Nieoczekiwana zmiana planów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bella Frances

Nieoczekiwana zmiana planów

Tłumaczenie: Zbigniew Mach

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: The Tycoon’s Shock Heir

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Bella Frances

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-4943-0

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Piątkowe popołudnie. Najlepszy czas na świecie. Koniec tygodnia pracy. Wieczorna impreza tuż tuż. Tym razem huczna i wesoła, pomyślał Matteo Rossini, bo dosłownie przed chwilą otrzymał wspaniałą wiadomość.

Wysiadł z limuzyny, rozluźnił krawat i ruszył w stronę swojego prywatnego odrzutowca. Na dziś zostało jeszcze jedno do zrobienia – lot z Rzymu do Londynu i telefon do matki, dyrektorki rodzinnego funduszu charytatywnego, Coral Rossini.

Przeszedł przez salon i usiadł przy biurku, marząc o wypiciu tradycyjnego piątkowego piwa. Zwykle otwarta butelka już na niego czekała. Ale nie tym razem.

Rzucił turystyczną torbę na fotel i rozejrzał się dokoła. Nie widział też swojego najbliższego doradcy, Davida. Dziwne. Zawsze zachowywał tę samą kolejność – piwo, telefon, szklanka dobrej wody mineralnej, kilkadziesiąt pompek, prysznic i zmiana ubrania. Następnie – czekająca na lotnisku w Londynie limuzyna. Czasem jakaś kobieta. Czasem – nie. Dziś wieczorem do głosu dojdzie druga opcja. Trochę boksu, pokera i umacnianie męskich przyjaźni przy drinkach.

Usiadł i wybrał numer na telefonie komórkowym. Znów spojrzał dokoła. Gdzie, u diabła, podział się David?

Gdy czekał na połączenie, usłyszał odgłos otwieranej butelki. Odwrócił głowę i najpierw dostrzegł… kobiece nogi, a za chwilę suknię w kolorze głębokiej czerwieni. Zmarszczył brwi i obrócił się. W tym momencie tuż przed nim na biurku stanęła butelka piwa.

Co się dzieje?

– To ja – rzucił do telefonu.

– Matteo! Świetnie. Właśnie miałam do ciebie dzwonić – usłyszał glos matki.

– Mam świetną wiadomość – dodał.

– O! Mów pierwszy, ja później…

Poczuł, że serce bije mu mocniej.

– Arturo Augusto w końcu godzi się na fuzję. – Czekając na odpowiedź, obracał od niechcenia stojącą przed nim butelkę.

– Naprawdę? Po tak długim czasie? Niesamowite! Jak się dowiedziałeś?

– Prosto. Usłyszałem pogłoski i pogrzebałem tu i ówdzie. Słychać, że chce fuzji, i teraz tylko my liczymy się w wyścigu…

Pozwolił, by ostatnie zdanie wybrzmiało do końca. Dzieliło ich tysiące kilometrów, ale bez problemu wyobrażał sobie teraz wyraz twarzy matki.

– Jesteś zupełnie pewien?

Zawiesił głos. Nie było sensu udawać.

– Tak. Zostaliśmy tylko my. Słyszałem, że Claudio jest gotów się poddać. Ale to toksyczny facet. Jego zła reputacja dotarła już do Szwajcarii.

– Uważaj na siebie i bądź ostrożny. – W jej głosie usłyszał głęboką troskę.

– Nie martw się. Wiesz, że tylko to jest ważne. Zabrał nam połowę klientów. Mam zamiar ich odzyskać. Jeśli przeprowadzimy fuzję, nikt nas nie zatrzyma. Dokończę sprawę. Obiecuję.

– Niczego mi nie obiecuj. Nie chcę, żebyś skończył jak ojciec. To nie jest tego warte. Nic nie jest tego warte.

Westchnął głęboko i przestał obracać butelkę. Wiedział, co czuje matka, i nie mógł jej winić, ale wiedział też, że kolejna okazja już się nie trafi.

– Wiesz, że nie mogę tego zaprzepaścić. Choćby przez pamięć o ojcu. Claudio Calvaneo nigdy więcej nie będzie górą.

Czekał na jej odpowiedź, ale w telefonie panowało milczenie. Samolot leciał w ciszy. Wyobrażał sobie jej zmarszczone teraz brwi świadczące o matczynej trosce oraz towarzyszącemu jej od dawna poczuciu utraty i lęku.

Rozmawiał jednak z Coral Rossini. Kobietą, która nigdy się nie poddawała. I był jej synem…

– Racja. Nie możemy siedzieć z założonymi rękoma i pozwolić mu znów nas pokonać.

– Właśnie – odetchnął z ulgą.

– Musisz mi jednak obiecać, że jeśli zacznie stosować brudne chwyty, dasz spokój. Obiecaj. Straciłam męża. Nie chcę stracić syna.

Przed oczyma mignął mu obraz ojca opartego zakrwawioną głową o deskę rozdzielczą auta. Zacisnął szczęki z taką siłą, jakby już rozprawił się z Claudiem. Ten dzień nadejdzie, uśmiechnął się w duchu.

– Nie masz się czego obawiać, mamo.

– Mam. I to wszystkiego. Nie zniosłabym, gdyby coś ci się stało...

Jej głos ucichł. Ta cisza boleśnie raniła mu serce. Coral miała więcej siły i odporności życiowej niż ktokolwiek inny. To, że w ogóle wymieniali w rozmowie imię i nazwisko tego człowieka, świadczyło, jak dalece uporali się z traumą. Kiedyś był najbliższym przyjacielem jego ojca. Obdarzanym przez niego największym zaufaniem prawnikiem i partnerem. Kimś więcej niż rodzina. I to on ich sprzedał. Nikt nie mógł uwierzyć, że po cichu zaplanował takie oszustwo i że mu się udało. Rzucił niewyobrażalny cień na całe ich życie.

Próbując ratować Banco Casa di Rossini – działający od dwóch stuleci prywatny bank, którego klientami byli włoscy superbogacze – musieli działać delikatnie, rozmyślnie i ostrożnie.

– Przywrócimy bankowi pozycję, jaką powinien zajmować. Nawet jeśli nie przejmiemy wszystkich klientów Artura, to i tak będziemy mieć ich więcej niż Claudio. A tylko to się liczy, prawda?

Samolot wpadł w lekką turbulencję. Patrzył na gęste szare chmury. Teraz jednak nawet burza z piorunami nie zmieniłaby jego optymistycznego nastroju. Tym bardziej, że gdzieś w dali pojawiła się nieśmiała tęcza. Od lat marzył tylko o jednym – wręczyć matce z powrotem tę dotąd tak daleką, a przedtem wręcz niewyobrażalną nagrodę. Za wszystkie jej cierpienia.

– Co z nazwą? Będziemy musieli ją zmienić. Myślałeś o tym? – spytała.

– Tak. Jeśli dokonamy fuzji, nazwiemy go BAR – Banca Augusto Rossini. Podoba ci się?

– Och, Matteo…– w jej głosie usłyszał smutną i tęskną nutę.

Sam zresztą czuł się podobnie. Jego rodzina kierowała tym bankiem przez pokolenia. Szanowano go na całym świecie. Teraz albo nigdy. Nie ma trzeciej możliwości.

– To nie to, czego chcę, ale jeśli nie ma innego wyjścia… Damy radę, prawda?

Spojrzał w górę na kobietę w czerwieni przechodzącą przez salon. Jej satynowa suknia z każdym wolnym, ale spokojnym krokiem odbijała blask palących się świateł. Znowu skierował wzrok na jej nogi. Muszą być wyjątkowo zgrabne, pomyślał. Suknia z lekkim szelestem owijała się wokół jej delikatnych kostek. Poruszała się lekko jak mgiełka…

– Jesteś tam? – usłyszał głos matki w telefonie.

– Tak, mamy ogromną szansę – wrócił do rozmowy. – Nie ma innego prywatnego banku tak bardzo opartego na tradycyjnych wartościach, jak nasz. Od wieków zamożni ludzie trzymali u nas pieniądze. Claudio ze swojego zrobił jedynie kolejne call centre napędzane wyłącznie sprzedażą. Nie ma tam nic pewnego, stałego i uczciwego. Jesteśmy wyjątkowi. Gdy chodzi o pozycję, ustępujemy tylko Arturowi.

– Wiem. Musimy wierzyć, że i jemu chodzi właśnie o ten status i uczciwość.

– Wszystko będzie zależeć od chemii między nami. I pierwszej emisji akcji na giełdzie. Dlatego bez względu na to, jaką propozycję złoży Arturo, wciąż o krok wyprzedzamy Claudia. Jestem tego pewien. I to tak, że mogę się założyć, że podczas regat jachtowych Cordon D’Or otrzymam zaproszenie na rozmowę do jego rezydencji.

Odwrócił się, słysząc plusk nalewanej wody. Po chwili pojawiła się przed nim kryształowa szklanka z grubym dnem. Kątem oka dostrzegł długie i zgrabne kobiece palce. Suknia bez ramiączek jeszcze bardziej uwydatniała smukłe i wąskie ramiona. Nachylona nad nim twarz z uroczymi dołeczkami na policzkach uśmiechała się jak anioł.

– Dziękuję. – Zmarszczył brwi i bezwiednie obejrzał się za odchodzącą kobietą. Utkwił wzrok w gładkiej jak kość słoniowa białej skórze ponad górą jej sukienki. Delikatna linia ramion i smukła łabędzia szyja. Uosobienie piękna. Błąd, pomyślał.

Miał zbyt wiele do zrobienia, by pozwolić sobie na brak koncentracji. W co, u diabła, gra David?

– Mówię o samym początku. Ale wykorzystam coś więcej niż małą korporacyjną gościnność, by go do siebie przekonać. To ostatni z gwardii starej finansjery. Upewnijmy się, czy nasze profile w mediach społecznościowych są absolutnie bez zarzutu. Jeśli wywęszy choćby najmniejszy ślad jakiekolwiek kolejnego skandalu, natychmiast się wycofa. I tyle go zobaczymy.

 

– Wiem. Możesz na mnie polegać – usłyszał głos Coral.

Żałował, że w ogóle znalazł się w tym miejscu. Termin był katastrofalny. Lekko stukał palcami w okienko samolotu, patrząc, jak po zamrożonej szklance spływają kropelki wody. Jego obecność w mediach nigdy przedtem nie stanowiła problemu. Do czasu, gdy jego ostatnia była partnerka, lady Faye, zaczęła serwować prasie niekończący się serial na temat rozpadu ich związku. Teraz był już słynnym „niewiernym kobieciarzem z City”. Facetem zdradzającym i niszczącym życie każdej kobiecie, która nieopatrznie się doń zbliżyła. Uwodził je obietnicami małżeństwa, a później bez skrupułów porzucał. Niezbyt ciekawy wizerunek jak na poważnego właściciela banku.

Prawda była jednak zupełnie inna. Poza pierwszą randką nigdy żadnej kobiecie niczego nie obiecywał, co mogły potwierdzić wszystkie jego byłe partnerki.

Przez lata wykształcił w sobie – ba, nawet pielęgnował – symptomy w pełni rozwiniętej fobii związanej z jakimkolwiek zaangażowaniem się w trwały związek. Możliwie najmniej szkodliwej choroby, na jaką mógł zapaść zatwardziały kawaler. Wziął ślub z… pracą. Tylko jej wyszeptał na ucho bezwstydne i kategoryczne „tak”. Był pracoholikiem. Nie angażował się w nic, czego od razu nie mógł do końca przewidzieć. I nigdy, przenigdy nie odda się żadnej kobiecie tak, jak oddał się swojej pierwszej miłości, Sophie.

Stracił ojca, stracił swoją drogę życiową, drogowskaz, a potem stracił i ją – kobietę, którą kochał. Koniec strat. Nigdy nie będzie już tak bezbronny.

– Chciałabym, żeby zajął się tym David. Przynajmniej w jakimś stopniu moglibyśmy ograniczyć uszczerbek na naszej renomie – usłyszał głos matki.

– To nie mój styl. Odmawiam podjęcia gry, w którą chcą mnie wpuścić chciwe śmiecie i rekiny mediów. Nie wejdę w żadne dyskusje z nimi na temat tego, w co nie powinny wtykać swojego brudnego nochala. Faye była chora. To jedyne wyjaśnienie jej zachowania. Wierzyła w coś, czego nie było, i gdy się okazało, że nie jest tak, jak podpowiada jej chora wyobraźnia, poleciała z tym do prasy. Zawsze robiła tak ze wszystkim. Gdyby nie była – mało ważnym zresztą – członkiem rodziny królewskiej, pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się jej „rewelacjami”. Swoją „wersją wydarzeń” tylko jeszcze bardziej pogorszyłbym własną sytuację. Cała ta, pożal się Boże, żałosna opera mydlana ciągnęłaby się tylko w nieskończoność.

– Prawda, ale ponieważ nie wydałeś nawet oświadczenia, wzięto cię za jakiegoś pariasa. Nie znoszę, gdy źle myślą tobie, bo wiem, kim naprawdę jesteś. Smuci mnie i denerwuje czytanie tych bredni.

– Mnie też, dlatego ich nie czytam.

Usłyszał, jak ciężko wzdycha, i zrobiło mu się przykro. Sam nie miał problemu z mediami. Kogo obchodzi, co myśli jakaś garstka pismaków? Ale matka patrzyła inaczej. Głęboko raniło ją to, co piszą o nim i o banku. I o wszystkich innych członkach rodziny. Przejmowała się aż za bardzo.

– Przepraszam cię, ale nie cofnę wskazówek zegara. Wszystko przejdzie, a media znajdą sobie innego biedaka do szkalowania.

Kobieta w czerwonej sukni stała tuż obok. Jej ramiona były smukłe i blade jak delikatne łodygi lilii. Ruchy eleganckie i pełne gracji. Ciemne włosy spięła w gruby i lśniący koński ogon swobodnie zwisający na plecy. Obróciła się, aby popatrzeć na niego trochę nieśmiałym i niepewnym wzrokiem. Znał takie spojrzenia. Wiedział, czym się mogą skończyć…

– Poczekaj chwilkę – rzucił krótko do telefonu i ruszył do sypialni ulokowanej tuż za salonem. Zamknął za sobą drzwi.

– Dzwonił do ciebie David? Nie wiem, gdzie się podziewa. Zamiast niego jest tu jakaś kobieta. To do niego niepodobne wysyłać kogoś z personelu agencji…

– Ach, domyślam się, że mówisz o Ruby. Co myślisz? Nie jest urocza?

W głosie matki brzmiał dobrze mu znany ton ekscytacji, który zawsze kazał mu trzymać się na baczności. Jaką niespodziankę szykuje tym razem?

– Oczywiście, że jest, ale miałem nadzieję, że jeśli nie zdecyduję inaczej, David będzie doglądał wszystkiego. Co się dzieje?

– Nie denerwuj się. Jestem zarobiona po uszy i potrzebowałam jego pomocy przy kończeniu prac nad wizerunkiem nowej agencji reklamowej. Nikt lepiej od niego nie zna naszego biznesu.

– Wykorzystałaś sytuację i zostawiałaś mnie z jakąś nowicjuszką?

– Ruby – odparła, ignorując jego słowa – od razu bardzo mi zaimponowała. Sądzę, że szybko się dogadacie. David będzie z powrotem w poniedziałek.

Był jednak pewien, że matka wciąż coś ukrywa.

– Ma na sobie suknię wieczorową. Bardzo piękną zresztą, ale przyznasz, że nie jest to ubranie do pracy. Nie zapomniałaś przypadkiem czegoś mi powiedzieć?

W ubiegłym miesiącu Coral w ostatniej chwili przypomniała mu, że czeka go wystąpienie po uroczystej kolacji podczas konferencji organizacji International Women in Finance. Innym razem musiał wręczać nagrody w sponsorowanym przez bank przedszkolu… po drodze do kasyna. Teraz, gdy już po szyję tkwił w różnych działaniach charytatywnych, proszenie go w ostatniej chwili o udział w jakimś spotkaniu, stało się już niemal zwyczajem.

– Ach, przypomniałam sobie…

Zaczyna się, pomyślał.

– Wciąż siedzę tu w Senegalu, a dziś wieczorem ma się odbyć pewna nieduża impreza, na której musimy być obecni. Jesteś w Londynie, rzecz masz pod nosem. A kto wie, może dzięki udziałowi w niej dostaniesz przychylne recenzje w prasie. Nie byłoby wspaniale? Jesteś tam…?

Niemal zakrył dłonią telefon. Właśnie jak bańka mydlana rozwiewały się jego plany spotkania w męskim gronie.

– To charytatywna impreza, kochanie. Dla bezdomnych i społecznie upośledzonych.

Wszystko jasne. Gdy on dbał o praktyczną stronę biznesu, matka zajmowała się wspieraniem przez bank działań charytatywnych i filantropijnych. Rzeczywiście miała dar przyciągania sławnych i bogatych, którzy zawsze hojnie szastali gotówką i podejmowali się sponsorowania różnych działań dla potrzebujących pomocy. Wszystko działało bez zarzutu. Pod jednym warunkiem – musi pamiętać, by zawiadamiać go odpowiednio wcześniej.

– Dobrze. Jak zwykle mam poczucie winy… – westchnął. – O co chodzi tym razem?

– O zbiórkę na cele charytatywne po uroczystej premierze w British Ballet.

– Tylko nie taniec. Wiesz, że nie znoszę mężczyzn w trykotach.

– Nie grymaś, mój drogi. Czeka cię tylko wspólne zdjęcie na czerwonym dywanie i parę uścisków dłoni. Wszystko już zorganizowane. Wiem, że lubisz być przygotowany, dlatego poprosiłam Ruby, by się wszystkim zajęła. Ma twój kalendarz i wie wszystko o tańcu. Jest jedną z solistek baletu, ale obecnie przechodzi rehabilitację po kontuzji. Biedactwo, miała ciężki rok.

Jedną ręką Matteo otworzył drzwi od sypialni. Olśniewająca, śliczna Ruby. A więc nie pracuje w agencji, lecz jest tancerką. No tak, to nawet widać. Ma doskonałą sylwetkę… Doskonałe ciało. Ale dlaczego, u diabła, serwuje mu piwo na wysokości dziesięciu tysięcy kilometrów?

Nagle wszystkie klocki układanki znalazły się na swoim miejscu.

Zamknął drzwi sypialni.

– Chcesz mi nie wprost powiedzieć, że znów wzięłaś pod swoje skrzydła kolejnego pechowca skrzywdzonego przez los?

– Wiem, co masz na myśli, ale nie będę kłamać. Ruby miała ciężki okres, lecz nie jest żadną ofiarą.

– A kim?

Coral zawsze współczuła biednym i skrzywdzonym, choć nie wszyscy oni mieli wyłącznie dobre intencje. Przez lata nauczyła się odróżniać cwaniaków i oszustów wszelkiej maści od ludzi naprawdę znajdujących się na dnie, którzy ciągnęli do niej jak pszczoły do miodu. Dla swojego otoczenia była twardą i przenikliwą kobietą biznesu, ale gdy chodziło o ludzi ze złamanym życiorysem, wykazywała wyjątkową naiwność.

– Nie musisz się o nic martwić. Ona nie ma zamiaru kraść moich milionów. Jest kompletnie oddana British Ballet, ale z powodu kontuzji tylko tak może mi teraz pomagać. Jednak jeśli wolisz gościa w trykocie, to załatwię…

Pokiwał głową z niedowierzaniem. Po raz kolejny matka owinęła go wokół małego palca. Jak mógłby się jej oprzeć? Po wszystkim, co dla niego zrobiła? Po latach, w których nadludzkim wysiłkiem udało jej się utrzymać całą rodzinę? Od śmierci ojca trzymali się razem. Dwuosobowa drużyna. Tak będzie zawsze. Proste jak słońce.

Gdy zdarzały mu się chwile wątpienia, zawsze słyszał głos ojca – a może własnego sumienia – szepczący mu do ucha, by nie lekceważył życzeń matki. Nigdy.

– Niech będzie, ale mam nadzieję, że nie zrozumie tego opacznie...

– To zależy tylko od ciebie, synu… – odparła.

Usłyszał w jej głosie lekki ton krytyki. Grę podwójnych znaczeń. Znała wszystkie jego sztuczki i wybiegi równie dobrze, jak on sam. To, że stronił od stałych zawiązków nie znaczyło, że pragnął spędzać wieczory samotnie.

– Puszczę to mimo uszu… – odparł ze śmiechem.

– Przepraszam, kochanie. Nie chciałam cię urazić. Ale smuci mnie, że traktujesz kobiety jak jednorazowe przygody. Wiem, że byłbyś szczęśliwy, gdybyś tylko pozwolił sobie na coś stałego. Jestem twoją matką i pragnę dla ciebie tego, co najlepsze.

– Co dla mnie najlepsze, jest też najlepsze dla banku. Tylko to mnie interesuje, a nie stałe związki. Nie mówię, że tak będzie zawsze, ale na razie, dopóki nie wezmę tej przeszkody, liczy się tylko bank.

Prosta argumentacja. Jak liczby w corocznym bilansie firmy. Nieodwołalna. Żadnych błędnych interpretacji. Zysk. Strata. Czarne. Białe. Żadnych odcieni szarości. Zbędnych emocji zaciemniających istotę sprawy. Tylko pogoń za marzeniem. Marzeniem ojca. Teraz – podobało mu się czy nie – jest ono jego własnym.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wylot o szóstej po południu. Przylot – siódma trzydzieści. Mniej niż godzina różnicy w czasie. Pół godziny na dojazd. Musiałby zdarzyć się cud, żeby wszystko poszło jak z płatka.

Stała na środku salonu i rozglądała się wokół. Na lewo – kokpit. Po prawej – zamknięte drzwi do sypialni, gdzie sponsor baletu, obiekt kobiecych westchnień i zawsze niewierny kochanek, Matteo Rossini, wciąż odbierał telefon za telefonem. Czas mijał nieubłaganie.

Potrząsnęła głową i spojrzała na swoje nagie ramiona, na których, jak zwykle, gdy przeżywała stres, zaczęła się pojawiać wysepka. Niechybna oznaka napięcia.

Sprawy i tak toczyły się fatalnie. Od miesięcy nie występowała i czekała na powrót do zdrowia po urazie wiązadła kolanowego. Teraz jednak leciała do Londynu na światową premierę baletu „Dwie miłości” z zadaniem przekonania sponsora, że ta szacowana instytucja kultury jest warta każdego wydanego nań przez jego prywatny bank grosza.

Ogromna odpowiedzialność. Była ostatnią osobą, której powinni powierzać tę misję.

Gdyby zajęła się tym sama Coral Rossini, wielka dama baletu, wszystko z pewnością zakończyłoby się sukcesem. Przez lata, nie bacząc na nic, z całych sił wspierała tę scenę. Kochali ją wszyscy – od szatniarza po dyrektora, a ona w zamian oddawała im serce wspierając ich przy każdej premierze. Ale nie dzisiaj. Teraz zastępowała ją Ruby. Nie zwracano na nią specjalnej uwagi, bo nikt się nie spodziewał, że ma wykonać jakąś misję.

Jeszcze raz przeczytała esemes od Coral.

„Cudownie było cię spotkać wczoraj. Jesteś najlepszą osobą, gdy chodzi o pomoc mojemu synowi podczas piątkowej premiery i imprezy charytatywnej. Nie jest wielkim fanem baletu, ale mam nadzieję, że zarazisz go swoją pasją. Przesłałam parę rzeczy. Także dla Mattea.

Nie przejmuj się, jeśli będzie próbował z tobą walczyć. W rzeczywistości jest łagodny jak baranek”.

Odłożyła telefon i zaczęła rozpakowywać torby oraz gustownie zawinięte w drogi materiał pudła z ubraniem. Dla niej – pasujący do sukni szal z pięknym chińskim wzorem w czerwone maki, beżowe buciki i dobrana pod kolor kopertówka. Obok znalazła czerwony krawat i poszetkę tego samego koloru. W eleganckiej kopercie spoczywał czek na tysiąc funtów.

Tysiąc! Jak odmówić, gdy oferują ci takie pieniądze? Ale za ten wieczór? Nie nadawała się do pogaduszek przy kieliszku szampana ze śmietanką towarzyską kręcącą się na obrzeżach świata baletu i chodzącą na wszystkie premiery. Miała w nosie, kto jest bogaty, a kto sławny. Lub może jedno i drugie.

Coral nie owijała niczego w bawełnę.

Wierzyła, że Ruby nie zawiedzie i świetnie wywiąże się z zadania, bo uważała, że ma głowę na karku.

Miała rację. Ruby towarzyszyła baletowi dłużej niż ktokolwiek inny. Przez lata był jej domem, szkołą i rodziną. Tu poznała przyjaciół. Miała jedenaście lat, gdy przyjęto ją do miejscowej szkoły tańca z internatem. Nie pragnęła niczego innego. Marzyła tylko o tańcu. I tylko tu, gdzie czuła się całkowicie bezpiecznie. Znała jedynie ten świat, a on zupełnie jej wystarczał.

 

Inni przychodzili, zawierali przyjaźnie, znajdowali partnerów i szli do przodu. Mieli własne życie poza studiem i teatrem. Chodzili na przyjęcia. Mówili o rodzinie. Wiedzieli, że jej nie powinni o nią pytać. Umierali z ciekawości, ale szanowali jej milczenie. Kto zresztą chciałby się dzielić takim życiem? Ojciec obieżyświat mający akurat rok przerwy przed podjęciem studiów i myślący tylko o podróżach oraz nastoletnia matka, która w żaden sposób nie potrafiła oddać się opiece nad nowo narodzoną córeczką.

Nocami dziękowała Bogu za taniec! Był jej milczącą modlitwą. Bez niego do dziś byłaby kamieniem młyńskim u szyi niedojrzałej matki lub pogłębiała obsesję na punkcie nieobecnego ojca. Siedziałaby z nosem w internecie, szukała jego zdjęć i marzyła o pojednaniu, do którego nigdy by nie doszło…

– Cześć, jestem Matteo. Miło cię widzieć. – Drgnęła na dźwięk jego zmysłowego głosu i omal nie wypuściła z rąk otwieranej właśnie paczki orzeszków.

Weź głęboki oddech, uśmiechnij się i odwróć.

– Ruby. – W ostatniej chwili podtrzymała wyślizgującą się z dłoni paczkę.

Z bliska jeszcze bardziej przypominał idealny obiekt kobiecych westchnień. Wysoki. Pewnie metr dziewięćdziesiąt. Rozsunięty krawat swobodnie zwisał na opiętej elegancką koszulą szerokiej piersi. Spojrzała na jego mocne ramiona, potem na silnie zarysowaną szczękę i pełne usta. Miał szeroki i długi nos z lekko jak u boksera złamanym grzbietem, co nadawało całej postaci jeszcze bardziej męski wyraz. I te oczy! Patrzące przenikliwie. Głęboko osadzone i piwne. Nie – bardziej bursztynowego koloru. Może ciemnobrązowe.

Uścisnął jej dłoń. Ciepło i… mocno, po czym opuścił rękę. Na jego wargach dostrzegła ślad zagadkowego uśmiechu. Włosy sięgały nieco poza kołnierz jego koszuli, co nadawało mu wygląd bardziej romantycznego poety uwięzionego w ciele boksera niż znudzonego bankiera.

– Dobrze się czujesz? – zapytał, widząc jej zmieszanie.

Jego słowa śmigały prosto jak kule, oczy widziały wszystko. Przez chwilę, aby utrzymać równowagę, musiała oprzeć się o poręcz fotela. I nie chodziło wcale o szpilki, do których nie była przyzwyczajona, lecz o jego magnetyczną i zniewalającą bliskość.

– Tak, tak… Właśnie miałam podać przekąski i coś do picia – odparła niezbyt pewnym głosem.

– Nie ma sprawy. Nie jestem wybredny. Ale słyszę, że lecę na jakiś balet. Jestem zaskoczony. W ogóle się tego nie spodziewałem…

– Na premierę „Dwóch miłości”. Wspaniałe przedstawienie. Wszyscy jesteśmy podekscytowani. – Ruby odzyskała równowagę i spokój.

Mówiła prawdę. Oddałaby wszystko, żeby w nim zatańczyć. Jednak z powodu urazu nie wzięto jej pod uwagę. Zamiast tego uczyła początkujących tancerzy i chodziła na fizjoterapię.

A teraz dodatkowo usługiwała temu seryjnemu flirciarzowi…

– Jesteś twarzą British Ballet. Świetnie. – Znowu objął spojrzeniem całą jej sylwetkę. – Muszę znać nazwiska i krótkie biografie ludzi, których dziś spotkamy. – Ruszył do swojego fotela.

Przez chwilę nie wiedziała, czy ma iść za nim, czy po prostu – jak by to nie brzmiało podczas lotu – zniknąć z powierzchni ziemi.

Usiadł i natychmiast rzucił wzrokiem na ogromny ekran plazmowego telewizora najnowszej generacji wyświetlający ostatnie notowania na londyńskiej giełdzie. Po chwili przełączył kanał. Teraz zobaczyła ubrudzonych błotem mężczyzn w sportowych kaskach goniących ze śmiesznie jajowatą piłką, jakby była ona Świętym Graalem. Twarze i nosy powykrzywiane jak na obrazach Picassa. Rugby! Jak można się tym ekscytować!

Najwyraźniej jednak ekscytował się Matteo, bo w ogóle nie zwracał na nią uwagi. Nie miał za grosz czaru i uroku swojej matki.

A może tylko ich nie dostrzegała?

Nagle obrócił się, spojrzał na nią, zmarszczył brwi i pilotem wyłączył ekran.

– Mam plany po premierze. Chcę, żebyśmy załatwili wszystko przed dziesiątą. Nie ma czasu. Więc zaczynajmy.

Skinęła głową. Wstał. Po chwili oboje usiedli na wyłożonych białą skórą fotelach stojących przy niskim eleganckim stoliku z mahoniu.

– Jesteś tancerką, ale na dziś wieczór wzięłaś na siebie rolę pijarowca?

– Mniej więcej… – odparła, ignorując cudzysłów, jaki uczynił palcami, wypowiadając ostatnie słowo.

– Dlaczego ty?

– Nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Jestem związaną z tą sceną od jedenastego roku życia – powiedziała, mając wrażenie, że uczestniczy w rozmowie wstępnej o pracę, której wcale nie chce. – Nie tańczę w tym spektaklu, więc w sposób naturalny padło na mnie… British Ballet istnieje od pół wieku. Przeszłam tu wszystkie szczeble kariery tancerki. Mam nadzieję, że kiedyś zostanę primabaleriną. I to wszystko…

Patrząc na niego, uświadomiła sobie ze strachem, że zapomniała notatek, które tak mozolnie sporządzała przy kuchennym stole. Gdzie je zostawiła…?

– Jesteś przygotowana, prawda? Musisz wiedzieć, że nie jestem fanem improwizowania.

Ani ja, pomyślała. Dlatego właśnie tak długo ślęczała nad notkami o sprawach, które w gruncie rzeczy prawie jej nie obchodziły. Ale była na tyle uczciwa, że nigdy nie pozwoliłaby sobie na lekceważenie sponsora. Jej własne stypendium ufundowali właśnie tacy mecenasi sztuki jak Coral Rossini.

Ale gdzie do cholery są te zapiski. W walizce? Zostawiła je w metrze?

Spuściła wzrok zastanawiając się czy czyta teraz w jej myślach.

– Swoją drogą, jak długo znasz moją matkę? Widzę, że zapałała do ciebie natychmiastową sympatią.

– Naprawdę?

– Tak, i nie będziesz pierwszą osobą, która pewnie zapragnie zaprzyjaźnić się z moją niezwykle miłą, uprzejmą i hojną dla sztuki rodzicielką – powiedział z lekkim przekąsem.

O czym on mówi? Myśli, że chce być przyjaciółką jego matki? Że naprawdę cieszy ją ta sytuacja? Cały ten kłopot na głowie?

– Nie jestem tu, by się z kimkolwiek zaprzyjaźniać. Po prostu poproszono mnie o pomoc.

Zamilkła, bo nagle dostrzegła mroczny cień, jaki zaczął się rysować w jego oczach. Posuwa się za daleko?

– Poproszono? – Uniósł brwi.

– Ktoś musi cię wprowadzić… – odpowiedziała.

Usiadł i oparł się łokciami o poręcze obitego skórą siedzenia. Dłonie trzymał skrzyżowane na piersi. Kątem oka dostrzegła drogie spinki u mankietów koszuli i złoty zegarek.

Przez chwilę patrzyła na mocne nadgarstki, unikając spojrzenia jego oczu.

– I padło na ciebie – zauważył, podnosząc szklankę z wodą.

Piękne są te srebrne rzeźbione spinki, pomyślała. Nigdy przedtem nie spotykała mężczyzn używających spinek. Ba, rzadko nosili eleganckie koszule i krawat.

– A ty pewnie wolałabyś być gdzie indziej? – ciągnął Matteo.

Jego głos brzmiał miękko i ciepło. Bez trudu przebijał się przez cichy szum silników samolotu. Ale usłyszała w nim też lekki ton ironii. Przekomarza się z nią? Posłała mu szybkie spojrzenie. Tak, prowokuje. W kącikach jego ust czaił się cień uśmiechu. Siedział nieruchomo w zupełnej ciszy.

Patrząc na jego wysportowaną sylwetkę, nie mogła się skoncentrować. Gorączkowa szukała w myślach, jakiegoś punktu, który wyciszyłby jej emocje.

– Wolałabym tańczyć – odpowiedziała. – To dla mnie najważniejsze.

– Rozumiem – odpowiedział spokojnym głosem. Na jego twarzy na chwilę pojawił się wyraz dziwnej tęsknoty. Jakby jej szczere wyznanie dotknęło pewnej wrażliwej struny. – Rozumiem to aż za dobrze – dodał i szybko się opanował.

Czekała, aż się odezwie znowu, Matteo jednak milczał. Założył nogę na nogę. Jej wzrok poszybował w tę stronę. Nawet pod delikatną tkaniną jego spodni jej wprawne oko szybko dostrzegło silne i twarde mięśnie. Całe życie spędziła na próbach i występach z tancerzami. Dobrze znała budowę męskiego ciała. Ale on miał mięśnie lepiej i zgrabniej wyrzeźbione niż mięśnie zawodowych tancerzy. Silniejsze. Tak samo – ramiona. Oczyma wyobraźni zobaczyła, jak unosi ją do góry lekko jak piórko, obraca nad głową i…

Z powrotem oparł łokcie o poręcze fotela i spojrzał na nią. Szybko ocknęła się ze swojej drzemki na jawie.

Notatki?!

– Przepraszam. Wróćmy do rzeczy. Mam już teraz podać ci trochę informacji?

– Tak, proszę.

Zmarszczyła brwi. Bez trudu mogła opisać każdy krok i figurę baletową. Ale czy akurat tego potrzebował? Szczegóły, daty, nazwiska – wszystko w notatkach zostawionych na kuchennym stole – tysiąc kilometrów stąd!