbie”, otoczone różowymi kwiatuszkami i serduszkami.

– Lee!

– Co? Mówiłem ci, że nie odpowiadam za…

– Tak, tak – przekomarzałam się. – No to chodźcie. Jedziemy z tą imprą!

Lee westchnął i klepnął mnie po ramieniu, a Noah parsknął śmiechem, który zaraz zamienił się w kaszel.

– Shelly… proszę, obiecaj mi jedno – jęknął Lee.

– Co?

– Nigdy więcej już tego nie mów.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora