Przed siebieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

1K – Beznadzieja do kwadratu

2K – W zdrowiu i w chorobie

3K – Dopuśćcie dzieci

4K – Czy na to aby już nie za późno?

5K – Ten wstydliwy wysiłek

6K – Brnąc przez panikę

7K – Dlaczego biegamy?

8K – Znaj swoje ograniczenia

9K – Słuchanie swojego ciała

10K – Pułapki i rozczarowania

A na koniec... kilka porad, jak zacząć

Źródła

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału

Jog On

Przekład

JAN WĄSIŃSKI (rozdz. 1–7, podziękowania, źródła),

URSZULA GRABOWSKA (rozdz. 8–10, porady)

Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ

Redaktorka prowadząca AGNIESZKA RADTKE

Redakcja KAROLINA WĄSOWSKA

Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ

Projekt okładki i ilustracje ANNA MORRISON

Adaptacja projektu okładki AGNIESZKA WRZOSEK

Opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie i korekta ANNA HEGMAN

Copyright © Isabella Mackie 2018

Isabella Mackie asserts the moral right to be acknowledged as the author of this work.

Copyright © for the translation by Jan Wąsiński, Urszula Grabowska

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020

Warszawa 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66500-10-5

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

George,

najodważniejszej ze znanych mi osób,

bo to jej zawdzięczam najwięcej


.

Wyszłam dziś pobiegać trzy minuty. Po zmroku, powoli, a i tak się zatrzymywałam. Biegałam trzy minuty dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Brak mi tchu, dostałam kolki i już teraz czuję się najlepiej od lat. Na razie chyba wystarczy, pierwsze koty za płoty. Teraz mogę wrócić do domu i sobie popłakać. Albo zapić smutki winem.

Już wtedy, kiedy leżałam na podłodze w salonie i patrzyłam, jak stopy mojego męża zmierzają szybko ku drzwiom, myślałam o tym, co nastąpi potem. Kiedy rozpada się małżeństwo, towarzyszą temu niewyobrażalny smutek, niewygodne pytania, niekiedy zawstydzenie. Mogłam sobie to wszystko dokładnie wyobrazić. Wpatrywałam się tępo w dywanik, a mój umysł uprzedził fakty, mętnie kreśląc nieuchronnie nadciągającą przyszłość. Zaczęłam nawet opracowywać w głowie listę okropnych piosenek, które w następnych tygodniach będą żałośnie porykiwać w moim domu o czwartej nad ranem.

Teraz do mnie dotarło, że ta chwila, kiedy pęka serce, może być zadziwiająco krótka. Nie zawsze przypomina powolny rozkład, jak się można spodziewać. Wydaje się, że powinno to wyglądać tak, że miłość i wzajemne oparcie z czasem powoli zanikają, odpadają kawałek po kawałku, aż w końcu żadna ze stron nie ma już sobie właściwie nic do powiedzenia. Czasami to następuje w mgnieniu oka, bierze z zaskoczenia, nie pozwala się przygotować. Ktoś stoi naprzeciwko, patrzy ci prosto w oczy i mówi, że cię opuszcza, że już cię nie kocha, że znalazł sobie kogoś innego, że nie jesteś dla niego odpowiednia, a ty myślisz sobie: „Aha, czyli tak wygląda chwila, kiedy się umiera. Ja tego nie przetrwam”. Coś gdzieś w środku nas brutalnie pęka, a ty możesz jedynie leżeć na podłodze i czekać, aż ktoś ci w końcu wskaże, jak podążyć tunelem światła.

Nie wiem, jakie rozstanie jest gorsze. Oba są paskudne, tak jak zresztą większość rozstań. Słyszałam kiedyś anegdotę o parze w restauracji, która przez ponad godzinę jadła w ciszy. Kiedy podano kawę, mąż szepnął coś żonie, na co ona odsyknęła: „Nie w kawie rzecz, tylko w ostatnim ćwierćwieczu”. Takie powolne rozlatywanie się musi być dość przerażające. Gdy jednak znienacka dostaje się obuchem w głowę, moment uderzenia jest okrutnie odczuwalny fizycznie. Ten wstrząs to paradoksalnie ta prostsza część. Prędzej czy później orientujesz się bowiem, że nie umrzesz. Nawet nie możesz zbyt długo gapić się beznamiętnie w dywan, bo przecież musisz odebrać dzieci ze szkoły, wyprowadzić psa czy udać się do pracy. Ba, musisz się choćby wysikać. Twoje cierpienie przegrywa nawet z najbardziej prozaicznymi wymaganiami stawianymi przez leniwy poniedziałek. A potem przychodzi niechciana świadomość, kiedy przyszłość widzisz zupełnie wyraźnie: potykając się, przebrniesz przez te chwile. Ale to zajmuje masę czasu. Złamane serce to tylko moment. Wracanie na prostą ciągnie się natomiast w nieskończoność, a czasami człowiek nie ma najmniejszej ochoty się do tego zabrać.

Kiedy tak leżałam, wiedziałam, że niebawem muszę wstać z tej podłogi. Doskonale wiedziałam, że z odpowiednimi umiejętnościami radzenia sobie w trudnych sytuacjach z czasem można się pozbierać. Ale wiedziałam też coś jeszcze – że w przeciwieństwie do większości ludzi ja nie mam tych umiejętności.

Człowiek potrafi odczuwać na długo przed tym, zanim nauczy się rozumieć emocje. Małe dzieci śmieją się, płaczą, złoszczą, ale nie potrafią nam powiedzieć z jakiego powodu. Dorastając, wypracowujemy jednak sposoby radzenia sobie ze stresującymi sytuacjami czy traumami. Nasze młodzieńcze lata są często pełne frustracji i poczucia zagubienia, koniec końców jednak zyskujemy wgląd w samych siebie i uczymy się, jak lepiej sobie radzić z emocjami w dorosłym życiu. To narzędzia, które zabieramy ze sobą w dorosłość, doskonalimy je i rozwijamy, żeby umieć stawiać czoła pojawiającym się wyzwaniom. A przynajmniej większość z nas tak robi. Tymczasem ja aż do tamtej chwili, kiedy znalazłam się na podłodze, przez większość życia uciekałam od własnych problemów. Nawet jako bardzo małe dziecko, gdy odczuwałam lęk, pozwalałam swoim zmartwieniom narastać, przejmować kontrolę nade mną i zdominować moje życie. Problemy ze zdrowiem psychicznym zahamowały mój rozwój i doprowadziły do tego, że byłam zbyt przerażona, by walczyć z przeciwnościami; starałam się rygorystycznie kontrolować wszystko wokół, aby uniknąć ewentualnego skrzywdzenia. Gdy pojawiała się przeszkoda, wycofywałam się. Odrzucałam okazje, które popchnęłyby mnie do przodu albo dawały niezależność. Wolałam nie ryzykować.

Od młodzieńczych lat przyzwyczajałam się do chowania głowy w piasek i uciekania się do myślenia magicznego, byleby odpędzić zło. Zamiast rozpoznać w sobie chorobę, pracowałam nad różnymi sposobami radzenia sobie ze zmartwieniami i irracjonalnym myśleniem – nadaremnie. Kiedy w mojej głowie pojawiała się myśl wywołująca lęk, spluwałam albo mocno mrugałam, aby ją odgonić. Unikałam określonych liczb, liter, barw, piosenek czy miejsc. Wszystko w ramach „pójścia na kompromis” z własnym mózgiem i w płonnej nadziei, że złe myśli przeminą, jeśli tylko będę się trzymać swoich małych sposobów. Nic nie działało, a niepokój szybko we mnie narastał. Wypracowane umiejętności radzenia sobie z trudnościami okazywały się nieskuteczne, wobec czego wciąż cierpiałam na agorafobię, łatwo też u mnie było o ataki paniki, natarczywe myśli, histerię i depresję. Do chwili, gdy opuścił mnie mąż, trwało to już latami. Szczerze, nie potrafiłam sama zrobić zakupów w supermarkecie, a co dopiero przebrnąć przez rozstanie takiego kalibru. Wiedziałam, że muszę zebrać się z tej podłogi, ale nie wiedziałam co dalej. Paraliżował mnie strach.

Lęk to śliska i podstępna franca. Stany lękowe objawiają się na tak wiele różnych sposobów, że pozostają często nierozpoznane, dopóki cierpiąca na nie osoba nie pogrąży się w całkowitej beznadziei. Bywa tak, że latami doświadczamy ataków paniki, ale nie jesteśmy w stanie ich zdiagnozować. Możemy przypuszczać, że mamy poważne kłopoty zdrowotne, na przykład właśnie dostaliśmy udaru czy zawału (tak się czułam w nocnym klubie w wieku osiemnastu lat, ku nieokiełznanej wesołości moich wstawionych przyjaciół) albo maniacko doszukujemy się u siebie wysokiego ciśnienia. Możemy być tak zawstydzeni swoimi natrętnymi myślami, że nigdy nikomu się z nich nie zwierzymy, a już na pewno nie dopuszczamy do siebie myśli, że mamy objawy zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego (OCD – dawniej nazywanego nerwicą natręctw). Zamiast stawić czoła atakującym umysł przerażającym wyobrażeniom i myślom – uznać, że to są tylko myśli i nie mogą nas skrzywdzić – możemy spędzić długie lata, starając się jakoś je zneutralizować, wyciszyć. Wszystko to może nas doprowadzić do ciężkiej depresji – jakbyśmy nie mieli wystarczająco dużo problemów. Mnie doprowadziło do histerycznych płaczów, do tego, że godzinami nie znajdowałam sił na wstanie z łóżka. Przesypiałam całe dnie. I oglądałam dziennie więcej telewizji, niż powinna zdrowa osoba. Straciłam przez to wszelką nadzieję o wiele za szybko.

 

Do chwili dotarcia do tego etapu osoba z zaburzeniami lękowymi zapewne zdążyłaby już sobie wypracować własne mechanizmy radzenia sobie z negatywnymi myślami i wyobrażeniami, które wywołują strach. Owe zachowania zaradcze są sztywne i trudne do zmiany, a tym bardziej do zaniechania. Na dłuższą metę praktycznie żadne z nich nie jest pomocne. Częściej przynoszą one raczej chwilową ulgę, koniec końców powodują jednak jeszcze większe zamartwianie się. W moim przypadku mechanizm radzenia polegał między innymi na niewracaniu nigdy do miejsca, w którym miałam napad paniki. Jakże prosty plan, myślałam, aby ta sama koszmarna sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. Szkoda tylko, że niewidzialny kordon otoczył w ten sposób większość Londynu, w tym główną ulicę mojej części miasta, boisko i większość sklepów. Z czasem lista rozszerzyła się o samoloty, windy, autostrady, wszystkie miejsca nazbyt oddalone od szpitala, no i metro (na imprezach nieraz mieli ze mnie z tego powodu polewkę). Natychmiastowa ulga była złudna, szybko bowiem znalazłam się w potrzasku – nie mogłam wybrać się w żadne miejsce, które mój umysł zakwalifikował jako zagrażające bezpieczeństwu. Choć obecnie widzę to jak na dłoni, przez wiele lat nieświadomie trwałam w szponach lęku. Tak nawykłam do swoich tandetnych kompromisów, że nawet nie zabiegałam o skuteczną pomoc specjalisty, póki owe taktyki jakoś działały. Tkwiłam w martwym punkcie.

Jeśli w ogóle istnieje jakiś bodziec skłaniający człowieka, żeby spróbował coś zmienić, to może być to wstrząs towarzyszący rozpadowi małżeństwa, które nie przetrwało nawet roku. Zważywszy, że w Wielkiej Brytanii osoby rozwodzące się wytrzymują około jedenastu i pół roku przed powiedzeniem sobie „basta”, zerwanie przysięgi małżeńskiej w równie spektakularny sposób jak mój naprawdę wydaje się nie lada wyczynem. Rozwód po dłuższym okresie można by uznać po prostu za coś smutnego, acz nieuniknionego, co ewentualnie kwituje się zdaniem: „No tak, w dzisiejszych czasach młodzi do niczego się nie przywiązują”. No ale osiem miesięcy?! Głupio byłoby nie stawiać sobie żadnych pytań i nie mieć wątpliwości co do własnego życia.

Nawet bez tej dodatkowej okoliczności, jaką była klapa mojego małżeństwa, wiedziałam, że dotarłam do ściany. Tak długo unikałam wszystkiego, co wywoływało we mnie strach, że mój świat się skurczył – miałam wręcz wrażenie, jakbym się dusiła. A pomimo wszystkich moich starannych zabiegów i środków ostrożności (czytaj: kontrolowania wszystkiego i wcielania w życie wyjątkowo nieracjonalnego myślenia – byłam pośmiewiskiem na imprezach, już mówiłam) i tak doszło do najgorszego. Mury, które budowałam wokół siebie od dzieciństwa, nie uchroniły mnie przed krzywdą i upokorzeniem. Właściwie to w dużej mierze się do tego przyczyniły.

Po odejściu męża, gdy już siostra siłą dźwignęła mnie z tej przyjętej na podłodze pozycji embrionalnej, przez kilka kolejnych dni płakałam i piłam. Wybaczcie, że nie przytoczę tu szczegółowo, jak to wszystko wtedy wyglądało – mam pustkę w głowie, jeśli chodzi o tamten okres. Jestem za to wdzięczna mojemu mózgowi, ten jeden, jedyny raz sprawił się na medal. Musiały być jakieś rozmowy, pewnie jadłam i spałam, ale pamiętam tylko, że obejrzałam cały sezon Gry o tron, oraz pretensje siostry, że oglądałam bez niej.

Wzięłam dzień urlopu na żądanie, a potem wróciłam do pracy, to szlochając po toaletach (mój mąż, o ironio, pracował w tej samej firmie), to niemo ślęcząc za biurkiem i słuchając na słuchawkach muzyki granej na dudach w dziwacznej próbie wykazania się siłą charakteru, gdy tylko on przechodził obok. Tak na marginesie, muzyka w zaskakujący sposób wykonała swoje zadanie i polecam ją każdemu, kto potrzebuje poczuć się silniejszym. Na początek proponuję Highland Laddie.

Miałam wrażenie, że znalazłam się w martwym punkcie, wiedziałam, że muszę jakoś znieść te trudne emocje i ból, ale też martwiłam się, że być może nigdy nie poczuję realnej poprawy. Życie wokół toczy się dalej, nieważne, że cały wasz świat właśnie legł w gruzach. Widziałam, jak normalność majaczy na horyzoncie, ale do niej nie dążyłam. Znów chodziłam do pracy i przypuszczałam, że po paru miesiącach może i się pogodzę z rozstaniem, ale wiedziałam, że wciąż będę uwięziona w swojej małej przestrzeni, a moimi jedynymi prawdziwymi towarzyszami niedoli będą lęk i depresja.

Łatwo udawać, że nic się nie stało, nawet jeśli masz chorobę psychiczną i czujesz, jak ona cię trawi. Nawet w chwilach największego upodlenia dawałam radę utrzymać pracę, sypać dowcipami jak z rękawa, prowadzić życie towarzyskie na takim poziomie, żeby nie uchodzić za pustelniczkę. Wiele osób biegle opanowało tę sztukę udawania, oszukując nawet samych siebie. Mogłabym pewnie tak ciągnąć w nieskończoność, żyjąc na pół gwizdka i utrzymując, że mi z tym dobrze. Ale coś we mnie pękło, dłużej już tak nie mogłam. Pozory utrzymywałam tak długo, aż stało się to skrajnie męczące.

Zaczęłam sama siebie postrzegać jako oszustkę – tchórzliwego dzieciaka, który udaje dorosłego, choć to w ogóle nie ma sensu. J.K. Rowling twierdzi, że dno stało się fundamentem, na którym zbudowała swoje życie – jako że sprawdziły się jej najgorsze obawy, nie miała innego wyjścia niż odbić się od niego[1]. Ponieważ chodzi właśnie o nią, wybaczam jej ten banał, a nawet niechętnie przyznaję, że ma to sens. Rowling stworzyła magiczny świat czarodziejów, który pomógł jej stać się jedną z najbogatszych kobiet na świecie. W moim przypadku absolutne dno zdopingowało mnie do wyjścia na przebieżkę.

Po tygodniu funkcjonowania jako świeżo odzyskana singielka wpadłam na pomysł, żeby pobiegać. W Buszującym w zbożu jest taka scena, kiedy Holden Caulfield biegnie przez szkolne boiska i usprawiedliwia to słowami: „Sam nie wiem, dlaczego tak się spieszyłem, po prostu miałem taką fantazję”[2]. Może nie mogłam już znieść tego, że czułam się tak cholernie żałosna, a może wiedziałam, że muszę spróbować, muszę zrobić coś inaczej, w każdym razie tego dnia po prostu poczułam ochotę na bieganie.

Wciąż nie rozumiem, dlaczego się wtedy na to zdecydowałam, będąc w tak nędznym stanie. Nigdy przedtem nie wykonywałam żadnych intensywnych ćwiczeń fizycznych. Ale całe życie spędziłam, powstrzymując się od ucieczki – przed własną głową, przed swoimi negatywnymi myślami, przed zmartwieniami, które narastały warstwa po warstwie, tworząc pancerz zbyt gruby, aby móc w nim funkcjonować. Może nagła chęć biegania była somatycznym objawem pragnienia ucieczki przed własnym umysłem? Wydaje mi się, że po prostu naprawdę chciałam to zrobić.

Ponadto nie mogłam się doczekać, kiedy obalę związany z rozstaniami stereotyp o zajadaniu się lodami – zawsze szukałam szybkich efektów poprawy. Pragnęłam, żeby rozgoryczenie i smutek raz-dwa minęły. Bądź co bądź zakończenie związku to zawsze dobra okazja, żeby spróbować czegoś nowego. Dodatkową korzyścią w tym przypadku miało być również uwolnienie się od moich odwiecznych lęków, a naprawdę czułam, że kończy mi się czas, kiedy to w ogóle będzie możliwe. Zaraz przecież miała mi stuknąć trzydziestka, a ja obawiałam się, że rozwód wykorzystam jako kolejną wymówkę, aby się wycofać, zamknąć na otoczenie w jeszcze większym stopniu niż dotychczas, po prostu bać się życia.

W żadnym razie nie byłam gotowa przebiec przez Salingerowe boisko. Zbyt duży strach, nawet przed głupimi zakupami w supermarkecie, już na wstępie przekreślał jakiekolwiek równie spektakularne pomysły. Nie było żadnego kulminacyjnego momentu jak w filmach, żebym pomknęła przez prerię czy sforsowała ścianę deszczu. Tak naprawdę nie wiedziałam, co robię, i przez chwilę nawet się zastanawiałam, czy aby nie zaczynam mieć jakichś urojeń. To, że chcę coś zrobić, wydało mi się tak bardzo dziwne, i nawet kiedy przekonywałam sama siebie, że popełniam błąd, to jednak zawiązałam tenisówki i zgarnęłam klucze.

Założyłam stare legginsy i tiszert, po czym weszłam w ciemny zaułek znajdujący się jakieś trzydzieści sekund spacerem od mojego mieszkania. Spełniał dwa istotne kryteria: był odpowiednio blisko bezpiecznego schronienia, jakim jest dom, i na tyle cichy i spokojny, aby nikt się tam ze mnie nie wyśmiewał. Czułam się idiotycznie i nieco onieśmielona, jakbym robiła coś perwersyjnego, czego nikt nie powinien widzieć. Na szczęście jedyną żywą istotą, którą napotkałam, był kot, lekceważąco gapiący się na mnie, gdy zbierałam się w sobie, żeby ruszyć. Byłam bardzo wdzięczna, gdy nagle gdzieś się ulotnił; jakakolwiek oznaka zbliżającego się człowieka spowodowałaby, że natychmiast bym się zatrzymała. Ta próba ukarania samej siebie była zbyt bezwzględna, żeby miał ją oglądać ktoś obcy.

Ze słuchawkami w uszach poszukałam właściwej muzyki na telefonie i zdecydowałam się na piosenkę She Fucking Hates Me kapeli Puddle of Mudd. Muzycznie niekoniecznie w moim guście, ale tekst był odpowiednio gniewny, a nie chciałam niczego, co mogłoby doprowadzić mnie do płaczu (wszystko doprowadzało mnie do płaczu). Piosenka trwa trzy minuty trzydzieści jeden sekund, a wers she fucking hates me pojawia się bez przerwy, co raczej nie zaskakuje. Zdaje się, że wytrzymałam trzydzieści sekund joggingu, po czym musiałam się zatrzymać – tak piekły łydki i paliły płuca. Dzięki piosence czułam jednak uderzenia adrenaliny, więc po minucie odpoczynku znów ruszyłam. Jakoś zdołałam utrzymać tempo wydzierającego się wokalisty, bezgłośnie wypowiadając słowa, kiedy z wykrzywioną z wysiłku twarzą człapałam wyznaczoną sobie trasą. Zdzierżyłam nieprawdopodobne trzy minuty z przerwami (niemal całą piosenkę), dopiero wtedy odpuściłam i wróciłam do domu. Czy poczułam się lepiej? Skąd. Czy mi się podobało? Też nie. Ale nie płakałam przez co najmniej kwadrans, a to dla mnie było już naprawdę coś.

Ku własnemu zaskoczeniu nie poprzestałam na tym. Owszem, chciałam, bo czułam się po tym beznadziejnie, ale coś we mnie przytłumiło te wszystkie wewnętrzne wymówki. Nazajutrz pojawiłam się na tej samej uliczce. Podobnie jak następnego dnia. Tych kilka pierwszych prób wyglądało naprawdę żałośnie. Kilka sekund biegu, szuru-buru, przerwa. Odpoczynek. Ruszam dalej. Zastygnięcie w bezruchu, gdy ktoś wyłania się z mroku. Poczucie śmieszności. Kontynuuję mimo wszystko. Zawsze w mroku, zawsze potajemnie, trochę jak typ spod ciemnej gwiazdy.

Nie miałam pojęcia, co robię ani co chcę osiągnąć dzięki tym ulicznym przebieżkom. W kolejnych tygodniach przypływ ambicji zaczął wystawiać rachunek i przeżyłam sporo drobnych katastrof. Zespół przeciążenia kości piszczelowej boli jak jasna cholera. Biegałam za szybko i musiałam przystawać, gdy dopadało mnie niekontrolowane sapanie. Usiłowałam wbiec na wzniesienie i gdy stało się jasne, że górka mnie pokonała, musiałam przyznać się do porażki i złapać autobus. Dostałam napadu paniki w zaciemnionej części pobliskiego parku, kiedy przegapiłam moment zachodu słońca i nagle się zorientowałam, że jestem całkiem sama. Przewróciłam się, płakałam jak dziecko. Czułam, że bieganie jest dla mnie jak język, którym nie władam – nie tylko dlatego, że byłam w opłakanej kondycji fizycznej. Bieganie wyglądało na czynność, którą uprawiają tylko szczęśliwi, zdrowi, pełni werwy ludzie, a nie znerwicowani palacze przestraszeni wszystkim wokół.

Przez całe życie, gdy coś nie wychodziło mi idealnie już za pierwszym razem, byłam gotowa z miejsca to rzucić. Miałam tę żenującą świadomość, że nie biegam dobrze i nie robię postępów. A jednak – sama się sobie dziwiąc – biegałam dalej. Przez dwa tygodnie brnęłam przez mroczny okoliczny zaułek. A kiedy w końcu poczułam się raczej znudzona niż tradycyjnie wystraszona czy pozbawiona tchu, pobiegłam odrobinę dalej. Przez kilka pierwszych miesięcy trzymałam się zaułków sąsiadujących z moim mieszkaniem (mój mózg zawsze wypatrywał drogi ewakuacyjnej) i robiłam pętle po bocznych ulicach, wzdrygając się, gdy mijały mnie samochody. Byłam powolna, smutna i wściekła. Ale stopniowo zaczęłam sobie uświadamiać dwie rzeczy. Po pierwsze, że kiedy biegam, nie czuję się aż tak smutna. Mój umysł się wyciszał – część mózgu jakby się wyłączała, a przynajmniej na parę minut odpuszczała. Nie myślałam wtedy o swoim małżeństwie ani jak się przyczyniłam do jego rozpadu. Nie zastanawiałam się, jak sobie radzi mój mąż i czy akurat jest na niezapomnianej randce albo czy w ogóle o mnie myśli. Przynosiło mi to ogromną, ogromną ulgę.

 

Po drugie, co było nawet jeszcze cenniejsze, odkryłam, że nie czuję już takiego lęku. Po pewnym czasie docierałam do tych części miasta, do których od lat nie byłam w stanie się wybrać, zwłaszcza sama. Oczywiście nie mówimy tu o Soho, tętniącym życiem ludzkim mrowisku, ale po miesiącu byłam w stanie przebiec przez targowiska dzielnicy Camden Town bez poczucia, że zaraz zemdleję lub zaleję się łzami. Nie zdobyłabym się na to, gdyby to miał być spacer – próbowałam tyle razy, ale górę zawsze brał lęk, pociły mi się dłonie i władzę nade mną stopniowo przejmowała panika. Z jakiegoś jednak powodu biegając, czułam się inaczej. Kiedy mózg nie pozwala na zwykłe eskapady, które dla większości z nas nie są przecież niczym wyjątkowym, to mijanie kramów z koszulkami z nadrukiem „Nikt nie wie, że jestem lesbą” staje się wielkim osiągnięciem. Gdy skupiałam się na rytmie stóp uderzających o chodnik, nie dręczyły mnie maniackie myśli o swoim oddechu, o tłumach albo o tym, jak daleko jestem od domu. Mogłam znaleźć się na terenie, który mój mózg zawsze określał mianem „niebezpiecznego”, i nie mieć przy tym wrażenia, że za chwilę stracę przytomność. Dla mnie już to było małym cudem.

Joyce Carol Oates opisała niegdyś, jak jogging umożliwia jej pisanie, gdy „umysł frunie wraz z ciałem”[3]. Jeśli dobrze rozumiem sens tej wypowiedzi, chodzi o to, że nasze ciało zabiera mózg na przejażdżkę. Głowa nie zajmuje już siedzenia kierowcy. Skupiamy się na śmigających nogach czy kołysaniu ramion. Zwracamy uwagę na bicie serca, pot skapujący do uszu, skręt tułowia przy zamaszystym kroku. Kiedy już złapiemy rytm, zaczynamy zauważać przeszkody na swej drodze, ludzi do wyminięcia. Widzimy szczegóły budynku, których wcześniej za nic byśmy nie dostrzegli. Przewidujemy nadchodzącą pogodę. Nasz mózg odgrywa w tym wszystkim pewną rolę, ale inną niż zazwyczaj. Mój umysł jest przyzwyczajony do straszenia mnie domysłami spod znaku „a co jeśli”, lubi dręczyć mnie wspomnieniami najgorszych doświadczeń, ale w trakcie biegania zwyczajnie przegrywa z potrzebą koncentracji na szybkim poruszaniu się. Oszukałam go albo wymęczyłam, albo po prostu dałam mu zupełnie nowe zajęcie.

Przeprowadzono już szeroko zakrojone badania na temat tego, dlaczego bieganie tak skutecznie oczyszcza głowę. Naukowcy muszą być zdeterminowani, by znaleźć przyczynę, czemu tak to działa. Cieszę się, że to robią – chciałabym dokładnie się dowiedzieć, dlaczego bieganie odmieniło moje życie – ale szczerze mówiąc, przede wszystkim jestem po prostu szczęśliwa, że tak się stało. Dzięki badaniom odkryto, że w płacie czołowym – obszarze mózgu odpowiadającym za skupienie i koncentrację – u badanych z łagodnymi zaburzeniami poznawczymi i u wiekowych uczestników po wysiłku występuje wzmożona aktywność[4]. Badania na zwierzętach wykazały, że ćwiczenia wytwarzają nowe neurony – komórki znajdujące się w hipokampie, który jest odpowiedzialny za pamięć i proces uczenia się[5]. To wszystko jest oczywiście fascynujące, ale w moim przekonaniu żadne z tych badań w pełni nie odzwierciedla uczuć, które może zapewnić bieganie – a to dla większości z nas coś, co nas najbardziej interesuje: tak zwana euforia biegacza. (Osoby mające większą niż ja styczność z narkotykami będą musiały ocenić, czy jest to porównywalne do tych, hmm, bardziej rozrywkowych doświadczeń). Jeśli około godziny energicznego ruchu dziennie może naprawić nasze zestresowane, przygnębione głowy, to jest to niezwykle atrakcyjne, zwłaszcza – co w pełni zrozumiałe – dla tych z nas, którzy zmagają się z depresją lub lękami długotrwale (czytaj: zbyt długo).

A ja właśnie miałam wdepnąć w coś takiego. Kilka tygodni po rozpadzie małżeństwa wciąż odchorowywałam całą tę sytuację. W pracy regularnie zaszywałam się w łazience i sobie popłakiwałam. W domu od razu po wejściu wskakiwałam w piżamę i bezmyślnie gapiłam się na to, co akurat leciało w telewizji. Kiedy wychodziłam, przesadzałam z alkoholem i znowu płakałam (tym razem już nie tak cicho – moi przyjaciele musieli być zachwyceni). Kiedy jednak szłam biegać, wszystko to zostawało za mną. Nikt nie straszył mnie kolejnym przerażającym, porozumiewawczo współczującym skinieniem głowy czy zupełnie nieznośnym przytuleniem. Nikt nawet nie patrzył w moją stronę. Wtapiałam się w miejski krajobraz, ot, kolejna biegaczka w odblaskach. W domu czułam się rozpaczliwie samotna. Zaczęłam spać rozwalona na całym łóżku jak rozgwiazda, tak abym nad ranem, kiedy przewracam się na bok, nie natykała się na zimną pustkę, przypomnienie tego, co straciłam. Ale gdy rano wychodziłam biegać, już nie czułam się sama. Wkrótce odkryłam, że stawiam przed sobą drobne wyzwania – potruchtaj dziś dwie minuty dłużej, przebiegnij jutro przez tę ruchliwą ulicę, której od lat unikałaś jak ognia. Im częściej tak robiłam, tym częściej sobie uświadamiałam, że na nowo odkrywam miasto, w którym co prawda mieszkam, lecz właściwie go nie czuję, nie rozumiem – tak długo było to dla mnie przede wszystkim miejsce pełne niebezpieczeństw powstałych w mojej wyobraźni. Biegłam przez Holloway Road, patrząc na dachy wyblakłych starych budynków, w których mieściły się sklepiki osiedlowe i supermarkety. Odkryłam tory kolejowe, które niczym tętnice biegły przez zabudowane działki, zazwyczaj niewidoczne dla ludzkich oczu. Biegłam wzdłuż kanału i znalazłam piękne miejsce, gdzie rosły jeżyny i polne kwiaty, a kaczątka płynęły w tempie mojego truchtu. Napady paniki zdarzały się coraz rzadziej. Ani razu nie naszła mnie potrzeba, żeby nakreślić w głowie drogę ewakuacyjną, panowałam nad swoimi nogami i po prostu biegłam, nie uciekałam. Pierwszy raz przyswajałam wszystko wokół bez głośnych sygnałów ostrzegawczych w umyśle.

Stwierdzenie, że podczas biegu czułam się jak dziecko, jest może nieco przesadzone, niewątpliwie jednak bieganie dawało mi poczucie lekkości i beztroski, które tak naprawdę obserwuję tylko u najmłodszych (i u pijanych, ale ci z kolei mają potem wyrzuty sumienia, czego – mam nadzieję – nie doświadczają dzieci). Nie jest to chyba dla nikogo zaskoczeniem. Od najmłodszych lat zachęca się nas do podskakiwania, podrygiwania, tańczenia, biegania i uprawiania sportów zespołowych. Jak to ujęła Louisa May Alcott: „Aktywność fizyczna wzbudzała mój zachwyt od chwili, gdy jako sześciolatka wzięłam hula-hoop i kręcąc nim na biodrach, bez zatrzymania przeszłam całe londyńskie błonia, aż po czasy, kiedy dystans dwudziestu mil przebiegłam w pięć godzin, a wieczorem tego samego dnia poszłam na imprezę. Zawsze uważałam, że w którymś z poprzednich wcieleń musiałam być jeleniem albo koniem, bieganie bowiem zawsze sprawiało mi niezwykłą frajdę”[6]. Instynktownie wiemy, że młodzież musi korzystać ze swoich ciał, nie tylko ze względu na sprawność fizyczną. W Zjednoczonym Królestwie badania na ten temat są dość ubogie i zazwyczaj przekrojowe, ale w jednym z nich, dotyczącym dzieci i wysiłku fizycznego – badaniu Państwowego Instytutu Zdrowia i Jakości Klinicznej (National Institute for Health and Care Excellence – NICE) – zwrócono uwagę na wyniki pomiaru, które wykazywały wyższe ryzyko wystąpienia objawów depresji wśród 933 dzieci w wieku od ośmiu do dwunastu lat zaliczonych do grupy nieaktywnych, a także wśród dzieci niespełniających standardów sprawności fizycznej w porównaniu z dziećmi uznanymi za aktywne[7]. Analiza badań klinicznych zajmujących się ćwiczeniami i ich wpływem na objawy depresji wśród młodzieży w przedziale wiekowym od trzynastu do siedemnastu lat najwyraźniej wskazuje, że aktywność fizyczna jest skutecznym elementem kompleksowego leczenia[8].

W przeszłości nigdy nie miałam okazji, żeby się o tym przekonać. Zrzucenie winy na moje lęki byłoby zbytnim uproszczeniem, aczkolwiek z pewnością stanowiły czynnik, który odegrał swoją rolę. Byłam pulchna, niespecjalnie lubiana, a sport postrzegałam jako ohydny konkurs popularności. Mam nadzieję, że teraz wygląda to nieco inaczej niż w czasach, kiedy chodziłam do podstawówki, w każdym razie o uprawianiu danego sportu decydowała wtedy płeć. Praktycznie nigdy nie spotykało się dziewczyn na boisku piłkarskim, a my nie widziałyśmy niczego złego w tym, że gromadzimy się wokół boiska i na siedząco wspólnie oglądamy, jak chłopcy spalają energię, kopiąc piłkę i uganiając się za nią. Ten podział wciąż jest widoczny – badanie z 2013 roku wykazało, że połowa brytyjskich siedmiolatków nie wykonuje wystarczająco dużo ćwiczeń fizycznych, a przepaść między chłopcami a dziewczętami to jedna z obserwacji, która budzi największą troskę[9]. Profesor Carol Dezateux, jedna z głównych naukowczyń przeprowadzających to badanie, tak skomentowała owe wyniki: „Mamy do czynienia z olbrzymią, ziejącą przepaścią między dziewczętami a chłopcami. Musimy poważnie się zastanowić, w jaki sposób zachęcamy dziewczęta [...]. Boisko szkolne to szalenie istotny punkt wyjścia. A często się okazuje, że jest zawłaszczone przez chłopców ganiających za piłką”.