W drogę!

Tekst
Z serii: Mała czarna
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W drogę!
W drogę!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,89  63,11 
W drogę!
W drogę!
Audiobook
Czyta Michał Klawiter, Monika Chrzanowska
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Addie

Mijają wieki, zanim pojawia się stacja obsługi autostrad. Kiedy już tam zajeżdżamy, rzeczywiście muszę iść na siku. I zaczerpnąć świeżego powietrza. Nagle mam wrażenie, że mini jest najmniejszym samochodem na tym pieprzonym świecie.

– Naprawdę zostawimy Marcusa? – rozlega się zafrasowany głos za moimi plecami.

Energicznym krokiem zmierzam do budynku. Idę szybko, bo nie chcę, żeby Dylan dogonił mnie i wciągnął w rozmowę. Podczas jazdy udało mi się nie napotkać jego spojrzenia i liczę, że ten stan rzeczy utrzyma się przez następne sześćset kilkadziesiąt kilometrów.

Jak na takiego niezgrabę Rodney porusza się bardzo szybko. Spoglądam na niego przez ramię.

– Nie, raczej nie – uspokajam go. – Marcus ma skłonność do dramatyzowania. Lepiej od razu położyć temu kres niż pozwolić, by uzewnętrzniał swoje emocje przez resztę dnia.

– Skąd go znasz?

Rodney rzuca się do przodu i otwiera mi drzwi. Mrugam zaskoczona. Zachowuje się niezręcznie, jak nastolatek, a jest na pewno po trzydziestce.

– Dylan i ja byliśmy parą.

– Ojej. Boże drogi, ależ krępująca sytuacja! – Rodney przykłada obie dłonie do ust.

Ku własnemu zaskoczeniu parskam śmiechem.

– Chyba tak.

Z półki na końcu alejki biorę kilka batoników czekoladowych. Ja i Deb zapakowałyśmy na drogę dość przekąsek dla nas obu, ale Dylan ma wilczy apetyt. Jeśli wywęszy smakołyki, nasze zapasy znikną jeszcze przed Fareham.

– Przepraszam za tę komplikację. Nie martw się, będzie dobrze. Dylan i ja potrafimy zachowywać się kulturalnie przez kilka godzin.

– Czyli rozstaliście się po przyjacielsku, tak? – pyta Rodney, podsuwając mi koszyk.

Wkładam batoniki, do tego pięć paczek herbatników i kilka torebek z cukierkami.

– Hm, czy po przyjacielsku?

Tamtego wieczoru, gdy Dylan mnie zostawił, wydzierałam się na niego. Nie tak jak zwykle krzyczą na siebie ludzie, tylko na cały głos, aż drapało mnie w gardle. Waliłam go pięściami po piersi i szlochałam, cała rozdygotana. Potem nie jadłam przez trzy dni.

– W miarę.

*

Wracamy. Dylan stoi z założonymi rękami, oparty o samochód, zwrócony twarzą w lewo. Za jego plecami wschodzi słońce. Obrazek jak z reklamy. Na przykład kapeli indierockowej albo ekskluzywnej wody kolońskiej. Wciąż ma zaniedbany wygląd i senne spojrzenie, ale nieco wydoroślał – jest bardziej wyrazisty.

Przyglądam mu się trochę za długo i już spuszczam wzrok, a wtedy on podchwytuje moje spojrzenie.

– Addie – odzywa się, gdy podchodzimy.

Robi krok w przód, chcąc pomóc mi z zakupami. Odsuwam się i idę do bagażnika.

– Addie, proszę… – Ścisza głos. – Powinniśmy porozmawiać. Większość dnia spędzimy razem w samochodzie. Nie chcesz… no wiesz… choć trochę… rozładować atmosfery?

Zatrzaskuję klapę bagażnika. Jakoś wcisnęłam dodatkowe pakunki, ale widoczność przez tylną szybę jest ograniczona. Rzeczy Dylana i Marcusa zajmują tyle miejsca, jakby jechała z nami Mariah Carey, nie wspominając o akcesoriach do ściągania pokarmu: dwóch laktatorach, torbie termicznej, butelkach…

– Przejdę się, rozprostuję nogi – oznajmia Rodney. – Wrócę za pięć minut, dobrze?

Nie należało mu mówić, że rozstaliśmy się w miarę po przyjacielsku. Nie zostawiłby mnie samej z Dylanem, gdybym przyznała, że zniszczył mi życie.

– Addie… nie możesz nawet spojrzeć na mnie?

Naprawdę nie jestem pewna, czy dam radę. To mi sprawia ból. Tak jakbyśmy byli dwoma magnesami o takiej samej sile oddziaływania, które odrywają się od siebie. Wolę spoglądać na trawnik, gdzie kilka osób wyprowadza psy. Mały pudel zatacza koła; jamnik chodzi w idiotycznych różowych szelkach. Za nimi pomału wznosi się słońce, a na trawie kładą się długie cienie. Widzę Marcusa, który przykucnął, żeby przywitać się z owczarkiem alzackim. Mam nadzieję, że pies jest przyjazny. Nie chcę, żeby go ugryzł, ale warknąć mógłby.

– Gdzie jest Deb? – pytam.

– Zadzwoniła wasza mama w sprawie Rileya.

Zerkam na Dylana.

– Deb powiedziała ci o Rileyu?

Patrzy łagodnym wzrokiem.

– Przed chwilą. Myślałem, że ty… że mi powiesz. O takich sprawach jak to, że Deb ma dziecko.

– Uznaliśmy, że nie będziemy się kontaktować.

– Ty tak uznałaś. Nie my.

Unoszę brwi.

– Przepraszam, przepraszam… – wycofuje się Dylan.

Bawię się bransoletkami. Mam świeżo pomalowane paznokcie, na wesele, ale są takie krótkie, że wyglądają głupawo. Jak czerwone kikutki.

– W każdym razie bardzo się cieszę, że Deb jest szczęśliwa – dodaje, gdy się nie odzywam.

– I trochę się dziwisz, co?

Dylan uśmiecha się i ja też, mimowolnie.

– Nie spytasz, kto jest ojcem?

– Zakładam, że obyła się bez niego. Jak Gaja, no wiesz, gdy poczęła Uranosa.

Mimo usilnych starań uśmiecham się jeszcze szerzej.

– Nie, nie wiem – rzucam oschłym tonem.

– W porządku – bąka. Odgarnia do tyłu włosy, z przyzwyczajenia, bo robił tak, gdy były dłuższe i opadały mu na oczy. – Z mitologii greckiej. Pretensjonalne porównanie, szpanerskie, wybacz. Chodziło mi o to, że Deb nigdy nie potrzebowała mężczyzny, zgadza się? Nie znaczy to, że zawsze jest potrzebny, ale… O Jezu.

– No to jazda! – rozlega się za nami okrzyk. Marcus pakuje się przed nas i otwiera tylne drzwi. – Odpalajcie. Rodney już galopuje.

Odwracam się i widzę Deb, która właśnie chowa telefon do kieszeni bluzy. Kiedy wsiada za Marcusem do samochodu, idę zająć miejsce kierowcy, mocno zaniepokojona. Czy to znaczy, że Dylan usiądzie z przodu, obok mnie?

– Gdzie się podział Rodney? – pyta Deb.

Spoglądam w tył, na trawnik. Rodney biegnie do nas, z rozwianym włosem, nieskoordynowanie machając kończynami, a za nim gna owczarek alzacki, ciągnąc na smyczy swojego pana.

– Cudownie – mamroczę, gramoląc się do auta i usiłując włożyć kluczyk do stacyjki.

Marcus wznosi okrzyki na cześć Rodneya, kiedy ten zasapany opada na siedzenie.

– Przepraszam! Strasznie przepraszam! – drze się.

– No, no – Deb cmoka z niezadowoleniem – ręce przy sobie. Mało brakowało, a ta jedna zabłądziłaby w okolice mojej waginy.

– Boże… najmocniej… – jąka się Rodney, kompletnie zażenowany.

Dylan siada z przodu. Znowu próbuje uchwycić moje spojrzenie.

– Nic się nie stało – mówi Deb. – Tamtędy wypchnęłam dziecko, więc nie tak łatwo ją uszkodzić.

– Och… ja nie… przepraszam…

– Przypomniało mi się, jak bardzo cię lubię, Deb – oznajmia Marcus.

– Naprawdę? Interesujące. Bo ja wcale cię nie lubię.

Wyjeżdżam na szosę. Nie mogę się oprzeć pokusie i rzucam okiem na Dylana.

– Przed nami tylko pięćset siedemdziesiąt sześć kilometrów – szepcze tak cicho, że tylko ja go słyszę.

Marcus wyjaśnia Deb, że „często jest źle rozumiany” i „właśnie dokonuje się w nim wewnętrzna przemiana, bardzo podobna do takiej, jakiej doświadczali rozpustnicy w kiepskich dziewiętnastowiecznych powieściach”.

– Pięćset siedemdziesiąt sześć kilometrów. Minie jak z bicza strzelił – mówię z przekonaniem.

Dylan

Mkniemy drogą A34. Już robi się gorąco, powietrze jest ciężkie i lepkie. Zapowiada się wspaniały letni poranek: niebo przybiera intensywnie lazurowy kolor, pola po obu stronach drogi żółcą się w słońcu. Taki dzień przywodzi na myśl kruszony lód i balsam przeciwsłoneczny, dojrzałe truskawki i błogi rausz po nadmiernej ilości ginu z tonikiem.

– Jak tak dalej pójdzie, roztopi się czekolada – mówi Addie i ustawia klimatyzację na najniższą temperaturę.

Ożywiam się.

– Czekolada?

– Nie dla ciebie – rzuca, nie odrywając wzroku od drogi.

Osuwam się na oparcie fotela. Sądziłem, że robimy postępy – już raz się odwróciła i obdarzyła mnie słabym uśmiechem, a ja tak się ucieszyłem, jakbym dostał prezent. Prawdziwy uśmiech od Addie jest jak pierwsza nagroda: trudna do zdobycia, ale gdy ją otrzymujesz, po prostu cię zatyka. Z pewnym niepokojem zauważam, że to się nie zmieniło, choć upłynęły prawie dwa lata. Chwilę później z powrotem zaczęła traktować mnie chłodno. Od pół godziny jesteśmy znowu w drodze, a Addie dopiero teraz odezwała się do mnie wprost. Nie mam prawa protestować ani nie powinienem się gniewać, ale nie mogę się powstrzymać, ponieważ uważam, że jest małostkowa, i wolę myśleć, że stać nas na więcej.

Próbuję znaleźć wygodną pozycję na fotelu. Addie zerka na mnie kątem oka i pogłaśnia radio. Leci jakaś piosenka pop, szybka, powtarzająca się melodia, kompromis między jej gustem a Marcusa; przy takiej głośnej muzyce nie słyszę, o czym gadają ci z tyłu. Ostatnio Rodney wyjaśniał Deb, jak się gra w quidditcha w realu, a rozbawiony Marcus dorzucał jakieś uwagi.

– No już – odzywa się Addie. – Jak chcesz coś powiedzieć, mów.

– Takie to oczywiste? – Silę się na lekki ton.

– O tak. – Nie owija w bawełnę.

– Ja… tylko… – dukam zdenerwowany. – Wciąż wymierzasz mi karę.

Natychmiast żałuję tych słów.

– Ja tobie?

Na twarzy czuję powolny ciepły nawiew z klimatyzatora, który nie spełnia swojej funkcji. Wolałbym uchylić okna, ale Marcus już wcześniej narzekał, że przeciąg rozwiewa mu włosy, i kolejnej takiej rozmowy bym nie zniósł. Siadam trochę bokiem, żeby ciepławe powietrze owiewało mi policzek – i żebym mógł obserwować Addie za kierownicą. Czubki jej uszu są czerwone, ledwo przykryte włosami. Teraz ma na nosie okulary przeciwsłoneczne, a te drugie nasunęła na głowę, żeby długa grzywka nie opadała jej na twarz; dawny kolor włosów widać miejscami przy samej skórze.

 

– Nadal nie chcesz ze mną rozmawiać.

– To, że się nie odzywałam, nigdy nie było karą. W gruncie rzeczy nie miało z tobą żadnego związku. Potrzebowałam przestrzeni.

Patrzę na swoje dłonie.

– Sądziłem, że koniec końców, przestaniesz jej potrzebować.

Zerka na mnie przez ciemne okulary i nic nie mogę wyczytać z jej oczu.

– Czekałeś? – pyta.

– No… może niezupełnie czekałem, ale…

Zawieszam głos; cisza ciągnie się między nami jak wstęga, za długo. Dostrzegam wzrok pasażerki w samochodzie jadącym sąsiednim pasem – kobieta w średnim wieku, w czapce na głowie, wpatruje się w nas wielkimi oczami. Spoglądam w tył, na resztę towarzystwa, i zastanawiam się, co ona widzi. Grupę beztroskich dwudziestoparolatków, stłoczonych w jaskrawoczerwonym mini, o wpół do siódmej rano w niedzielę przed wolnym poniedziałkiem.

Ona nie ma najmniejszego pojęcia. Gdyby tajemnice dało się wykorzystać do produkcji energii, nie potrzebowalibyśmy benzyny – na urazach, które w nas tkwią, przejechalibyśmy całą drogę do Szkocji.

Wtedy

Addie

Wpatruję się w sufit. W tej willi, będącej własnością Cherry, mieszkanie dozorcy mieści się na samym dole – zajmuje taką samą powierzchnię jak pomieszczenia na pierwszym piętrze, tyle że w suterenie. Jest piękne, o ile nie przeszkadza człowiekowi brak okien. Skoro mogę przez całe lato przebywać na południu Francji, nie płacić za utrzymanie i jeszcze dostawać kilkaset euro miesięcznie, to nie zamierzam się przejmować brakiem okien.

Dziś rano przyjechała cała rodzina, przyjaciele rodziców Cherry. Wzięli taksówkę z lotniska – na szczęście, bo wczoraj wieczorem wypiłyśmy z Deb trzy butelki wina, siedząc na balkonie w głównej sypialni i patrząc na gwiazdy aż do świtu. Zgodnie z prawem chyba jeszcze nie powinnam prowadzić samochodu, choć mamy już południe.

Jestem niemal pewna, że to będzie najlepsze lato w moim życiu. No bo… podkład muzyczny jest ekstra, a może większe nasycenie tonów daje taki efekt. Tego lata już nie jestem małą Addie, która ciągnie się w ogonie. Osobą, o której się zapomina, opowiadając kumplom, z kim się było w pubie. Nie jestem dziewczyną, którą się olewa, bo trafiła się lepsza. Mogę być, kim chcę.

To jest moje lato, i tyle. Teraz pewnie tego nie widać, bo jestem za bardzo skacowana, żeby się ruszyć.

Z krzywą miną patrzę w sufit. Niepokoją mnie ci nowi goście. Mieszkanie dozorcy nie jest wyciszone – zawsze wiemy, co się dzieje na górze. Zazwyczaj więcej, niżbyśmy chciały. Ale teraz nie słychać prawie nic. A oni na pewno tam są – rano obudziła mnie podjeżdżająca taksówka. Słyszę jakiś ruch. Taki… cichy. Jednoosobowy.

Cały czas jedne kroki niosą się po kuchni, w stronę schładzacza do wina i z powrotem. Z jednego prysznica leci woda. Jedno okno jest otwarte i podmuch mistralu zatrzaskuje drzwi sypialni.

Budzę Deb, gdy jest za piętnaście druga. W opadających majtkach i T-shircie z nazwą jakiegoś francuskiego zespołu, zabranym po jednorazowej przygodzie w Awinionie, człapie do kuchni, a potem przystaje i nasłuchuje.

– Gdzie oni są? – pyta.

– Nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że jest tu tylko jeden facet.

Deb ziewa i bierze ode mnie kubek z kawą.

– Hm. Dziwne. Może zamordował po drodze resztę rodziny.

Po krokach zawsze rozpoznajemy płeć gości. Mężczyźni mają cięższy chód niż kobiety.

– To twoja pierwsza myśl?

Wzrusza ramionami i sięga po nóż z piłką, żeby pokroić wczorajszy chleb. Okruchy sypią się jak wióry w stolarni.

– Masz jakiś pomysł?

– Pozostali przyjadą później. Może zatrzymali się w Nicei, żeby odwiedzić koleżeństwo – podsuwam inną ewentualność.

To, co nas śmieszy tego lata, za rok już nie będzie zabawne. Obie chichoczemy. Od przyjazdu tutaj kolekcjonujemy wyrażenia, które dochodzą do nas przez sufit albo dolatują z tarasu: „koleżeństwo”, „dekor”, „podchmielony”, „boski”. Nigdy dotąd nie spotkałam takich ludzi, jacy goszczą w Villa Cerise. Kiedy coś kupują, nie pytają o cenę. Piją szampana, jakby to nie było nic nadzwyczajnego. Mają wiele domów i zwierząt. Wygłaszają opinie dosłownie na każdy temat. Aż się proszą, żeby z nich kpić.

– Gdyby mieli przyjechać później, mama Cherry przysłałaby esemesa – zauważa Deb.

Pewnie tak, myślę sobie, wcale nie przekonana. Deb smaruje chleb masłem tak grubo, jakby kładła plaster sera.

– Nie wydaje mi się, że jest stary – ciągnę temat. – Szybko chodzi.

Deb unosi brwi.

– Może należy do obsługi?

To kolejne słowo, które poznałyśmy. „Pracownik obsługi” jako nazwa stanowiska.

Nasz zagadkowy pojedynczy gość wchodzi do kuchni znajdującej się dokładnie nad naszymi głowami. Milkniemy, ja ze szklanką soku pomarańczowego przy ustach, Deb z masłem na nosie.

Na górze otwiera się lodówka. Słychać brzęk. Lodówka się zamyka.

– Pije za dnia – stwierdza Deb i po chwili dodaje: – Jeśli tylko jeden gość będzie tu mieszkał przez cały tydzień, to czy obie musimy być na miejscu?

– Znowu chcesz mnie porzucić?

Deb przygląda mi się badawczo, niepewna, czy rzeczywiście zamierzam się sprzeciwić. Szczerze mówiąc, sama nie wiem. Od początku ustaliłyśmy, że podczas pobytu tutaj każda z nas przy okazji będzie odkrywać Francję. Tak się złożyło, że Deb szuka przygód częściej niż ja. Rozumiem: ona nudzi się szybciej. A ja uwielbiam tę willę – basen typu infinity, będący przedłużeniem tarasu, winnice, zapach powietrza o poranku. Deb nie jest taka sentymentalna. Dla niej ten dom jest po prostu domem, tyle że dużym.

Czasami, gdy wyjeżdża, cieszę się, że mam więcej przestrzeni. Ale jednocześnie nie za bardzo lubię być tą porzuconą.

– Poznałam chłopaka, który mieszka w pustym domu pod Nîmes. Coś w rodzaju wspólnoty – opowiada Deb – ale takiej rozrywkowej, nie klasztornej. Wolisz, żebym nie jechała?

Moja siostra tak naprawdę nie wie, co to znaczy mieć mieszane uczucia. Odwracam się, zirytowana, i rzucam przez ramię: „Ależ jedź”, po czym gapię się bezmyślnie na zawartość lodówki.

– Jeżeli jestem ci tu potrzebna, dobrze wiesz, że zostanę.

Przenoszę na nią wzrok. Ma szczerą minę, niczego nie ukrywa. Na Deb nie można się złościć. Po prostu chce być gdzie indziej i w jej rozumieniu nie ma powodu, bym się tym przejmowała, o ile nie potrzebuję jej pomocy.

– Nie, nie, jedź. Znajdź sobie seksownego francuskiego hipisa.

Znowu nasłuchujemy. Nasz pojedynczy gość wyszedł z kuchni na taras. Coś mówi. Pod nosem. Niewyraźnie.

– On rozmawia ze sobą? – Deb zadziera głowę. – Może zawędrował tu jakiś szaleniec. Albo mamy squattera.

Podchodzę do drzwi naszego mieszkania i lekko je uchylam. Willa stoi na wzgórzu – wejście do nas znajduje się po prawej stronie budynku, schowane pod przejściem z kuchni na podwyższony taras z basenem.

Przez szparę widzę naszego gościa od pasa w dół, jak przechadza się przy balustradzie. Ma jasnobeżowe szorty i jest boso. Przy każdym kroku uderza się w udo wypitą do połowy butelką piwa. Nogi są opalone, ale niezbyt mocno. Nie wygląda na squattera.

– Co…

Uciszam Deb i nadstawiam uszu. Facet coś recytuje.

– „Na wielką spieszy on wyprawę ninie…”*

– To chyba Szekspir albo coś w tym stylu – szepcze mi do ucha Deb.

Odpycha mnie i otwiera szerzej drzwi.

– Uważaj – syczę.

Dozorczyni nie może podglądać gości. Załapałyśmy się na najlepszy wakacyjny angaż, jaki mogę sobie wyobrazić. Dlatego co jakiś czas oblatuje mnie strach, że jedna z nas nawali na całej linii i ktoś zawiadomi rodziców Cherry.

– …„Dla Gloryany: wszystko spełni dla niej, dla tej królowej we wieszczek krainie; z tego, co tylko świat nam niesie w dani, najpożądańsze mu względy tej pani…” Jak to szło, psiakrew? – Przystaje i unosi butelkę. – Psiakrew, psiakość i psiamać.

Ależ on wyrafinowany – niczym Hugh Grant. Kto tak dzisiaj mówi? Deb przykłada dłoń do ust, żeby nie parsknąć śmiechem. Facet zastyga w bezruchu. Nabieram gwałtownie powietrza i odpycham Deb od drzwi.

– Przestań. – Ciągnę ją do salonu. – Nie wkurzajmy go zaraz pierwszego dnia, niezależnie od tego, kto to taki.

– Jest w formie – mówi Deb, opadając na kanapę.

Ta kanapa, jak niemal całe umeblowanie naszego mieszkania, stała niegdyś na piętrze, ale gdy mama Cherry postanowiła zmienić wystrój wnętrz, trafiła na zesłanie. Ma ciemnoróżową aksamitną tapicerkę i wielką plamę po czerwonym winie na prawym podłokietniku – na szczęście nie zrobioną przez nas.

– Wywnioskowałaś to z jego stóp?

– Tak. Stopy dużo mówią.

Tego rodzaju uwagi z jej ust po prostu puszczam mimo uszu, bo dopytując się o sens, mogłabym się znaleźć w bardzo dziwnym świecie.

– Mam rozumieć, że jego seksowne kostki skłoniły cię do pozostania tutaj?

Po chwili namysłu Deb kręci głową.

– Wyrafinowanych młodzieńców w szortach chinosach mam pod dostatkiem we własnym kraju. Teraz kręci mnie długowłosy francuski hipis.

– Czy to nigdy ci się nie znudzi? – pytam, przyciskając do piersi poduszkę.

– Co mianowicie?

– No wiesz… ciągle te przelotne związki.

Deb wyciąga przed siebie długie brązowe nogi. Lakier na dużym palcu zaczyna odpryskiwać, na obu goleniach widać siniaki. Deb odziedziczyła kolor skóry po swoim tacie – jej dziadek ze strony ojca pochodził z Ghany – ja jestem biała. Złoszczę się, gdy ludzie mówią o nas „przyrodnie siostry”. Deb jest moją bratnią duszą, moją drugą połową, tylko ona mnie rozumie. Z kolei ja jestem jej kotwicą, osobą, do której zawsze wraca. Jest moją siostrą w pełnym tego słowa znaczeniu.

Kiedy byłyśmy małe, nie znosiłam wizyt jej ojca. Zawsze gdzieś jechali, tylko we dwoje, to do parku, to do śródmieścia. Tato był wtedy skwaszony i przybity; rozpromieniał się, kiedy Deb wracała do domu i chciała bawić się z nim kolejką. To okropne, ale nie posiadałam się z radości, gdy jej ojciec kłócił się z mamą i gdy w końcu, kiedy miałam może osiem lat, przestał do nas przyjeżdżać. Deb, w typowy dla niej sposób, skreśliła swojego biologicznego ojca i dziś nie utrzymuje z nim kontaktów – jej zdaniem ludzie raczej nie zasługują na drugą szansę.

– Niby dlaczego miałoby się znudzić? – pyta. – Mam nieskończony wybór.

– A nie będziesz chciała stabilności?

– Stabilności czego? Co tu stabilizować? Wiem, kim jestem i czego chcę. Nie potrzebuję mężczyzny, żeby mnie dopełniał, czy jak to się mówi.

– A dzieci? Nie chcesz mieć dzieci?

– Nie. – Drapie się po brzuchu i patrzy w sufit. – To jedno jest pewne. Żadnych dzieci. Nigdy w życiu.

*

Deb rusza do Nîmes swoim kiepskim, poobijanym samochodem z wypożyczalni – wiem, że wyjeżdża, bo słyszę warkot odpalanego silnika. Moja siostra nie ma zwyczaju się żegnać. Nie cierpi uścisków i całej ceremonii pożegnania, która w powszechnym odczuciu nie może się bez nich obejść. Już w dzieciństwie, zamiast mówić „Do widzenia”, wysyłałam jej SMS-a, po fakcie. Nawet to lubię, bo generalnie rzadko piszemy SMS-y – w dzisiejszych czasach wszyscy używają WhatsAppa – i zawsze są ciepłe i miłe.

„Pa, kocham cię, zadzwoń, gdybyś mnie potrzebowała”, tak brzmi moja wiadomość.

„Jak wyżej, dziecinko. Potrzebujesz mnie, natychmiast wracam”, przychodzi odpowiedź.

Zwykle przedstawiamy się gościom zaraz po ich przyjeździe, ale tym razem postanawiam zaczekać do wieczora, kiedy Deb już nie będzie. Lepiej nie gmatwać sprawy, sugerując, że stróżują tu dwie osoby, skoro jedna z nich się nie pojawi.

Wchodzę do domu wejściem dla personelu. Wąskie, kręte schody prowadzą z naszego mieszkania na piętro, do niewielkiego holu przy kuchni. Drzwi między kuchnią a klatką schodową są zamknięte na klucz od naszej strony, ale mimo to głośno pukam. Już raz się sparzyłam: weszłam do środka i przyłapałam jakiegoś brzuchatego Szkota, jak na golasa podjadał krakersy.

– Halo! Panie Abbott! – donośnym głosem mówię przez drzwi.

Cisza. Przekręcam klucz i powoli wchodzę. Nikogo nie ma. Kuchnia wygląda jak chlew: resztki bagietki, puste butelki, skrawki sera, kostka masła rozpływa się w wieczornym słońcu. Cmokam z niesmakiem, ale zaraz przestaję, bo uświadamiam sobie, że właśnie tak zareagowałaby moja mama.

Pogryzając bagietkę, zabieram się do sprzątania. Nie wiem, kim jest ten facet, ale niewątpliwie przywykł do tego, że ktoś po nim sprząta. Co więcej, spił się – sądząc po kolekcji butelek. Przełykam ostatni kawałek pieczywa i staję na środku kuchni. Jest cicho – z zewnątrz dolatuje tylko nieustanne cykanie świerszczy. Nie jestem przyzwyczajona do ciszy w tym domu. Czasem goście wychodzą na cały dzień, ale zazwyczaj kręcą się tu wieczorami, poza tym większość czasu spędzam z Deb.

 

Mam trochę stracha. Sama z pijanym obcym mężczyzną w tym domu. Liczę butelki. Pięć piw i opróżniona do połowy butelka wina.

Jeszcze raz lustruję kuchnię, zaglądam na taras i idę do głównego holu.

– Halo! – wołam, już ciszej.

W holu jest chłodno; wielkie dwuskrzydłowe drzwi są zamknięte i nie wpuszczają upalnego powietrza. U podnóża schodów leży kurtka. Wieszam ją na poręczy. Jest z miękkiego dżinsu i ma polarową podszewkę. Zapewne tam, skąd gość przyjechał, było zimno. Tutaj można by się w niej upiec. Podnosząc kurtkę, czuję jej zapach: jakby pomarańczowy, drzewny, męski.

– Panie Abbott!

Idę dalej, do sali bankietowej, jadalnej, balowej i do salonu. Wszystko wygląda dokładnie tak, jak przygotowałyśmy na przyjazd gości. Wobec tego facet jest na górze. Kiedy w domu przebywają goście, nigdy nie wchodzimy na piętro, chyba że sami poproszą, bo na przykład zatkała się rura odpływowa. Sypialnie są przestrzenią ściśle prywatną.

Oddycham z ulgą i idę z powrotem. Wychodzę z kuchni na klatkę schodową dla personelu i zamykam drzwi na klucz. Nasze mieszkanie jest takie jak zwykle: przytulne, zagracone, bez dostępu światła dziennego. Padam na różową aksamitną kanapę i włączam telewizor. Leci jakiś francuski film fabularny, akcja toczy się szybko i nie wszystko rozumiem, ale w gruncie rzeczy chcę mieć tylko jakieś dźwiękowe tło. Może powinnam była poprosić Deb, żeby nie wyjeżdżała. Gdy zostaję sama, czuję się zagubiona – a tego nie lubię. Pogłaśniam telewizor.

Jutro spróbuję się spotkać z panem Abbottem. Ale nie z samego rana. Będzie musiał odespać tego kaca.

*

Następnego dnia budzi mnie łomot okiennic. Pan Abbott najwyraźniej nie umie ich zablokować po otwarciu. Prycham i naciągam koc na głowę. Wieje silny mistral – poleci szyba, jeśli facet tak to zostawi.

Gość jest w kuchni i mówi do siebie. Nie łapię wszystkiego, co dobiega mnie przez sufit, ale rosnąca i opadająca intonacja świadczy o tym, że on coś recytuje.

Patrzę na zegarek. Jest ósma – za wcześnie, żeby wstać i pójść się przedstawić. Wczorajsze poczucie osamotnienia już minęło i z przyjemnością korzystam z dodatkowej powierzchni na podwójnym łóżku. Spanie razem z Deb bywa uciążliwe. Którejś nocy gadała przez sen o politykach z partii konserwatywnej.

Wyciągam się na plecach i słucham, jak nasz pojedynczy gość kręci się po domu. Ciekawi mnie jego wygląd. Moje dotychczasowe obserwacje są skąpe: widok od pasa w dół i brzmienie głosu. Zgaduję, że ma ciemne kręcone włosy i brązowe oczy, zarost – być może. Koszula rozpięta pod szyją i pewnie łańcuszek z jakąś pamiątką po przodkach.

Coś podśpiewuje – piosenkę pop, którą ledwie pamiętam. Uśmiecham się szeroko. Facet kompletnie nie ma słuchu.

Kiedy wstaję, jest wpół do dziewiątej i nasz gość pije kawę na tarasie. Słyszałam bulgotanie ekspresu do kawy, potem kroki z kuchni na taras. Dopiero wtedy zebrałam siły i zwlekłam się z łóżka. Medytuję, co by tu włożyć – szorty, spódnicę, sukienkę? Zła na siebie, w końcu wrzucam na grzbiet koszulkę na ramiączkach i zgarniam z podłogi wczorajsze szorty, po czym zwijam włosy w kok i obwiązuję jedną z moich bransoletek.

Wychodzę na taras, a tam ani śladu pana Abbotta. Kubka z kawą też nie widać, więc pewnie znikając stąd, zabrał go ze sobą. Wodzę wzrokiem po przesuszonych, zapylonych trawnikach i rabatach, które co czwartek w pocie czoła pielęgnuje Victor, tutejszy ogrodnik, ale w polu widzenia nie ma nikogo. Może się przesłyszałam? Idę do kuchni, po drodze rozluźniając kok.

Kuchnia wygląda schludniej niż wczoraj. Widzę liścik.

Hej, niewidzialny panie dozorco. Ogromnie przepraszam za wczorajszy bałagan. Lekko przesadziłem. Teraz jadę trochę pozwiedzać. Czy mógłby pan zerknąć w tym czasie na okiennice w mojej sypialni? Nie mam pojęcia, co zrobić, żeby się ciągle nie zamykały. Ten łomot doprowadza mnie do szału.

Dylan Abbott

Jego doprowadza do szału?! Przewracam oczami. Zgniatam kartkę i wkładam do tylnej kieszonki. Zablokowanie okiennicy nie jest żadną sztuką. Wystarczy chwilę się przyjrzeć i już wiadomo, gdzie się ją mocuje do ściany. Tak czy siak, idę na górę. Wiem, który pokój zajmuje pan Abbott. Już z daleka rozpoznaję, które drzwi były niedawno otwierane i zamykane. Zdarza się, że mylę łazienki przy trójce i czwórce i czasem nie odróżniam sypialni numer osiem od numer sześć, ale resztę mam opanowaną.

Pan Abbott wybrał najlepszy pokój, apartament z balkonem, na którym przedwczoraj oglądałyśmy gwiazdy. Jest tam łoże z baldachimem, przykryte ciężką niebieską narzutą z adamaszku. Za ogromnymi oknami rozciąga się widok na winnice. Teraz łóżko jest niezasłane, a pod drzwiami łazienki leży kłąb ubrań, tak jakby facet zrzucił je, idąc pod prysznic. W pokoju czuć taki sam zapach, jaki miała kurtka: lekko pomarańczowy, piżmowy, męski.

Otwieram okno. Okiennice są w porządku, jak było do przewidzenia. Mocuję je do ściany i zastanawiam się, czy odpisać panu Abbottowi, ale niby co miałabym mu powiedzieć? Na drugi raz proszę przyjrzeć się okiennicom i zrobić to samo, co właśnie zrobiłam? Wyobrażam sobie taki liścik z podpisem: „niewidzialna dozorczyni”. O nie. Ta nowa ja, Słoneczna Addie, nie jest niewidzialna. Spontanicznie chucham na szybę i na białej mgiełce piszę swoje imię. Adeline. Bez całusa.

*

Pan Abbott długo nie wraca, więc postanawiam zaryzykować i popływać w basenie – mama Cherry pozwoliła nam korzystać z niego pod nieobecność gości. Po powrocie do mieszkania akurat wyżymam włosy, kiedy rozlega się pukanie do drzwi.

Spoglądam na siebie: ups, jestem w mokrym bikini. Lecę do sypialni, przetrząsam szafę, co i tak nie ma sensu, bo wszystkie porządne ubrania leżą albo na podłodze, albo w koszu na pranie. Znowu puk, puk. Cholera. Łapię pomarańczowy kłębek materiału – rozkloszowana sukienka, bez rzucających się w oczy plam, ujdzie. Narzucam ją na siebie i pędzę do drzwi.

Otwieram – i mam go przed sobą. Faceta z góry. Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam. Najpierw zauważam oczy: jasnozielone, prawie żółte, trochę senne. Do tego długie rzęsy, rzadkość u mężczyzn, i swobodnie opadające włosy, jasnobrązowe. Zgadza się tylko koszula: z cienkiej jasnej bawełny, pognieciona i zdecydowanie za głęboko rozpięta.

– O! – W pierwszej chwili go zatyka, po czym potrząsa głową i mówi: – Cześć.

– Cześć.

„Panie Abbott” nie przechodzi mi przez gardło. Dziwnie byłoby mówić do faceta w moim wieku per pan. Z włosów skapuje mi po plecach woda, ale dzięki temu może się trochę uspokoję. Po tej nerwowej bieganinie.

Posyła mi lekki uśmiech.

– Sądziłem, że niewidzialny dozorca będzie pomarszczonym staruszkiem.

– Dlaczego? – pytam ze śmiechem.

Wzrusza ramionami. Podenerwowanie wcale mi nie mija – chyba przez niego, być może przez te zielone oczy, rozpiętą koszulę.

– Dozorca… brzmi sędziwie.

– Ty też nie jesteś tym, kogo się spodziewałam. – Nabieram pewności siebie. – Miała przyjechać rodzina Abbottów. Wyobrażałam sobie… bo ja wiem… więcej niż jedną osobę.

Krzywi się.

– A, no tak. Reszta się wycofała, niestety, więc jestem tylko ja. Dziękuję, że naprawiłaś okiennice. Dokonałaś cudu.

– Trzeba tylko… – Urywam. – Nie ma za co, drobiazg.

Patrzymy na siebie. Doskonale wiem, jak wyglądam; obejmuję się ramionami, bo sukienka wilgotnieje mi od bikini. Jego opanowane spojrzenie nie opuszcza mnie, przeciągłe, stanowcze, jakim chce cię usidlić koleś przy barze, gdy czekasz na swojego drinka. Robi to z rozmysłem, nienaturalnie, jakby kiedyś widział kogoś, kto tak patrzył, ale sam nie próbował.

– W czym mogę ci pomóc?

Poprawiam sukienkę, żeby nie kleiła się do bikini.

– Na początek: zgubiłem klucz.

Opanowane do tej pory spojrzenie staje się trochę niepewne, chłopięce. Tak już lepiej. Facet ma swoisty urok człowieka nieco zaniedbanego i bezradnego. Kojarzy mi się ze szczeniakiem yorkshire terrier. I z jakimś członkiem boysbandu z czasów, gdy występował w programie X Factor i jeszcze nie zrobił kariery.

– Mnie lepiej nie powierzać kluczy – dodaje.

Inne książki tego autora