Samotne wyprawyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Samotne wyprawy
Samotne wyprawy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Samotne wyprawy
Audio
Samotne wyprawy
Audiobook
Czyta Beata Pawlikowska
33,90  25,09 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



ROZDZIAŁ 1
Dodatkowe życie

Uwielbiam to uczucie.

Biorę plecak, zamykam za sobą drzwi. Jadę na lotnisko.

Jedno wiem na pewno – zostanę wiele razy zaskoczona, zdumiona i zachwycona. Czasem tak skołowana, że nie będę wiedziała gdzie jest moja własna głowa, a czasem tak wzruszona, że w oczach pojawią się łzy szczęścia.

Czasem zmęczę się tak, że nie będę miała siły iść dalej, czasem spadnie na mnie dziwna tropikalna gorączka, od której będę się trząść z zimna w czasie największego upału. Czasem zapłacę za coś dziesięć razy więcej niż to jest warte, ale czasem też kupię coś tak tanio, że nie będę mogła uwierzyć własnym oczom.

Spotkam pięknych, prostych, szczęśliwych ludzi, którzy na zawsze zostaną moimi przyjaciółmi, nawet jeżeli widzieliśmy się tylko pięć minut i nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa.


Przeżyję nieoczekiwany strach i równie niespodziewaną nadzieję.

Czasem będę musiała czołgać się przez noc, a czasem będę odpoczywać na plaży nad błękitnym oceanem.

Wszystko może się zdarzyć.

Ale to jest przecież tak samo jak w życiu.

Kiedy budzisz się rano we własnym łóżku, nie wiesz co wydarzy się w ciągu dnia. Są rzeczy, których nie można przewidzieć ani zaplanować, są zagadkowe sploty okoliczności, problemy do rozwiązania i niespodzianki, wobec których musisz określić swoje stanowisko.

Każda moja podróż to dodatkowe życie.

Dodatkowe, równoległe życie, które przynosi zupełnie inne doświadczenia i pokazuje znane pojęcia w tysiącu zupełnie nowych barw. Czuję się tak, jakbym z każdej samotnej wyprawy przywoziła nowy fragment duszy nasączony tamtą rzeczywistością, tamtym sposobem myślenia i niepowtarzalną prawdą, jaka obowiązuje w tamtym zakątku świata.


Nic nie jest już takie samo.

Na wszystko patrzę jeszcze raz od nowa. I nagle odkrywam, że to, do czego byłam przyzwyczajona i co wydawało mi się tak znajome, teraz staje się inne, nowe, czasem bardziej interesujące, a czasem wprost przeciwnie, nagle dociera do mnie, że to jest niepotrzebne albo złe i czas się z tym rozstać.

Każda samotna wyprawa jest jak miłość.

Najpierw pierwsze spotkanie, nieśmiałość, spojrzenie w oczy.

Pierwsza wspólna kolacja, pierwsze zetknięcie dłoni.

Wymiana myśli, nitka porozumienia.

Wspólne spacery, rozmowy, odkrywanie radości.

I to piękne uczucie kiedy już wiesz na pewno, że w pewien magiczny sposób przynależysz do tej osoby, a ona staje się częścią ciebie.

W podróży jest dokładnie tak samo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 2
Trzy przewodniki

Skąd wiem dokąd jechać?

Prawdę mówiąc wcale tego nie wiem. Nie mam listy krajów, do których powinnam pojechać w określonym terminie. Nie mam żadnych umów, które zobowiązywałyby mnie do zrealizowania określonych podróży.

Mam tylko wielką, nieograniczoną wolność.

Oraz równie wielką wyobraźnię.

Patrzę sobie na świat, na książki, na fotografie, rozmyślam.

Zastanawiam się dokąd miałabym ochotę wyruszyć, a potem czekam na odpowiedź mojego wewnętrznego kompasu. On wie najlepiej dokąd należy mnie wysłać. I mam wrażenie, że nigdy jeszcze się nie pomylił.

Pewnego dnia postanowiłam wybrać się do Urugwaju. Albo na Hawaje. A może do Zimbabwe? Kupiłam trzy przewodniki, położyłam na biurku i codziennie na nie patrzyłam. Który mam ochotę natychmiast wziąć do rąk i przeczytać? Który najbardziej mnie fascynuje? Który wydaje się gotowy do drogi?

Czas mijał, a ja nie mogłam zdecydować.

Hawaje kusiły tropikalnym klimatem, słodkimi ananasami, plażami nad oceanem i zagubionymi w lasach wulkanami. Już widziałam siebie jeżdżącą po krętych górskich drogach, poszukującą kahunów, czyli miejscowych szamanów i uzdrowicieli. I oczywiście wspinającą się na szczyt Mauna Kea, o którym dawno temu, jeszcze w średniej szkole, napisałam opowiadanie.

Zimbabwe było moim marzeniem od wielu lat, odkąd przeczytałam książkę „The Covenant” Jamesa Michenera, który w fabularyzowany sposób opisuje historię Afryki, rozpoczynając od tajemniczego królestwa, które zostało założone w epoce żelaza. Do dzisiaj istnieją pozostałości oryginalnych kamiennych wież i domów zbudowanych w jego stolicy.

Urugwaj z kolei był ostatnim krajem na mapie Ameryki Południowej, w którym nigdy nie byłam. Jakoś nigdy specjalnie mnie nie pociągał, bo jest nowoczesny i tak dobrze zorganizowany, że każde dziecko w szkole dostaje darmowego laptopa. Jak dla mnie – zdecydowanie za mało przygodowy. Ale jeśli tam pojadę, będę mogła powiedzieć, że byłam we wszystkich krajach tego kontynentu.

No więc dokąd?...

Każda z tych trzech opcji wydawała mi się pociągająca. Na tyle, że nie potrafiłam podjąć jednoznacznej decyzji. Najchętniej pojechałabym do wszystkich trzech miejsc jednocześnie.

I wtedy odezwał się mój wewnętrzny kompas.

Nie żeby podsunął mi od razu właściwą odpowiedź.

Raczej zaczął mnie zaskakiwać

nieustannymi i niespodziewanymi komunikatami.


Na granicy Belize z Gwatemalą.

W moim domu na ścianach wiszą fotografie, które zrobiłam podczas różnych podróży. Znam je na pamięć, bo przecież patrzę na nie codziennie wiele razy. Ale nagle zorientowałam się, że ciągle spoglądam na jedną z nich. Co chwilę łapię się na tym, że znowu ją widzę i czuję jednocześnie w sercu dziwną tęsknotę. Tak jakbym potrzebowała znów tam pojechać.

Argentyna. Wodospady Iguazú. Białe grzywy spienionej wody spadającej w głęboką przepaść. Byłam tam już kilka razy. Czy chcę zobaczyć go jeszcze raz?...


Największe wodospady świata Iguazú na granicy Argentyny i Brazylii.

Podczas gotowania obiadu na jednej z półek znajduję kubek z zielonego drewna, który przywiozłam dawno temu z Paragwaju. Fala wspomnień, dziwna słodycz w sercu. Kubek wciąż pachnie szerokimi stepami Gran Chaco, mgłą nad rzeką Pilcomayo i różowym pałacem prezydenckim w Asunción. Byłam tam dwadzieścia lat temu. Z jakiego dziwnego powodu ciągnie mnie tam z powrotem?...

Może jednak polecę na Hawaje. Biorę przewodnik i zaczynam zaznaczać miejsca, gdzie chciałabym być. Już czuję na skórze słońce plaży Waikiki, stoję na wierzchołku wulkanu Haleakala na wyspie Maui, wędruję przez dzikie pustkowia wąwozów wyspy Kaui i docieram do kolonii trędowatych.

Tak, myślę sobie, to jest dobry pomysł. Hawaje! Zaraz sprawdzę ile kosztuje bilet, zrobię rezerwację i plan. Jak tylko dojadę do domu. Hawaje! Nareszcie! Cudownie!

Zatrzymuję się przy warzywniaku. Wchodzę do środka, ale trudno się dostać do skrzynki z jabłkami, bo wszędzie dookoła stoją stosy małych plastikowych pudełek. Usiłuję sięgnąć po marchewkę, ale nosem wpadam w pudełka. Kiedy wybieram ziemniaki, pudełka gniotą mnie w bok. Pomarańczy w ogóle nie widać, bo są zasłonięte tysiącami tych wszędobylskich, upartych pudełek, w których grzecznie leżą granatowe kulki borówek amerykańskich. A na każdym opakowaniu wielkimi literami jest napisane: URUGUAY.

Gdzie tylko spojrzę, tam jest Urugwaj! Urugwaj broni dostępu do jabłek, zasypał pomarańcze i nie pozwala zbliżyć się do ziemniaków. Wszędzie Urugwaj. Stanęłam z jabłkiem w ręce i zaczęłam się śmiać.

– Przepraszam – powiedziała pani sprzedawczyni – dopiero przywieźli transport tych borówek i jeszcze nie zdążyłam ich schować.

– Nie szkodzi – odrzekłam i pomyślałam, że one tu przyjechały chyba tylko po to, żeby zabrać mnie ze sobą z powrotem.

A więc Urugwaj! Przy okazji skoczę też do Paragwaju i nad wodospady Iguazú. Aż podskoczyłam z radości. Tak, to jest świetny plan! Bez cienia wątpliwości!

Kupiłam bilet, zaplanowałam przybliżoną trasę i powiem ci, że to była wspaniała wyprawa[1].

A Hawaje? Hawaje poczekają. Może następnym razem.

Ale zaraz.

Następny raz zdarzył się w Amsterdamie.

Wracałam właśnie z wyprawy do dżungli amazońskiej. Na lotnisku w Amsterdamie jest sklep z przewodnikami. Lubię się tam zatrzymać i czytać nazwy krajów.

Stanęłam przed działem Afryka. Ręka sama wyciągnęłam mi się po magicznie brzmiącą nazwę Kongo. A zaraz obok – Burkina Faso. I Botswana.

Kongo!

Od dziesięciu lat planuję tę wyprawę, ale ciągle trwa tam wojna domowa, a na portalach z ostrzeżeniami dla podróżnych tekst jest jasny jak słońce: działają uzbrojone grupy bandytów, którzy zabijają, gwałcą, porywają, rabują, kradną samochody i przeprowadzają wojskowe lub paramilitarne operacje, których ofiarami padają także osoby cywilne. Powszechne są też porwania dla okupu.

 

Ale coś mi w sercu mówi, że nadszedł czas.

Kupuję trzy przewodniki i przez następnych kilka godzin oczekiwania na następny samolot podróżuję po Kongo na kartkach książki. Kongo!

Nieważne co mówią.

Ze wszystkiego co wiem o świecie na podstawie mojego własnego doświadczenia wynika, że wszędzie mieszkają ludzie. Człowiek z człowiekiem zawsze może nawiązać kontakt łatwiej i szybciej niż państwo z państwem.

Nie pytam więcej.

W pierwszym możliwym terminie pojadę do serca Afryki, żeby tam wędrować przez dżunglę i popłynąć łodzią po rzece Kongo taką samą trasą, jaką płynął Józef Korzeniowski czyli Joseph Conrad, co opisał później w książce „Jądro ciemności”. Z Kisangani do Kinszasy.

ROZDZIAŁ 3
Kropla atramentu

Czy się boję?

Dobre pytanie.

Z jednej strony strach przed czymś nieznanym jest wpisany w ludzką naturę i ostrzega przed niebezpieczeństwem. Jest przeciwieństwem beztroski i zwróceniem uwagi na potencjalne zagrożenie.

Od każdego człowieka zależy co zrobi z tym lękiem.

Można wtedy powiedzieć:

– Istnieje niebezpieczeństwo, a więc wycofuję się i rezygnuję z tego planu.

Można też powiedzieć:

– Wiem, że to nie będzie łatwe, ale chcę to zrobić. Mam zaufanie do siebie, wierzę w mój instynkt i mam wiarę w to, że dobrze mnie poprowadzi.


Tak właśnie robię.

Więc na pytanie czy czuję strach, odpowiem:

– Czasem czuję strach przed czymś, co jest nowe i zupełnie mi nieznane. Traktuję ten lęk jako informację. Nie jako wyrok, ale jedynie jako komunikat do wzięcia pod uwagę wraz z innymi przesłankami. Dopuszczam go do mojego serca, ale nie pozwalam mu nim zawładnąć.

Trzymam go w garści tak jak balon na sznurku. Wiem, że gdybym pozwoliła, on uniósłby mnie ze sobą i zagarnął w swojej obezwładniającej mocy.

Ale wiem też, że ja jestem silniejsza od niego.

Jestem od niego silniejsza, bo chcę być.

Panowanie nad strachem

jest kwestią zarządzania

świadomą częścią swojego umysłu.

Są tylko dwie możliwości:

1. albo ty zrządzasz swoim umysłem,

2. albo on zarządza tobą.

Jak działa ten mechanizm, od czego zależy i jak się go nauczyć to temat na osobną książkę[2].

Nauczyłam się tej umiejętności właśnie podczas samotnych wypraw.

Strach jest jak kropla atramentu w przejrzystej wodzie.

Pojawia się znienacka i natychmiast wsącza się w twoje serce i duszę.

Od ciebie zależy co stanie się dalej.

Czy widziałeś kiedyś przestraszoną ośmiornicę?

W odruchu samoobrony wypuszcza z siebie obłok atramentowej cieczy, która rozlewa się w wodzie, łączy się z nią i barwi ją całą na niebiesko.

Albo może widziałeś jak zachowuje się kropla atramentu wpuszczona do wody.

Mimo że kropla jest niewielka, to przejmuje władanie nad całą wodą i farbuje ją na błękitno tak dokładnie, że ani jedna cząsteczka wody nie pozostaje czysta.

Tak samo właśnie jest ze strachem.

Atramentowa kropla strachu zostaje wpuszczona do twojego serca.

Możesz wtedy zrobić dwie rzeczy.

1. Z nieruchomym przerażeniem obserwować jak niebieski kolor strachu wsącza się w twoje serce i zagarnia je coraz mocniej, krzyczeć, że za chwilę całe twoje serce będzie atramentowe, narzekać, że jesteś ofiarą, że nic nie możesz zrobić, że dzieje się coś strasznego, a wyobraźnia podpowiada, że to co jest straszne teraz, za chwilę zapewne zamieni się w coś straszniejszego.


Noc w Nowym Jorku.


W ten sposób właśnie karmisz swój strach, który wydaje się wtedy większy i silniejszy niż jest w rzeczywistości. Ty sam nadajesz mu znaczenie, które ciebie paraliżuje i odbiera ci moc działania.

2. Świadomie zdać sobie sprawę z tego, że w twoich myślach pojawiła się kropla strachu, a następnie schwytać ją myślami, zamknąć w bańce powietrza i umieścić w takim miejscu, gdzie będziesz mógł ją obserwować, ale skąd nie będzie mogła uciec, żeby zafarbować resztę twoich myśli.

W ten sposób wiesz, że się boisz, ale jednocześnie jesteś silniejszy niż ten strach. Twój umysł jest czysty i jasny. Jesteś w stanie trzeźwo myśleć, podejmować racjonalne decyzje i działać.

Podczas samotnych podróży to jest bardzo przydatna umiejętność.

Wyobraź sobie najczarniejszą noc.

Uśmiecham się teraz, bo pewnie przypominasz sobie grudniowe noce gdzieś w Polsce i widzisz w wyobraźni szarawe niebo. Czasem nawet nocne niebo nad miastem w Polsce ma odcień pomarańczowy.

Ale nie, to nie ma nic wspólnego z prawdziwą nocą i ciemnością.

Wyobraź sobie gruby czarny koc, którym ktoś otula cały świat. Kompletnie nieprzejrzysty. Nie przedostanie się przez niego żadne błyśnięcie najmniejszej gwiazdeczki. Jest tak, jakbyś szczelnie zasłonił wszystkie okna i zgasił światło.

Ciemność.

Ciemność nieprzenikniona i tak czarna, że nawet kiedy trzymasz dłoń przy swojej twarzy, to jej nie widzisz.

Czujesz to?

Taka jest ciemność w dżungli amazońskiej, na pustyni, na oceanie i w innych miejscach położonych bardzo, bardzo daleko od miast.

Podczas bezksiężycowej nocy.

Bo kiedy świeci księżyc, szczególnie wtedy, kiedy jest w pełni, to oświetla dżunglę jak wielka srebrna lampa. Ale to na razie zostawmy.

Jest czarna noc w dżungli.

Leżysz w hamaku rozwieszonym między dwoma drzewami.

Otwierasz oczy i poruszasz powiekami, niepewny tego co się z tobą dzieje. Niby masz oczy otwarte, ale nic nie widzisz. NIC. Widzisz tylko ciemność dookoła siebie. Ciemność tak czarną, jakbyś wpadł pod ziemię. Ta ciemność leży na tobie, a ty wydajesz się zawinięty w nią jak bezradne niemowlę.

Mało tego.

Czujesz w sobie tak przeszywający ból, że wrzyna się w twoje myśli i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Jesteś sam.

Sam ze swoim strachem, bólem i sam na sam z najczarniejszą ciemnością świata.

Co robisz?...

ROZDZIAŁ 4
Strach

Noc była czarna jak okopcony nad ogniskiem kocioł.

Obudziłam się, ale w pierwszej chwili pomyślałam, że dalej śpię, bo nie było żadnej różnicy między zamkniętymi a otwartymi oczami. Wciąż widziałam tylko gęstą, skłębioną ciemność, w której kryła się najbardziej przeraźliwie głośna cisza.

Była to cisza rozszeptana tajemniczymi głosami. Niektóre ciche cyt, cyt, cyt jak szeleszcząca jazzowa perkusja, na której gra się miotełkami. Chrupnięcie gałązki. Gardłowy pomruk brzmiący tak jakby ktoś kogoś dusił albo jak westchnienie z lubością na myśl, że za chwilę kogoś udusić będzie można. Dziwne zgrzytanie, tak jakby zabłąkana pirania wyszła na spacer z wody i ostrzyła sobie zęby na myśl o czekającym ją obiedzie.

Odległe kląskanie przebudzonego ptaka brzmi jak wołanie o pomoc. Pluśnięcie w jeziorze. A potem cisza.


Pająk ptasznik w Amazonii.

W pierwszej chwili wydaje się, że dżungla milczy, ale jeśli wyciągniesz trochę ucho, to usłyszysz, że jest to milczenie pełne jęków, sekretnych nawoływań, dziwnych szczęknięć, pomruków i szelestów.

Ból w brzuchu naciskał.

Chciałam zanurzyć się z powrotem w schronienie snu, które dawało mi pozór bezpieczeństwa, pozwalając pozostać w totalnej niewiedzy. Kiedy nie słyszysz i nie widzisz zagrożenia, nie wiesz, że mógłbyś się czegoś bać.

Wytężyłam oczy i usiłowałam przewiercić nimi noc.

Co jest tam w gęstwinie, co miauczy, kwili i chrobocze? Kto mu tak zgiełkliwie odpowiada? Kto tnie nocną ciszę odgłosami piłowania drewna?

– Przecież nikt nie pracuje tu w tartaku – myślę sennie i już odpływam do krainy sennej nieświadomości, gdy nagle wyrywa mnie z niej chrapliwe warknięcie.

Nawet cykada milknie w pół słowa, czyli w pół deski, bo to ona właśnie świdruje ciszę piłując zawzięcie nóżkami o skrzydło.

– Zdawało mi się – myślę.

Otworzyłam oczy i natychmiast wrócił ból w brzuchu. Tym razem tak natarczywy i kłujący, że niemożliwy do zignorowania. Muszę wstać. Muszę wyjść z hamaka i stanąć bezbronna wobec wszystkiego, co kryje się w ciemności dżungli dookoła mnie. Mało tego, muszę w dodatku opuścić spodnie i odsłonić najbardziej delikatną część ciała, nad którą nie będę miała wtedy żadnej kontroli, ponieważ znajduje się poza zasięgiem mojego wzroku.

Nie mam wyboru.

To jest życiowa konieczność.

Usiadłam w hamaku, rozsunęłam zapięcie moskitiery, wystawiłam nogi na zewnątrz. Najpierw trzeba sprawdzić czy ktoś nie zdążył zadomowić się w moich kaloszach. Zdarzało mi się znaleźć słodko wtulonego w podeszwę skorpiona, zebranie ognistych mrówek, zadowoloną z siebie żabę albo gigantyczne pijawki.

Podniosłam kalosz, postukałam w jego piętę, potrząsnęłam cholewką, poświeciłam do środka latarką. Chwilowo brak nowych mieszkańców, mogę więc wsunąć do środka moją własną nogę. W drugim kaloszu też czysto.

Jest jeszcze moment ostatecznej weryfikacji i prawdy – wtedy, kiedy stajesz stopami na ziemi i naciskasz na nią całym swoim ciężarem.

Dopiero wtedy wiesz na pewno czy ktoś drzemał w twoim kaloszu, czy też nie, i być może drzemał tak uparcie, że podczas wytrząsania chwycił się zębami za płócienną wyściółkę, a następnie – kiedy zacząłeś na niego naciskać – nie miał innego wyjścia jak tylko wbić te zęby w ciebie.

Stanęłam.

Przeżyłam.

Ruszyłam w ciemność.

Nie można przecież załatwić się tuż pod własnym hamakiem, ponieważ to, co zostawisz na ziemi, jest bardzo atrakcyjnym towarem dla wielu dżunglowych wędrowców.

Jeśli uświadomisz sobie jeszcze jeden fakt – a mianowicie to, że małe zwierzątka zwykle stanowią pokarm dla większych zwierzątek, które z kolei mogą zostać zjedzone przez zwierzątka jeszcze większe – to jasno domyślisz się, że zostawianie czegokolwiek pod hamakiem jest hasłem, które streszcza się w jednym z tytułów piosenek Beatlesów:

Come Together! Chodźcie tu wszyscy!

Ponieważ zwoływanie zgromadzeń dżunglowych kłów, pazurów, zębów jadowych i innych narzędzi służących do zabijania chwilowo nie było moim zamiarem, westchnęłam z bólu i ruszyłam przed siebie.


Latarka to dziwna rzecz.

Niby oświetla drogę, ale jednocześnie podkreśla obcość tego wszystkiego, co znajduje się poza jej zasięgiem.

Nieważne jak mocną masz żarówkę. Strumień światła z latarki zawsze rozjaśnia tylko pewien wycinek ciemności, a to co znajduje się dalej, natychmiast robi się jeszcze bardziej czarne, groźne i nieprzewidywalne.

Prawda?

Patrzysz na to, co oświetla ci latarka, a jednocześnie zastanawiasz się gorączkowo nad tym, czego nie możesz zobaczyć, bo pozostaje poza strumieniem światła.

Czasem wydaje się, że z tej ciemności wyciągają się ku tobie ramiona i chcą cię schwycić, a kiedy tylko odwrócisz się i będziesz świecił w to miejsce, duchy natychmiast przeniosą się dalej, znów tam, gdzie światło latarki nie dociera.

– Spokojnie! – powiedziałam do siebie chociaż łydki mi drżały ze strachu. – Ogarnij się. Skup się. Skoncentruj się na tym, co robisz, a nie na tym, co ci się wydaje, że dzieje się dookoła.

Zatrzymałam się.

W ciemności byłam w stanie zobaczyć tylko tyle, że jest to miejsce mniej zarośnięte pełzającymi krzakami. Ciemność dookoła natychmiast spęczniała, tak jakby chciała mnie objąć, zagarnąć, wciągnąć w siebie i zniknąć.

 

Włosy stanęły mi na głowie ze strachu, ale przywołałam się do porządku i powiedziałam do siebie:

– Spokojnie. Strach jest po to, żeby się bać. Od ciebie zależy co z nim zrobisz. Spokojnie. Nie daj mu się porwać.


Modliszka w brazylijskiej dżungli.

Boję się, bo bać się w nocy w dżungli to naturalny odruch. Ale panuję nad moim strachem.

Oddycham głęboko. Wszystko jest dobrze.

Świat jest przyjazny kiedy podchodzisz do niego z wiarą i zaufaniem.

Zgasiłam latarkę.

Miałam wrażenie, że światło oddzielało mnie od dżungli i potęgowało strach, bo ciągle pokazywało mi to, czego nie widać.

Pomyślałam więc, że chcę dopuścić do siebie wszystko, co jest dookoła. Niech podejdzie blisko i niech mnie dotknie. Zgadzam się na to. Stanę się częścią amazońskiej nocy zamiast się przed nią bronić.

Bo tak długo

jak chcesz z czymś walczyć,

wydzielasz z siebie zapach strachu.

A jeżeli gdzieś niedaleko

czai się drapieżnik,

to będzie dla niego sygnał do ataku.

Dlatego zgasiłam latarkę i stanęłam bez ruchu, gotowa przyjąć to, co się zdarzy.

Przez chwilę trwała zaskoczona cisza.

Potem ciemność owinęła się wokół mnie i poczułam jej dotyk na skórze.

Odezwała się cykada.

Zaraz za nią coś zaczęło buczeć i wydawać z siebie krystaliczne chrząkanie.

Błysnął robaczek świętojański. Najpierw tylko pojedynczym mignięciem, tak jakby na próbę uruchamiał latarnię morską, sprawdzając czy wszystkie statki są gotowe do odbioru.

A potem włączył swoje światełko na stałe i krążył w powietrzu jak fruwająca gwiazda.

I wtedy zrozumiałam, że światło mojej latarki było w dżungli czymś obcym i dlatego budziło w niej coś, co mój umysł odbierał jako zagrożenie.

Kiedy zgasiłam latarkę i stanęłam w dżungli taka, jaka byłam – bezbronna i krucha – dżungla przestała zwracać na mnie uwagę. Przestała mnie straszyć i wyciągać po mnie ramiona z ciemności.

Wszyscy powrócili do swoich conocnych zajęć.

Zakochany robaczek świętojański fruwał między drzewami nadając świetlne sygnały dla panien świetlików. Tuż przy policzku poczułam bezszelestnie przepływające w powietrzu skrzydła nietoperza. Skorpiony wędrowały przez ściółkę, nie zawracając sobie głowy tym kim jestem i czego szukam na ich terytorium. Węże wolały odsunąć się na bezpieczną odległość, bo takie wielkie zwierzę w gumowych butach nie jest niczym przyjemnym, szczególnie podczas bliskiego spotkania.

Noc była tak samo smoliście czarna jak wcześniej. Grała w niej ta sama niezidentyfikowana orkiestra dżunglowych szczęk, czułków, kopyt, pazurów i spragnionych krwi gardeł, ale kiedy nie usiłowałam stawiać między nią a sobą muru zbudowanego z latarki, strachu i chęci ucieczki, usłyszałam w tej muzyce nie tylko walkę na śmierć i życie, ale przede wszystkim harmonię i równowagę.

Świat przyrody ma ją

wpisaną w siebie prosto od Boga.

Czasem wystarczy przestać

zachowywać się jak człowiek,

żeby ją poczuć i usłyszeć.

I stać się jej częścią.

Nauczyłam się wtedy też czegoś ważnego o strachu.

On jest we mnie, ale ode mnie zależy co z nim zrobię.

Dlatego tak, czasem się boję, ale strach nie jest moim wrogiem.