SekundnikTekst

Z serii: Plus minus 16
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wydawnictwo Literatura

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1.

Rozdział 2.

Rozdział 3.

Rozdział 4.

Rozdział 5.

Rozdział 6.

Rozdział 7.

Rozdział 8.

Rozdział 9.

Rozdział 10.

Rozdział 11.

Rozdział 12.

Rozdział 13.

Rozdział 14.

Rozdział 15.

Rozdział 16.

Rozdział 17.

Rozdział 18.

Rozdział 19.

Rozdział 20.

Rozdział 21.

Rozdział 22.

Rozdział 23.

Rozdział 24.

Rozdział 25.

Rozdział 26.

Rozdział 27.

Okładka: ELŻBIETA CHOJNA

Skład i korekta: LIDIA KOWALCZYK, JOANNA PIJEWSKA

© by Barbara Stenka

© by Wydawnictwo Literatura

ISBN 978-83-7672-289-4

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

tel. (+48 42) 630 23 81

fax. (+48 42) 632 30 24

e-mail: handlowy@wyd-literatura.com.pl Strona internetowa: www.wyd-literatura.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

1.

– Niektóre książki z biblioteki śmierdzą jak brudne skarpetki – mówię, dźwigając pękatą reklamówkę. Trzymam ją obiema rękami tuż pod brodą.

– O to, to! – przytakuje pani Henia. – Ja bym tego nawet palcem nie tknęła. Zbiór zarazków, kurczę. Taka książka jest gorsza niż zdechły szczur. – Wzdryga się, a jej sztuczna szczęka, lekko obluzowana, kłapie, wydając płaski klekot.

– Albo niż gołąb – dodaję, bo akurat szare stadko podrywa się spod moich nóg. Odważne – zawsze czekają do ostatniej chwili. Bywa, że koło samochodu już, już dotyka ich piór, a one jeszcze telepią się na czerwonych łapach, powoli jak wczasowicze na deptaku. Może przesadziłam – czasami im się nie udaje – stąd tyle rozplaskanych na asfalcie i bruku gołębich trupów. No i z tymi czerwonymi nogami też przesadziłam – miejskie gołębie przeważnie kuśtykają na sinych kikutach, spuchniętych i oplątanych żyłkami, sznureczkami, plastikami i licho wie czym. Wyglądają, jakby stale tańczyły poloneza. Biedaki.

– Taaa, to też sama zaraza. – Pani Henia spluwa i stajemy przed drzwiami naszej klatki schodowej. Tym razem obie jesteśmy obładowane – ona ma ręce zajęte siatami z chlebem, kartoflami i kapustą. Plus pseudowino za cztery złote. Dla syna.

Stawiam na bruku moją reklamówkę i wyjmuję z kieszeni klucz. Sąsiadka bez słowa znika za drzwiami mieszkania na parterze. Tylko wzdycha ciężko, słyszę to nawet, gdy zamyka swoje drzwi. O, teraz wita ją syn („Jesteś, mama? Mama, daj!”). Trzydzieści lat... zwykle w domu; czasami usiądzie z mamą na ławeczce.

Znowu się rozpędziłam. „Ławeczce”, dobre. Usiąść można tylko na starym parapecie przełożonym w poprzek betonowych słupków z okrągłymi krawędziami. Kiedyś podobno były tu ławki, ale ja tego nie pamiętam. Wszystko zniszczone. Na tym, co zostało, przysiadają pijaczkowie; jak kury na grzędzie kiwają się ze swoimi pseudowinami i petami w żółtawych paluchach. Ludzie z zewnątrz mówią o naszej dzielnicy „śródmiejskie slamsy” . Tylko hołota została w śródmieściu, ludzie inteligentni pobudowali sobie domki na obrzeżach miasta. Trudno się nawet obrażać za te określenia. Jest, jak jest, zgodnie z nazwą. Syf i malaria. O, cała klatka schodowa czymś śmierdzi.

Gramolę się na nasze czwarte piętro. Farba odłazi sztywnymi płatami z każdej ściany. Poręczy lepiej nie dotykać: albo się lepi, albo ktoś dla rozrywki powbija w nią gwoździe. Ostatnio mój ojciec poharatał sobie całą dłoń. Zresztą akurat i tak nie mam jak się trzymać: reklamówka zajmuje mi obie ręce. Dochodzę wreszcie do naszych drzwi, łokciem naciskam klamkę. No tak, nikogo nie ma. Stawiam książki i gmeram kluczem w zamku. Dwa otwarte. Co jest?! Do diabła, ktoś musiał zamknąć trzeci – środkowy – zamek! Nie mam klucza. Zgubiłam i udało mi się utrzymać to w tajemnicy (nie zamykamy na środkowy). Byłaby afera, choć to tylko klucz. Matka wrzeszczałaby i znowu usłyszałabym, że jestem nieodpowiedzialną dziewczyną, że przeze mnie traci zdrowie, że jestem zakałą tej rodziny. Jasne, jasne, to już dawno ustaliliśmy, po co wciąż przypominać?

Cholera. Siadam na schodku, reklamówka ląduje na kolanach. Patrzę na zegarek. Nie obchodzi mnie, która godzina, lubię ten ruch wskazówek. Jak dobrze się przyjrzeć, to da się przyłapać uciekającą minutę. Bo sekundy łapać łatwo. Widać je. Czas to porządek. Wszystko może być bałaganiarskie, inne niż trzeba, ale nie czas, nie tarcza zegarka. Chyba że wyczerpią się baterie lub zepsuje mechanizm.

Te książki rzeczywiście śmierdzą jak skarpetki i gatki w koszu z brudną bielizną. Z tą różnicą, że skarpetki i gatki nie przenoszą człowieka w inne wymiary (no, może niektórych... ale mnie – nie). Muszę wciąż czytać. To pozwala przetrwać.

Wystarczy minuta i znikam w świecie Tuneli.

Wystarczy druga i pijacki bełkot wyciąga mnie z tego świata. Podnoszę głowę przestraszona. To ze strychu słychać. O, i znowu.

– Po...po...pojedź se chłopie, żeby...by... – rozlega się ohydne czknięcie i szuranie buciorów.

Złażą, telepią się po schodach. Moje wprawne ucho od razu ich liczy. Jest dwóch. Zrywam się, wciskając Tunele do reklamówki. Błyskawicznie schodzę piętro niżej. I znowu niżej. Jeszcze nie wiem, gdzie chcę się zatrzymać. Szuranie butów słychać coraz wyraźniej. Czuję paskudny smród alkoholu. Zaraz tu będą. Kiedyś nie bałam się aż tak bardzo. To są na ogół „swoi” pijacy – nie zaczepiają dzieci z własnego podwórka i okolicy. Tylko że teraz mam już piętnaście lat. Trudno mnie nazwać dzieckiem i nie wyglądam jak dziecko. Nie chroni mnie niski wzrost i trzpiotowata buźka. Już kilka razy wołali za mną „laseczko” i „towar”. Nie mówiąc o innych synonimach słowa „nastolatka”. Boję się takich sytuacji. Bać się: to niepraktyczne – lepiej byłoby się nie bać, bo żyję tu i teraz, i pewnie nigdy stąd się nie wydostanę. Trzeba sobie radzić. Kiedyś udawało mi się bez problemów, nawet bawiło mnie zmaganie się z różnymi walniętymi frajerami. Śmieszyli mnie. Teraz – nie. Chociaż wtedy byłam mała, a teraz mam metr siedemdziesiąt jeden. A boję się bardziej, dużo bardziej. Strach rośnie razem z moim ciałem.

Maszeruję z książkami przez podwórko. Gdzie iść z takim bagażem? Na alei pod moimi oknami niosą się wrzaski klientów ogródków piwnych. Wiadomo, koniec kwietnia. Będą tak się darli przez całe popołudnia i noce, do września. Policja może im nagwizdać. Właściciele ogródków mają sposoby, by zatkać im usta – tym policjantom – nieborakom, cielakom za dychę. O, nowe głośniki wystawione przed ogródkami. Na całą aleję słychać, że najlepsze jest mydełko Fa. Szabada, niech ich licho.

Przechodzę przez jezdnię, uskakując przed ścigającymi się motocyklami. Wariują tak przez całe lato. Bez tłumików. Matko! Nie mogę zatkać sobie uszu, bo jestem obładowana. Przyciskam głowę do reklamówki, zaraz ogłuchnę! Coś się we mnie trzęsie. I jeszcze jeden śmiga. Im też policja może nagwizdać. Będą tak się ścigać do jesieni, nawet w nocy. Bez tłumików.

Siadam na ławce na placu (tu jeszcze są ławki – bez oparć, ale są). Nie wyciągam książki. Nie lubię czytać w miejscach publicznych. Tu trzeba być czujnym.

– Ara! Araaa! – słyszę za plecami. Odwracam się. Ara to ja. Zdrobnienie od Arety. Po babci i praprababci mam takie imię. – Oooo, Ara! Aaa... – Aśka, koleżanka z podwórka, klepie mnie w ramię, przysiada się. Dzisiaj jej „r” brzmi jakoś nie po polsku... Jakby po francusku... Usta ma otwarte, mlaska; pokazuje coś palcem i znowu jęczy: – Aaaa... Uuuu...

 

– Cześć! – Cieszę się, że mnie wypatrzyła. – Klucza zapomniałam. – Poruszam lekko reklamówką, moje kolana skaczą. – Daleko z tym nie ujdę. Smacznego.

– Ara... – jęczy Aśka i dopiero teraz widzę, że coś jest nie tak z jej aparatem ortodontycznym!

– Pokaż... Nie wierć się. – Odkładam książki i zaglądam do otwartej paszczy. W ustach wisi... płatek kosmetyczny przytwierdzony ciągnącymi się białymi włóknami do aparatu! – Ciekawy pomysł... Po co to tam wsadziłaś?! – dziwuję się, usiłując wyskubać włókna. – Zaraz, poczekaj, chyba nie można tak... brudnymi rękami – wycofuję się.

– Ratuj...aaatuj! – jęczy (z niewyraźnym: „r”).

No. To teraz mam już i zgubiony klucz, i Aśkę z płatkiem wczepionym w aparat. Co za dziki plan, żeby wciskać sobie coś takiego między druty.

– Odomu...! – Aśka ciągnie mnie w stronę swojej bramy. W ostatniej chwili zdążyłam chwycić reklamówkę. Z tym ciężarem ledwie dobiegam do bramy. Ręka mi drętwieje. Drugą trzyma Aśka.

W ładnej łazience sadzam ją na wannie i zdezynfekowawszy dłonie, wyskubuję włókna spomiędzy drutów aparatu. Ten aparat to duma Aśki. Zafundowała go jej bogata bratowa. Choć zęby nie były zbyt krzywe. W każdym razie na pewno nie tak krzywe jak moje. Taki aparat kosztuje kilka tysięcy złotych. Uśmiecham się, bo to suma, której nigdy nawet nie widziałam. Mogę tylko sobie wyobrazić. Ta bratowa zrobiła też remont łazienki, to znaczy opłaciła. Dlatego siedzimy na najładniejszej wannie w całym śródmieściu. Nie jest biała, lecz z różowego akrylu. Śliczna i czysta. Ładnie pachnie.

Pomagam sobie wykałaczką, potem szpilką i igłą. Świecę latarką. Na razie nic więcej nie mogę zrobić w tej sprawie.

– O matko, dzięki – sapie uratowana Aśka. – Pić!

Wypijamy na spółkę całą butlę gazowanej wody. Aż mi się zaczyna kręcić w głowie.

– Dlaczego? – sapię, wskazując białe strzępy i sponiewierany płatek leżący na pralce.

– Szczoteczka wpadła mi do sedesu! A musiałam umyć zęby. Z Kubą jestem umówiona. No to wycisnęłam pastę na płatek i chciałam jakoś wyszorować. Zaplątało się. – Sprawdza jamę ustną i smaruje wargi błyszczykiem.

– No taaak... – Zwieszam głowę. Milion myśli nieprzetwarzalnych na słowa. Zwykle jestem małomówna. Chyba jestem jedyną małomówną nastolatką. Nie żebym nie miała ochoty rozmawiać. Dopadają mnie wątpliwości, czy zdołam powiedzieć to, co chcę, i nie będę przy tym żałosna albo nudna. Rozmawianie jest bardzo trudne, choć wydaje się łatwe. To największa zmyłka świata. Zna się mnóstwo słów, wiadomo. Człowiek wyrzuca je z siebie bez przerwy. Ale niewiele słów splata się w ciekawe, ciepłe, odkrywcze, intrygujące lub, zwyczajnie, ładne zdania. Często te słowa niewiele różnią się od wymiotów.

– Dzięki. – Ściska mnie zaczerwieniona koleżanka. – Ale po co tyle czytasz? – Trąca butem moje książki rozwalone na podłodze łazienki. – Bo jeszcze zrobisz się jakąś filozofką. – Pstryka pierwszą z wierzchu książkę i pokłada się ze śmiechu. Ja z nią.

– Może się zrobię. Będę wtedy mówiła: „Reasumując, aktualizujmy dekadencję...” – klepię wszystkie trudniejsze lingwistycznie pojęcia, jakie przychodzą mi akurat do głowy.

– Dekadencję – srencję – dupencję – zwija się Aśka.

– No to obie jesteśmy filozofkami.

– Idiozofkami.

– No tak, często idiozofkami.

– Cycatkami. – Aśka kończy słowną szarżę, potrząsając kształtnym biustem, a mi odechciewa się dalej gadać. Cycatkami. Niezbyt śmieszne. Moich trzeba by szukać ze szkłem powiększającym. Mimo że jestem taka wysoka, nie ma we mnie nic z kobiety. Tyłek prawie nie istnieje, długie ręce i nogi, i co gorsza... wielkie dłonie i długie stopy. Wyglądam jak jakiś ruski rolnik. Tak powiedział kiedyś mój ojciec. Że jak ruski rolnik. Przejrzałam w internecie zdjęcia ruskich rolników. Miał rację. Ruscy rolnicy mają dłonie identyczne jak moje.

– Już wiem, gdzie pojadę na wakacje – głos Aśki wcina się w moje rozmyślanie. – Tym razem na obóz harcerski! Ale czad! Po dwadzieścia dziewczyn w każdym namiocie! Namiocie, czaisz?! Zero komórek, internetu, środek lasu!

– Maatko! – przerażam się szczerze. Nie tym brakiem internetu, ale koniecznością mieszkania z tyloma dziewczynami pod jednym, hm, dachem.

– No! Zero łazienki, kąpiel tylko w jeziorze, lodowata woda. – Aśka jest szczerze ucieszona tymi atrakcjami. – To kosmos! W dodatku, kiedy nie będzie padać, mamy spać na karimatach na gołej glebie! A obok namiot chłopaków... – Wybałusza oczy, ale jest w niej wulkan serdecznego śmiechu. Traktuje to jak zabawę; ja bym nie umiała.

Chociaż... jest we mnie wielka tęsknota... a nie, akurat nie za chłopakami. Za lasem. Raz w życiu byłam na wyjazdowych wakacjach. Nie ma kasy na wyjazdy, no i nie ma chęci. Nieraz namawiałam rodziców, żebyśmy pojechali autobusem do lasu. Matka nie ma czasu, ojciec nie ma ochoty. Największe skupisko zieleni to dla mnie park. Nawet balkonu nie mamy. Tamte wakacje były najpiękniejsze. Pamiętam, jak pachniało jezioro. Ludzie mówili, że woda zgniła i śmierdzi, ale dla mnie to był najpiękniejszy zapach. Nawet mniej kaszlałam. Bo tu wszyscy wciąż kaszlemy, najbardziej w zimie, gdy sąsiedzi palą w piecach plastikiem i gumą ze śmietnika. Węgiel i drewno są drogie, no, może nie tak bardzo. Ale na pewno mniej niezbędne niż papierosy i wódka. Te produkty musi mieć tutaj niemal każdy dorosły człowiek. Więc taniej jest wrzucać do pieców worki ze śmieciami, jak leci. I zbierać jako opał: wyrzucone plastikowe butelki, zabawki, buty, meble ze sklejki. Takie inhalacje mamy przez całą jesień i zimę, smród aż zatyka. My mamy kaloryfery, ale co z tego?

– Codziennie jakaś musztra, jak w wojsku – pokłada się Aśka, aż jej łzy z oczu lecą. – Wiesz, meldowanie się starym druhom w krótkich spodenkach... Z kudłatymi nogami!

– Na pewno mają krzywe i blade te nogi – śmieję się razem z nią, bo trochę znam harcerstwo (chociaż wyłącznie z literatury). – I podkolanówki w paski... A jeśli nie będziesz miała ochoty na wypełnianie tych... rozkazów?

– To zwieję, spoko, zwieję. Ale potem wrócę, impreza będzie przednia, morowa! – Trzęsie się ze śmiechu Aśka, a ja z nią.

– A co ty tam będziesz jadła? – zastanawiam się.

– Trzeba sobie upolować – parska. – Grzyby albo zająca!

– Szczególnie ciężko będzie upolować grzyby! Szybko biegają – rozwijam pomysł i wyobraźnia nam ucieka. Przez chwilę snujemy wizje obozu przetrwania; dla mnie to tylko wizja, ona sprawdzi, jak jest. Ten śmiech nas osłabia, więc siedzimy oparte o siebie.

– O matko, Kuba czeka! – zrywa się Aśka po zerknięciu na mój zegarek.

Gnamy jak szalone i znowu jesteśmy na placu.

Usuwamy się, bo za nami ustawia się podpity gość i zaczyna sikać na krzaki.

– „Okej, okej. Tam, gdzie pan stoisz, tam pan lej” – podśpiewujemy z rezygnacją, bardzo cicho. Normalka. Ale ja nie mogę się do tego przyzwyczaić. Nie, źle myślę, „przyzwyczajona” byłam, a teraz jakoś odzwyczaiłam się od tego. Kiedyś mi nie przeszkadzało. Ale i było dużo ciszej. Bez hałasów w nocy, wrzeszczących chrapliwie pijaków, motocykli. Chciałabym, żeby ktoś (coś) mnie stąd zabrał. Frrru! I jestem na innej planecie, zielonej i cichej, pełnej przestrzeni i powietrza...

– No, lecę. Dzięki, Ara! – Aśka cmoka mnie w policzek i już jej nie ma. To znaczy jest. Tylko dalej.

A ja jestem tutaj.

Nie lubię być sama, boję się zaczepek.

Aśka oddala się, poprawiając małą torebkę z zielonego plastiku. Jest taka ładna – Aśka znaczy się – ładna i... optymistyczna. Kolorowa... I te loczki jasne, i zawsze jakby świeżo umyte. Nie to co moje badyle, długie za ramiona i ciemnobrązowe. Moja grzywka prosta jak trawa – włazi w oczy, bo nie lubię krótkiej, choć za długa – przeszkadza. No i niech przeszkadza, przynajmniej zakrywa blade czoło. Oczy mam nawet ładne, zielonkawe, i rzęsy długie, czarne. Teoretycznie jestem szatynką. Tylko że one nie mają piegów. Ja mam sporo na nosie i policzkach. Dziwadło. Nic się nie zgadza. Mój brat, Jarek, mówi na mnie „miotła”. Nienawidzę tego, ale udaję, że mnie nie obchodzi. Gdybym dała poznać, jak boli, to dopiero miałby uciechę, smarkacz jeden. Swoją drogą, trafne przezwisko. Naprawdę przypominam miotłę. Zaraz po ruskim rolniku.

O, jakiś starszy chłopak idzie w kierunku mojej ławki. Pali papierosa, spluwa. Co tam, wstaję i idę sobie dalej z książkami w objęciach. Lepiej iść. Powinnam być bardziej odporna, tu się wychowałam. Jest inaczej: moja tolerancja się zmniejsza, przeszkadzają mi sprawy, które kiedyś bez trudu akceptowałam. Dlaczego?

Dlaczego?

Może już ktoś wrócił do domu? Dobrze, że nie czekałam pod drzwiami, bo wydałoby się z kluczem. A tak to po prostu przyjdę z biblioteki. No jasne, biblioteka! Ja głupia, tam się przechowam! Skręcam w boczną uliczkę i wtedy...

Zza rogu wypada chłopak. Niższy ode mnie, mniejszy. Najpierw myślę, że to dziewczyna, bo ma różową bluzkę i fioletowe rurki.

Buch! Na różowym tyle bluzki ląduje... surowe jajko! I drugie. Jacyś chłopcy w sportowych kurtkach gonią tego różowego i walą w niego jajkami!

– Spadaj na zawsze, obciachu jeden! Nie ma cię! – wrzeszczy jeden z chłopaków w firmowych ciuchach i dopada różowego. Drugi uderza go dłonią i jeszcze dodaje kopniaka. Na fioletowych rurkach zostaje ślad trampka.

Stoję jak manekin. Dosłownie mnie zamurowało z tymi książkami. Jak zwykle – boję się.

– Na drzewo, palancie! – drą się prosto w ucho różowego, który kuli się i kuca pod wystawą sklepu z tapetami. Klną, bez przerwy przeklinają, głośno. Obok przechodzą dorośli. Nie reagują. Przecież powinni. I następni dorośli, śmieją się z chłopaków. Może dlatego, że bandziory wcale nie wyglądają na bandziorów. Zwykli, czyści chłopcy, ładnie ubrani. Modnie ostrzyżeni. Dobrze odżywieni. Widzę to wszystko jak na zwolnionym filmie. Zaczynam dygotać, czuję wibracje w nogach. Mam chęć uciekać; nie wiem, dlaczego nie uciekam. Zaraz mnie uderzą, jeśli będę tak stała jak bałwan. Ale może nie uderzą, bo jestem wysoka.

– Następnym razem będziesz to żarł! – Jeden z agresorów wylewa na różowego keczup z plastikowej butelki. – Cały pożresz! – Rzuca butelkę i wreszcie odchodzą, spluwając i śmiejąc się. Potrącają mnie, mocno, aż się chwieję i reklamówka nie wytrzymuje. Książki wypadają na chodnik. Robi mi się jakoś dziwnie. Może zemdleję? Kucam, zakrywając rękami twarz. Jeszcze trochę. Zawroty głowy mijają, ale cała się trzęsę, nie mam siły wstać. Chce mi się płakać, ale publicznie nigdy nie pozwalam sobie na płacz.

Czas się zatrzymuje.

Trwanie. Czekanie. Tylko nie ma na co czekać.

– Twoje – mówi ktoś i bardzo szczupła, opalona ręka w różowym rękawie układa moje książki w idealnie równy stosik. Odkrywam twarz. Wiem, że jeśli się odezwę, to się rozpłaczę. Dlaczego tak ze mną jest? Przecież nic wielkiego się nie stało. Codzienny obrazek z naszego śródmieścia.

Różowy stoi, rozcierając plamy z keczupu.

– Twoje – powtarza, wskazując książki i odwraca się. Odchodzi, oddala się, miękkim krokiem, trochę jak kot. Mimo że jest zgarbiony i obolały, to chodzi jak kot.

* * *

– Jarek, Ara! Kolacja! – woła matka, więc idę do kuchni. Jarek nawet nie reaguje, rozłupuje śrubokrętem plastikowy samochodzik i nie odwraca się. Pewnie, nie musi. Ma taryfę ulgową, matka – służąca – poczeka i odgrzeje, jeśli trzeba.

Rzucam jeszcze uważne spojrzenie, czy aby nie zechce grzebać w mojej kolekcji. To najcenniejsza rzecz, jaką mam. Kolekcja sekundników. Ciężko je zdobyć, niektóre są piękne, misterne, dopracowane. Lubię zegarki, a najbardziej lubię sekundniki. Pokazują czas – czas staje się widzialny. Inne wskazówki obracają się niedostrzegalnie. Sekundnik na nie pracuje, pracuje na to, by godziny, dni, miesiące, lata – były równe i mijały bezpowrotnie. Konsekwentnie. Choć jest jakby najsłabszy, najdłuższy, najchudszy. Trochę jak ja.

– Siadaj, jedz – podpowiada mi matka, jakbym nie wiedziała, po co tu przyszłam. – Nie gap się, skup się, w kolejkach to wystałam, kupę kasy zostawiłam, ledwo żyję ze zmęczenia. Skaranie z wami. Jeszcze mi tu wybrzydzacie.

Jest bardzo zmęczona, widzę to. Ma fioletowe półkola pod oczami, dłonie zniszczone i trochę powykręcane palce.

– Nie wybrzydzam – mówię jednak zaczepnie. – Jem przecież. – Nakładam łychę zapiekanki makaronowej. – Dobre jest – kłamię, bo potrawy matki nie mają żadnego smaku. To po prostu przyswajalna masa do wypchania żołądka. Da się na tym przeżyć.

 

– Dobre, dobre. Nie podskakuj mi tu, Ara. Powinnaś sama sobie robić kolację, za nic masz moje zdrowie. Do nocy robota z wami. Końca nie ma, człowiek zdechnie, wykończy się. Ani słowa podziękowania, jeszcze się ociągają. – Ociera rękawem spoconą twarz. Nie jest jeszcze taka stara, a ubiera się w stylonowe podomki i rozciągnięte kapcie. Przestała farbować włosy, widzę sporo siwych pasemek.

– Będę robiła sama – proponuję niemrawo. Przecież od dawna chcę robić posiłki sama, ale matka wygania mnie z kuchni. O, właśnie...

– Taka to wyręka z ciebie, że potem roboty jeszcze więcej. Naświnisz, nachlapiesz, ułożysz nie tam, gdzie trzeba. Będzie pracy po łokcie. I za ciasno na dwie osoby.

– Nie, mamo, przesadzasz. – Połykam makaron, gapiąc się na ceratę pokrywającą cały stół (także boki i trochę spód blatu – to za pomocą taśmy klejącej). – Po co tyle pesymizmu?

– Ty mi nie szpanuj odzywkami! Nie gadaj, jedz. Uszarpałam się, żeby brzuchy wam napchać, a tu jeszcze komentarze! – Nakłada kilka łyżek zapiekanki na talerz i niesie Jarkowi.

Wchodzi ojciec.

– Tak to jest, tak, tak... – mruczy i zaczyna jeść. Unikam jego wzroku. Ale lubię ojca. Działa na mnie uspokajająco. Nie wiem, o czym z nim rozmawiać, ale przyzwyczaiłam się do tego, że nie wiem. I tak go lubię, jakoś mi lepiej, gdy tu siedzi i głupkowato się uśmiecha, łykając makaron. Grube wargi pochłaniają kolejne porcje.

– Dobre, nie, tato? – szepczę, patrząc porozumiewawczo.

– Pańskie jedzenie. Królewskie – mamrocze ojciec i dokłada sobie szybko.

– Uważaj, tato, bo utyjesz. – Grożę mu palcem, ale tak na niby, bo ojciec i tak jest dość pulchny i zupełnie się tym nie przejmuje.

– Nie czyta się przy jedzeniu. – To matka wraca po herbatę dla Jarka. – Skup się na tym, co robisz, nie łap dwóch srok za ogon. – Wysuwa książkę z moich rąk i wynosi z kuchni.

Zaczynam myśleć o różowym chłopaku. A raczej o sobie... Dlaczego nie zareagowałam? Powinnam mu pomóc. Ale jak? Bić się? Umarłabym ze strachu. Nawet nie chodzi o ból, ale musiałabym dotykać tych obcych chłopaków. Od lat nikogo nie dotykałam i nikt nie dotykał mnie. Gdy ma się taki wzrost, nie wypada jakoś. Rozumiem, jestem wielką brzydką dziewuchą, jak tu mnie pogłaskać? Niezręcznie nawet uderzyć. Nikt mnie nie tyka. No więc... ten różowy... Mogłam narobić krzyku, tak, to było do zrobienia. Zadzwonić pod 112. Przecież teraz każdy ma telefon i zna numery. Mogłam wrzasnąć. Mogłam. Teoretycznie. Bo w życiu nie odważyłabym się krzyknąć... jeszcze by mi jakiś głupi dźwięk wyszedł, ludzie śmialiby się.

– Tak to jest na tym świecie – wzdycha ojciec i ziewa. W otwartych ustach tkwi pogryziona papka. Niemiło mi na to patrzeć, ale śmieszy mnie, więc patrzę. Uśmiecham się do ojca, a on mi się „odśmiecha”.

– Zrób coś, rusz się. – Tym razem lawina słów matki spada na ojca. – Zobacz, z kranu kapie, każdy grat w mieszkaniu zepsuty, drzwi skrzypią albo się nie domykają, lampa miga. Wygodnie ci, dobrze ci, najesz się i pójdziesz drzemać. Sprężyny w tapczanach wystają, dupę można sobie pokłuć. Jasne, najlepiej nie słyszeć! – To już do mnie. Zatkałam sobie uszy, już nie mogę, nie mam siły tego słuchać, kłócić się. Nie mam siły. Zaczyna mnie mdlić.

– Tak, najlepiej wszystko zwalić na mnie, na służącą, na muła, muł wszystko udźwignie, zniesie, uniesie każdy ciężar! Paście się na mnie, dobijcie mnie! – Organizm matki zawsze trwa w stanie aktywności i ataku; nigdy nie przechodzi do fazy spoczynku. Jest jak wiecznie odbezpieczony granat. Matka sypia bardzo krótko, prawie wcale. Haruje. Urabia się. Umęcza. Wypruwa sobie żyły. Dla kogo wypruwa? Dla nas. Przez nas.

– Cicho! – krzyczę i wybiegam z kuchni. Matka obrzuca mnie słowami, lawiną słów, nie ma przed nimi ucieczki. W pokoju – Jarek, nad zapiekanką makaronową. Patrzy na mnie, śmieje się tak, że kawałek makaronu wypada mu z buzi.

– Miotła! – krzyczy i pęka ze śmiechu. Rzucam w niego kapciem i zasuwam do łazienki. Zamykam się. Zasuwka lubi się zacinać, ale popycham ją zdecydowanym ruchem. Uff... Staram się głęboko oddychać. Matka wciąż krzyczy. Po korytarzu szurają kapcie ojca.

O co mi chodzi? Przecież nic się nie stało. Jest jak zwykle.

Siedzę na krawędzi wanny. Długo. Robi mi się zimno, więc wciskam na bluzkę mój biały szlafrok. Obejmuję się ramionami. O, jak dobrze. Jak gdyby ktoś mnie trzymał, chronił, ktoś o miękkich dłoniach z białej frotki.

Znowu myślę o różowym. Nie wychodzi z mojej głowy. Widzę zawartość jajka przyklejającą się do bluzki. Mogłam coś zrobić. On był mniejszy. W książkach dla dzieci często trafiałam na zdanie, że: „mniejszych trzeba bronić”. Tylko... jak to się ma do dorosłego życia?

Do licha tam, nie ma co filozofować, mogłam pomóc. Czy już zawsze będę się bała? Mogłam chociaż pobiec za nim czy podziękować, bo przecież tak równo ułożył mi książki. Nie pamiętam jego twarzy, zupełnie – może nawet jej nie widziałam?

Wanna jest zimna, niewygodnie mi. Jaka ta łazienka zaniedbana. Niektóre kafelki poodpadały i widać szary kostropaty tynk. Rury są żółtawe i pordzewiałe. I rzeczywiście, kapie z kranu. Linoleum na podłodze poprzecierane i źle przyklejone – odstaje przy umywalce. Chlapiemy na te szczeliny, woda wślizguje się pod spód i podłoga gnije. Dlatego trochę tu śmierdzi. O, śmierdzi jeszcze książkami z biblioteki... Skąd tu książki?... Nieee, to brudne skarpetki z uchylonego plastikowego kosza na bieliznę. Trzeba prać. Klapa kosza wygląda jak otwarta paszcza potwora.

– Arka, wyłaź – jęczy Jarek po drugiej stronie drzwi. – Wyłaź, muszę sikuuu – zawodzi grymaśnie. Dobra, już wychodzę. Tylko niech nie nazywa mnie „Arką”.

* * *

Leżę w łóżku. Ciemno, ale nie cicho. Podpici klienci wyją i rżą w ogródkach, a basowe tętno głośników przebija się przez nieszczelne drewniane okna. Jednak Jarek i rodzice już śpią. To był dziwny dzień i od rana trochę chciało mi się płakać. Ale jakoś właśnie w tej chwili zupełnie mi się odechciewa płakać. Włączam odtwarzacz mp3, wtykam słuchawki do uszu. Włączam latarkę, sięgam po jedno z pudełek pełnych sekundników. Tych mniejszych. Zaczarowane pałeczki – igiełki leżą w plastikowych przegródkach. Jedne całkiem proste, smukłe. Inne mają zawijaski; jest też sekundnik zakończony cieniutkim ażurowym sercem. Inny ma kształt szczotki do zębów, jest czerwono-biały. Wyłupałam go z zegarka znalezionego w centrum handlowym Lavina.

Odczekuję jeszcze pół godziny.

Wstaję, sprawdzam. Śpią.

W pokoju rodziców jest dość jasno – mają kremowe zasłony, a pod domem stoją latarnie.

Śpią. Kiedy matka... Kiedy mama śpi, jest taka... biedna. Wtuliła się w poduszkę, jakby ktoś chciał ją zaatakować. Ojciec – rozłożony jak placek i chrapie. Wypadło mu sporo włosów przez ostatnie lata. Łysina błyszczy żółtawo w poświacie ulicznych lamp zza okna. Brzuch taty tworzy spory pagórek na środku kołdry.

Siadam na dywanie, przy tapczanie mamy. Muszę uważać, żeby nie zasnąć.

Ciekawe, czy różowy o mnie myśli – o tej, która tam stała, ale palcem nie kiwnęła, by mu pomóc. O tej, która wciąż się boi. Muszę, po prostu muszę siebie przekonać, że tak nie jest. Od jutra przestaję się bać.

Niespodziewanie przypomina mi się, że zawsze bardzo chciałam mieć konia na biegunach. Nie dostałam, bo takie konie są bardzo drogie. A potem już byłam za duża. Wstyd mi, ale wciąż chciałabym takiego... Teraz sięgałby mi do kolan. Nie huśtałabym się na nim, ale mogłabym go głaskać i klepać. Takie konie są fajne.

Nie odrobiłam lekcji – myślę, wlokąc się do swojego łóżka. Włączę latarkę, może chociaż pisemne... – kołacze się w mojej głowie, ale zaraz zasypiam.

* * *

– Nie mów do mnie teraz – ostro rzucam do Martki, klęcząc w szkolnym korytarzu. Błyskawicznie odrabiam pisemne, potrafię się spiąć, gdy trzeba. Uczę się dość dobrze, choć jestem bardziej sprytna niż mądra.

– Napiszę ci z matmy. – Martka jest w porządku, nie obraża się, bierze mój zeszyt i dłubie zadania.

– Bez liter – przypominam, bo po literach łatwo poznać charakter pisma. Po cyfrach trudniej.

– Czy ja jestem debiutantką? – pyta, lekceważąco unosząc brwi.

– Sorki, wiem. – Rzucam jej krótkie przepraszające spojrzenie.

Martka milczy przez długą chwilę. Pisze. Wokół wrzask długiej przerwy. Klęczymy w kącie, moja bluzka z logo szkoły cała pognieciona. Widzę to przez zeszyty – ja często widzę kilka rzeczy naraz.

– E, dziewczyny, wiecie, że Kuna jest chora? Nie ma jej – informuje nas Dagil, klasowy wywiadowca. Kuca i patrzy mi przez ramię. Pachnie czekoladowym batonem, robię się głodna. Nagle zastyga moja ręka pisząca naprędce wypracowanie o kłamstwie.

– Cooo? To po co ja się tu męczę? – Patrzę na Dagila. – Nie ma polskiego?

– To przecież mówię. Zastępstwo z Gliniakową. Luzik. – Odgryza następny kawałek batonika. – Podobno Kuna zaraziła się ospą od Niwiaka – ogłasza zadowolony z zainteresowania, bo Martka wytrzeszcza oczy. – Podobno skrócą nam lekcje, a od czwartku wcale nie będzie. Żebyśmy wszyscy nie mieli tej ospy. Niwiak zdążył pozarażać. Teraz chodzi o to, żeby zarażeni nie zarazili innych.

– Kuny nie będzie? – gubi się Martka.

– Lekcji nie będzie – pobłażliwie wyjaśnia Dagil. – A w piątek, pierwszego maja, też wolne. – Przeciąga się zadowolony i kończy jeść batonik.

Wstajemy, wrzucamy zeszyty do toreb i idziemy do klasy.

– Ja już miałam ospę. Podobno na to choruje się tylko raz – mówię, przyglądając się Dagilowi już z ławki.

– Ja też miałam, o, tu został mi taki dołek. – Martka odgarnia jasne włosy, więc oglądamy dołek. Mały jest. Nawet gdyby był duży i tak nie zaszkodziłby jej urodzie. Potem znów przyglądam się Dagilowi. Miła twarz, włosy nijakie, ale czyste. Szeroka bluza z kapturem, luźne dżinsy. Nieustający zapach papierosów. Nasz zwyczajny Dagil. Zupełnie niepodobny do różowego. Dyskretnie przypatruję się chłopakom w mojej klasie. Wysocy, niscy, bruneci, prawie albinosy, ale wszyscy jakoś podobni do siebie. Zdaję sobie sprawę, że różowy jest inny, zupełnie inny. Jeszcze nie wiem, na czym ta inność polega, i może go już nigdy nie spotkam, ale myślę o tym.