Twarz bestii

Tekst
Z serii: Paweł Wolski #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

[no image in epub file]

Au­tor:

Bar­tło­miej Ko­wa­liń­ski

Re­dak­cja:

Agata To­kar­ska

Ko­rekta:

Do­mi­nika Wilk

Bry­gida Grze­sik

Skład i pro­jekt okładki:

Ali­cja Ma­linka

Zdję­cia z okładki

© Cody Bo­ard / Unsplash

© Wes Grant / Unsplash

© La­risa Ko­sh­kina / Pe­xels

© Ma­rianne Al­dridge / Pe­xels

© Ma­rek Piw­nicki / Pe­xels

© cot­ton­bro / Pe­xels

© Lu­kas Hart­mann / Pe­xels

© Kri­stina Shcher­bina / Pe­xels

© Vla­dy­slav Du­schen­ko­vsky / Pe­xels

© czu­_czu / Pi­xa­bay

© Ze­ro­Je­den / www.zamki.pl – pol­skie zamki

vec­tor ma­cro­vec­tor / Fre­epik

ISBN 978-83-66977-082

© Dre­ams Wy­daw­nic­two

Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak

ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów

www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl

Rze­szów 2021, wy­da­nie I

Druk: Hor­net sp. z o.o.

Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana, prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej, elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

Dla niej

1

WIA­DO­MOŚĆ

Sie­dział bez­czyn­nie, wpa­tru­jąc się w ekran kom­pu­tera. Łok­cie miał oparte na bla­cie biurka. Ni­czego nie no­to­wał, po pro­stu pa­trzył na treść ma­ila, któ­rego otrzy­mał, za­ty­tu­ło­wa­nego: „Pro­szę, niech mi Pan po­może…”. Przy­szedł od nie­zna­nej mu osoby, ko­biety o imie­niu Ola. Wia­do­mość była krótka i na­pi­sana nieco cha­otycz­nie, a jej treść wzbu­dziła w nim spory nie­po­kój. Nie było też żad­nego nu­meru kon­tak­to­wego, by mógł od­dzwo­nić, ani in­for­ma­cji, co tak na­prawdę się wy­da­rzyło. Za­sta­na­wiał się, czy jest to forma głu­piego żartu, czy fak­tycz­nie coś się stało i ktoś po­trze­buje jego po­mocy. Miał dziwne prze­czu­cie, że nadawca albo nie mógł na­pi­sać nic wię­cej, albo ktoś mu to unie­moż­li­wił.

Nie za­uwa­żył na­wet, kiedy po­de­szła. Sta­nęła obok z kawą w ręce, a na­stęp­nie po­sta­wiła ją tuż przed nim.

Szyb­kim ru­chem za­mknął po­krywę lap­topa, nie chciał, by od­czy­tała treść wia­do­mo­ści. Pod­niósł wzrok i spoj­rzał na nią. Za­cze­sała włosy na bok, ra­do­śnie się przy tym uśmie­cha­jąc. Miała na so­bie tylko jego ko­szulę. Usia­dła na biurku tuż obok jego kom­pu­tera i chwy­ciła zdję­cie sto­jące przy nim. Jej twarz jesz­cze bar­dziej się roz­pro­mie­niła. Z bły­skiem w oczach przy­glą­dała się ich ślub­nej fo­to­gra­fii.

A po­znali się prze­cież zu­peł­nie przy­pad­kiem, gdy przy­je­chał do Za­ko­pa­nego pi­sać ar­ty­kuł o zbrodni sprzed lat.

Po­pa­trzyła mu w oczy, ale on skie­ro­wał wzrok w stronę okna. Wia­do­mość, którą przed chwilą prze­czy­tał, wciąż za­przą­tała mu głowę.

W od­po­wie­dzi na to ona zsu­nęła się z biurka, za­brała ku­bek i wy­szła z po­koju. Po chwili spoj­rzał na zdję­cie, które od­sta­wiła na miej­sce. Głę­boko wes­tchnął. Pod­niósł się z fo­tela i po­dą­żył za nią.

Krzą­tała się w kuchni, przy­go­to­wu­jąc śnia­da­nie. Przy­sta­nął obok, ale się nie od­zy­wał. Uru­cho­mił eks­pres i zro­bił so­bie kawę, a na­stęp­nie usiadł przy stole. Pod­parł ręką głowę i pró­bo­wał ze­brać my­śli. Zbli­żał się week­end, a w przy­szłym ty­go­dniu bę­dzie mu­siał je­chać do re­dak­cji do War­szawy. Był to je­den z wa­run­ków jego pracy zdal­nej z Kra­kowa. Dwa razy w mie­siącu wy­jeż­dżał na kilka dni do biura, żeby na bie­żąco pod­pi­sy­wać wszyst­kie do­ku­menty i zda­wać sze­fowi ra­port. Taki układ pa­so­wał jed­nak im obu. Dzien­ni­karz nie mu­siał re­zy­gno­wać z po­sady, dzięki czemu wciąż ro­bił to, co ko­cha, a Ra­decki na­dal miał wy­jąt­ko­wego pra­cow­nika, któ­rego ar­ty­kuły przy­cią­gały rze­sze czy­tel­ni­ków. Jed­nak wo­bec otrzy­ma­nej wia­do­mo­ści wy­jazd do sto­licy wcale nie był mu na rękę. Czuł, że bę­dzie mu­siał po­świę­cić czas na to, by wy­ja­śnić oko­licz­no­ści, dla któ­rych ktoś ją w ogóle wy­słał.

Po chwili obok usia­dła Pau­lina. Po­sta­wiła przed nim ta­lerz.

– Dzię­kuję – wy­mam­ro­tał.

– Je­steś ja­kiś nie­swój – ode­zwała się, wi­dząc, że le­ni­wie trzyma wi­de­lec i wcale nie za­biera się za ja­jecz­nicę, którą mu po­dała. – Coś cię trapi? – Zła­pała go za rękę.

Od­su­nął od sie­bie ta­lerz.

– Nie mó­wi­łem ci, ale do­sta­łem wczo­raj dość dziw­nego ma­ila. – Po­dra­pał się po za­ro­ście. – Na­pi­sała ja­kaś ko­bieta, zresztą cze­kaj, po­każę ci. – Wstał i skie­ro­wał się do po­koju po lap­top, który na­stęp­nie po­sta­wił tuż przed nią.

Za­częła uważ­nie wpa­try­wać się w treść wia­do­mo­ści, czy­ta­jąc ją na głos:

– „Boję się… tak bar­dzo się boję… bła­gam, niech mi Pan po­może…” – Prze­łknęła ślinę. – „Ola Żo­łyń­ska. Pięt­na­sty kwiet­nia dwa ty­siące dwu­dzie­sty pierw­szy”. – Spoj­rzała na ka­len­darz wi­szący na ścia­nie, a na­stęp­nie na dzien­ni­ka­rza. – Nie ro­zu­miem, prze­cież mamy czer­wiec, dla­czego w ma­ilu jest data kwiet­niowa?

– Nie wiem. Też tego nie ro­zu­miem. – Po­krę­cił głową.

– Jejku… to fak­tycz­nie dziwna wia­do­mość. – Na jej twa­rzy ry­so­wał się strach.

– To jak wo­ła­nie o po­moc… – sko­men­to­wał. Wy­pro­sto­wał się.

– Mam na­dzieję, że nie wy­da­rzyło się nic złego… – do­dała pół­szep­tem. Była bar­dzo prze­jęta tym, co prze­czy­tała. Do­strzegł dreszcz na jej skó­rze. – Może warto od­pi­sać?

– Oczy­wi­ście, że to zro­bi­łem, ale szcze­rze mó­wiąc, nie li­czę na od­po­wiedź.

– Dla­czego?

– Kto­kol­wiek to wy­słał, albo nie chce, albo nie może nic zdra­dzić. Mam wra­że­nie, że ocze­kuje, że resztą zajmę się ja, a to już ja­kaś wska­zówka. – Wstał i prze­szedł się po sa­lo­nie.

– Wska­zówka? – Uważ­nie go ob­ser­wo­wała.

– Skoro wy­słała to do mnie, to musi wie­dzieć, kim je­stem i czym się zaj­muję. Być może jest świad­kiem ja­kie­goś prze­stęp­stwa albo ma wie­dzę na jego te­mat. Mu­szę się temu przyj­rzeć bar­dziej wni­kli­wie.

– Co za­mie­rzasz?

– Spraw­dzę, czy tego dnia, o któ­rym wspo­mina, nie wy­da­rzyło się coś złego. Ta data nie jest przy­pad­kowa. Może to mi po­wie coś wię­cej.

Chwy­cił lap­top i skie­ro­wał się do po­koju, który słu­żył mu za ga­bi­net. Po­sta­no­wił do­wie­dzieć się, co się stało i czego może do­ty­czyć ta­jem­ni­cza wia­do­mość. Wpi­sał w prze­glą­darce in­ter­ne­to­wej datę, którą po­dał nadawca. Od razu rzu­cił mu się w oczy nie­po­ko­jący na­głó­wek Ty­go­dnika Są­dec­kiego: „Mor­der­stwo, które wstrzą­snęło Be­ski­dami”. Słowo „mor­der­stwo” wy­wo­łało dreszcz na jego skó­rze. Prze­łknął ślinę i prze­glą­dał po­zo­stałe ar­ty­kuły. „Bru­talna zbrod­nia nad Po­pra­dem” – tak za­ty­tu­ło­wała swoje spra­woz­da­nie mię­dzy in­nymi Ga­zeta Kra­kow­ska. Za­czął czy­tać po­bież­nie, czego do­ty­czy wspo­mniana „bru­talna zbrod­nia”.

Z każ­dym sło­wem był co­raz bar­dziej prze­ra­żony. Oka­zało się, że w ma­łej wsi nie­da­leko No­wego Są­cza za­mor­do­wana zo­stała młoda ko­bieta, jej ciało wy­ło­wiono z po­bli­skiej rzeki. W żad­nym z tek­stów nie było jed­nak wzmianki o sprawcy ani o ewen­tu­al­nym mo­ty­wie po­peł­nio­nej zbrodni. Usta­lił je­dy­nie, że śledz­two jest w toku i pro­wa­dzi je Ko­menda Miej­ska Po­li­cji w No­wym Są­czu.

Spoj­rzał w stronę okna, pró­bu­jąc ze­brać my­śli. Znowu ogar­nęło go to samo dziwne uczu­cie co wtedy, gdy czy­tał o mor­der­stwie je­de­na­sto­let­niej dziew­czynki w gó­rach. Tym ra­zem coś nie­po­ko­iło go znacz­nie bar­dziej. Prze­waż­nie to on wy­bie­rał te­maty, o któ­rych pi­sał, te­raz ktoś zwró­cił się do niego. Zda­rzyło mu się to pierw­szy raz. Pierw­szy raz na­pi­sał ktoś, kto mógł po­trze­bo­wać jego po­mocy, a w za­sa­dzie wprost o nią bła­gał. Czuł, że stało się coś złego, ale próba na­wią­za­nia kon­taktu z au­torką wia­do­mo­ści speł­zła na ni­czym.

Za­mknął po­krywę lap­topa i wró­cił do kuchni. Pau­lina wciąż sie­działa przy stole i roz­my­ślała.

– No i co usta­li­łeś? – spy­tała za­cie­ka­wiona. Jakby li­czyła na to, że jed­nak cho­dzi o coś bła­hego.

– Pau­linko… – Sam nie wie­dział, co chce jej po­wie­dzieć. – Chyba czeka mnie wy­jazd.

– Wy­jazd? Do­kąd? – Przy­mru­żyła oczy.

– W Be­skidy… – od­parł. – Nie­stety oka­zuje się, że cho­dzi o mor­der­stwo… – do­dał po chwili ci­cho.

– Nie ma mowy, ni­g­dzie nie je­dziesz! – Unio­sła głos. Wstała, po­de­szła do okna i za­trzy­mała się od­wró­cona do niego ple­cami. – Nie chcę, że­byś do­kąd­kol­wiek je­chał! – po­wtó­rzyła z na­ci­skiem.

Pod­szedł do niej i mocno ją przy­tu­lił.

– Po­słu­chaj… A je­śli wia­do­mość na­pi­sała bli­ska osoba tej za­mor­do­wa­nej dziew­czyny, która też jest ce­lem? Po­myśl, co musi czuć…

– Pa­weł, bła­gam, nie rób mi tego…

– Tylko tam po­jadę, do­wiem się, co się stało, i wrócę. Chcę mieć pew­ność, że kto­kol­wiek wy­słał mi tę wia­do­mość, jest bez­pieczny. Na­prawdę nie po­tra­fił­bym spać po no­cach, wie­dząc, że ktoś po­pro­sił mnie o po­moc, a ja na­wet nie wy­cią­gną­łem ręki.

– Pa­weł… nie ma mowy! A pa­mię­tasz, jak się skoń­czyło w Za­ko­pa­nem? Cu­dem usze­dłeś z ży­ciem… – Cała się trzę­sła.

– Nie mo­żesz tego roz­pa­mię­ty­wać do końca ży­cia… – Od­wró­cił ją twa­rzą do sie­bie i uniósł pal­cami jej pod­bró­dek tak, by pa­trzyła mu w oczy. – Je­steś dla mnie te­raz naj­waż­niej­sza i nie wpa­kuję się w żadne kło­poty. Obie­cuję. – Pró­bo­wał się uśmiech­nąć. – Po pro­stu to spraw­dzę i tyle. Po­jadę tam na dzień czy dwa, po­roz­ma­wiam ze śled­czymi i wra­cam, zgoda?

 

– Skoro mu­sisz… – po­wie­działa z re­zy­gna­cją. – Choć na­prawdę nie chcę, że­byś je­chał. – Wtu­liła się w niego. – Kiedy wy­jeż­dżasz? – za­py­tała po chwili ści­szo­nym gło­sem.

– Ju­tro z sa­mego rana.

– A po­li­cja? Skon­tak­tu­jesz się z nimi? – Była na­prawdę prze­jęta.

– Oczy­wi­ście. Obie­cuję, że od nich za­cznę. – Ude­rzył się ręką w pierś. I tak pla­no­wał się z nimi skon­tak­to­wać, bo nie miał póki co żad­nego punktu za­cze­pie­nia poza wia­do­mo­ścią i kil­koma no­tat­kami pra­so­wymi.

Spoj­rzał jej w oczy. Zda­wała się spo­koj­niej­sza. Stała wtu­lona w jego ra­miona kilka mi­nut. Gdy w końcu stwier­dziła, że za­bie­rze się za przy­go­to­wy­wa­nie obiadu, usiadł przy lap­to­pie i spraw­dził, gdzie do­kład­nie do­szło do tego mor­der­stwa.

Za­pi­sał w no­te­sie na­zwę miej­sco­wo­ści. Był to przy­sió­łek wsi Ry­tro, Ży­cza­nów. Wstu­kał w In­ter­net tę na­zwę i klik­nął opcję „gra­fika”. Wio­ska po­ło­żona była nad sa­mym Po­pra­dem, scho­wana w gó­rach i oto­czona buj­nym la­sem. Miał dziwne prze­czu­cia. Coś na­pa­wało go lę­kiem.

2

BE­SKIDY

Na ze­garku była siódma trzy­dzie­ści. Wy­gra­mo­lił się z łóżka, pod­szedł do okna i od­su­nął fi­rankę. Do po­koju wpa­dły pro­mie­nie słońca. Wyj­rzał na ulicę. Zie­lone drzewa wy­glą­dały pięk­nie w bla­sku czerw­co­wego po­ranka. Od­wró­cił głowę i po­pa­trzył na Pau­linę. Spała, po­sta­no­wił jej nie bu­dzić. Pod­szedł po ci­chu do biurka i raz jesz­cze spraw­dził pocztę w lap­to­pie, ale do tej pory nie otrzy­mał żad­nej od­po­wie­dzi na swoją próbę na­wią­za­nia kon­taktu z nadawcą ta­jem­ni­czego ma­ila. Wy­szedł z po­koju, skie­ro­wał się pro­sto do kuchni i uru­cho­mił eks­pres. W po­wie­trzu na­tych­miast uniósł się za­pach kawy.

Za­czął przy­go­to­wy­wać rze­czy, które chciał za­brać ze sobą na wy­jazd. Otwo­rzył wa­lizkę i na twa­rzy od razu wy­ma­lo­wał mu się uśmiech. Na spo­dzie le­żał gaz pie­przowy i kar­teczka z pod­pi­sem: „Bła­gam, uwa­żaj na sie­bie!”.

– Nie chcę, żeby co­kol­wiek ci się stało – usły­szał zza ple­ców jej głos.

Stała oparta o fra­mugę i pa­trzyła na niego. Spra­wiała wra­że­nie smut­nej i prze­ję­tej tym wszyst­kim.

– Obie­cuję, że nic złego się nie sta­nie – od­parł z uśmie­chem, wciąż roz­ba­wiony sy­tu­acją z ga­zem.

Zro­bił śnia­da­nie, pod­czas któ­rego roz­ma­wiali wy­łącz­nie o wa­ka­cjach. Nie chciał, by znów nie­po­trzeb­nie się za­mar­twiała. Po po­siłku spa­ko­wał wszyst­kie po­trzebne rze­czy i spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dzie­wiąta. Był go­tów do drogi. Chwy­cił ak­tówkę oraz wa­lizkę i po­pa­trzył na Pau­linę. W jej oczach wciąż do­strze­gał strach.


Mi­nął wła­śnie Nowy Sącz. Ma­low­ni­cza droga wio­dła go wzdłuż Po­pradu, w kie­runku Piw­nicz­nej-Zdroju. Rzeka wy­glą­dała wręcz baj­kowo, wiła się po­śród gór, ma­je­sta­tycz­nie pre­zen­tu­jąc swój urok. Po­dą­ża­jąc za na­wi­ga­cją, mi­nął ta­bliczkę z na­pi­sem: „Ry­tro”. Zwol­nił, a na­stęp­nie po prze­je­cha­niu kil­ku­set me­trów skrę­cił zgod­nie z dro­go­wska­zem w lewo, na miej­sco­wość Ży­cza­nów. Wio­ska le­żała po dru­giej stro­nie rzeki, na po­bli­skim wzgó­rzu, nie­mal cała skryta w gę­stym, zie­lo­nym le­sie. Wol­ski nie prze­je­chał jed­nak przez most, za­trzy­mał się tuż przed nim. Jego znaczna część wi­siała na kilku me­ta­lo­wych prę­tach i le­dwo się trzy­mała. Prawa strona cał­ko­wi­cie się za­pa­dła. Wjazd na niego ste­ro­wany był za po­mocą sy­gna­li­za­cji świetl­nej.

Gdy za­pa­liło się zie­lone świa­tło, ostroż­nie ru­szył. Je­chał bar­dzo po­mału. Ogromną wy­rwę w mo­ście za­bez­pie­czono dość wy­so­kim drew­nia­nym rusz­to­wa­niem, mógł jed­nak do­strzec bez­wład­nie zwi­sa­jące ka­wałki be­tonu i stali. Nie chciał na­wet my­śleć, czy most w ogóle jest do­pusz­czony do ru­chu, czy nie jest to cza­sem sa­mo­wola miesz­kań­ców, któ­rzy mu­sieli mieć prze­cież kon­takt ze świa­tem. Je­chał ostroż­nie da­lej. Na szczę­ście dal­sza część mo­stu była już nie­na­ru­szona.

Do­tarł na drugą stronę, za­trzy­mał się pod skle­pem, który na pierw­szy rzut oka wy­da­wał się za­mknięty, i wy­siadł z auta.

Był to ni­ski, par­te­rowy bu­dy­nek wiel­ko­ści ga­rażu sa­mo­cho­do­wego. Przed­sta­wiał opła­kany stan, spra­wiał wra­że­nie, jakby za­raz miał się roz­paść. Me­ta­lowe kraty w oknach do­dat­kowo go szpe­ciły. Stare drew­niane drzwi wej­ściowe także wy­glą­dały wy­jąt­kowo ob­skur­nie. Mu­siały być ma­lo­wane kil­ka­na­ście razy, bo od­pa­da­jąca z nich za­schnięta farba miała co naj­mniej kilka ko­lo­rów.

Ro­zej­rzał się do­okoła. Nie do­strzegł ży­wej du­szy. Było też bar­dzo ci­cho, jak na ja­kimś pust­ko­wiu. Po chwili drogą, która pięła się ostro w górę, prze­je­chał koń, cią­gnąc za sobą drew­niany wóz z de­skami. Na nich sie­dział ja­kiś męż­czy­zna, wy­mow­nie przy­glą­da­jąc się dzien­ni­ka­rzowi. Wol­ski spoj­rzał na po­kaźne zwie­rzę. Koń był duży i spra­wiał wra­że­nie sil­nego, jakby w ogóle nie od­czu­wał, że co­kol­wiek za sobą cią­gnie. Gdy znik­nął mu z oczu, po­now­nie wszystko uci­chło.

Wol­ski skie­ro­wał swoje kroki wprost do sklepu. Ostroż­nie pchnął drzwi i wszedł do środka. Ku jego za­sko­cze­niu we­wnątrz wszystko wy­glą­dało schlud­nie. Ściany były od­ma­lo­wane na biało, a liczne re­gały wy­peł­nione po brzegi prze­róż­nymi to­wa­rami. Jed­nak tu też pa­no­wała głu­cha ci­sza. Je­dy­nie mały po­sta­wiony na la­dzie wia­trak wy­da­wał ci­chy dźwięk.

– Dzień do­bry – ode­zwał się w końcu unie­sio­nym gło­sem. Za­pu­kał też kil­ku­krot­nie w ladę.

Po chwili z za­ple­cza wy­ło­niła się ko­bieta około pięć­dzie­siątki. Miała na so­bie czer­wony ro­bo­czy far­tuch.

– Dzień do­bry. Nie sły­sza­łam, że pan wszedł – ode­zwała się, za­ra­zem sia­da­jąc na miesz­czą­cym się za ladą krze­śle.

W skle­pie było duszno, a wia­trak w żad­nym stop­niu nie speł­niał swo­jej funk­cji.

– Go­rąco, prawda? – rzu­ciła, po czym otarła pot z czoła.

– Oj tak – od­parł, choć jesz­cze tego aż tak nie od­czu­wał. Kli­ma­ty­za­cja w sa­mo­cho­dzie do­sta­tecz­nie wy­chło­dziła jego or­ga­nizm pod­czas tej dwu­go­dzin­nej po­dróży z Kra­kowa.

– Czego panu trzeba? – Wy­łą­czyła wia­trak, jakby prze­szka­dzał jej w roz­mo­wie.

– Po­pro­szę wodę. – Wska­zał ręką jedną z bu­te­lek sto­jącą na ziemi tuż obok ko­biety. – Naj­le­piej nie­ga­zo­waną – do­dał po chwili.

– Piw­ni­czankę niech pan weź­mie. Na­sza tu­tej­sza. – Chwy­ciła dużą, pół­to­ra­li­trową bu­telkę, po czym po­ło­żyła ją na la­dzie.

– Może być piw­ni­czanka. – Było mu to obo­jętne, ale bez za­wa­ha­nia przy­stał na pro­po­zy­cję ko­biety.

– Trzy złote. – Pod­nio­sła się z miej­sca.

Dzien­ni­karz od­szu­kał w port­felu i wrę­czył ko­bie­cie od­li­czoną kwotę, a na­stęp­nie wziął z lady bu­telkę.

– Mam jesz­cze jedno py­ta­nie – po­wie­dział, za­nim się od­da­lił. – Gdzie tu jest ja­kiś po­ste­ru­nek po­li­cji? – Na pod­sta­wie tego, co wy­czy­tał w In­ter­ne­cie, usta­lił co prawda, że sprawę pro­wa­dzą śled­czy z No­wego Są­cza, za­sta­na­wiał się jed­nak, czy nie ma bli­żej ja­kie­goś ko­mi­sa­riatu, bo to funk­cjo­na­riu­sze stąd mu­sieli być pierwsi na miej­scu mor­der­stwa.

– Tu, w Ry­trze, nie mamy po­li­cji. Naj­bliż­szy po­ste­ru­nek jest w Piw­nicz­nej-Zdroju, albo w Sta­rym Są­czu. – Na jej twa­rzy po­ja­wił się dziwny gry­mas. – Szuka pan ko­goś? – za­py­tała po­dejrz­li­wie.

– Ni­kogo kon­kret­nie, ale je­stem dzien­ni­ka­rzem śled­czym i in­te­re­suje mnie sprawa mor­der­stwa, ja­kie po­peł­niono tu kilka mie­sięcy temu – od­parł po­waż­nie.

– Straszna tra­ge­dia! – Ko­bieta splo­tła ręce i po­krę­ciła głową. – Do dziś nie mogę uwie­rzyć, że Ola nie żyje, co­dzien­nie ro­biła u mnie za­kupy dla matki, a te­raz już jej z nami nie ma! – Ciężko od­dy­chała.

– Za­raz, za­raz, po­wie­działa pani: „Ola”?

– Tak, Ola Żo­łyń­ska, córka Be­aty – kon­ty­nu­owała prze­jęta.

Dzien­ni­karz zbladł. Bu­telka wody, którą trzy­mał w ręce, omal nie wy­pa­dła mu na pod­łogę. Wy­jął te­le­fon z kie­szeni, uru­cho­mił pocztę i od­na­lazł wia­do­mość, którą otrzy­mał dwa dni temu. Kto­kol­wiek ją wy­słał, pod­pi­sał się wła­śnie tak, „Ola Żo­łyń­ska”. Nie ro­zu­miał, co się dzieje, w jego gło­wie pa­no­wał chaos.

– Czy Ola zgi­nęła pięt­na­stego kwiet­nia? – za­py­tał, od­czy­tu­jąc datę po­daną w ma­ilu.

– Tak, pa­mię­tam ten dzień, jakby to było wczo­raj… Jak się do­wie­dzia­łam, że jej ciało wy­cią­gnęli z wody, to mi serce na pół pę­kło, wszy­scy my­śleli, że się bie­daczka uto­piła, ale kiedy nasz Pta­szycki po­wie­dział, że to było za­bój­stwo, to mało nie ze­mdla­łam. Kto mógł jej wy­rzą­dzić taką krzywdę? – Spoj­rzała na Wol­skiego, jakby znał od­po­wiedź na to py­ta­nie.

Ten jed­nak nie miał bla­dego po­ję­cia, jak to lo­gicz­nie wy­tłu­ma­czyć.

– Kim jest Pta­szycki? – za­py­tał po chwili. Za­cie­ka­wiło go na­zwi­sko, któ­rego użyła.

– To nasz stróż, w po­li­cji pra­cuje, w Piw­nicz­nej. – Na jej twa­rzy do­strzegł ten sam wy­raz nie­po­koju, który wi­dział u Pau­liny.

– Zna pani jego ad­res lub nu­mer te­le­fonu? – Po­my­ślał, że to może być cie­kawy punkt za­cze­pie­nia, roz­mowa z tu­tej­szym po­li­cjan­tem po­winna wiele wy­ja­śnić.

Ko­bieta się­gnęła po no­tes i po­ło­żyła go przed Wol­skim.

– Niech pan pi­sze. – Wska­zała pal­cem imię i na­zwi­sko oraz nu­mer te­le­fonu.

Wol­ski prze­pi­sał dane do ko­mórki.

Po chwili sprze­daw­czyni pod­nio­sła wzrok na dzien­ni­ka­rza.

– Chce pan o tej spra­wie na­pi­sać? Chce pan ją na­gło­śnić?

– Naj­pierw chciał­bym się do­wie­dzieć, co tu się w ogóle wy­da­rzyło – od­parł szcze­rze. – Ten Pta­szycki mieszka gdzieś tu­taj? – do­py­ty­wał.

Z do­świad­cze­nia wie­dział, że te­le­fo­niczne roz­mowy z po­li­cjan­tami z re­guły nie koń­czą się ni­czym do­brym, zde­cy­do­wa­nie wo­lał spo­tka­nie i roz­mowę bez­po­śred­nią.

Ko­bieta wy­szła zza lady i skie­ro­wała się do wyj­ścia. Wol­ski po­dą­żył za nią. Wy­szli na ze­wnątrz i przy­sta­nęli tuż obok sa­mo­chodu dzien­ni­ka­rza.

– W górę trzeba je­chać, za­raz za po­to­kiem pierw­szy dom po le­wej. – Wska­zała kie­ru­nek ręką.

– Bar­dzo pani dzię­kuję. – Uśmiech­nął się do ko­biety, a na­stęp­nie wsiadł do sa­mo­chodu.

Za­pa­lił sil­nik, ale nie ru­szył z miej­sca. Oparł głowę o za­głó­wek i za­czął się za­sta­na­wiać, o co może cho­dzić. Ko­bieta po­twier­dziła, że Ola nie żyje od kilku mie­sięcy, nie mo­gła więc wy­słać do niego wia­do­mo­ści. Mu­siał jak naj­szyb­ciej po­roz­ma­wiać z po­li­cjan­tem i wy­ja­śnić, co wła­ści­wie za­szło. Ru­szył w górę, wzdłuż ży­cza­now­skiego po­toku. Bez trudu do­tarł pod wska­zany ad­res. W za­sa­dzie to był je­dyny dom po tej stro­nie stru­mie­nia, nie spo­sób było go nie za­uwa­żyć.

Za­trzy­mał auto na po­se­sji i wy­siadł. Za­pu­kał do drzwi, a po chwili otwo­rzył mu ja­kiś męż­czy­zna. Na pierw­szy rzut oka miał po­nad sześć­dzie­siąt lat. Wy­glą­dał na spra­co­wa­nego i zmę­czo­nego ży­ciem, był jed­nak dość do­brze zbu­do­wany jak na swój wiek. Wy­pro­sto­wał się, co jesz­cze bar­dziej uwi­docz­niło jego po­sturę.

– O co cho­dzi? – ode­zwał się ochry­płym gło­sem. Chrząk­nął. Jego mina nie zdra­dzała żad­nych emo­cji.

– Dzień do­bry, szu­kam pana Pta­szyc­kiego… – wy­ja­śnił dzien­ni­karz, lekko się wa­ha­jąc.

– Słu­cham, w czym rzecz? – Przy­pa­trzył się roz­mówcy jesz­cze wni­kli­wiej. Wy­glą­dało na to, że nie lubi nie­pro­szo­nych go­ści.

Wol­ski też przyj­rzał mu się uważ­niej.

– Pani w skle­pie wspo­mniała, że jest pan tu­tej­szym po­li­cjan­tem. Czy mógł­bym za­mie­nić z pa­nem słowo? – Miał nie­od­parte wra­że­nie, że ten czło­wiek jed­nak nie bę­dzie skory do żad­nej roz­mowy.

– Za­szła ja­kaś po­myłka, pew­nie cho­dzi panu o mo­jego syna. Czego pan wła­ści­wie chce? – Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi. Ro­bił się po­dejrz­liwy.

Dzien­ni­karz po­sta­no­wił nie in­for­mo­wać, w ja­kim celu chciałby się spo­tkać.

– Prze­pra­szam, fak­tycz­nie mu­sia­łem coś po­mie­szać. Ro­zu­miem, że to pań­ski syn jest tym po­li­cjan­tem, o któ­rym wspo­mniała pani ze sklepu?

 

– Tak, mój syn, ma pan do niego ja­kąś sprawę? – do­py­ty­wał tam­ten.

– Wła­ści­wie nic kon­kret­nego, chcia­łem z nim zwy­czaj­nie po­roz­ma­wiać, pro­szę wy­ba­czyć naj­ście. – Ukło­nił się, a na­stęp­nie od­wró­cił i wsiadł do sa­mo­chodu.

Wy­co­fał i ru­szył w kie­runku rzeki. Za­trzy­mał się przed mo­stem i wpi­sał do na­wi­ga­cji ad­res po­ste­runku w Piw­nicz­nej-Zdroju, o któ­rym mó­wiła wcze­śniej sprze­daw­czyni. Prze­je­chał na drugą stronę i skrę­cił w lewo, do cen­trum Ry­tra.

Do Piw­nicz­nej do­je­chał po kilku mi­nu­tach. Po­ste­ru­nek mie­ścił się jed­nak po dru­giej stro­nie miej­sco­wo­ści, nie­całe pół ki­lo­me­tra od gra­nicy ze Sło­wa­cją. Za­trzy­mał sa­mo­chód na par­kingu przy ulicy, wy­siadł z auta i spoj­rzał na spory bu­dy­nek, przy­po­mi­na­jący ra­czej scho­waną wśród drzew willę ani­żeli ko­mi­sa­riat. Te­ren wo­kół był w ca­ło­ści ogro­dzony, do­stać się tam można było je­dy­nie przez małą furtkę, na któ­rej wi­siała ta­bliczka in­for­mu­jąca o go­dzi­nach pracy po­ste­runku.

Wol­ski prze­szedł przez ulicę i skie­ro­wał się do wej­ścia. Po po­ko­na­niu kilku stopni zna­lazł się w środku i za­trzy­mał obok dy­żurki.

– Dzień do­bry, czy jest moż­li­wość spo­tka­nia z pa­nem Pta­szyc­kim? – Spoj­rzał na dy­żu­ru­ją­cego tam po­li­cjanta.

– Jest pan umó­wiony?

– Nie, ale to pilna sprawa. – Oparł się rę­kami o blat.

– Mo­ment. – Dy­żurny chwy­cił te­le­fon i krótką chwilę z kimś roz­ma­wiał. – Na gó­rze, pierw­sze drzwi po pra­wej – ode­zwał się po tym, jak odło­żył słu­chawkę.

Dzien­ni­karz ru­szył scho­dami na pię­tro. Przy­sta­nął pod wska­za­nymi drzwiami i mocno za­pu­kał.

Ze środka do­biegł stłu­miony mę­ski głos.

Wol­ski otwo­rzył drzwi i wszedł.

– Dzień do­bry, moje na­zwi­sko Wol­ski. Czy mógł­bym za­jąć chwilę? – za­py­tał, jed­no­cze­śnie wę­dru­jąc wzro­kiem po upo­rząd­ko­wa­nym ga­bi­ne­cie po­li­cjanta.

Wszyst­kie se­gre­ga­tory były równo usta­wione na re­ga­łach, na biurku mun­du­ro­wego nie le­żał ani je­den świ­stek, je­dy­nie kla­wia­tura kom­pu­tera.

Sam funk­cjo­na­riusz wy­glą­dał na mło­dego i wy­spor­to­wa­nego, miał może dwa­dzie­ścia pięć lat.

– Słu­cham, w czym rzecz? – Wska­zał dło­nią krze­sło na wprost swo­jego biurka.

– Je­stem dzien­ni­ka­rzem śled­czym. – Wol­ski wy­cią­gnął rękę w kie­runku po­li­cjanta. Po­my­ślał, że ten gest bę­dzie sto­sowny.

Chło­pak spoj­rzał na o głowę wyż­szego dzien­ni­ka­rza, pod­niósł się, uści­snął jego dłoń, a na­stęp­nie usiadł. Wol­ski uczy­nił to samo.

– Dzien­ni­ka­rzem? – spy­tał za­sko­czony po­li­cjant po chwili.

Wol­ski wy­jął wi­zy­tówkę i wrę­czył ją mun­du­ro­wemu, a ten uważ­nie się jej przyj­rzał.

– Dzien­ni­karz śled­czy… – wy­mam­ro­tał pod no­sem. – Co pan tu robi i o czym chce pan ze mną roz­ma­wiać? – Pod­niósł wzrok.

– Czy­ta­łem o mor­der­stwie, które miało miej­sce w Ży­cza­no­wie…

– Mo­głem się do­my­ślić, że cho­dzi o Olę… – prze­rwał Wol­skiemu. Wes­tchnął.

– W za­sa­dzie to na­wet nie tyle o Olę, co o wia­do­mość, którą do­sta­łem – od­parł ta­jem­ni­czo.

– Jaką wia­do­mość? – Wy­raź­nie się za­cie­ka­wił.

– Dwa dni temu ode­bra­łem ma­ila i wła­ści­wie to tylko dla­tego tu je­stem. Ja­kaś ko­bieta na­pi­sała, że po­trze­buje mo­jej po­mocy… wręcz o nią bła­gała. Pod­pi­sała się wła­śnie Ola Żo­łyń­ska… – Spoj­rzał na po­li­cjanta.

– To nie­moż­liwe, prze­cież Ola nie żyje. Ktoś za­mor­do­wał ją w kwiet­niu tego roku. Nie mo­gła do pana na­pi­sać.

– Wiem… Za­tem coś tu ewi­dent­nie nie gra. – Wol­ski po­dra­pał się po gło­wie. Wy­jął z kie­szeni smart­fon i po­ka­zał mun­du­ro­wemu wia­do­mość.

– Fak­tycz­nie… sprzed dwóch dni… – Uważ­nie od­czy­ty­wał treść ma­ila.

Wol­ski wyj­rzał przez szybę. Wbił wzrok w ro­snący za oknami las, który de­li­kat­nie się ko­ły­sał. Skoro po­li­cjant po­twier­dzał, że Ola nie mo­gła być au­torką ta­jem­ni­czej wia­do­mo­ści, mo­gło to ozna­czać wła­ści­wie tylko jedno: ktoś ce­lowo go tu zwa­bił, pod­szy­wa­jąc się pod ofiarę.

– Może ktoś zro­bił panu głupi żart? Użył jej imie­nia i na­zwi­ska, by sprawa wy­glą­dała na po­ważną… – Po­li­cjant od­dał dzien­ni­ka­rzowi te­le­fon.

– Żart? – Wol­ski spoj­rzał na mun­du­ro­wego. – Kto żar­tuje w kwe­stii mor­der­stwa? – Nie ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi, kon­ty­nu­ował: – Mieszka pan w tej sa­mej wio­sce, w któ­rej miesz­kała ofiara, za­pewne więc do­sko­nale zna pan jej miesz­kań­ców. Zdo­łałby pan usta­lić, czy ad­res ma­ilowy na­le­żał do za­mor­do­wa­nej dziew­czyny, czy tak jak pan su­ge­ruje, ktoś je­dy­nie użył jej imie­nia i na­zwi­ska, wy­sy­ła­jąc wia­do­mość z fik­cyj­nego konta? – Spoj­rzał po­li­cjan­towi pro­sto w oczy.

– Niech pan go jesz­cze raz po­każe. – Chło­pak wy­cią­gnął rękę po te­le­fon.

Wol­ski od­blo­ko­wał ekran i wrę­czył mu ko­mórkę. Mun­du­rowy znów prze­ana­li­zo­wał wia­do­mość, po czym się­gnął po słu­chawkę te­le­fonu sta­cjo­nar­nego i do­kądś za­dzwo­nił. Z roz­mowy wy­ni­kało, że do­brze znał tę osobę. Po krót­kiej wy­mia­nie zdań prze­dyk­to­wał jej ad­res ma­ilowy, a chwilę póź­niej roz­łą­czył się. Nie ode­zwał się, jakby nie miał po­ję­cia, co po­wi­nien po­wie­dzieć.

– To rze­czy­wi­ście jej ad­res ma­ilowy – stwier­dził po chwili. – Przy­naj­mniej na taki na­uczy­cielka z jej li­ceum wy­sy­łała za­da­nia pod­czas lek­cji on­line – wy­ja­śnił, wy­raź­nie za­my­ślony.

– Czyli ktoś pod­szywa się pod ofiarę… Za­dał so­bie pew­nie sporo trudu, by uzy­skać do­stęp do jej skrzynki ma­ilo­wej i na­pi­sać do mnie…

– No ale po co? – Po­li­cjant wbił wzrok w dzien­ni­ka­rza. Zda­wał się za­cie­ka­wiony. – Jest pan krew­nym ofiary?

– Nie. Nic mnie z nią nie łą­czy. Nie wie­dział­bym na­wet o jej ist­nie­niu, gdyby nie ta wia­do­mość. – Wzru­szył ra­mio­nami dla pod­kre­śle­nia, że nie ma po­ję­cia, jak to lo­gicz­nie wy­tłu­ma­czyć. – Trzeba bę­dzie przyj­rzeć się tej spra­wie bli­żej. Zna­la­złby pan czas, żeby po­roz­ma­wiać o tej zbrodni bar­dziej szcze­gó­łowo?

– Ja? Z pa­nem? – spy­tał za­sko­czony. – Nie pro­wa­dzę tego śledz­twa – do­dał po chwili. Po­krę­cił głową.

– Ale mieszka pan po są­siedzku, a ja póki co chcę usta­lić, co w ogóle się stało. Nie­po­koi mnie ten mail, ale za­nim pójdę do śled­czych, chcę wie­dzieć, z czym mam do czy­nie­nia – od­parł szcze­rze, co wy­raź­nie spodo­bało się chło­pa­kowi.

– Zgoda, ale in­nym ra­zem. Te­raz mam jesz­cze kilka rze­czy do zro­bie­nia. Przyj­dzie pan ju­tro?

– A czy mo­żemy się spo­tkać na neu­tral­nym grun­cie?

– Ja­sne, że tak. W ta­kim ra­zie może pan zaj­rzeć do mnie na­wet dziś pod wie­czór. Miesz­kańcy czę­sto tak ro­bią. Za­pi­szę panu ad­res. – Chwy­cił dłu­go­pis.

– Wiem, gdzie pan mieszka. Roz­ma­wia­łem z pana oj­cem, to on skie­ro­wał mnie tu­taj – wy­ja­śnił.

Po­li­cjant wrę­czył mu więc samą wi­zy­tówkę ze swoim nu­me­rem te­le­fonu.

– No to je­ste­śmy umó­wieni. – Wstał. – Niech pan wpad­nie po dwu­dzie­stej. Wtedy już na pewno będę w domu – po­wie­dział, kie­ru­jąc się jed­no­cze­śnie do drzwi.

Wol­skiemu spodo­bało się to, w jaki spo­sób młody po­li­cjant pod­szedł do roz­mowy. Spra­wiał wra­że­nie otwar­tego na lu­dzi i za­an­ga­żo­wa­nego, ale przede wszyst­kim szcze­rego i uczci­wego. Trak­to­wał swoją pracę tak, jak każdy po­li­cjant trak­to­wać po­wi­nien, i choć ze sprawą nie miał nic wspól­nego, wy­ra­ził chęć roz­mowy i po­mocy. Dzien­ni­karz pod­niósł się z miej­sca.

– Jesz­cze jedno… Chciał­bym zo­stać w Ży­cza­no­wie na kilka dni, ale nie mam za­re­zer­wo­wa­nego noc­legu. Może jest pan w sta­nie mi coś po­le­cić? – Uśmiech­nął się. Nie chciał wyjść na osobę, któ­rej za­le­żało je­dy­nie na wy­py­ta­niu po­li­cjanta o szcze­góły zbrodni. Pra­gnął wzbu­dzić w nim za­ufa­nie, dać do zro­zu­mie­nia, że jego po­moc jest na­prawdę bez­cenna, i to nie tylko je­śli cho­dzi o mor­der­stwo. Zresztą wciąż miał w pa­mięci swoją współ­pracę z eme­ry­to­wa­nym ko­mi­sa­rzem za­ko­piań­skiej po­li­cji i głę­boko wie­rzył, że i tym ra­zem zła­pie nić po­ro­zu­mie­nia z tym mło­dym funk­cjo­na­riu­szem.

– Je­śli pan lubi ci­szę i spo­kój, to po­le­cam pa­nią Ma­rię. Jak pan mi­nie mój dom, to trzeba jesz­cze po­je­chać w górę i do­słow­nie po chwili bę­dzie pan na miej­scu. Pro­szę po­wie­dzieć, że jest pan ode mnie. Noc­legi u Ma­rii – do­pre­cy­zo­wał.