Samotny mężczyznaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Co się dzieje? – spytał Guiomar.

– Co ma się dziać? Nic się nie dzieje. Muszę tylko coś zrobić.

– Nie rozumiem – odparł Guiomar, poprawiając okulary i wbijając wzrok w podłogę. Był zaskoczony zachowaniem przyjaciela. – Może to głupstwo, ale jakoś trzeba zaznaczyć fakt, że reprezentacja Polski mieszka w naszym hotelu, dlatego powinniśmy razem świętować oglądanie ich meczu. Wszyscy już zeszli do saloniku, brakuje tylko ciebie. W końcu to ty jesteś wśród nas największym kibicem. Naprawdę, powinieneś zejść do nas. Wszystko gotowe, mamy napoje i kanapki.

– Nie bierz tego do siebie, Guiomar. Wiem, że to ty zorganizowałeś tę imprezę, ale już ci mówiłem, teraz nie mogę przyjść. Muszę nakarmić psy i wymieszać ciasto na chleb.

– Nie podoba mi się to. W dodatku coś kręcisz, znam cię. Myślałem, że skończyły się tajemnice między nami – odparł Guiomar.

– Nie gniewaj się, Foksi – powiedział półżartem Carlos.

Foksi to jeden z najczęściej używanych przez Guiomara pseudonimów w czasach działalności w organizacji, pochodzący od słowa „foksterier”. Guiomara znano z tego, że był tak niezmordowany jak psy tej rasy. Jeśli nie dostawał odpowiedzi, wypytywał całymi dniami, tygodniami albo nawet latami.

– Powiesz nam, jeśli coś trzeba zrobić. – Ta odpowiedź Guiomara należała do innych czasów i innych okoliczności, w ten sposób podkreślał on, że uważa zachowanie Carlosa za naganne.

– Niedługo sami zobaczycie – odpowiedział mu Carlos nadal lekko kpiącym tonem i klepnął go po plecach. – Naprawdę, Foksi, nie złość się, nie ma żadnej tajemnicy. Po prostu czuję potrzebę się przejść, zanim pójdę do tych wszystkich ludzi. Tak jak jedni są zawzięci i gruboskórni, inni są nieco nietowarzyscy. Wszyscy mamy swoje przywary, sam wiesz.

– Skoro mowa o tajemnicach, też mam jedną. – Guiomar podkreślił te słowa uśmiechem.

– No właśnie, widzisz drzazgę w oku bliźniego, ale nie belkę we własnym.

Carlos pomyślał, że Guiomar planuje podróż, z pewnością na Kubę, bo od dawna mówił, że dobrze byłoby tam wyjechać. Nie chciał jednak o nic pytać.

– Z tym że ja chcę powiedzieć ci o mojej, ale jeszcze nie mogę. Jutro albo pojutrze może będę mógł, ale dzisiaj nie. Dlatego nic nie mówię. Za to ty nie chcesz mi opowiedzieć o swojej. Nie jesteśmy w takiej samej sytuacji.

– Wiesz, że zawsze taki byłem. Wcześniej też nie opowiadałem wam o swoich dziewczynach – odparł Carlos, patrząc na zegarek.

– Wiem, że zaraz mecz – powiedział Guiomar, powtarzając gest przyjaciela. – To jak jest? Chodzisz z dwiema naraz? Maria Teresa jest na dole.

– To rzeczywiście byłoby takie dziwne? – zażartował Carlos. – Maria Teresa ciągle pracuje i praktycznie się nie widujemy. Myślę, że robi za dwie pokojówki. Czy my w ogóle płacimy jej nadgodziny? Nie chciałbym, żeby…

– Ugarte zajmuje się płatnościami. Ja tylko robię zakupy – przerwał mu Guiomar, przekonany, że Carlos chce zmienić temat.

Po chwili spojrzał na niego zza okularów.

– To Beatriz jest twoją nową przyjaciółką? La nostra bellissima Beatriu?

Beatriz od sześciu miesięcy pracowała w recepcji i była najładniejszą ze wszystkich kobiet, jakie kiedykolwiek pojawiły się w okolicy. Ponieważ ubierała się z klasyczną elegancją, Guiomar nazywał ją, przywołując popularną katalońską operetkę, La nostra bellissima Beatriu.

– Być może – odparł Carlos nieco teatralnym tonem.

„Gratulacje, Carlos”, usłyszał swój wewnętrzny głos. Szczur nie mógł odmówić sobie komentarza do tej rozmowy. „Coraz lepiej oszukujesz przyjaciół. Nie musisz się niczym przejmować. Guiomar niczego nie podejrzewa. Ale jeśli kiedyś się dowie, co się tutaj dzieje, bardzo go to zaboli. On wierzy, że jest twoim najlepszym przyjacielem i że macie do siebie pełne zaufanie”. „Spokojnie, Carlos”, nowy głos zagłuszył Szczura. Teraz sumienie Carlosa przybrało postać Sabina, przyjaciela z dawnych czasów. Od czasu ich pobytu w Biarritz w charakterze uchodźców politycznych – a szczególnie od momentu swojej śmierci – Sabino był jego dobrym duchem, jedynym głosem wewnętrznym zdolnym przeciwstawić się Szczurowi. „Musisz zachować ostrożność w obecnej sytuacji. Guiomar zrozumie, dlaczego nic mu nie powiedziałeś. Ostatecznie, gdyby znał prawdę, mogłoby to się okazać niebezpieczne”.

– Idziemy, Pascal – powiedział Guiomar. Szybko odzyskał wesoły ton i chwycił piłkę. – Biegniemy, żeby zdążyć na początek meczu, bo ci, którzy nie oglądają meczu od początku, są kiepskimi kibicami, a my tacy być nie chcemy, prawda, Pascal? Chcesz być kiepskim kibicem?

Dziecko wrzasnęło, że nie, i zbiegło po schodach za Guiomarem.

W prostokątnym budynku hotelowym, który miał formę pawilonu, mieściło się sześćdziesiąt pokoi. W jednym z jego końców wybudowano nieco wyższą wieżę, tam znajdowały się restauracja, pomieszczenia techniczne oraz apartamenty dla właścicieli i pracowników. Carlos zszedł z trzeciego piętra w ślad za Guiomarem i Pascalem. Minął hotelową recepcję z przylegającym do niej salonikiem i ruszył w stronę restauracji i dużej kuchni. Nie było tam nikogo, ale kucharz Doro przygotował już przystawki na kolację dla Polaków – sałatkę oraz talerze z owocami morza. Kuchnia wyglądała dzięki temu na miejsce wypełnione radością i glorią, niczym kaplica oczekująca na rozpoczęcie ceremonii. Carlos prędko rozpalił grilla i rzucił dwa grube kawałki mięsa na ruszt, następnie skomponował dwa dania podobne do tych, jakie mieli podać dziś piłkarzom. Gdy tylko skończył układać jedzenie na talerzach, do kuchni dobiegł okrzyk komentatora telewizyjnego. „Gol! Gol! Gol!”, powtarzał komentator, a za nim wszyscy zebrani w saloniku, z Pascalem na czele. Niewątpliwie Boniek, Lato i pozostali chcieli zasłużyć sobie na tę wystawną kolację. Carlos przez moment zawahał się, czy pójść do saloniku i zobaczyć powtórkę akcji, ale ostatecznie został w kuchni. Im szybciej skończy, tym lepiej. Podszedł do grilla i przewrócił mięso. Jeszcze chwila i będzie gotowe.

Gdy wykładał tace papierem, poczuł na sobie czyjś wzrok. To była Nuria, młoda, pulchna pomoc kuchenna, którą Ugarte niedawno zatrudnił, ponieważ, jak twierdził, jej mąż stracił pracę. Carlos nie czuł do niej żadnej sympatii.

– Jak tak można – powiedziała kobieta, zatrzymując się w wahadłowych drzwiach łączących kuchnię z restauracją. – Tyle mamy biedy, a pan takie drogie mięso rzuca psom. Gdzie tu sprawiedliwość.

Patrzył jej prosto w oczy i z narastającą złością słuchał tych zarzutów. Zdał sobie sprawę, że Ugarte okłamał jego i Guiomara w kwestii tej kobiety i jej męża. Ponoć oboje byli ludźmi lewicy, działali w komunistycznym związku zawodowym i z tego powodu cierpieli prześladowania, więc oczywiście należało im pomóc. Kłamstwa, ewidentne kłamstwa. Nuria nie mówiła jak komunistka, tylko jak członkini kółka różańcowego.

– Drugi raz zwracasz mi uwagę, czym karmię psy. Za trzecim razem wywalę cię z hotelu – oświadczył spokojnym głosem Carlos.

Z tacą w ręku szybko ruszył w stronę drzwi. Pchnął je kopnięciem, tak silnym, że kobieta nie zdążyła odskoczyć.

Potarła dłonią uderzone miejsce, ale nie krzyknęła.

– Ugarte traktuje nas jak ludzi – powiedziała prawie przez łzy.

Carlos nawet na nią nie spojrzał, tylko przeszedł do restauracji. Wiele różnych myśli kłębiło mu się w głowie i czuł narastającą wściekłość. Ta cała Nuria to tylko jakaś idiotka. A Ugarte jak zwykle kłamie. Znał go od dawna i wiedział, że podobają mu się takie krągłe babki jak ona. Poza tym – ta myśl przyszła mu do głowy, gdy wychodził już na taras – on sam był podenerwowany, za bardzo. Powinien postarać się opanować.

Odstawił tacę na jeden ze stolików na tarasie i wrócił do środka.

– Nie chciałem cię uderzyć, przepraszam – powiedział.

Nuria jednak weszła już do komory chłodniczej i go nie usłyszała.

Wrócił na taras i szybko przyjrzał się stolikom przygotowanym do kolacji polskiej drużyny. Wszystko było stosownie udekorowane, przy każdym talerzu lampka, bukiecik kwiatów i biało-czerwona papierowa flaga. Na najdłuższym stole, przy którym mieli zasiąść zawodnicy, widać było także czerwoną flagę z gwiazdą, przywiezioną przez tłumaczkę Danutę Wykę. Tak, Doro odwalił kawał dobrej roboty, podobnie jak jego dwaj synowie, jak Maria Teresa, jak Laura – żona Ugartego. Poza tą ostatnią wszyscy stanowili personel zatrudniony przez samego Carlosa i to w dużej mierze dzięki nim hotel prosperował, zwłaszcza dzięki Dorowi, który był uznanym kucharzem. Ugarte natomiast myślał jedynie o sobie i zajmował się wprowadzaniem do hotelu głupich bab. Jak tylko wszystko się uładzi, musi z nim porozmawiać. Albo z jego żoną.

Taras wznosił się na wysokość około metra i schodziło się z niego po trzech stopniach. Carlos skierował się w stronę magazynu, w którym trzymał dwa psy myśliwskie. „Nie spiesz się tak, Carlos, trzymaj tacę jak najbardziej naturalnie. Inaczej zaczną coś podejrzewać”, poradził mu Sabino. Miał rację, starcie z Nurią wyprowadziło go z równowagi; teraz wręcz go nosiło.

Wokół hotelowej latarni nadal krążył nietoperz. Panowały te same ciemności i przytłaczała ta sama pustka, a mieszkające w gałęziach drzew oliwkowych i migdałowców owady wydawały swój niezmienny, regularny dźwięk. Carlos minął nietoperza i zszedł ścieżką prowadzącą między drzewami ku placykowi przy hotelowym magazynie i piekarni. Było już ciemno, a światła hotelu praktycznie tu nie docierały. Zatrzymał się na moment. Belle i Greta, psy zamknięte w magazynie, wyczuły jego obecność i zaczęły niecierpliwie szczekać.

– Cicho, Belle! – mruknął Carlos, podchodząc do ściany budynku.

Starsza z suk od razu umilkła. Chwilę po niej to samo zrobiła Greta, choć zawyła jeszcze kilkakrotnie.

Setki razy przechodził tą ścieżką, więc bez problemu doniósł teraz tace do piekarni. Gdy tylko się do niej zbliżył, poczuł zapach mąki, przez który – tak jak wtedy, gdy jeden głos chóru przykrywa drugi – przebijał się inny, woń chleba, upieczonego tego popołudnia. Zatrzymał się i zaczerpnął głęboko powietrza. Miał wrażenie, że oba zapachy przenikają się i tworzą otoczkę zabezpieczającą ten niewielki budynek, jakby jeszcze jedną ścianę – oczywiście niewidzialną, choć mimo wszystko tak samo mocną jak te zbudowane z cegieł – która chroni go przed inwazją świata i jego zgiełkiem. Kochał ten budynek bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce w hotelu, właśnie z powodu tej dodatkowej niewidzialnej ochrony. Jak by to ujął jego brat Kropotkin, zapachy tworzyły aurę ochronną. Carlos spędzał tu wiele godzin. Codziennie pięć lub nawet sześć razy przechodził przez drewniane drzwi prowadzące do piekarni, przebierał się i piekł setki chlebów, które konsumowano w hotelowej restauracji. Podobnie jak samo miejsce, bardzo lubił tę pracę, przystosował się do jej regularności i wymogów. W ten sposób osiągał spokój i prawie całkiem udawało mu się tu wyciszyć Szczura – ten głos buszujący po jego sumieniu.

 

…to w górę błąka się duch, to w dół,

Spokoju łaknąc; tak ranna zwierzyna ucieka w las,

Choć w porze południa zwykła spoczywać w cieniu.

Lecz nigdy już nie ukoi leśne leże jej serca.

Wiersz zapisany był na kartce przypiętej pinezkami na drzwiach piekarni. Właściwie był to początek listu, jaki brat wysłał mu z więzienia. Carlos lubił prześlizgiwać się wzrokiem po tych słowach i jakby od niechcenia odczytywać jakiś wers. Tak jak godzinę wcześniej zamarznięte morze ze snu, czasami jakiś obraz nie wiadomo dlaczego go uspokajał. Dotyczyło to również wizji dzikiego zwierzęcia poszukującego schronienia w lesie.

Już miał zamknąć drzwi, gdy usłyszał hałas dobiegający z gaju oliwnego, jakby ktoś nastąpił na gałązkę. Jego myśli z miejsca się rozpierzchły. Zobaczył w ciemności rozżarzonego papierosa. Ktoś zbliżał się, machając ręką w geście pozdrowienia.

– Nie mogłam znieść już tego gorąca w kryjówce i wyszłam zapalić – powiedziała dziewczyna, która wcześniej przez telefon poprosiła go o porządne jedzenie.

Była połową pary uciekinierów ochrzczonej przez prasę imionami Jon i Jone. Carlos poczuł woń jej perfum zmieszaną z zapachem mąki i chleba.

– Nie ma się czym przejmować. Nikt się tu nie kręci. Nawet policja ogląda mecz w hotelu – odpowiedział bez namysłu.

Wyjście dziewczyny na zewnątrz oznaczało jednak złamanie zasad bezpieczeństwa; to go zaskoczyło.

– Jon też ogląda mecz. Dlatego wyszłam, nie cierpię piłki nożnej. Te wrzaski komentatorów działają mi na nerwy. Są okropne, naprawdę. Przypominają mi niedzielne popołudnia za czasów Franco.

Na niebie widać było jedynie księżyc w kształcie sierpa i kilka gwiazd, Carlosowi trudno więc było wyraźnie dostrzec rysy dziewczyny. Mimo to wydała mu się ona starsza niż na zdjęciach w gazecie.

– Naprawdę jest tam tak gorąco? Nigdy tego nie odczuwałem – powiedział poważnym tonem.

– Upał doprowadza mnie do szału. Z pewnością już się przyzwyczaiłeś do tych śródziemnomorskich temperatur. Poza tym telewizja trąbi tylko o tym, że mamy najgorętsze lato od dawna – odparła.

Rzuciła papierosa na ziemię i zgasiła go obcasem. Miała bardzo krótkie włosy i nosiła obcisłą koszulkę na ramiączkach.

Zamyślił się, jakby czekał, aż z jej ust wydostanie się ostatni kłąb dymu. Zaraz po tym, jak lekki nocny wietrzyk rozwiał jego resztki, Carlos przemówił, cedząc słowa:

– Powiedzieli wam, że macie siedzieć w kryjówce i nie wychylać z niej nosa. Bardzo wyraźnie to wyjaśniłem kontaktowi. Jeśli uda mu się was tu przemycić, zajmę się wami. Powinniście siedzieć w środku, mieliśmy się nigdy nie zobaczyć. Przychodzę tu dzisiaj i co? Palisz sobie papierosa pod drzewkiem, jakbyś była jakąś turystką na kempingu. Naprawdę, to bardzo ryzykowne, dla wszystkich.

Stali blisko siebie i do Carlosa, który był wysoki, prawie wzrostu Guiomara, docierał zapach perfum dziewczyny wymieszanych z wonią jej potu.

– Niestety masz rację – zaczęła mówić, zapalając kolejnego papierosa.

W świetle zapałki Carlos dostrzegł strużkę potu błyszczącą na jej dekolcie; spływała między dwiema ściśniętymi koszulką piersiami.

– Masz rację, nie zachowaliśmy zasad bezpieczeństwa, a najgorsze – z jej ust wydobyło się przekleństwo – że przedwczoraj widziało nas jakieś dziecko. Około jedenastej w nocy zeszliśmy z Jonem do źródła, żeby się odświeżyć, a gdy wracaliśmy, natknęliśmy się na dzieciaka z latarką. Prawie do niego strzeliłam, naprawdę niewiele brakowało.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Wyciągnęłaś pistolet?

– Tak, przecież ci mówię.

Odsunęła się od drzwi piekarni i zaczęła przeklinać pozostawione bez opieki dzieci szwendające się nocami wśród drzew, bo jaki rodzic zostawia pięcio- czy sześcioletniego dzieciaka w takim miejscu. Prawie zaczęła krzyczeć.

– To był Pascal, syn moich przyjaciół. To jedyne dziecko w hotelu, więc się nudzi. Często przychodzi pobawić się koło źródła – powiedział Carlos.

Guiomar nazwał źródło Fontanną Derby, gdy jeden z synów kucharza Dora wpadł na niezbyt mądry pomysł, by umyć w nim swój motocykl. Nazwa była zabawna, nadawała temu miejscu wesołkowaty klimat. Teraz jednak straciło ono cały swój urok. Carlos zastanawiał się nad skutkami tego, co właśnie wyznała mu Jone.

Dziewczyna westchnęła, tym razem z rezygnacją, i wróciła do swoich skarg na upał; że temperatura w kryjówce nie spadała nigdy poniżej dwudziestu pięciu stopni, a nocami było nawet gorzej, bo ściany pomieszczenia oddawały nagromadzone w ciągu dnia ciepło, więc nie mogła spać, w dodatku utrudniała jej to konieczność dzielenia tych pięciu metrów kwadratowych z towarzyszem, wielkimi poduchami i pozostałymi złożonymi tam manelami.

– Tak ciasne miejsce to dla nas problem. Tak naprawdę Jon i ja nie jesteśmy parą, ta obrzydliwa prasa kłamie nawet na ten temat – zakończyła z nutą wściekłości w głosie.

Carlos uświadomił sobie, że mówiła o artykułach sprzed paru tygodni, w których opisywano strzelaninę z policją i czasami porównywano Jona i Jone do Bonnie i Clyde’a. Mimo wszystko wydawało mu się, że za jej słowami kryje się pewna, skierowana do niego, wiadomość. Według jego obliczeń Jone już miesiąc znajdowała się poza terytorium, które w prasie określano mianem „francuskiego sanktuarium terrorystów”, a więc pewnie tyle samo czasu nie widziała się ze swoim chłopakiem, a to było za dużo dla dziewczyny takiej jak ona, żyjącej w ciągłym napięciu.

Wyobraził ją sobie nagą na trawie obok Fontanny Derby, a za tym pierwszym obrazem pojawił się następny, nieco bardziej śmiały, w którym ponownie ujrzał ją nagą, tyle że tym razem stojącą. W tej wizji łapał ją za ramiona i zabierał z dala od miejsca, w którym leżało jej porzucone ubranie, jakieś dziesięć metrów dalej. Wtedy pojawił się obraz trzeci, na którym mocno chwytał ją za krocze.

Te obrazy stawały się coraz realniejsze – Jone nadal znajdowała się tak blisko niego – aż przeszło mu przez głowę, by wyciągnąć rękę w stronę jej piersi. Nagle usłyszał i zobaczył w swojej głowie Sabina i to powstrzymało jego zapędy. „Członek organizacji nigdy nie powinien zapomnieć o zasadach bezpieczeństwa”, czytał Sabino z białej książeczki. To było wspomnienie kursu, w którym Carlos brał kiedyś udział. „Nie może złamać żadnej zasady bezpieczeństwa, zwłaszcza dla własnej wygody. Zachowania wygodne trudno jest nazwać bezpiecznymi, gdyż sprawiają one, że członkowie organizacji improwizują i działają bez ładu i składu. A dokładniej – wpadają w ręce policji i wyrządzają wielkie szkody organizacji. W zasadzie ten, kto stawia na wygodę, jest bardziej niebezpieczny niż zdrajca”.

Sabino od jakichś piętnastu lat leżał na cmentarzu w okolicach Biarritz i nowi członkowie organizacji, tacy jak ta dziewczyna, nie mieli szczęścia uczestniczyć w prowadzonym przez niego szkoleniu. Jone wiedziała za dużo. Wiedziała, że ukrywają ją właściciele hotelu, wiedziała, jak wygląda Carlos, wiedziała, w którym mniej więcej miejscu na obrzeżach Barcelony się znajdują. Znacznie gorsze było to, że Pascal wiedział, że kręciła się tu para nieznanych mu ludzi, w dodatku że mieli oni pistolet. Gdyby Sabino tu był, nie dałby wiary temu wszystkiemu, nie mieściłoby mu się w głowie, że jacyś członkowie organizacji mogli zachowywać się tak beztrosko. Wystarczyło, że dostrzegł u kogoś nadmierną skłonność do alkoholu lub do gadulstwa, by wyrzucić taką osobę z grupy. W takich momentach – jak wtedy, gdy musiał odsunąć Kropotkina – Sabino działał ostrożnie, nie raniąc odrzuconego. Taki mógłby bowiem zagrozić całej grupie.

– Jak się skończyło spotkanie z dzieciakiem? – spytał Carlos.

– Nie wiem, czy nam uwierzył. Zapytał, czy przyszliśmy zrobić wywiad z tym polskim piłkarzem, Bońkiem czy jak mu tam, a my przytaknęliśmy i powiedzieliśmy, że nikt o tym nie wie i że to musi być nasza tajemnica.

– Nie sądzę, by udało wam się ją zachować. Ten chłopak rzadko się odzywa, ale jak już zacznie, usta mu się nie zamykają. Nie wiem, czy wam uwierzył. Ma pięć lat, ale zdaje sobie sprawę z tego, że dziennikarze nie chodzą z pistoletami. – Głos Carlosa zabrzmiał groźnie, choć on sam nadal wydawał się spokojny.

– Proszę, nie praw mi tutaj kazań – odparła ostro dziewczyna. Szybko jednak złagodniała, położyła mu rękę na ramieniu i dodała: – Powiedziałam mu, że pistolet znaleźliśmy i że mamy zamiar go gdzieś zakopać, bo nie jest nam do niczego potrzebny. Myślę, że przynajmniej w to mógł uwierzyć. Ale naprawdę mam już dość gadania o dziecku. Nie chcę więcej o tym słyszeć.

Carlos pomyślał, że Jone i jej towarzysz pokłócili się o to, co się wydarzyło przy źródle, bo był to błąd ich obojga. Być może to właśnie był powód, dla którego zachowywała się w ten sposób. Poza tym to dziewczyna była szefem tej dwójki. Gdyby coś się stało, to ona musiałaby się tłumaczyć organizacji.

– Są z nas zadowoleni. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty w maju, jeszcze na początku tego miesiąca nieźle nam szło. Choć nie było łatwo. Prawie nas zlikwidowali podczas tej strzelaniny w Bilbao. Potem w całej okolicy nie było dla nas bezpiecznego mieszkania i musieliśmy spać w górach i takie tam. Od dawna mamy ten problem. Brak nam infrastruktury i ukrywanie się jest trudniejsze niż samo przeprowadzenie akcji.

Dziewczyna mówiła to jakby do siebie, znacznie już spokojniejsza. Carlos pomyślał, że nie brakowało jej sprytu, odgadła jego myśli i chciała mu wyjaśnić popełnioną nieostrożność.

– Błędy się zdarzają, to prawda – odparł.

Niemniej nadal odczuwał niepokój. Wyjątkowo zdecydował się pomóc tej dwójce, był tylko dawnym członkiem organizacji, który zgodził się wyświadczyć przysługę starym towarzyszom walki. Gdyby złapano Jone i Jona żywych i gdyby nie mieli oni żadnego wyboru, w pierwszej kolejności poświęciliby jego i spalili kryjówkę, by chronić organizację, której ponoć brakowało infrastruktury.

„Zacząłeś wspominać piękne czasy”, usłyszał w głowie. Szczur żartował sobie z niego jak zawsze. „Nie można tego naprawić. Krzywda już została wyrządzona. Nawet jak wszystko dobrze pójdzie, na pewno będą problemy z policją. I doskonale wiesz… – ton Szczura stał się jeszcze bardziej ironiczny – doskonale wiesz, że tobie jest wszystko jedno, ty się niczego nie boisz, ale co z Guiomarem, Ugartem, Laurą, Dorem i innymi ludźmi w hotelu? Jeśli policja zamknie hotel, gdzie oni się podzieją?”. Carlos zobaczył twarze swoich wspólników jak na wiszącym w hotelowym lobby czarno-białym zdjęciu, które sobie wspólnie zrobili.

– Naprawdę nie sądzę, żeby stało się coś poważnego – powiedziała Jone, gasząc papierosa. – Być może pistolet zrobił wrażenie na dzieciaku, który komuś o tym opowie. A jeśli nawet, to co? Nikt nie wierzy we wszystko, co mówi takie małe dziecko. A jeśli nawet ktoś uwierzy albo wręcz się tym przejmie, nie wiem, może pomyśleć, że chcieliśmy dokonać zamachu lub porwać tego całego Bońka. I co? Wydaje ci się, że podchodzę do tego zbyt optymistycznie?

– Nie. Dobrze mówisz – odpowiedział Carlos, chociaż myślał co innego.

Skoro nie dało się cofnąć tego, co się wydarzyło, uznał, że nie ma sensu ciągle się nad tym zastanawiać. W głowie pięcioletniego dziecka zaistniał widok pistoletu i przeznaczenie zdecyduje o tym, co się stanie – czy Pascal o tym opowie, a jeśli tak, to kiedy i komu. Carlos uznał, że może tylko zachować czujność.

– I jeszcze jedno – dodała Jone, zmieniając ton głosu i cedząc teraz słowa. – Nikogo nie powinno dziwić, że jakaś para kręci się koło źródła. Natknęłam się tam na taką małą rzecz, która dowodzi, że niektórzy chodzą tam kokosić się na trawie.

 

Carlos przyzwyczaił się już do ciemności panującej wokół piekarni, więc wyraźnie widział teraz usta dziewczyny. Były nieco rozchylone, Ugarte określiłby je z właściwym sobie cynizmem jako „gotowe polizać cukierek”. Wystarczyłoby tylko jedno jego słowo i dziewczyna by z nim poszła. Ponownie poczuł podniecenie. Sprawiłoby mu przyjemność, gdyby jej nagie ciało znalazło się tam, gdzie dwa dni temu dotykał nagiego ciała Marii Teresy – tak, to oni kokosili się wtedy na trawie obok źródła. Tyle że Maria Teresa nie poruszała się, gdy oświetlał jej nagość latarką, a gdy się kochali, poddawała się każdemu ruchowi jego łydki czy ramienia. A ta dziewczyna? Czy będzie chciała przyjąć tak pasywną postawę? Przypuszczał, że nie. Poza tym Maria Teresa była kobietą drobną, podczas gdy Jone nie sprawiała wrażenia miłego kociaka, w żadnym wypadku. Wydawała się krzepka i nawet w ciemności dało się dostrzec, że była umięśniona niczym sportsmenka. Carlosowi przyszło na myśl, że dziewczyna mogła spędzić jakiś czas w więzieniu, gdyż te mięśnie wyglądały na wyćwiczone w więziennej siłowni. W każdym razie nie była w jego typie. Jak to ujęła zazdrośnie Maria Teresa, jemu podobały się kobiety w stylu gejszy. Lepiej było zostawić wszystko tak, jak jest.

„Członek organizacji może zostać schwytany w momencie, w którym najmniej się tego spodziewa”, usłyszał wówczas głos. To samo wspomnienie co wcześniej. Sabino nadal czytał z białej książeczki, a młodzi ludzie, którzy chcieli dołączyć do organizacji, uważnie go słuchali. On sam chłonął słowa Sabina. „Gdy ktoś zostanie aresztowany, bezpieczeństwo wymaga, by łańcuch został zerwany. Schwytany ma powiedzieć policji, że działa na własną rękę, że nie słyszał nigdy o żadnej organizacji. Jeśli powiążą go z innym członkiem i wykażą te powiązania za pomocą nagrań lub zdjęć, ma wyznać wówczas swoje osobiste sprawy, by się usprawiedliwić. Jeśli policja powiąże chłopaka i dziewczynę, oboje mają zwalić winę na pożądanie seksualne. Nie ma żadnego ruchu, nie ma żadnej organizacji, tylko miłość albo pożądanie”.

– O czym myślisz? – spytała dziewczyna.

W tej samej chwili od strony hotelu rozległ się wrzask, a zaraz potem radosne okrzyki i gorące oklaski.

– Pewnie Polska strzeliła drugiego gola – powiedział Carlos, wracając do rzeczywistości.

Zaczerpnął powietrza, a wraz z nim radości, jaką niosła ze sobą zdobyta bramka. Zaraz potem przepędził nasuwające mu się ostatnio obrazy i zastąpił je innym, do którego dawno nie wracał. Szesnastoletni piłkarz w białych spodenkach i niebieskiej koszulce prowadził piłkę do pola karnego, okiwał jednego obrońcę – przeciwnicy nosili ciemnofioletowe stroje – wyminął dwóch kolejnych, wszedł w pole bramkowe, uderzył piłkę z gracją i zaraz usłyszał okrzyk kibiców cieszących się z gola. To on był tym piłkarzem i dzięki tej bramce jego drużyna awansowała do wyższej ligi, a teraz słuchał okrzyków, widział wyrzucone w górę swetry kibiców, za nimi fabrykę z wysokim kominem, z którego unosił się słup dymu, a wyżej błękitne niebo. Na to wspomnienie Carlosa przeszedł dreszcz i poczuł coś podobnego jak wtedy, gdy we śnie zobaczył zamarznięte morze. Wydało mu się, że nocne powietrze nabrało lekkości, odgłos owadów nasilił się, a księżyc i gwiazdy stały się bardziej odległe.

– Posłuchaj no, Yulu Brynnerze…

Poczuł, że obejmuje go ciało dziewczyny. Zapach jej potu i perfum ponownie go uderzył, tłumiąc woń piekarni.

Bez wątpienia dziewczyna źle zinterpretowała zmianę jego nastroju, jaką wywołało wspomnienie tamtego meczu. W pierwszym odruchu odsunął ją od siebie; dobiegające z hotelu hałasy rozproszyły jego pożądanie, tak jak wiatr rozbija bańkę mydlaną. Po chwili jednak zdecydował wykorzystać wskazówki Sabina dotyczące zachowania bezpieczeństwa i podjąć grę. Jeśli coś się wydarzy, będzie miał wymówkę, że pomógł tej dwójce z powodu namiętności, jaką poczuł do dziewczyny. Gdy zobaczył jej zdjęcie w gazetach, wydała mu się bardzo atrakcyjna; stracił dla niej głowę i zaprowadził ją do hotelu. A potem nie mógł się już wycofać, bo pożądanie było silniejsze niż rozsądek. Może to trochę śmieszne, ale takie powody nadawały się na historyjkę dla policji równie dobrze jak te prawdziwe. W każdym razie Guiomar i pozostali byliby poza podejrzeniami.

– Nie jestem chyba aż tak łysy. Nie za dobrze pamiętam jego filmy, ale powiedziałbym, że mam jednak więcej włosów niż Yul Brynner. Są tak krótkie jak twoje – wyszeptał.

Rozluźnił jej uścisk i objął ją za szyję, głowa dziewczyny oparła się o jego podbródek. Gdy mocno chwycił obie jej piersi, żaden mięsień jej twarzy nawet nie drgnął.

– Kolacja będzie zimna – powiedziała, ciężko oddychając.

– Zajmiemy się tym później, Jone. Teraz może lepiej pójdziemy tam, gdzie pary kokoszą się na trawie. Tak naprawdę właśnie tam się wybierałem, po wodę ze źródła, której używam w piekarni.

Dziewczyna poszukała jego ust i wydała z siebie stłumione „tak”. Przez głowę Carlosa przebiegła absurdalna myśl: jeśli nie będzie mu się podobało, zdąży wrócić do hotelu, by zobaczyć powtórki bramek.

Gdy reprezentacja Polski strzeliła trzeciego gola, właśnie się ubierali. Dobiegający z hotelu okrzyk przeraził Jone, choć nie był tak głośny jak poprzedni.

– Naprawdę nie cierpię piłki – powiedziała, marszcząc czoło, gdy tylko się pozbierała.

W świetle wiszącej na drzewku oliwnym latarki – klasycznej samochodowej, o trzech trybach – zaniepokojony Carlos obserwował dziewczynę: zapaliła czwartego czy piątego już papierosa, zmoczyła i nastroszyła swoje krótkie włosy i patrzyła ponuro. W ogóle nie wzbudzała w nim zaufania. Być może żałowała tego, co zrobili, i myślała o swoim chłopaku. Albo nie czuła się tu swobodnie, była przecież wyrwana ze swego otoczenia. Nie wróżyło to niczego dobrego. Członek organizacji, w dodatku ktoś, kto porzucił wszystko dla walki, nigdy nie powinien opuszczać swojego otoczenia. Powinien jeść, spać i rozmawiać tylko ze swoimi towarzyszami. Wychodzenie i powracanie do swojego kółka było jak nieustanna zmiana klimatu, ciało nie nadążało się do tego przyzwyczaić, a co dopiero głowa. Tak, Jone i jej towarzysz powinni jak najszybciej opuścić hotel. W przeciwnym razie będzie z nimi tylko gorzej.

Dziewczyna dała mu sygnał latarką, przerywając jego myśli. Zmieniła tryb na światło długie.

– Zaczekaj chwilę. Zaraz będę gotów. Muszę napełnić ten kanister, żebyśmy jutro mieli chleb w hotelu – krzyknął za nią.

Dziewczyna zmierzała już w stronę piekarni.

– Jeśli nie wrócę przed końcem meczu, Jon pomyśli sobie nie wiadomo co – odpowiedziała hardo.

Carlosowi znowu przypomniała się powtórka. Podczas mundialu pokazywali ją nawet pięć razy, w przerwach między wywiadami. Powinien zdążyć na jedną z nich.

– Nie chcesz mi pomóc? Zabrałaś latarkę i zaraz mnie zostawisz w ciemnościach – krzyknął, kierując strumień wody do kanistra.

Dziewczyna się tym jednak nie przejęła. Machnęła ostatni raz latarką i znikła między drzewami.

Okolicę Fontanny Derby ogarnęła ciemność. Chwilę później słychać było tylko dźwięk nalewanej wody, płynącej kapryśnym, skąpym strumieniem, przypominającym malowane arabeski lub drżący płomień. Carlos zabawiał się nasłuchiwaniem tych wodnych odgłosów, zmian ich tonacji, aż napełnił dziesięciolitrowy kanister. W drodze powrotnej do piekarni – starając się o niczym nie myśleć – skupił się na odgłosach owadów, które wydawały mu się kontynuacją dźwięków wydawanych przez wodę, stałych i zmiennych zarazem. Niedługo potem zobaczył piekarnię i magazyn. „Co, znowu uciekamy przed problemami?”, usłyszał. Szczur powrócił.

„Chciałbyś, żeby wszystko było jak przedtem – mówił dalej ten zły głos jego sumienia – ale dzieciak widział pistolet Jone i tylko to się liczy. Niedługo się przekonasz, przekonasz się, jakie to będzie miało konsekwencje”. Carlos potrząsnął głową. To był jego charakterystyczny gest od czasów młodości. „Chcesz otrząsnąć się ze złych myśli, jakby to były krople wody na włosach?”, pytał zazwyczaj jego brat, gdy go na tym przyłapał. Nie zawsze jednak tym ruchem głowy udawało mu się to osiągnąć.