FisiowanieTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Barbara Stenka
Fisiowanie

Ilustracje: Bernadetta Całużyńska


Strona redakcyjna

Barbara Stenka

Fisiowanie

© by Barbara Stenka

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Bernadetta Całużyńska

Korekta: Joanna Pijewska, Aneta Kunowska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-538-3

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wyd-literatura.com.pl

Bardzo dziękuję:

Asi i Hani – za historię o głowie konia

Miłoszowi K. – za serdeczność i nieustające zainteresowanie moją twórczością

MARYLKA


– Marylko, co lubisz najbardziej na świecie? – pytam.

– Mojego kota! – odpowiada bez wahania dziewczynka. – I jeszcze mamę, i tatę, makaron, Polskę i burzę!

– O, to dużo... Chociaż mama, tata i kot to „ktoś”, a nie „coś”. A Polska...

– Jeszcze nie skończyłam, bo bardzo lubię lubić! – Marylka aż poczerwieniała z emocji. – Najbardziej lubię też Miłosza, gdy bawi się ze mną plasteliną!

– Jak bawicie się plasteliną?

– Zgniatamy wszystkie kolory w taką dużą kluskę. Trzeba długo gnieść. Aż kluska zrobi się brązowa albo szara.

– I co dalej? – próbuję nadążyć wzrokiem za skaczącą po dywanie dziewczynką.

– Z tej kluski lepimy potwora! Takiego klejącego, podobnego do ślimaka bez skorupy, uaaa!!! – czuję na szyi spocone łapki.

– A czego najbardziej nie lubisz?

– Gdy mi coś wpadnie do oka... I twardych kruszyn w skarpetce!

– Skąd kruszyny w skarpetce?

– Nie wiesz? Z życia się przyklejają.

Marylka ma pięć lat i jest moją najmilszą sąsiadką.

– Prawie sześć! – zauważa, więc już poprawiam.

Marylka ma prawie sześć lat i jest moją najmilszą sąsiadką.


PILNOWANIE CZEKOLADY


Po duże zakupy cała rodzina jeździ do centrum handlowego. Raz w tygodniu.

Mama i tata robią spis potrzebnych rzeczy, więc łatwo kupować. Wszystko przenosi się potem z wielkiego wózka do samochodu i wiezie do domu.

Ale ludzie potrzebują także małych zakupów, codziennych. I te zakupy najczęściej robi babcia razem z Marylką. Babcia ma specjalną torbę na kółkach, w niebiesko-czerwoną kratkę. Torba ma u góry srebrną rączkę. Marylka bardzo lubi trzymać w dłoniach tę rączkę i iść obok babci. Torba lekko mknie po chodniku, kółka toczą się szybko. Babcia mknie nieco wolniej, prawdę mówiąc, czasami ledwo nadąża za wnuczką.

– Marylko, nie tak szybko – sapie babcia i podciąga sobie but, który, źle zapięty, kłapie na nodze. – Poczekaj, tylko zapnę zamek.

– Tu baza, tu baza! – odwraca głowę dziewczynka. – Odbiór. Stop! – i robi kilka kroków do tyłu. Torba prawie się wywraca, bo niełatwo pchać ją w odwrotnym kierunku.

– Oj! – Marylka też prawie upada; babcia – już z zapiętym butem – podtrzymuje ją w ostatniej chwili.

– To może ja bym jechała w torbie, babciu? Jako zakup. A ty mnie wieź, dobrze? – I siup! – jedna chuda noga w białym adidasku już pcha się przez niebiesko-czerwony materiał.

– Nie fisiuj, dziecinko. Idź normalnie. Nigdy nie dojdziemy do tego sklepu.

No więc Marylka już nie fisiuje. Prawie grzecznie chodzi za babcią między półkami i nie domaga się niczego. Nie licząc czekolady, którą uwielbia. Rodzice nie pozwalają Marylce i Miłoszowi jeść zbyt dużo czekolady. Takie jest życie. Można do woli jeść marchewkę, pomidory, szczypiorek. Jednak ich smak – choć nie najgorszy – zupełnie nie przypomina smaku czekolady.

Dobrze, że babcia czasami daje się uprosić.

– Tylko jedną, proszę, proszę, proszę, pro...

– No już, już, dobrze – ulega babcia i w koszyku ląduje ukochany prostokącik w fioletowym papierku. – Ale po obiedzie, zgoda?

– Oczywiście! Buzia obiecuje. Zęby obiecują. Język obiecuje – Marylka wywala długi jęzor, wytrzeszcza oczy, aż przechodząca obok pani pochyla się z troską.

– Nie, nie, wszystko jest w porządku – uśmiecha się babcia i już można zapłacić za zakupy i umieścić je w torbie na kółkach: kartofle, buraczki, wafle ryżowe, chleb, bułki, śmietanę, gazetę, a na samym wierzchu – czekoladę.


Teraz to babcia ciągnie torbę na kółkach. Marylka tylko trzyma rękę na klapce zamykającej torbę od góry.

Trzeba iść do jeszcze jednego sklepu. Wchodzą do środka, ale babcia zaraz się zatrzymuje.

– Wiesz co, dziecinko, nie będziemy z pełną torbą przepychać się między półkami. Pójdę sama, a ty postój tu, przy drzwiach, i popilnuj zakupów. To nie potrwa długo.

– Pewnie! – Marylka bardzo lubi „zadania specjalne”. Nie lubi „zadań na niby”, czyli zabawy w kupowanie, pisania na zabawkowym komputerze, odkurzania maleńkim odkurzaczykiem, lepienia pierogów z plasteliny. Nie lubi jeść plastikowym widelczykiem dla dzieci. Marylka lubi to, co jest prawdziwe. A jeszcze bardziej lubi pomagać. Tylko żeby to było naprawdę.

Teraz, choć odrobinkę boi się stać w sklepie z dala od babci, nawet okiem nie mruga, tylko dodaje:

– Będę pilnowała! Jak lwica albo tygrysica. Nie wypuszczę rączki z mojej rączki!

Babcia stawia torbę, opiera ją o ścianę. Marylka stoi obok, mocno trzyma uchwyt. Babcia z koszykiem w ręku znika między półkami.

Trzeba sprawdzić, czy wszystko w porządku – myśli dziewczynka i odpina klapkę. Od razu widać, że czekolada leży tam, gdzie powinna. Reszta zakupów nie jest taka ważna, ale skoro ma pilnować, przypilnuje nawet buraczków. Zagląda do torby, głębiej. Ciasno. Ciemno.

– Ty, Maryla, co tam grzebiesz?! – rozlega się niezbyt grzecznie i dziewczynka aż podskakuje ze strachu. No jasne, to Patryk, starszy kolega. Wpadł do sklepu po loda, o, już odwija i liże sobie, zaglądając do torby.

– Odejdź, bo jeszcze mi tu nakapiesz! – Marylka szybko zamyka klapkę.

– Masz tam skarby? Podziel się – drażni się z nią Patryk i łapie brzeg torby. Niby tylko tak dokucza, ale w torbie jest jeden skarb, którego trzeba strzec. Najlepiej go wyjąć i trzymać w rękach. Schować pod kurtkę.

– Uciekaj! – Marylka odpycha chłopca, który śmieje się i krzyczy:


– Ja tu jeszcze wrócę! – i myk! już znika za rozsuwanymi drzwiami.

Ojej. On tu na pewno zaraz wróci. A babcia stoi w takiej długiej kolejce do kasy. Jak uratować czekoladę?

Marylka nie jest beksą. Jest zaradną dziewczynką i już wie, co trzeba zrobić, by skarb nie wpadł w ręce nieprzyjaciela.

Kiedy babcia odchodzi od kasy z koszykiem pełnym zakupów, najpierw spogląda na wnuczkę.

– Aaaj!!! – krzyczy, choć jeszcze są w sklepie, bo Marylka ma całą buzię usmarowaną czekoladą. Żuje coś pospiesznie i przełyka. W dłoniach trzyma tylko pognieciony pusty fioletowy papierek.

– Pilnowałam... I uratowałam czekoladę – dyszy z wysiłku. – Najlepsze schronienie jest w brzuchu. Nikt jej stamtąd nie zabierze. Prawda?


NOGA


Bal w przedszkolu – to coś, co Marylka uwielbia.

Właściwie to nie przedszkole, a zerówka. Ale ich zerówka jest właśnie w przedszkolu, nie w szkole. Może dlatego bale są ważną sprawą.

Zeszłoroczny bal i te jeszcze dawniejsze okazały się bardzo miłe. Tyle że Marylka była wtedy maluchem i nie umiała powiedzieć, jakie chciałaby mieć przebranie. Więc tańczyła jako księżniczka albo Indianka. Teraz jest w najstarszej grupie – jest zerówkowiczką. I dobrze wie, jak chce wyglądać na balu.

– Mamusiu, tatusiu, mam takie marzenie, wielkie, że nawet nie zmieści się w mieszkaniu – zaczyna dziewczynka, stojąc przed rodzicami.

– Czego ci trzeba, córuś? Takie wielkie to marzenie? – tata przyciąga do siebie Marylkę i głaszcze jej grzywkę i jej warkoczyk, i jej kołnierzyk.

– Mów, mów, bo zaraz wychodzę – niecierpliwi się mama, lecz przykuca przy córeczce i uważnie na nią patrzy.

– Bo... bo ja najbardziej potrzebuję... głowy konia! – ogłasza Marylka, a rodzice przez chwilę nic nie mówią, tylko patrzą na siebie zdumieni.

 

– A więc moja córeczka marzy o głowie konia – upewnia się osłupiały tata.

– Tak, o duuużej głowie konia.

– Masz na myśli koński łeb? – szepcze mama i potrząsa głową, jakby wytrzepywała coś, co utkwiło jej w uchu i osłabiło słyszenie.

– Nie chodzi o łeb żywego konia! Tylko o takie przebranie. Koński łeb nałożony na mój ludzki łeb. – Jak ciężko jest czasami wytłumaczyć dorosłym najprostsze sprawy. – Miałabym na głowie głowę konia. I jeszcze z tyłu ogon przyczepiany do rajstop.

– Czyli chcesz być koniem na balu... – wzdycha tata, ocierając pot z czoła.

– Pewnie, że tak! Tylko koniem! Umiem już rżeć, posłuchajcie: yhaaa! yhaaa! – od razu widać, że Marylka potrafi również nieźle kłusować.

– Córeczko, tylko nie fisiuj – mówi zmęczona tym kłusem mama. – Dziewczynki nie przebierają się za konie. Szczególnie za konie z wielkimi łbami. Nie lepiej być księżniczką, wróżką, Czerwonym Kapturkiem...?

– Nie lepiej. W ogóle nie lepiej – Marylka obejmuje maminą głowę. – Dla mnie najlepiej jest być koniem. Bo to jestem jakby ja. A nawet bardzo ja!

– A nie możesz mniej być sobą? Chociaż na balu... – jęczy tata, ale już mierzy głowę córeczki za pomocą kawałka sznurka.

– Właśnie na balu niech to będę bardzo ja. A mniej sobą będę... potem – decyduje Marylka.

– Uff... – wzdychają chórem rodzice. Tylko czarno-biały kot Balon nie narzeka i nie wzdycha. Wchodzi do pokoju. Łasi się, ociera o Marylkę, o mamę i tatę i na pocieszenie mruczy jak motorek. On zawsze jest bardzo, bardzo sobą.

Kiedy łeb konia jest już gotowy, można zacząć przymiarki. Przez cały tydzień rodzice pracowali nad tym przebraniem. Głowę zrobili ze styropianu – to taka lekka biała masa. Najtrudniej było wyrzeźbić uszy. W tym pomagał Miłosz, a nawet babcia. W dolnej części szyi jest otwór na oczy i nos Maryli. Styropian został oklejony papierem i pomalowany. Końska głowa jak żywa!

– Szybciej, szybciej! – podskakuje Marylka i wciska główkę przez otwór.

– Jeszcze trochę – pomaga Miłosz, który chodzi już do czwartej klasy, więc wie, jak przygotowywać zadania specjalne. – Stój prosto!

– Piękny! – zachwyca się Marylka i łups! – przewraca się do przodu, bo nie może utrzymać wielkiego końskiego łba na swojej cienkiej szyi. – No co? – mówi, gdy rodzice i brat podnoszą ją z podłogi. – Trzeba trochę zmniejszyć.


Po dwóch dniach łeb zostaje zmniejszony i Marylka wkracza na bal. Widać ją doskonale – wielgachna końska głowa góruje na tłumem księżniczek, kiwa się i prycha albo rży. Przerażająco rży.

Postacie stają w kole i przedstawiają się, tak wymyśliła pani Marta.

– Księżniczka Eliza.

– Księżniczka Adella.

– Królewna Miriam.

– Wróżka Patti.

– Czarodziejka Sweety.

– Koń Noga.

Śmiech wybucha jak wulkan. Śmieje się nawet pani, chociaż się powstrzymuje.

Też coś. Nie widzieli konia – myśli koń Noga i wzrusza ramionami.

Śmiech wybucha jeszcze raz, gdy „syrenką Lili” okazuje się być chłopiec, Jasio.

A co, nie wolno? Zawsze chciałem być syrenką – myśli syrenka Lili i też wzrusza ramionami, chociaż najpierw chce zapłakać. Staje obok konia Nogi, który poklepuje papierowym kopytem różowy kostium syrenki na pocieszenie.

Księżniczki tańczą w kółku i nie wiadomo, która pierwsza krzyczy:

– Ja mam lepszy brokat na sukience!

– Ty? Ty wyglądasz jak służąca! Ja mam lepszy brokat!

– Ludzie, jakie ona ma włosy. Wróżki takich nie mają!

– Ale mi czarodziejka! W starych butach!

– Lepiej naucz się tańczyć!

– A ty sobie kup koronę, bo twoja to jakiś śmieciuch!

Księżniczki i królewny biją się, płaczą, obrażają i szarpią. Pani nie może sobie z nimi poradzić. Wszędzie słychać wrzaski, pretensje i szlochy.

Ale mimo wszystko bal się udał! Bo, proszę, jak ładnie tańczą razem, trzymając się za ręce: koń Noga i syrenka Lili. I śmieją się, śmieją, śmieją, jakby nigdy nie mieli przestać!

LATARKA-MANDARYNKA


– To najpiękniejsza latarka, jaką w życiu widziałam! – oczy Marylki błyszczą jak dwie szczęśliwe gwiazdy. Ręce Marylki właśnie wyjęły z pudełka niezwykłą latarkę: gumową miękką mandarynkę z żaróweczką w środku. Na dole mały przycisk. Kiedy się naciśnie, mandarynka świeci cudownym pomarańczowym światłem.

– Najlepsza w całej mojej kolekcji! Dziękuję, kochana babciu!!! – rzuca się na szyję babci, która zupełnie niespodziewanie, bez okazji, zrobiła wnuczce taki prezent.

Ale tata nie jest zbyt zadowolony.

– Czy potrzebna ci kolejna latarka? Masz ich już tyle.

– Na tym polega kolekcja – wstawia się za siostrą Miłosz, który też zbiera latarki, więc rozumie zachwyt nad takim cudem jak świecąca gumowa mandarynka.

– Ile baterii zużywacie... – narzeka tata. – Wszędzie te baterie, a to niezdrowe dla dzieci. Baterie mają trujące substancje.

– Wiemy, wiemy – łagodzi rodzeństwo. – I nie wolno ich wyrzucać do śmieci i niepotrzebnie dotykać. My uważamy, tatusiu. Ale tak lubimy latarki! Są takie...

– Fascynujące! – Miłosz znajduje właściwe słowo. I chociaż Marylka słyszy je pierwszy raz, od razu wie, że oznacza coś dobrego, interesującego, coś, od czego wprost nie można się oderwać. Więc podskakuje i piszczy:

– Właśnie, tatusiu!

– No dobrze, ale pamiętajcie, żeby włączać tylko na chwilę i tylko kiedy jest to naprawdę bardzo potrzebne.

– Wiemy, tatusiu! – odpowiada zgodny chórek.

Dzisiejszego popołudnia siostra i brat w ogóle się nie kłócą. Siedzą na dywanie, wykładając z pudełek wszystkie swoje latarki. Czego tu nie ma! Są zwyczajne latarki: podłużne, ze średnimi żaróweczkami. Są też miniaturowe: takie breloczki, które można przypiąć do paska od spodni albo do plecaka i nosić ze sobą. Jest jedna rowerowa i jedna stara, z dawnych czasów: płaski prostokąt z dużą okrągłą żarówą. Ta latarka nigdy nie świeci, bo od lat nie produkuje się baterii, które by do niej pasowały. To zabytek i nigdy nie wiadomo, jak cenny stanie się w przyszłości.

Większość latarek to jednak bardzo nowoczesne urządzenia, a ich światło jest białe lub kolorowe, do wyboru.

Dzieci zawsze mają za mało baterii i trzeba je przekładać z jednej latarki do drugiej.

– Proszę otworzyć paszczę – pani doktor Maryla świeci prosto w usta pacjenta Miłosza. – Oj, jak tam w buzi człowiek ma czerwono i różowo! Ile tu kulek i dołków!

– Teraz ty otwieraj, no, szybko – Miłosz oświetla zęby siostry. – Ho, ho, czeka panią wizyta u dentysty! To czarne jest z pewnością dziurą! Jadło się za dużo czekolady, co?

– Yhyyy – dziewczynka z rezygnacją kiwa unieruchomioną głową.

– A ten język! Ile jest na nim kropek!

Później latarkowcy oglądają sobie wnętrza nosów i uszu. Zaglądają do kieszeni dżinsów, podziwiając sploty nitek i mnóstwo kruszynek, i ziaren piasku, które mieszkają sobie w każdej kieszeni.

– Teraz do pralki! – zarządza Marylka i już można obejrzeć okrągły dziurkowany bęben pralki. Sedes też jest ciekawy, choć nie pływają tu żadne złote rybki, na co miała nadzieję Marylka.

– Zobaczmy jeszcze to miejsce w umywalce, gdzie spływa woda.


– Fuj, jakieś splątane włosy! – Miłosz wywala język. – Ale i tak ciekawe!

– Zrobimy teatr cieni! – siostra już ciągnie brata do szafy, gdzie jest na tyle ciemno, że można przedstawiać historyjkę o krokodylu z palców rąk i zajączku z jednym uchem. Zajączek zjada krokodyla, lecz krokodyl jeszcze zdążył pstryknąć go w nos. Robi się z tego mała szarpanina między aktorami, którzy, spoceni, wypadają z szafy.

– Pod meble! – Miłosz rzuca się na podłogę ze swoją żółtą latarką, Marylka obok ze swoją nową świecącą mandarynką. – Tu jest najciekawiej! Kurze jak puchate kociaki, można je pogłaskać!

– Biegiem pod łóżko! – dziewczynka aż zachrypła z wysiłku.

– Tu też są kociaki! Papierki i zobacz, Maryla, figurka rycerza, która zginęła mi w zeszłym tygodniu!

– Jeszcze mój ołówek! Nie dosięgnę, pomóż mi! – dziewczynka czołga się pod łóżkiem.

– Pchaj się, o tak. Ja za tobą!

– Au, udusisz mnie, ty ciężarze!

– Cicho, chuda, pchaj się, sięgaj po ten ołówek!

– Co tu się dzieje?! – słychać okrzyk.

Dzieci, czerwone i spocone, całe w kurzu, wyczołgują się spod łóżka. Spoglądają do góry. Nad nimi stoi tata:

– Wszędzie bałagan, latarki walają się po całym mieszkaniu! Nie pozwoliłem włączać bez potrzeby. Pralka otwarta, deska sedesowa zachlapana, sitko z umywalki leży na podłodze. Kłąb ubrań wyrzucony z szafy. Wy – brudni jak górnicy po wyjściu z kopalni! Mówiłem, że przez tę nową latarkę będzie jakieś nowe fisiowanie!

Marylka już, już chce obiecać, że zaraz wszystko posprzątają i że była wielka potrzeba użycia latarek, przecież każdy to widzi. Jak inaczej zobaczyliby, co człowiek ma w nosie i co kryje się pod łóżkiem. Skruszony Miłosz chce oddać tacie baterie, zawsze tak robi, gdy narozrabia z latarką.


Wtem nieoczekiwanie zapada ciemność. Dzieci aż pisnęły ze strachu, takie to było niespodziewane. Gaśnie światło, nawet za oknami ciemno.

– No nie. Awaria, chyba nie ma prądu – tata, szurając kapciami, przechodzi do dużego pokoju. – Cała ulica jak ciemny tunel. To... tego... hm... czy moglibyście włączyć latarki?

– Ale nam nie pozwalasz, tatusiu-u-u – podśpiewuje niewinnie Marylka.

– Bo będą same kłopoty, tatusiu – dodaje cienkim głosikiem Miłosz.

– Nie denerwujcie mnie – ostrzega tata i przez chwilę musi gonić po ciemnym mieszkaniu swoje chichoczące pociechy. – Czy w tym domu nie ma ani jednej latarki?! Gdzie moja komórka?!

A kiedy już posprzątali mieszkanie (rzecz jasna przy świetle latarek, co było bardzo ciekawe), usiedli we trójkę na tapczanie. Pomarańczowy blask latarki-mandarynki oświetlał im twarze i naprawdę miło im się czytało o przygodach misia Bzika. Nawet kot Balon przyłączył się i podwinąwszy łapki pod brzuszek, słuchał uważnie.

Jak miło. Jak bezpiecznie.

– A teraz pacjent tatuś pokaże, co ma w nosie! – rozlega się nagle i już groźna lekarka Maryla goni niesfornego tatusia po ciemnym pokoju, przyświecając sobie gumową mandarynką.

PROBLEM


– Dorośli mają problem z Anią. Jej rodzice mają z nią problem. I pani w zerówce ma z nią problem – szepcze Marylka do ucha kotu Balonowi, który leży sobie w jej łóżku, wyciągnięty jak jakiś futrzasty biało-czarny wąż. – Problem jest taki, że Ania nie chce nic robić, a najbardziej mówić. Ani biegać, ani skakać, ani śpiewać, ani spacerować. Pisać liter też nie, choć umie. Nie chce, Baloniku, bawić się w dżunglę, ani w dom, ani budować z klocków. I to się dorosłym nie podoba.

– Marylko, śpij już – mama pochyla się nad córeczką, całuje ją w policzek. Całuje też kota, ale ten kicha i mocniej wtula się w dziewczynkę. – Nie rozmawiaj już z Balonem; kończcie. Bo ciężko będzie ci jutro wstać.

– Właśnie zasypiam, mamusiu. Nawet już trochę śpię – Marylka chucha w kocie futerko, co już zupełnie nie podoba się Balonowi. Obraża się i przechodzi kilka kroków dalej, na brzeg kołdry.

Mama wychodzi na paluszkach.

– No i ja tego nie rozumiem – podnosi głowę Marylka. – Jak to jest? Dorosłym nie podoba się, gdy coś robimy. Wciąż mówią: „Nie biegaj, nie dotykaj, siedź spokojnie, wracaj, nie skacz, nie bałagań, nie krzycz”. A kiedy ktoś tego wszystkiego nie lubi robić, to też się nie podoba dorosłym! I znów mają pretensje. To już lepiej być kotem. On może żyć sobie tak, jak jest dla niego najlepiej.

Psik! – kicha drugi raz zaspany Balon i oboje zapadają w sen.


Ania siedzi na drewnianej ławeczce. Jak zwykle. Dzieci szaleją na przedszkolnym placu zabaw, hałasują, a Ania nic nie robi. Marylka wie, że dorośli ciągle chodzą z Anią na jakieś badania. I chociaż ona potrafi mówić, nawet czytać, to na ogół po prostu siedzi cicho, nie robiąc nic. To się nie mieści dorosłym w głowach!

 

Nawet dzieci już mówią:

– To musi być jakaś choroba. Trzeba uważać, żeby się tym nie zarazić – i wcale nie podchodzą do Ani. Ale rzadko jej dokuczają. Przez te trzy lata przyzwyczaiły się. Tyle że omijają dziewczynkę, jakby jej nie było na świecie.

– Co to za koleżanka, z którą nie można pogadać, poskakać i głośno pośpiewać? Łe tam.

No właśnie. Łe tam.

Łe tam?


Marylka zeskakuje z huśtawki. Niby ogląda coś w trawie, przykuca, grzebie patyczkiem w ziemi, ale jest coraz bliżej siedzącej na ławce Ani. Zerka na nią spod grzywki. Jeszcze raz. I dziwi się.

Ania wcale nie wygląda na smutną. Uśmiecha się, patrzy w dal, nawet robi miny. Wiatr rozwiewa jej długie kitki, ciemne i lekkie jak piórka. W uszach Ani tkwią srebrne serduszka – kolczyki. Prawa stopa lekko podryguje. Mały palec prawej ręki też porusza się leciutko.

To nieprawda, że Ania nic nie robi! – odkrywa Marylka i zamyśla się głęboko. – Przecież ona wciąż coś robi! Jest czymś zajęta. Teraz widzę, że i ona umie fisiować! Po swojemu.

Marylka już jest przy ławce. Unosi głowę. Ania wcale na nią nie patrzy, choć na pewno wie, że ona tu jest. O, jak się wpatruje w coś tam, w oddali.

Więc i Marylka stara się zauważyć to coś. Tak samo jak Ania patrzy i mruga. Ale nie widzi niczego specjalnego. Plac zabaw pełen dzieci, niski budynek przedszkola, kilka drzew. Dalej ogrodzenie i ulica. Samochody, ludzie na przystankach. Tyle widać.

Oj, a to co? Jaki śmieszny ptaszek. Idzie po pniu drzewa głową w dół. Odwrotny ptaszek. Od góry do dołu. Ojej, przefrunął na słup huśtawki. I znów tak samo – głową w dół!

Marylka się uśmiecha. Patrzy – i Ania się uśmiecha, po czym robi dziwną minę, jakby sama miała dziób jak ptaszek. No to Marylka też robi dziób! Patrzą tak obie na ptaszka, z ustami ściągniętymi w dzioby.

Wtedy Ania, choć nie spuszcza wzroku z ptaszka, przesuwa się na ławce. I już Marylka siedzi obok!

Ania robi nową minę, jakby bardzo się dziwiła. I Marylka robi taką samą minę, i zaraz potem szeroko otwiera usta. I Ania otwiera usta.

Siedzą razem i głośno oddychają. Później mlaskają, jakby jadły coś pysznego. I zamykają oczy. Gdy się zamknie oczy, to jakby więcej słychać! – odkrywa Marylka.

Dziewczynki przykładają do siebie dłonie. Dłoń Ani do dłoni Marylki. Ona ma zimne ręce – kolejne odkrycie. Ale dłoń Ani szybko ogrzewa się od dłoni Marylki. Potem można już wystawić języki. Ojej, jak mocno czuje się wiatr na języku! – myśli Marylka.

I wtedy zauważa, że obserwuje je grupa dzieci. Pewnie długo tak stały i patrzyły.

– Co wy robicie? – pyta Nikola, dysząc jeszcze po biegu wokół placu.

Wtedy Marylka patrzy na Anię i obejmuje ją ramieniem.

– Nie wiesz? Żyjemy! – odpowiada Nikoli.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?