Narzeczona nazistyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


PROLOG

marzec 1950

Warszawa

Bibliotekarka Hania Wolińska unikała nieznajomych. Każdy nieznajomy mógł być wrogiem, komunistycznym konfidentem, więc jej wyczulone na zagrożenie zmysły podpowiadały jej, że lepiej nie wdawać się w rozmowy z kimś, kogo się nie zna. Teraz stała w progu czytelni biblioteki uniwersyteckiej i przyglądała się ukradkiem tajemniczej damie siedzącej na ławce niedaleko szatni. Elegancka sylwetka nieznajomej wyraźnie odróżniała się na tle odrapanej ściany, nieodświeżonej jeszcze po wojennych zniszczeniach. Studenci opuszczający bibliotekę zerkali na damę zaciekawieni, niektórzy wręcz pożerali ją zdumionym wzrokiem. Była zbyt ufryzowana, zbyt wystrojona, w pełnym, nieco teatralnym makijażu. Jednak najbardziej uderzające było to, jak bardzo nie pasowała do tego miejsca.

Bibliotekarka powoli i trochę niechętnie, wyraźnie kulejąc na prawą nogę, ruszyła w jej kierunku. Kuśtykając, odruchowo wygładziła dłońmi plisy kraciastej spódnicy, jakby ten gest miał choć w niewielkim stopniu poprawić jej skromny wygląd, tak mocno kontrastujący z elegancją nieznajomej.

– Dzień dobry. Czy my się znamy? Podobno chciała pani ze mną rozmawiać?

Dama wstała z ławki i śmiało spojrzała Hani w oczy. Kącik wyszminkowanych ust uniosła w delikatnym uśmiechu.

– Witaj, Haniu – rzekła po niemiecku, wyciągając dłoń w skórzanej rękawiczce. Na jej gładkiej, wypielęgnowanej twarzy nie było ani jednej zmarszczki, a zielone oczy, mimo że straciły dawny dziewczęcy blask, wciąż spoglądały bystro i magnetyzująco.

– Nina! – Bibliotekarka zachwiała się lekko, jakby w panice, i zrobiła dwa kroki w tył, ale niemiecka hrabianka Nina von Richter złapała ją pewnie za ramię i mocno przytrzymała.

– Wiem, że jesteś zaskoczona… I masz do tego prawo.

Hania wyrwała ramię z uścisku kobiety.

– Co tu robisz?! Jak mnie tu znalazłaś?! – wyrzuciła z siebie po niemiecku, pamiętając, że Nina nie zna polskiego.

– Wszystko ci wyjaśnię, ale najpierw pójdźmy w jakieś bezpieczniejsze miejsce – to powiedziawszy, Nina von Richter popatrzyła znacząco na woźnego, który wyłonił się z głównej sali i teraz stał nieco przygarbiony w pewnym oddaleniu, przyglądając się obu kobietom z plotkarską ciekawością.

Hania zerknęła najpierw na pana Witolda, a później na Ninę. Starała się być opanowana, ale wewnątrz czuła narastające napięcie. Znała Ninę, choć nie widziały się od dawna, a właściwie od 1939 roku, kiedy to Hania po raz ostatni była w Monachium.

– Wybacz, ale raczej nie mamy sobie nic do powiedzenia – odparła sucho i nieco wyniośle.

– Owszem, mamy! I to bardzo dużo – rzuciła Nina z sarkazmem, mierząc wzrokiem grupkę studentów opuszczających gmach biblioteki. – Przyjechałam do Warszawy wyłącznie z twojego powodu. Jesteśmy rodziną, pamiętasz?

Hania gorączkowo pokręciła głową.

– Bzdura! – syknęła. – Wiesz, że to niebezpieczne… Jesteś Niemką. Niemcy nie są tu mile widziani!

– Wiem, a jednak zaryzykuję. Póki co w Warszawie nic mi nie grozi, a musiałam się z tobą zobaczyć. Chodzi o Johanna…

Johann. Na dźwięk tego imienia Hania poczuła nagłe drżenie. Przez ułamek sekundy kobiety mierzyły się wzrokiem, obserwując bacznie swoje reakcje na wspomnienie mężczyzny, który dla jednej był bratem, a dla drugiej mężem.

– Nie żyje? – zapytała Hania, tłumiąc emocje. – Przyjechałaś mi to powiedzieć? – Boleśnie wbiła palce w ramię, jakby chciała przebić się paznokciami przez materiał koszuli, aż do skóry. Ból fizyczny był mniej dotkliwy niż ból serca, a bibliotekarka za wszelką cenę starała się opanować narastające drżenie, które mogłoby zdradzić, jak bardzo poruszyło ją wspomnienie o mężu, którego nie widziała od czasów wojny i o którym uparcie próbowała zapomnieć.

Nina von Richter przyglądała jej się z uwagą, aż wreszcie pokręciła głową.

– Żyje. I właśnie dlatego tu jestem. Chcę cię do niego zabrać.

– Żyje…! – Hania wypuściła gwałtownie powietrze jakby z urywanym szlochem, ale trwało to tylko ułamek sekundy, bo w okamgnieniu opanowała wzruszenie, chcąc udać, że ta wiadomość nie zrobiła na niej większego wrażenia. Ileż to razy uczyła się właśnie tak reagować! W ilu sytuacjach zachowywała zimną krew, podczas gdy jej serce rozpadało się na tysiąc kawałków! Była twarda i silna. Tak ją wyszkolono i taka pozostała. To była jedyna skuteczna tarcza obronna przed złymi ludźmi i przed sobą samą.

– Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś, ale… Idź już. Zrozum, nie mogę… – Uśmiechnęła się blado.

– Nie bądź głupia! Mój brat żyje, a ty jesteś jego żoną, chyba powinnyśmy o tym porozmawiać!

– Nie mamy o czym. Co było kiedyś, jest przeszłością. Mam tu swoje życie, pracę. Odejdź, daj mi spokój!

Nina zacisnęła usta w wąską kreskę.

– Wyjdę na zewnątrz i poczekam. Wiem, że zaraz zamykacie.

Bibliotekarka westchnęła. Irytował ją upór Niny. Odwróciła się sztywno na pięcie i bez pożegnania udała do głównej czytelni, zostawiając Niemkę samą, jeśli nie liczyć gapiących się na nią studentów. Wiedziała, że szwagierka ją obserwuje. Czuła na sobie jej wzrok, odgadła, że lustruje jej skromny strój, zbyt szczupłą sylwetkę i chwiejny krok. Czy Nina porównywała ją do dziewczyny, którą poznała dwanaście lat temu? A może właśnie doszła do wniosku, że pożal się Boże bibliotekarka nie jest godna być żoną jej brata?

Nie była zdziwiona, kiedy pół godziny później po wyjściu z gmachu biblioteki zastała hrabiankę von Richter stojącą w wielkopańskiej pozie tuż przy luksusowym mercedesie. Widok był o tyle niecodzienny, że po ulicach podnoszącej się z gruzów Warszawy nie jeździły aż tak drogie samochody. „Prezydent Bierut pewnie padłby trupem z zazdrości na widok tego cacka” – pomyślała z przekąsem, równocześnie przypominając sobie upodobanie Niny do wszelkiego przepychu.

– Jak zwykle uparta jak wół! Tyle lat minęło… Po co ci ta rozmowa? Czyżbyś stała się sentymentalna?

– Za to ty jesteś bardziej zadziorna niż kiedyś.

Hania zmarszczyła brwi.

– No cóż… Życie mnie tego nauczyło.

– Nie mam co do tego wątpliwości – przyznała Nina z powagą w głosie. – Niełatwo było cię znaleźć, Panno Nikt. Szukałam cię kilka miesięcy. Dobrze się ukryłaś w Warszawie.

– A jednak mnie znalazłaś, więc teraz możesz już wracać do domu! – Hania ze złością machnęła ręką w stronę auta. Jego czarna karoseria lśniła bardziej niż eleganckie pantofle Niny. Nawet przypadkowi przechodnie odwracali głowy i przyglądali się pojazdowi. – Nie należymy do tego samego świata! Nie widzisz tego?! Czego ode mnie chcesz?

Nina wzruszyła ramionami i z westchnieniem pokręciła głową.

– Ja niczego. Nie jesteś mi do niczego potrzebna. To mój brat cię potrzebuje.

Hania odruchowo odwróciła głowę w przeciwną stronę, udając, że patrzy gdzieś w dal, i tym samym dać sobie czas na opanowanie emocji. Stała na chodniku, drżąc z zimna i nie mając śmiałości spojrzeć na tę elegancką kobietę, która była jej szwagierką. Bała się dostrzec w jej twarzy jakiś znak, który wzbudzi w niej nadzieję – tę, na którą nieświadomie przez tyle lat czekała, a której z drugiej strony wypierała na wszystkie sposoby.

– Zatrzymałam się w Hotelu Polonia – rzekła Nina, widocznie niezrażona jej odmową. – Przyjdź do mnie, kiedy będziesz gotowa. Teraz nazywam się Nina Howard. Jestem obywatelką Stanów Zjednoczonych. – Po tych słowach wierzchem dłoni zastukała w szybę na szofera, który wyskoczył z samochodu i usłużnie pomógł jej zająć miejsce pasażera.

Hania Wolińska stała na środku chodnika i patrzyła za odjeżdżającym mercedesem. Jakaś uśpiona jej cząstka przypomniała sobie świat, który na krótko stał się również jej udziałem. To było w innym życiu, w innych czasach. Te odległe wspomnienia teraz zdawały się być jak nierzeczywisty sen. Kiedyś była naiwną, szaleńczo zakochaną panną, wierzącą, że sen Kopciuszka może się spełnić. Nie brała pod uwagę wojny i tego, co miało wydarzyć się później…

Pogrążona w myślach nie zauważyła, że podszedł do niej woźny. Starszy mężczyzna był mocno zgarbiony, pokonany przez nieznośny ból, który towarzyszył mu każdego dnia jako pamiątka po odbitych w Auschwitz nerkach. Dłonie drżały mu mocno, kiedy podawał Hani klucze od biblioteki.

– To jakaś bogata persona – zauważył pogardliwym tonem, również rzuciwszy okiem za odjeżdżającym samochodem.

– Dawna znajoma. Przyjechała do Warszawy i z uprzejmości postanowiła mnie odwiedzić.

Woźny wzruszył ramionami.

– Ech, dawne czasy… Lepiej o nich zapomnieć. Do zobaczenia jutro, Haneczko.

– Do widzenia, panie Witku.

Marcowy wieczór był przejmująco zimny, a wiatr nieprzyjemnie hulał po ulicach Warszawy. Hania szczelniej owinęła się wełnianym płaszczem, poprawiła sfatygowaną chustkę na szyi i wolnym krokiem ruszyła przed siebie, w głąb warszawskich ulic. W dłoni ściskała torbę z zakupami, które rano zrobiła na bazarze przy placu Kazimierza Wielkiego. Po kilku minutach minął ją tramwaj, do którego dziś wyjątkowo nie wsiadła, choć zwykle jeździła po mieście komunikacją miejską, bo ból biodra nie pozwalał jej na długie spacery.

Zapadł już zmrok, ale na ulicach nadal było tłoczno. Ludzie podążali w różnych kierunkach – czy to piechotą, czy na rowerach. Raz na jakiś czas ulicą przejechał samochód albo konna furmanka. Miasto żyło, odradzało się jak feniks z popiołów. Kiedy Hania mimochodem spoglądała na twarze ludzi, którzy tak jak ona przeżyli piekło wojny, bezsilnie patrzyli na zagładę swojego miasta i na wszechobecną śmierć, dziwiła się szczerze, że widzi w nich nadzieję i chęć życia. Warszawiacy cieszyli się, kiedy choć jeden dom został odbudowany, kiedy choć jedna ulica przestawała straszyć ruinami po dawnych bombardowaniach, po upadku powstania. Mieszkańcy stolicy uparcie chcieli żyć i budować swoje miasto na nowo.

 

Hania nie podzielała tego entuzjazmu. Jej ukochana Warszawa z czasów młodości została zniszczona bezpowrotnie i nic nie było w stanie przekonać jej, że jeszcze kiedyś może być piękna. Zgliszcza, ruiny, śmierć, okrucieństwa wojny – nadal to czuła w zaułkach i na ulicach miasta. Wszechobecny szwindel, bieda i brak zaufania do sąsiada wciąż odciskały bolesne piętno na życiu warszawiaków, a ona równie boleśnie dostrzegała to każdego dnia. Z bólem i goryczą skrycie przyznawała, że obecna okupacja sowiecka jest nie mniej okrutna niż wcześniej nazistowska. Doskonale zdawała sobie sprawę – tak jak i inni mieszkańcy stolicy – co dzieje się w więzieniach UB na Pradze czy na Rakowieckiej. Starała się nigdy nie zapuszczać w tamte rejony i nie patrzeć na mury katowni, w których krótko po wojnie ginęli jej przyjaciele i towarzysze z podziemia mordowani przez komunistów. Jeszcze większy ból sprawiało jej patrzenie na ruiny Woli, gdzie kiedyś, otoczony ogrodem różanym, stał jej ukochany dom rodzinny. To tam podczas powstania, w rzezi, zginęła jej matka, bestialsko zamordowana przez Niemców. Hania wciąż widziała ślady krwi na rozłupanych przez granaty ścianach, przy których Niemcy rozstrzeliwali ludność cywilną. Nadal słyszała w uszach wystrzały z niemieckich karabinów i paniczny krzyk ludzi uciekających przed łapanką. To wszystko plątało się w jej głowie niczym pnącza trującego bluszczu, burząc równowagę umysłu. Nawet sen nie przynosił ukojenia. Prawie każdej nocy budziła się zlana potem, wystraszona, mając przed oczami umarłych, groteskowo tańczących na gruzach Warszawy. Miała trzydzieści cztery lata, a czuła się jak stara kobieta bez przyszłości. Bo przeszłość zabrała jej wszystko.

Po godzinie marszu dotarła na ulicę, przy której mieszkała jej bratowa i zarazem jedyna przedwojenna przyjaciółka, Lucyna Wolińska-Ostaszewska. Ścisk i duchota w częściowo odbudowanej kamienicy wyczuwalne były już na korytarzu, ale nikogo to nie dziwiło, skoro w pięciu mieszkaniach tłoczyło się dwanaście rodzin, a każdy cieszył się, że ma dach nad głową.

Wchodząc skrzypiącymi schodami na piętro, zmuszona była przeciskać się między wózkiem dziecięcym, dwoma starymi krzesłami, stojącym na półpiętrze rowerem i innymi przedmiotami użytkowymi, które nie mieściły się w ciasnych mieszkaniach. Ostatnio, wchodząc po tych schodach, napotkała na jednym ze stopni tłustego szczura i wspomnienie to wywołało w niej teraz dreszcz obrzydzenia.

Lucyna otworzyła jej drzwi z takim samym jak zawsze zbolałym wyrazem twarzy. Wyglądała jeszcze gorzej niż parę dni temu, kiedy widziały się ostatni raz. Była przerażająco blada, miała podkrążone oczy, a złe wrażenie potęgowały długie zaniedbane włosy – niegdyś blond, teraz w kolorze mysio-szarym, brzydkimi strąkami wychodzące spod wzorzystej chustki. Lucyna wiązała chustkę na głowie od czasu wojny, tłumacząc, że boi się znowu dostać wszy.

– Myślałam, że dziś nie przyjdziesz. Późno już – rzekła, wpuszczając Hanię do mieszkania.

– Tramwaj mi uciekł i szłam z pracy na piechotę – skłamała Hania. – Byłam rano na targu i kupiłam trochę świeżych warzyw. – Wręczyła bratowej torbę z zakupami. – Będą na zupę dla Janka. Kupiłam ci też olejek lawendowy. Wiem, że go lubisz.

– Nie musisz mnie rozpieszczać.

– Nie robię tego. Po prostu zobaczyłam, że jest, i kupiłam.

Hania zdjęła płaszcz i usiadła przy okrągłym stole okrytym białą serwetą. Niewielki pokój jak zwykle był idealnie czysty. Lucyna nie dbała o siebie, ale bardzo dbała o to, żeby w jej mieszkaniu było schludnie i przytulnie. Hania odnajdowała w tym przyzwyczajenia z czasów przedwojennych, kiedy Lucyna jako młoda panna wraz z rodzicami mieszkała w dużym, eleganckim i pełnym wygód mieszkaniu, na co dzień lśniącym pachnącą czystością. Wspomnienie tamtych czasów było jak sen, ale uparcie ciągnęło się za nimi obiema niczym upiorna mara. Teraz jedynie obraz w złoconej ramie przedstawiający nadwiślany pejzaż pędzla jej matki, Honoraty Waszyńskiej, i oficerska szabla polskiego kawalerzysty należąca do pierwszego męża Lucyny i jedynego brata Hani, Janka, były pamiątkami po dawnych czasach. Obie te rzeczy niczym trofea wisiały na ścianie w skromnym pokoju, otaczane przez Lucynę czcią większą niż obraz Matki Boskiej.

– Zjesz z nami kolację?

– Nie, napiję się tylko herbaty i idę do domu. Jestem zmęczona.

Lucyna kiwnęła głową ze zrozumieniem. Nastawiła na kuchni czajnik z wodą i wzięła do rąk cukiernicę.

– A gdzie Karol? – Hania rozglądała się za mężem Lucyny, który zwykł o tej porze drzemać na leżance. W duchu cieszyła się, że go nie widzi, bo szczerze nie znosiła jego grubiańskiego towarzystwa.

Lucyna niedbale wzruszyła ramionami.

– Nie ma go od wczoraj. Pewnie jak zwykle pije.

– Dlaczego na to pozwalasz? Przecież on przepija prawie całą wypłatę, a ty i Janek musicie coś jeść!

Lucyna odwróciła się znad kuchni i popatrzyła na Hanię pustym wzrokiem. Jej usta wygięły się w pogardliwym uśmiechu.

– A co według ciebie powinnam zrobić?

– Odejść od niego.

– Co za mądra rada! I gdzie pójdę? Nie mam dachu nad głową! Gdyby nie Karol, mieszkałabym z Jankiem na ulicy!

– Głupstwa pleciesz! Znalazłabyś pracę, to i dach nad głową by się znalazł. Nie mogę patrzeć, jak się męczysz z tym życiowym degeneratem. Jak mogłaś za niego wyjść?

– A co mi pozostało? Miałam karmić się wspomnieniami o twoim bracie? Mam syna, którego muszę wychować i wykształcić! Jako samotna matka nie miałabym szans… I doskonale o tym wiesz!

Hania z bezsilnością patrzyła, jak za każdym razem na wspomnienie Janka Lucyna kurczyła się w sobie. Ten odruch rozpaczy tkwił w niej od dnia, kiedy otrzymała wiadomość, że Janek zginął w Katyniu rozstrzelany przez Sowietów – jak tysiące innych polskich oficerów. Żyli w małżeństwie bardzo krótko, bo zaledwie rok, a później wybuchła wojna i Janek dostał się do niewoli. Jego śmierć złamała Lucynę bardziej niż śmierć rodziców. Uparcie i z goryczą powtarzała, że przy życiu trzyma ją wyłącznie syn, którego poprzysięgła wychować na porządnego człowieka. Dla Janka.

– Skoro mi go zostawił, to muszę o niego dbać – powtarzała, choć mówiąc to, myślami odbiegała w czasy, kiedy była szczęśliwą i zakochaną żoną brata Hani. Karmiła się przeszłością i nie umiała o niej zapomnieć. Janek wrył się w jej pamięć i świadomość tak mocno, że nic nie mogło zatrzeć wspomnień o nim. Nawet czas nie był w stanie uleczyć ran i tęsknoty za ukochanym. W którymś momencie zmarły mąż stał się dla Lucyny niemalże świętym, a myśli o nim tragiczną obsesją. Za Karola Ostaszewskiego wyszła za mąż zaraz po wojnie, kiedy została sama z synem w zrównanej z ziemią przez Niemców Warszawie. Zrobiła to wyłącznie z poczucia bezsilności i zupełnego braku zaradności życiowej, tułając się po zrujnowanych ulicach z kilkuletnim dzieckiem. Bez słowa protestu, a wręcz ze służalczą wdzięcznością pozwoliła, żeby zawładnął nią pijak i zwyrodnialec, który bił ją z byle powodu i wracał do domu bez zarobionych na kolei pieniędzy, bo po drodze zdążył je przepić bądź zgubić w pijackim amoku. Hania nie miała już siły tłumaczyć przyjaciółce, jak bardzo źle postępuje, żyjąc z takim degeneratem pod jednym dachem i do tego pozwalając, żeby patrzył na to jej jedyny syn.

Teraz również z westchnieniem zacisnęła usta i postanowiła milczeć. „Skoro bratowa zgotowała sobie taki los, to najwidoczniej takie życie jej odpowiada” – pomyślała z goryczą.

– A gdzie Janek? Tak późno i jeszcze nie ma go w domu?

Lucyna wzruszyła ramionami.

– Włóczy się gdzieś z chłopakiem sąsiadów. Wiecznie gdzieś razem chodzą.

– Nie martwisz się tym?

– Ma już jedenaście lat. Nie słucha mnie i jest uparty jak osioł.

– Ale do szkoły chodzi?

– Chodzi. Wie, że tego mu nie odpuszczę.

Lucyna postawiła przed Hanią gorącą herbatę.

– A u ciebie coś się zmieniło? Wreszcie się z kimś umówiłaś? Mnie pouczasz, a sama żyjesz jak zakonnica!

Hania spochmurniała. Lucyna bezustannie namawiała ją, żeby umówiła się z wykładowcą akademickim, który już wielokrotnie zapraszał ją na kawę. Poznali się w bibliotece. Mężczyzna był miły i dość przystojny, ale Hania konsekwentnie mu odmawiała – nie zamierzała umawiać się na randki ani z nim, ani z nikim innym. Tę zasadę stosowała od zakończenia wojny i nie zamierzała jej nigdy złamać. Samotność była jej jedynym i najlepszym życiowym towarzyszem. Zresztą tego dnia niespodziewanie dowiedziała się, że wciąż ma męża…

– Spotkałam dzisiaj pewną osobę z dawnych lat… Ninę… Howard – zaczęła ostrożnie.

Lucyna zmarszczyła brwi, jakby nie rozumiejąc, i popatrzyła na Hanię pytającym wzrokiem.

– Przyjechała do mnie, do biblioteki. Być może jej nie pamiętasz, ale kiedyś, dawno temu wspominałam ci o niej. To moja… szwagierka.

Lucyna rozszerzyła oczy ze zdumienia.

– Czy to jego siostra? – zapytała, wolno cedząc słowa i przyglądając się Hani uważnie.

Hania przytaknęła i spuściła głowę. Nie chciała, żeby przyjaciółka widziała cały pejzaż emocji, które nadto wyraźnie malowały się na jej twarzy.

– Przyjechała do Warszawy, żeby mi powiedzieć, że… Johann żyje. Przeżył wojnę.

Lucyna przez chwilę stała w milczeniu, parę kroków od Hani, przyglądając się jej uważnie. Wreszcie zbliżyła się do niej wolno i położyła szczupłe dłonie na jej ramionach.

Hania lekko drgnęła pod wpływem tego dotyku, jakby nie spodziewała się zawartej w nim czułości. Popatrzyła na przyjaciółkę z wypiekami na twarzy, a ta bez słowa pochyliła się nad nią i mocno ją przytuliła.

– On nie był zły, Haniu – wyszeptała jej do ucha. – Zawsze chciałam ci to powiedzieć. On bardzo cię kochał.

Ten delikatny szept wywołał w ciele Hani nagły wstrząs. Kobieta zadrżała tak mocno, że nie umiała już tego ukryć ani opanować, a Lucyna nie tłumiła w niej tego drżenia. Ze zrozumieniem głaskała ją po plecach.

* * *

– Witam szanowną sąsiadkę!

Hania zatrzymała się w pół kroku i obejrzała przez ramię na stojącego w drzwiach mieszkania na parterze sąsiada. Mężczyzna tkwił w niedbałej pozie oparty o futrynę i przyglądał jej się bacznie. W szarej od brudu koszuli i przykrótkich spodniach wyglądał jak obwieś. Nie lubiła go. Starała się tolerować jego obecność, bo mieszkali w tej samej kamienicy, ale budził w niej dziwny wstręt. Chyba nawet trochę się go bała. Poza tym odstręczał ją wieczny smród potu i alkoholu, który od niego wyczuwała.

– Dobry wieczór – powiedziała z udawaną uprzejmością, chcąc jak najszybciej uciec do swojego mieszkania.

– Coś późno dziś pani wraca, towarzyszko Haniu – rzekł jakby od niechcenia, ale Hania w duchu skrzywiła się na tę uwagę. Dobrze wiedziała, że sąsiad donosi bezpiece nie tylko na innych, ale i na nią. Bezpieka wiedziała, że Hania podczas wojny działała w konspiracji, ale na razie nie mieli na to dowodów, a Stanisławski zapewne miał im te dowody dostarczyć.

– Byłam u bratowej – dodała, siląc się na uprzejmość.

– Szukała cię jakaś paniusia. Bardzo szykowna. Podobno aktorka.

– Nie znam żadnej aktorki.

– Nie mówiła po polsku. – Stanisławski włożył lufkę z papierosem między zęby. – Ja tam nie wiem, coś ty przed wojną robiła – dodał drwiąco, lustrując ją bezczelnym wzrokiem.

Dziewczyna wzruszyła ramionami i nic nie mówiąc, weszła na schody.

– Wybacz, sąsiedzie, ale jestem zmęczona – rzuciła przez ramię, udając obojętność i kulejąc, poczłapała na górę.

Jej malutkie jednopokojowe mieszkanko znajdowało się na poddaszu kamienicy. Było skromne i pozbawione jakichkolwiek wygód, ale Hania cieszyła się, że mieszka w nim sama, co w obecnych czasach było nie lada luksusem.

Otworzyła kluczem drzwi i natknęła się w progu na kota Stefana. Kocisko, miaucząc, łasiło się do jej nóg, dając upust swojemu zadowoleniu, że pani wreszcie wróciła do domu.

– Witaj, Stefciu.

Wzięła kota na ręce i na parę sekund przyłożyła policzek do jego miękkiego, ciepłego futerka.

– Tęskniłeś za mną? Pewnie jesteś głodny? Wszystkie myszy wygoniłeś ze spiżarni!

 

W progu zrzuciła z siebie płaszcz i odłożyła torebkę.

Kilka minut później kot jadł kaszankę, a Hania gotowała na kuchni węglowej wodę na kąpiel.

Nie miała ochoty na kolację, więc czekając, aż woda się zagotuje, usiadła przy otwartym oknie i zapaliła papierosa. Palić zaczęła podczas wojny. Wtedy każdy wydech dymu tytoniowego pomagał choć na chwilę stępić nieprzyjemne uczucie strachu. Teraz nie czuła już mdlącego uczucia paniki, a krew nie pulsowała jej w żyłach pod wpływem adrenaliny. Teraz czuła się jak martwa. Dzień za dniem płynął, a ona nie miała w sobie nic oprócz paraliżującej obojętności. Z ironią pomyślała, że mrok ulicy za oknem mieszał się z mrokiem w jej samotnej duszy.

Rozebrała się do naga i pierwszy raz od dawna przyjrzała się swojemu ciału. Była chuda i blada, miała płaski brzuch i zbyt małe piersi, ale biodra ładnie zaokrąglone. Drżącymi palcami przejechała po poszarpanej bliźnie na prawym biodrze – pamiątce po postrzeleniu przez niemieckiego żołnierza podczas powstania. Szybkimi ruchami wyjęła wsuwki z ciasno spiętych włosów i pozwoliła, żeby kaskadą gęstych fal opadły jej na plecy. Tylko te włosy były takie jak dawniej – długie i lśniące. Obcięła je podczas wojny, ale w końcu znowu dała im odrosnąć jak w czasach szczęśliwej młodości. Upinała je każdego dnia w ciasny kok, jakby wstydząc się tego ewidentnego dowodu jej dawnej urody, ale prawdą było, że nie chciała rzucać się w oczy, mając świadomość, jaką siłą włada uroda. Jej ciało podczas wojny tyle razy zostało zbrukane, tyle razy narażone na gwałt, ból i poniżenie, że dla bezpieczeństwa wyparła się swojej kobiecości.

Czy teraz, po tylu latach życia w zapomnieniu i samotności mogłaby na nowo stać się kobietą? Żoną? Kochanką? Czy miała jeszcze na to siły?

Kiedy zanurzyła się po szyję w gorącej wodzie, zamknęła oczy i przywołała we wspomnieniach obraz Johanna von Richtera. Ostatni raz widziała go sześć lat temu, 1 sierpnia 1944 roku, kiedy w Warszawie wybuchło powstanie. Wyraźnie – jakby to było wczoraj – przypomniała sobie ich wspólnie spędzoną noc w lesie pod miastem. To była ich ostatnia noc – kilka godzin po tym, jak ksiądz udzielił im ślubu w ruinach kościoła. Jakże byli głupi i naiwni, że zdecydowali się na ten szalony krok.

Mocno zacisnęła oczy, czując wzbierające pod powiekami łzy. Dlaczego to wspomnienie nadal w niej tkwiło? Dlaczego nie umiała unicestwić w sobie tych uczuć, które wlewały się w jej duszę i serce, ilekroć o tym myślała? Dlaczego Johann von Richter nie odszedł z jej wspomnień wraz z martwymi przyjaciółmi czy zamordowaną w rzezi matką? Nadal doskonale pamiętała jego dotyk, zapach… Widziała jego niebieskie przenikliwe oczy wpatrzone w nią z miłością. Warszawa spływała krwią, wstrząsana heroicznymi walkami, a oni jakby o tym zapominając, kochali się bez opamiętania.

Johann. Niemiec. Jeden z tych, którzy katowali jej kraj. Mężczyzna jej życia. Jej mąż.

Najpierw powoli zaczęła tracić oddech, a po chwili z jej piersi wyrwało się żałosne łkanie, które odbiło się echem od ścian pokoju.

* * *

Hotel Polonia był najlepszym hotelem w stolicy i jedynym ocalałym po wojnie budynkiem. Obecnie kwaterowali tu wyłącznie dyplomaci innych państw i zamożni goście przybywający do Warszawy. Podczas wojny w hotelu stacjonowali niemieccy oficerowie, a w czasie powstania zamieniono go na szpital.

Hania weszła do hotelu przemoknięta do suchej nitki. Kulała mocniej niż zwykle, ale ból biodra był wyjątkowo przeszywający. Zawsze bolało ją dotkliwiej przy zmianie pogody.

Kiedy jechała tramwajem, zaczął padać ulewny deszcz, a ona w roztargnieniu wyszła z domu bez parasola. Beret, który miała na głowie, wyglądał w tej chwili jak nieświeży naleśnik, a mokre, niesforne i wychodzące ze spinek włosy kleiły się do twarzy i karku. Cieszyła się, że przynajmniej nie chlupie jej w butach.

Rozejrzała się niepewnie po rozległym lobby i nagłe wspomnienia uderzyły w nią jak bumerang. To tutaj podczas powstania leżał ranny i zmarł Władek Koterski, jej przedwojenny narzeczony. Mimo że w trakcie wojny ich drogi rozeszły się definitywnie, jego śmierć boleśnie ją dotknęła. Jeszcze długo po niej cierpiała i nie mogła pogodzić się z tym, że najbliższa rodzina Władka zabroniła jej uczestniczyć w jego pogrzebie. Mieli do niej żal o to, że zerwała zaręczyny. Jego matka twierdziła, że mężczyzna chciał umrzeć z powodu złamanego serca i dlatego tak ochoczo garnął się do powstania, ale Hania w to nie wierzyła. Władek był doskonale wyszkolonym żołnierzem, gotowym walczyć z Niemcami na śmierć i życie i bez mrugnięcia okiem narażał się dla dobra ojczyzny, nie zważając ani na nią, ani na nikogo innego.

Wyrzuciła z myśli natrętne wspomnienia i podeszła do recepcji.

– Ja do szanownej pani Niny Howard – rzekła do stojącego za kontuarem młodego recepcjonisty.

Od czasów wojny został jej nawyk oglądania się za siebie, więc teraz też nieufnie rozglądała się wokół, jakby bała się, że ktoś za chwilę ją zaczepi albo, co gorsza, aresztuje. Bo co taka prosta kobieta jak ona może robić w hotelu dla wyższych sfer? W dodatku wyglądająca tak żałośnie…

Ale w lobby panowała cisza, nie kręcili się tu żadni goście. Słychać było jedynie stłumione rozmowy dochodzące z hotelowej restauracji.

– Towarzyszka Hanna Wolińska? – zapytał recepcjonista uprzejmie, taksując wzrokiem jej smętną, przemokniętą postać.

– Tak.

– Szanowna Mrs. Howard oczekuje na panią w pokoju 314.

– Dziękuję.

Ściskając w dłoni mokry beret, Hania udała się do windy.

Nina Howard rzeczywiście na nią czekała. Na jej twarzy nie było zdziwienia, kiedy zobaczyła Hanię w drzwiach swojego pokoju.

Od ich spotkania w bibliotece minęły trzy dni i dopiero teraz Hania zdecydowała się na rozmowę ze szwagierką, choć wciąż nie miała pewności, czy postępuje słusznie. Ostatnie dni i noce poświęciła na rozdrapywanie ran i ponowne oswajanie się z bólem. Informacja o tym, że jej mąż żyje, była dla niej szokująca. Musiała przetrawić to w samotności. Wiedziała jednak, że jeśli nie porozmawia z jego siostrą i nie dowie się, jak Johann się czuje i jak żyje, każdy kolejny dzień będzie jeszcze bardziej nieznośny, nawet jeśli Hania nie miała zamiaru się ze swoim mężem spotkać.

– Zmarzłaś. Napij się ciepłej herbaty. – Nina postawiła na stoliku przed Hanią filiżankę z aromatycznym napojem i ciasteczka, które przyniósł kelner.

Hanię owionął delikatny zapach luksusowych perfum, których aura unosiła się wokół postaci Niny. Nadal z trudem docierało do niej, że ta elegancka, światowej sławy aktorka jest jej szwagierką.

– Jesteś głodna? Zadzwonię po kelnera, żeby przyniósł obiad.

– Nie, dziękuję. Nie jestem głodna.

Nina z wrodzoną swobodą usiadła w obitym skórą fotelu i z gracją otworzyła leżącą na stoliku złotą papierośnicę.

Hania na krótką chwilę skupiła uwagę na dużym brylancie pyszniącym się na palcu serdecznym szwagierki.

– Zapalisz?

Niemo odmówiła. Nie chciała, by papieros drżał jej w palcach, a wiedziała, że tak by właśnie było.

Niemka swobodnie odpaliła swojego papierosa i wolno wypuściła strużkę dymu.

– Cieszę się, że przyszłaś.

– Przecież nie czekałabyś na mnie wieczność.

– Pewnie nie, ale wierzyłam w twój głos rozsądku. Zawsze byłaś dość rozsądna. – Nina uśmiechnęła się z lekkim sarkazmem. – Co się stało? – To mówiąc, wskazała na sztywną nogę Hani, którą ta bezwiednie masowała w okolicy biodra.

– Zostałam postrzelona. – Hania lekceważąco wzruszyła ramionami. – To nic takiego. Mam szczęście, że przeżyłam.

– Mówisz o tym tak lekko, jakby nic się nie stało.

Hania wzruszyła ramionami i przemilczała tę uwagę.

Nina obserwowała ją spod półprzymkniętych powiek.

– Ta praca w bibliotece… To chyba nudne?

– Dla mnie wystarczająco absorbujące.

– Ale raczej sporo poniżej twoich umiejętności. Pamiętam cię jako bystrą dziewczynę. Chyba nawet skończyłaś studia na uniwersytecie? Przypomnij, co to było? Germanistyka?

Hania zmarszczyła brwi.

– Przyjechałaś do Warszawy rozmawiać o moim wykształceniu? Pamiętam, że kiedyś o to samo pytała mnie twoja matka.

Nina prychnęła.

– Już ci mówiłam. Mój brat żyje, a ty jesteś jego żoną. Powinniście się spotkać.