Amerykański senTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Bella Frances
Amerykański sen

Tłumaczenie:

Joanna Żywina

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Stacey Jackson nie była niczyją zabawką. Próbowała sobie o tym przypomnieć, powstrzymując wzbierające w oczach łzy. Nikt nie będzie bawił się jej kosztem. Nie zamierzała też nikogo przepraszać, nawet jeśli był jednym z najlepszych klientów lokalu.

Tak więc straci pracę. Znowu. Miała dosyć Decker’s Casino, długich nocnych zmian i uśmiechu przyklejonego do twarzy. Jakby tego było mało, musiała nosić tę idiotyczną sukienkę. Jeśli można to w ogóle nazwać sukienką: kilka fragmentów materiału, które jakimś cudem trzymały się kupy, ale raczej nie w sprośnych fantazjach klientów kasyna.

Wyglądała jak dziwka, nawet w porównaniu z tancerkami Bruce’a – o czym nie omieszkała mu powiedzieć, jak tylko zobaczyła sukienkę. Kazał jej się zamknąć i przebrać. Cóż, naprawdę potrzebowała tych pieniędzy.

Gdy tylko pochyliła się nad kołem ruletki i zobaczyła te obleśne wygłodniałe twarze klientów, poczuła narastającą wściekłość. No i nie potrafiła trzymać języka za zębami.

Jak zwykle.

Ma dwadzieścia sześć lat, jak długo jeszcze będzie mogła czerpać profity z tego, jak wygląda? To dzięki temu zdobyła pracę w Decker’s Casino – podobnie jak wszystkie prace do tej pory. Nie chciała wyglądać źle, ale wolałaby, żeby ludzie traktowali ją trochę poważniej.

Przejrzała się w lustrze. Miała wyraziste, błękitne oczy, dokładnie takie same, jak jej ojciec. „Zanim ktokolwiek cię pokocha, musisz pokochać sama siebie”, powtarzał. Łatwo mu mówić. Na do widzenia pogłaskał ją po włosach i odszedł.

Stacey zagryzła zęby, nie mogła się teraz rozkleić, nie zamierzała czekać, aż ją zwolnią. Wyjdzie stąd, spakuje rzeczy i złapie autobus do Nowego Jorku.

Musi wynieść się jak najszybciej.

Poprawiła włosy, sprawdziła, czy sukienka jest na miejscu, i ruszyła do wyjścia.

Minęła bar. Wszystko wydawało się brudne i zjełczałe, ale przecież sama ignorowała sposób, w jaki Bruce prowadził interesy. Dla niego wszyscy i wszystko było towarem. Nic i nikt się nie liczył.

Przeszła na palcach pod drzwiami prywatnej sali i kątem oka zobaczyła swoje odbicie w lustrzanych drzwiach. Sukienka przynajmniej miała metkę projektanta, więc będzie mogła ją sprzedać za jakąś przyzwoitą kwotę. I tak zrobi – jak tylko będzie w Nowym Jorku. Pokryje to część wypłaty i napiwków, które był jej winien.

Przed wyjściem leżała czarna wytarta mata z logo kasyna. Automatyczne drzwi otworzyły się, a Stacey wybiegła na zewnątrz. Kilka stopni po schodach i już była na ulicy.

Kiedy szła do pracy, była noc, rześka i chłodna. Teraz był środek gorącego dnia. Uniosła dłoń, żeby osłonić oczy, i poczuła na skórze ciepłe promienie słońca. Ciepło rozlewało się nie tylko po skórze – w środku poczuła lekkość i przyjemne wrażenie wolności. Wiedziała jednak, że nie jest dobrze. Nie miała pracy, ale za to długi do spłacenia – dzięki uprzejmości Marilyn Jane Jackson. Własnej matki.

Nie miała do niej pretensji. Matka była dumną kobietą, która nigdy nikogo o nic nie prosiła. Wiedziała, że próbowała tylko położyć kres tym wstrętnym plotkom. Marilyn nie miała przy sobie mężczyzny, jej życie rozpadło się na kawałki. Nie zamierzała jej oceniać. W Montauk czekało wystarczająco dużo osób gotowych wydać wyrok.

– Hej! A ty dokąd?

Cholera, okazja przepadła. Odwróciła się, na schodach stał Bruce, poczerwieniały z wściekłości.

Obróciła się na pięcie.

– Natychmiast wracaj. Na tę sukienkę musisz najpierw zarobić.

Stacey była wygadana, ale teraz poczuła, jak serce jej zamiera. Bruce’owi nikt nie pyskował, a już na pewno nie kobieta. Wygarnęła mu, zanim pobiegła do łazienki. Przy klientach, obsłudze, jego obrzydliwych sługusach.

Nie musiała się oglądać za siebie, wiedziała, że szedł w jej stronę. Światła na przejściu dla pieszych jarzyły się na czerwono, ale co jeszcze jej pozostało?

Zaczęła biec.

Odgłos klaksonów i krzyków był ogłuszający. Obcas zaplątał jej się w czarną suknię i, upadając, zastanawiała się, ile podarte ubranie straci na wartości, gdy zechce je sprzedać. Wtem z przerażeniem zobaczyła zbliżającą się czarną limuzynę. Jakimś cudem była cała. Potykając się, ruszyła przed siebie, przy dźwięku klaksonów i krzyku wściekłych kierowców – wtedy zobaczyła tego mężczyznę.

Wysiadł z limuzyny – wysoki i ciemny – i ruszył w jej kierunku.

– Chodź. – Nie powiedział nic więcej.

Podeszła do niego, nie miała wyboru. Jakiś podświadomy impuls kazał jej to zrobić.

Wokół pełno było samochodów, i był jeszcze Bruce, ale do jej świadomości docierały przede wszystkim ciepło i siła bijące od mężczyzny, potem otwarte drzwi samochodu i chłodna skórzana tapicerka. Po zamknięciu drzwi odgłosy ucichły.

– Jedź – wyszeptała. – Proszę.

– Tyle mogę zrobić – powiedział mężczyzna i nacisnął pedał gazu. Siła przyspieszenia wbiła ją w fotel i automatycznie sięgnęła, żeby zapiąć pas.

– Nie trzeba, ze mną jesteś bezpieczna – powiedział, przyglądając jej się, gdy już oddalili się od kasyna Decker’s.

Z żadnym mężczyzną nie jestem bezpieczna, pomyślała. Skupiła się na rozmytym krajobrazie za oknem pasażera. W głowie roiło jej się od myśli. Może Bruce spisał numer rejestracyjny. Wtedy nie upłynie dużo czasu, a jakiś zaszantażowany glina zdradzi mu nazwisko właściciela. Mężczyzna nie zdaje sobie sprawy, że choć oddalają się szybko od tamtego miejsca, Bruce’a nie tak łatwo się pozbyć.

– Wszystko w porządku? – spytał nieznajomy.

Stacey próbowała uspokoić myśli i oderwać wzrok od mijanego neonu. Zostawiła Bruce’a na chodniku przed kasynem i musiała teraz działać, i to szybko.

Spojrzała na dłoń mężczyzny, spokojnie spoczywającą na drążku do zmiany biegów. Jego skóra miała chłodny, karmelowy odcień. Ciemny jedwabny garnitur wyglądał na bardzo drogi. Pewnie był bankierem albo należał do jakiegoś ekskluzywnego klubu dla dżentelmenów. A jego zapach – tak pachną tylko miliarderzy z listy najbogatszych.

Wyprostowała się lekko i odwróciła głowę, żeby wyłapać jeszcze kilka szczegółów. Sama nigdy nie była bogata, ale potrafiła ocenić liczbę zer na koncie mężczyzny. Ten na pewno miał sporo.

Nie peszyło jej to. Niektórym wydawało się, że dzięki pieniądzom mogą wszystko. Próbowała się bardziej obrócić, ale poczuła silny ból w szyi.

– Wszystko jest w porządku. Spróbuj się rozluźnić, zabieram cię do szpitala. Lepiej to sprawdzić.

Stacey wyglądała z niepokojem przez okno. Nie miała pieniędzy na lekarza i z pewnością nie przyjmie pieniędzy od kogoś obcego, kto nie jest jej nic winien.

– Nie ma potrzeby – powiedziała. – Wysadź mnie na dworcu autobusowym.

– Jasne, ale najpierw musi obejrzeć cię lekarz. Jedziemy do szpitala St Bart’s. Zbada cię moja znajoma. Jeśli wszystko będzie w porządku, podrzucę cię, dokąd zechcesz.

Stacey przycisnęła dłonie do uszu i pokręciła głową.

– Naprawdę nic mi nie jest. Nie potrzebuję żadnych prześwietleń.

– Sama nie wiesz, czego ci potrzeba, Stacey Jackson. Nigdy nie wiedziałaś.

Podskoczyła, jakby uderzył w nią samochód. Spojrzała na tajemniczego kierowcę, który uniósł jedną brew w sposób, który doskonale znała. Wtedy wszystko stało się jasne. Poczuła, jak serce wędruje jej do gardła.

Wspomnienia przesuwały się przed jej oczami jak taśma filmowa, najpierw cudowne scenerie pełne słońca i rozkoszy, a potem ostry ból. Marco Borsatto. Chłopiec z dobrego domu, w którym zakochała się na zabój. Myślała, że z wzajemnością.

Była głupia i naiwna.

– Marco, no cóż. Świat jest naprawdę mały.

Wróciła do rzeczywistości. Próbowała unieść się na siedzeniu i odsunąć od niego, ale klamka drzwi wpijała jej się boleśnie w ciało.

– Rzeczywiście – odparł – najpierw nie byłem pewny, czy to ty, ale kto inny mógłby pokusić się o równie dramatyczne wejście?

– Dramatyczne?

Uniósł brew i zerknął na nią.

– Tak, dramatyczne – odparł współczująco.

– Racja – powiedziała. – Nigdy nie potrafiłam udawać kruchej księżniczki.

Spojrzała na jego profil. Wyglądał jeszcze lepiej, niż zapamiętała, a zawsze był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego znała.

Marco Borsatto. Jak na ironię, gdy widzieli się ostatni raz, ona uciekała po raz pierwszy. Tego dnia pęknięcie w sercu przerodziło się w gorejącą pustkę bólu. Marco był źródłem jej siły. Jedyną osobą w mieście pełnym snobów i plotkarzy, któremu naprawdę ufała, i w końcu to przez niego uciekła.

– Tak więc, pomijając twoje dramatyczne wtargnięcie pod koła samochodów, wszystko u ciebie w porządku? Wyglądasz... no cóż...

Posłał jej kolejne spojrzenie. Sukienka, która wcześniej balansowała na granicy przyzwoitości, teraz w miejscu publicznym byłaby ledwie legalna.

– Tak, w porządku. Daję sobie radę – powiedziała, naciągając sukienkę na tyle, na ile było to możliwe.

– Nie musiałaś rzucać się pod koła, żeby zatrzymać ruch na ulicy. Dobrze, że światła się właśnie zmieniały.

– Nie ubieram się tak na co dzień. Właśnie wychodziłam z pracy – odparła zaczepnie, ale w tym momencie samochód podskoczył na wyboju, a Stacey jęknęła z bólu.

– Nie musisz mi się tłumaczyć – powiedział szybko. Głos miał spokojny, jak zwykle był opanowany, tak jak zapamiętała, a teraz do tego stanowczy. – I o nic nie musisz się martwić. Zajmę się wszystkim.

 

Zajmę się tobą.

Stacey szybko odwróciła się do okna. Wspomnienie przeszyło ją boleśnie niczym bicz. Marco był dla niej taki dobry, ale ona odrzuciła jego dobroć. Dziewczyny takie jak Stacey nie zadają się z mężczyznami takimi jak Marco. Nie była na tyle głupia, żeby wierzyć w bajki. W jej królestwie książęta znikali lub okazywali się leniami, dręczycielami lub wiecznie pijanymi nierobami.

– Ile czasu minęło? – spytała. – Miałeś chyba jakieś dziewiętnaście lat, kiedy widziałam cię po raz ostatni w Montauk.

– Tak, dziewiętnaście. To było tuż przed tym, jak uciekłaś. A ty chyba wciąż byłaś w liceum?

– Tak. Miałam szesnaście lat i wydawało mi się, że wszystko wiem najlepiej.

Miała szesnaście lat, była całkiem pogubiona. Tamtego wieczoru wróciła do domu i dowiedziała się, że matka sprzedała samochód – ostatnią pozostałość po dawnym dobrobycie. Stacey wyleciała z pracy, bo napyskowała klientowi, który ją obraził, dowiedziała się też, że koledzy ze szkoły okrzyknęli ją zdzirą roku. Tak, była zupełnie pogubiona, więc kiedy Marco ją dogonił i spytał, czy te plotki są prawdziwe, roześmiała mu się w twarz.

Oczywiście, że to prawda. Czy wydawało mu się, że jest dla niej kimś szczególnym?

Odwrócił się od niej i odszedł, a ona zrobiła to, co każda porzucona córka. Poszła szukać swojego ojca.

– Obojgu nam wydawało się, że pozjadaliśmy wszystkie rozumy – powiedział Marco. – Nic dziwnego, w tych okolicznościach. Czy nie tak właśnie wygląda dorastanie? Nie chcesz nikogo słuchać i popełniasz błędy.

Przewróciła oczami.

– Mówisz o mojej ucieczce z domu?

– Nie tylko. Choć doskonale pasuje – dodał z uśmiechem.

– W porządku, podróż stopem nie była moim najlepszym pomysłem, ale skąd mogłam wiedzieć, że matka zaangażuje w poszukiwania każdego, kto ma latarkę i resztkę przyzwoitości? Nie było mnie raptem trzy dni.

– Wiem, byłem tam. Miałem latarkę i trochę przyzwoitości. I bilet do Rio w kieszeni.

Na to wspomnienie Stacey skrzywiła się. To był najgorszy weekend jej życia. Wpadała z jednych kłopotów w kolejne. Jej plan odnalezienia ojca okazał się całkowitą porażką, wróciła więc do domu spłukana i pozbawiona jakichkolwiek złudzeń. Pożałowania godna, samolubna kreatura.

– Przykro mi, że przeze mnie musiałeś odłożyć wyjazd, ale w końcu poleciałeś do Rio, prawda?

Pokręcił głową.

– Nie, w tamtym roku nie poleciałem. Zmiana planów. Ale to nie ma znaczenia. Pojechałbym gdziekolwiek, byle z dala od Montauk.

Stacey skinęła głową. Wiedziała doskonale, o co mu chodzi.

– Mam nadzieję, że już nigdy nie zobaczę Long Island – powiedziała.

Jechali przez chwilę w milczeniu. Dotarli na przedmieścia i wjechali do bardziej ekskluzywnej części miasta. Tam, gdzie Marco pasował, w przeciwieństwie do Bruce’a.

Czerwony krzyż i elegancki srebrny napis „Centrum Medyczne St Bartholomew’s” nie pozostawiały złudzeń, że jest to miejsce dla elit. Wyłącznie. Budynek z białej cegły wydawał się solidny i bezpieczny i Stacey poczuła, jak ogarnia ją spokój. Siedziała w milczeniu.

– To pewnie nie zajmie dużo czasu. Potem możesz ruszać w drogę. Jednak jeśli coś ci dolega, nie martw się, pokryję koszty leczenia.

– Dzięki – powiedziała z trudem. – To miło z twojej strony.

Chwyciła za klamkę.

– Zaczekaj chwilę, Stacey.

Odwróciła się. Siedział za kierownicą z ręką niedbale opartą o kolano. Idealne ucieleśnienie ekskluzywnego uroku. Jak ciepły, słoneczny dzień po ponurej, zimnej nocy. Coś pewnego, trwałego i bezpiecznego. Tak właśnie czuła się dawniej w jego towarzystwie. Bezpiecznie i z dala od ciągłych problemów swojej matki.

Kiedyś miał wszystko, w tym dobre serce. W odróżnieniu od swoich przyjaciół nie wydawał się płytki, powierzchowny i arogancki. Wręcz przeciwnie. Jakimś cudem sprawił, że czuła się więcej warta, jakby miała coś do zaoferowania. Okazało się jednak, że to wszystko była ułuda, bo gdy tylko dowiedział się, że nie jest idealna, wyrzucił ją ze swojego życia jak worek ze śmieciami.

Był taki przystojny. Stracił resztki chłopięcości i stał się bardzo męski. Jego czarne oczy przyglądały jej się z uwagą. Zawsze miała słabość do ciemnookich mężczyzn i teraz wiedziała już, skąd to się wzięło. Nikt jednak nie dorównywał Marcowi – krótkie, gęste rzęsy i szerokie brwi, które tworzyły idealną ramę dla jego czarnego, zagadkowego spojrzenia. Ciemny cień zarostu doskonale podkreślał zarys szczęki.

Nie mogła oderwać od niego wzroku. Jego usta – tak pełne i doskonałe – rozchyliły się lekko. Poczuła narastające napięcie. Wszystko zniknęło, został tylko cień pomiędzy nimi, bicie jej serca i oczekiwanie, które pulsowało boleśnie pomiędzy jej udami.

– Marco... – westchnęła.

Nie poruszył się. Jedynie krótki błysk w jego oczach, gdy przebiegł wzrokiem po jej twarzy. Nie wziął jej w ramiona, nie musnął niby przypadkiem jej nogi – nawet nie zerknął na jej dekolt. Był zupełnie bierny i, co gorsza, miała wrażenie, że z niej drwi.

– Zanim wysiądziemy, może lepiej okryj się moją marynarką. Będziesz się czuła bardziej swobodnie.

Otworzył drzwi, a ona odetchnęła głęboko. Ale z niej idiotka! Naprawdę miała ochotę go pocałować! W dodatku myślała, że on też tego chce. Musiała postradać rozum. Po tych wszystkich latach? Musi wziąć się w garść albo całkiem się rozklei, a kobieta bez domu i pieniędzy naprawdę nie może sobie na to pozwolić.

Marco otworzył drzwi i czekał, gotowy okryć ją marynarką. Wysunęła nogi z samochodu i zauważyła, że rozcięcie sukienki nie pozostawiało wyobraźni zbyt dużego pola do działania. Pewnie jeszcze bardziej straciła w jego oczach. Ignorując ból, wysiadła z samochodu.

– Jesteś zbyt miły – powiedziała, wsuwając ramiona w rękawy marynarki i okrywając się granatowym jedwabiem. Marco zamknął drzwi i włączył automatyczną blokadę.

– Nie ma sprawy – odparł bez cienia emocji.

Droga marynarka ciążyła jej na ramionach, w każdym włóknie jedwabnej tkaniny czuła ekskluzywność świata, do którego należał. Jakby podszewka wykonana była ze złota, a z rękawów w każdej chwili mogły wypaść wypowiedziane życzenia. Życie nie było sprawiedliwe.

– Najwyraźniej bardzo dobrze ci się powodzi, Marco. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, jeździłeś starą, rozklekotaną ciężarówką. Jakaś mała wygrana na automatach do gry?

Od razu pożałowała swoich słów. Przecież jego ojciec był hazardzistą. Cholera.

– Nie mam nic wspólnego z hazardem, Stacey. Trzymam się od tego z daleka.

– Przepraszam. – Tylko tyle zdołała wydusić. – Zapomniałam.

– Nie mógłbym. Przez nałóg ojca straciliśmy dosłownie wszystko.

Wiedziała o tym. Właśnie to w pewnym momencie zbliżyło ich do siebie. Upadek rodziny Marca, ze szczytu prawie na sam dół. Prawie, bo w końcu nazywał się Borsatto.

– Gdybym mógł, zamknąłbym każde cholerne kasyno w tym mieście. I w innych też.

– Dobrze, że nie każdy tak myśli. Przez ostatnich dziesięć lat utrzymywałam się, pracując w tego typu miejscach.

– Masz prawo do własnego zdania. – Ton jego głosu sugerował, że przed chwilą powiedziała coś naprawdę głupiego.

Przyglądała się jego plecom, rysującym się na tle białej ściany szpitala.

I co z tego, że wszystko stracił? Ona na przykład nigdy nic nie miała.

Ruszyła za nim, a obcasy grzęzły jej w żwirowanej nawierzchni parkingu.

– Nie każdy, kto gra w kasynie, musi być nieudacznikiem – wypaliła w stronę jego pleców.

– Pewnie nie. – Zatrzymał się i spojrzał na nią z dezaprobatą. – Z mojego doświadczenia wynika jednak, że dużo więcej jest grzeszników niż świętych.

– Więcej dziwek niż Madonn? Czy o to ci chodzi? Że wyglądam jak dziwka?

Uśmiechnął się leciutko i pokręcił głową.

– Miałem na myśli klientów, Stacey. Nie obsługę.

Znów to samo – zawsze musi coś palnąć bez zastanowienia. Spojrzała na niego groźnie, ale nawet się nie skrzywił.

– Powiedziałaś, że na co dzień tak się nie ubierasz. Zakładam więc, że jest to twój strój roboczy?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozległ się stukot obcasów, a tuż za nim zjawiła się kobieta w idealnie skrojonej sukience bez rękawów, z perfekcyjną fryzurą, ręką wyciągniętą w geście powitania i z idealnie wystudiowanym uśmiechem.

– Pan Borsatto, jak miło pana widzieć.

– Dziękuję, Lydio, ciebie również. Obawiam się, że nie jestem na dziś umówiony, ale będę zobowiązany, jeśli uda ci się załatwić badania dla tej damy.

Stacey spojrzała na plakietkę z napisem „kierownik administracji” przypiętą do eleganckiej sukienki – cokolwiek miało to znaczyć. Urocza Lydia uniosła brwi i posłała jej aż nazbyt dobrze znane spojrzenie. Co ktoś taki jak ty tutaj robi? Innymi słowy, nie pasujesz tutaj. W młodości aż za często się z tym spotykała i zwykle puszczały jej nerwy. Jakim prawem ktoś miał patrzeć na nią z góry?

Potem spojrzała na Marca i przez chwilę miała wrażenie, że wróciła do Montauk. Do małej kawiarni, w której pracowała i gdzie zbierało się „towarzystwo”, a on zawsze twierdził, że jest po jej stronie.

To było kiedyś.

– Proszę dopilnować, żeby zajęto się nią jak najlepiej, Lydio. Mieliśmy z panną Jackson mały wypadek, a ona zgodziła się na badania. Chcę się po prostu upewnić, czy nic jej nie jest.

Czy jej się zdawało, czy w jego głosie słychać było ostrzeżenie?

Stacey okryła się szczelniej marynarką Marca. Właśnie uciekła Bruce’owi Czerwona Gęba, więc nie przestraszy się jakiejś nieskazitelnej księżniczki.

– Rozumiemy się, Lydio? – powiedziała, przechodząc obok.

ROZDZIAŁ DRUGI

Stacey sięgnęła po kolejny kolorowy magazyn i zaczęła przerzucać strony. Upiła trochę doskonałej włoskiej kawy, którą jej podano, starając się pamiętać, że pieniądze to nie wszystko. Choć z pewnością umilają życie.

Może to i szpital, ale bardziej luksusowy niż pięciogwiazdkowy hotel, pomyślała.

Nawet naburmuszona Lydia zachowywała się nienagannie, tak jak ją poinstruowano. „To żaden problem”, odpowiadała na prośby Marca, który zdawał się zadbać o wszystko. Przebadano ją od stóp do głów i odprowadzono do prywatnej sali, gdzie czekał na nią poczęstunek i coś do czytania.

Kartkowała magazyny modowe i plotkarskie, wszędzie egzotyczne miejsca, europejskie miasta i tropikalne plaże. Piękni mężczyźni i chude, naburmuszone kobiety. Wykreowane światy, w których niektórzy naprawdę żyją.

Ludzie tacy jak Marco.

Podniosła wzrok znad gazety i zobaczyła, że przystanął i pił espresso. Idealny przykład człowieka sukcesu, który wszystko zawdzięcza sobie. Mógł z powodzeniem znaleźć się na jednej ze stron magazynu, a ludzie patrzyliby na niego z zachwytem, nie mogąc się nadziwić, że jeden człowiek może mieć wszystko.

Odstawił filiżankę i odszedł, żeby odebrać telefon. Oczywiście nie mogła nie zauważyć idealnych pośladków i długich, mocnych nóg, których mięśnie rysowały się pod spodniami garnituru. Bez wątpienia ćwiczył, w szkole zresztą od zawsze zajmował się sportem i grał w drużynie. Dziewczyny marzyły, żeby się z nim umówić, a chłopcy chcieli się z nim przyjaźnić. Świat go uwielbiał.

No i nic się nie zmieniło. Zastęp pielęgniarek kręcił się wokół niego, uporczywie ignorując Stacey i ze wszystkim zwracając się do Marca, jak chmara natrętnych much. Jakby był jakimś bóstwem, a ona była niewidzialna lub zbyt głupia, żeby zrozumieć, co się z nią dzieje. Poczuła narastający gniew.

– Gdzie jest pan Borsatto? – spytała Lydia, wpadając po raz trzeci do sali.

– Nie mam pojęcia – warknęła Stacey, udając nagłe zainteresowanie gazetą. – Może przeprowadza operację na otwartym mózgu?

Zignorowała stukot obcasów i skupiła się na magazynie. Wszyscy wokół działali jej na nerwy. Ból w plecach ustąpił, ale głowa pulsowała boleśnie, a na udzie pojawił się purpurowy siniak. Wiedziała, że to nie wina pracowników szpitala, a jeśli zachowywała się w stosunku do nich wrogo, to tylko dlatego, że znała ten typ ludzi. Oceniają wartość człowieka na podstawie statusu społecznego. Nieważne, co masz w głowie, liczą się wyłącznie zera na koncie.

Ale rachunki same się nie zapłacą, przypomniała sobie ponuro. O wypłacie z kasyna mogła zapomnieć, a dobra wróżka wciąż się nie zjawiała. Praca w Nowym Jorku też się sama nie znajdzie. Będzie musiała szybko czegoś poszukać, zmarnowała tutaj wystarczająco dużo czasu.

Odłożyła gazetę i próbowała wstać. Ból przeszył jej ciało i miała wrażenie, że zaraz pęknie jej czaszka. Poczuła mdłości i zamknęła oczy. Nie spała od osiemnastu godzin i teraz zaczęła odczuwać tego skutki.

 

Z korytarza dobiegł ją rozkazujący głos Marca. Usłyszała coś niepokojącego – ktoś wspomniał o wstrząsie mózgu. Nie miała czasu na takie historie, musiała się zająć własnym życiem.

– Gotowa? – spytał Marco, stając w drzwiach. Za nim pojawiła się Lydia o nienagannej fryzurze.

– Jak zawsze – odparła, tłumiąc mdłości i starając się stanąć tak, by zniwelować ból głowy.

Kontynuowali rozmowę, cały czas ją ignorując.

Głowa wciąż pulsowała jej z bólu, musiała się stąd wydostać i położyć w jakimś spokojnym, cichym miejscu, z dala od tych bogatych snobów.

Marco sięgnął po marynarkę, nadal nie zwracając na nią uwagi. Zabrał jej okrycie, które wcześniej kazał jej założyć, aby, broń Boże, nie obraziła uczuć pacjentów i pracowników szpitala.

Gniew był coraz silniejszy i nie była w stanie dłużej nad sobą panować.

– Hej! Jestem tutaj! Czy ktoś zamierza powiedzieć mi, co się dzieje? Czy może takie informacje są zarezerwowane tylko dla uszu osób z odpowiednio zasobnym portfelem?

Marco odwrócił się i spojrzał na nią.

– Prześwietlenia są w porządku. Nic ci nie jest, poza stłuczeniami.

Jego wzrok powędrował po jej twarzy, szyi i dekolcie, zatrzymując się na chwilę na strzępach materiału okrywających jej piersi. Nawet w takiej sytuacji przyprawiał ją o dreszcze podniecenia.

– Jesteś mocno posiniaczona.

Oboje się jej przyglądali, jakby była kupką nieszczęścia, które dziwnym trafem znalazło się w tym eleganckim szpitalu.

– Tak, siniaki powstały po tym, jak uderzył we mnie samochód, Marco – powiedziała, odsłaniając czerwono-błękitny siniak na udzie. – Dokładnie rzecz biorąc, twój samochód.

Przyglądał jej się bez słowa. Ugięła nogę w kolanie i zaprezentowała się jak najlepsza show girl prosto z Las Vegas.

Lydia zastukała obcasami, oddalając się pospiesznie.

– Napatrzyłeś się już? – spytała, patrząc mu prosto w oczy.

– Zobaczyłem więcej, niż chciałem – odparował.

– Tak, ale nigdy nie miałeś okazji dotknąć, prawda, Marco?

– Jako jeden z nielicznych.

Tylko raz w życiu czuła ból tak silny, że nie była w stanie zapanować nad łzami. Nie było to wtedy, kiedy odszedł jej ojciec, ani kiedy żadna dziewczyna na obozie letnim nie chciała dzielić z nią pokoju. Ani kiedy uciekła z domu, żeby odnaleźć ojca, który miał już nową żonę, nową rodzinę i wolał, żeby się nie zjawiła.

Za każdym razem potrafiła wziąć się w garść. Kiedy wróciła od ojca z Filadelfii, pojechała prosto do Meadows, żeby zobaczyć się z Markiem, powiedzieć mu, że tęskniła, że pod wpływem gniewu powiedziała rzeczy, których bardzo żałowała. Chciała opowiedzieć mu o ojcu.

Ale Marco Borsatto miał własne problemy. Tego dnia ich eksmitowali. Nie miał czasu zajmować się jakąś dziewczyną, która swoją ucieczką naraziła wszystkich na kłopoty. Tego dnia po raz pierwszy zrozumiała, czym jest prawdziwy ból.

Dziś poczuła to ponownie. Cofnęła się dwa kroki. Nie powinien widzieć jej w tym stanie, nikt nie powinien. Obróciła się na pięcie i spojrzała na drzwi. Po raz kolejny chciała przed nim uciec.

– Nie, chyba nie zrobisz tego znowu?

Zobaczyła jego odbicie w szybie i poczuła rękę obejmującą ją w talii. Przyciągnął ją do siebie i wyprowadził z sali.

Gdy znaleźli się na zewnątrz, próbowała się wyswobodzić, ale ból w szyi i nodze był zbyt silny.

Po chwili znów siedziała w jego samochodzie. Ruszyli w drogę.

– Nie martw się, nie zamierzam spędzić w twoim towarzystwie więcej czasu niż to konieczne, ale przez kolejne dziesięć godzin mogą się u ciebie pojawić objawy wstrząsu mózgu i choć wolałbym zostawić przyjemność opiekowania się tobą personelowi szpitala St Bart’s, chyba już wystarczająco się dziś namęczyli.

Nic nie odpowiedziała. Stłumiony szloch palił ją jak lawa, a oczy piekły, jakby pod powiekami miała pełno odłamków szkła.

– Dziś w nocy zatrzymasz się u mnie. Zostaniesz tak długo, aż ryzyko minie, potem zamówię ci taksówkę i będziesz mogła pojechać, dokąd ci się żywnie podoba. Nie zamierzam mieć się na sumieniu, Stacey, zrozumiano?

– Możesz się czuć rozgrzeszony – warknęła, ale palący żar w gardle, ból głowy, brak snu i świat, który walił jej się na głowę, sprawiły, że ledwie stłumiła szloch. Wytarła oczy i odwróciła się do okna.

– Tylko ze względu na twoją matkę nie wsadziłem cię do taksówki i nie odesłałem prosto do niej, do Montauk. Nie zasłużyła na kolejne melodramatyczne, egoistyczne przedstawienie, które jej kiedyś urządziłaś. Najpierw dojdziesz do siebie, a potem odwiozę cię do domu.

Samochód przyspieszył.

– Adres? – warknął w którymś momencie.

Podskoczyła na siedzeniu i rozejrzała się skołowana.

– Podaj mi swój adres, Stacey. Poślę kogoś po twoje rzeczy. Chyba że masz lepszy pomysł.

Patrzyła przez okno, przytłoczona sytuacją, w której się znalazła.

– Jestem zbyt bogaty, żebyś zaszczyciła mnie odpowiedzią? Tylko biedacy są warci twojej uwagi?

– Nie mogę uwierzyć, że kiedykolwiek uważałam, że ty jesteś wart mojej uwagi! Popełniłam sporo błędów, ale największym było to, że uwierzyłam, że jesteś kimś więcej niż cholernym, egoistycznym hipokrytą!

– Wciąż to samo, Stacey? Panna niewyparzona gęba, której się wydaje, że pyskowaniem rozwiąże swoje problemy? Mylę się, skarbie? – zaśmiał się krótko.

– Dla ciebie nie jestem skarbem – warknęła.

– Może właśnie o to chodzi? Dla nikogo nie jesteś, prawda? To by wymagało od ciebie jakichś pozytywnych uczuć. Może i wyglądasz na niewiniątko, ale kąsasz każdego, kto się zbliży. Spędziłem w twoim towarzystwie raptem trzy godziny, a już zdążyłaś kilka razy podnieść mi ciśnienie.

– Och, tak mi przykro. Nie przypuszczałam, że tak bardzo stresuje cię moje towarzystwo. Ale ze mnie egoistka. Wpadłam na twój samochód, a potem zmusiłam cię, żebyś zawiózł mnie do szpitala, gdzie przemiły personel przyjął mnie z otwartymi ramionami. Potem błagałam cię, żebyś pozwolił mi zostać na noc, a ty straszyłeś mnie moją matką.

– Jeszcze do tego sarkazm. Niezbyt atrakcyjna cecha.

– Znów zawiodłam twoje oczekiwania?

– Dość tego!

Zahamował gwałtownie przed olbrzymią bramą wjazdową, a Stacey poczuła ostre szarpnięcie. Na chwilę oboje zamarli i miała wrażenie, że dostrzegła w jego oczach niepokój i że Marco zaraz ją przeprosi. On jednak pokręcił głową i z jękiem odpiął pas.

– Dosyć tego. Co w ciebie wstąpiło? Przecież dobrze wiesz, że jesteś najbardziej atrakcyjną dziewczyną, jaką znam.

Stacey przyglądała mu się zszokowana. Przez chwilę słychać było tylko ich oddechy, płytkie i urywane.

Był tak blisko, że widziała wokół jego oczu delikatne zmarszczki, których kiedyś nie było. Powstały od śmiechu i słońca, którego z nim nie dzieliła.

Teraz nikomu nie było do śmiechu.

– Jesteś bardzo atrakcyjną dziewczyną – dodał ciszej. – Nie wiem, co się stało, Stacey. Myślałem, że trochę złagodniałaś przez ten czas, ale chyba masz w sobie jeszcze więcej złości i nienawiści do całego świata.

Z każdym słowem jego głos stawał się bardziej miękki, a ona topniała. Była w stanie przyjąć wszystkie okropieństwa, jakie gotował dla niej los, potrafiła bronić się i atakować i umiała stawić czoło każdemu.

Nie umiała jednak przyjąć dobroci. Gdy ktoś okazywał jej uczucie, cała jej siła znikała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Tama w końcu puściła, a po jej policzkach popłynęły duże, gorące łzy.

Marco patrzył na nią z troską.

– Stacey, ty płaczesz – powiedział łagodnie. – Nigdy nie widziałem cię płaczącej.

– Tak, płaczę. A ja nigdy nie płaczę. Nigdy! – załkała, z wściekłością ocierając twarz. – Wszystko było w porządku, a teraz spójrz na mnie. Nie potrzebuję twojej pomocy. Nikogo nie potrzebuję. Nie kontaktuj się z moją matką, nie musi o tym wiedzieć. Bo nic mi nie jest, rozumiesz?

Sięgnęła po maleńką torebkę, ale nie miała chusteczki. Nigdy nie była zorganizowana, w przeciwieństwie do matki, która kuliła się na samą myśli, że coś mogłoby się jej przytrafić.

– Nie zadzwoniłem do Marilyn, nie zrobiłbym tego. Nie jestem potworem. Proszę.

Marco podał jej białą jedwabną chusteczkę.

– Weź – powiedział, gdy odwróciła głowę. – Na miłość boską, to tylko kawałek szmaty.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?