Pamiętajcie, że byłem przeciw

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na sali sądowej próbowano lansować wersję, że oskarżeni musieli dostać się w szpony tych, którzy chcieli ich mieć w swojej kieszeni. Twierdzono wielokrotnie, że tam byli potrzebni fachowcy. Że oskarżeni czuliby się pewniej, mając za sobą wiedzę i doświadczenie zawodowe, ale mieli tylko działalność partyjną.

W toku śledztwa i na rozprawie wyszło na jaw, że Wawrzecki był skorumpowany z nieuczciwymi „mięsiarzami” jeszcze przedtem, nim został dyrektorem MHM-u.

Ale o Gradowskim świadkowie mówili już inaczej. Świadek Marcińczak znał ojca Gradowskiego jako żołnierza AL, znał też Henryka. Stwierdził, że wiadomość o aresztowaniu Gradowskiego była dla niego dużym zaskoczeniem. Świadek Kotuszewski znał Gradowskiego od 1947 roku i przypomniał, że w tamtych latach oskarżony, pracując jako mechanik w warsztatach samochodowych, jeździł na ochotnika z materiałami partyjnymi na tereny zagrożone przez bandy. Dwaj inni świadkowie, sekretarz Komitetu Zakładowego partii w Zakładach imienia Nowotki i kierownik jednego z działów produkcji w tych zakładach, wyrazili się o Gradowskim bardzo pochlebnie; pracowali z nim w tej fabryce na krótko przedtem, zanim został dyrektorem MHM-u. Oskarżony był tam kadrowcem. Podobno umiał rozmawiać z ludźmi, był życzliwy, uczynny.

I znów nasuwają się pytania:jak to się stało, że ludzie cieszący się dobrą opinią tak szybko, niemal bez oporów wciągnięci zostali w bagno, że sami błyskawicznie przekształcili się z uzdrowicieli w szefów przestępczego gangu?

Kierownikami warszawskich sklepów mięsnych byli w ogromnej większości dawni prywatni masarze. Tworzyli doskonale zorganizowaną sitwę, która wciągała w swoje macki każdego nowego dyrektora, nowego kontrolera.

Oskarżeni zasiadający dziś przed sądem bardzo szybko dali się skorumpować, wysforowali się w sitwie na czołowe miejsca, stanęli na czele przestępczej grupy, skupiając w swoich rękach wszystkie nitki. Pociągali je w zależności od wysokości sum wręczanych im w kopertach.

O Wawrzeckim i innych dyrektorach przedsiębiorstw handlowych współoskarżeni i świadkowie powiedzą później: „Myśmy się ich bali. Wydawali się nam nietykalni”. Oskarżony Skowroński, ich bezpośredni zwierzchnik, będzie się bronił: „Wiele spraw załatwiali ponad moją głową. Byli na ty z moimi zwierzchnikami, sami załatwiali sobie takie rzeczy jak dodatkowe przydziały puli mięsnej, przeniesienia służbowe i tak dalej”. Potem powie, że gdy odmówił im urlopu przed samymi świętami Bożego Narodzenia – wychodząc z założenia, iż dyrektorzy MHM-ów powinni być na miejscu w tym bądź co bądź newralgicznym okresie – natychmiast spotkał się z interwencją z zewnątrz i urlopu musiał udzielić.

Są ludzie, którzy lubią otaczać się nimbem zblatowania. Wykorzystują w tym celu bruderszafty, telefoniczne rozmowy, przypadkowe spotkania.

Takim mitem zblatowania z nie wiadomo kim otaczał się ­Haraschin, krakowski docent, skazany na osiem lat więzienia, takim mitem próbowali otaczać się niektórzy z oskarżonych. Ale mit prysł. Na sali sądowej została naga prawda.

Jest przerwa w procesie. Świąteczne dni Bożego Narodzenia. Właściwie to już po świętach. Plucha i rozmazane błocko.

Jestem reporterem lubiącym wychodzić poza salę sądową. Chciałam więc odwiedzić w domu Wawrzecką. Chciałam ją zapytać, jak brnęli w to złodziejstwo. Chciałam zobaczyć mieszkanie. Pojechałam na aleję Niepodległości. Numer domu 159. Na liście lokatorów świeża wizytówka, wśród innych zżółkłych, z nazwiskiem pierwszego oskarżonego. Tylko że przed nazwiskiem – imię żony. Ach, więc to tak. Ponura klatka schodowa, nieczynna winda i szczekanie psa zza tych drzwi.

Stałam na klatce schodowej i myślałam:zagarnął trzy i pół miliona złotych. Co z tego miał? Trochę lepszą lodówkę, trochę lepszy telewizor, dywan, ten domek za miastem, zapieczętowany i zabezpieczony na rzecz skarbu państwa. Bał się kupić samochód, żeby się nie rzucać w oczy. Więc kradł, zamieniał na dolary i zakopywał. Na posesjach znajomych – ujawnił to w śledztwie.

Pomyślałam też inaczej. Ma troje dzieci. Chodzą do szkoły. Nie wydaje mi się, aby żona nie orientowała się, że ich nagła, rosnąca stale zamożność nie jest związana z poborami i awansami. A dzieci? Czy pytał je o to, czy pytali je o to, czy chcą na swoje barki przyjąć ten ciężar? Nie łudźmy się:znajdą się przecież tacy, co powiedzą: „To syn tego Wawrzeckiego”.

Zrujnowana rodzina. Rozbita, straszliwie garbata. Nie, nie miałam odwagi zadzwonić do tych drzwi. Cóż chciałam usłyszeć? O co chciałam zapytać?

Dozorczyni, widząc, że pilnie oglądam raz jeszcze ową wizytówkę na liście lokatorów, zagadnęła:

– Kogo pani uważa?

Odpowiedziałam pośpiesznie:

– Byłam u Wawrzeckich.

Przyjrzała mi się nieufnie, taksująco, a potem jeszcze długo wychylała się z bramy, patrząc, jak brnę przez pluchę.

Z wyjątkiem jednego Balczarka, wszyscy oskarżeni mają dzieci. Niektórzy po kilkoro. Przeważnie w wieku szkolnym. W sumie zasiadający przed sądem mają osiemnaścioro dzieci. Najstarsze przychodzą czasem na salę rozpraw. Potem wracają do szkoły, do swojego życia. Garbatego życia.

To już trzydziesty czwarty dzień rozprawy. Wczoraj przemawiał pierwszy rzecznik oskarżenia publicznego. Dziś mówi drugi – prokurator Wojnar.

Przypomina na wstępie, że to pierwszy z czekających nas procesów mięsnych. Że będą odpowiadać przed prawem pracownicy zakładów służewieckich, konsumów, chłodni, rzeźni, zakładów garmażeryjnych. Pięciu pierwszych oskarżonych wiedziało o przestępstwach dokonywanych w handlu mięsem, ale za pieniądze, za niemałe sumy wręczane im przez kierowników sklepów nie tylko tolerowali istniejący stan rzeczy, lecz udzielali im pomocy w uprawianiu złodziejskiego procederu. Płynna jest bowiem – zdaniem oskarżenia – granica między pomocą a współsprawstwem, między zaniechaniem działania a uczestnictwem w przestępstwie.

To prawda, przyznaje prokurator, grzęzawisko moralne, korupcja i złodziejstwa istniały w handlu mięsem od dawna. Ale Wawrzecki, nim jeszcze przyszedł na dyrektora MHM-u, będąc instruktorem KW, już brał łapówki od nieuczciwych dyrektorów i kierowników sklepów, a później, po nominacji na to stanowisko, z całą bezwzględnością domagał się coraz wyższych łapówek. Nawiązał też porozumienie ze Skowrońskim i Fabisiakiem – czuł się bowiem w ten sposób zabezpieczony ze strony jednostki nadrzędnej i aparatu kontroli. Witowski dziesięć lat zagarniał pieniądze. W tym czasie została ogłoszona amnestia – nie opamiętał się. ­Gradowski został do pracy w MHM-ie skierowany w wyniku zaufania, które jemu – pozbawionemu wiedzy i doświadczenia w tej dziedzinie pracy, ale legitymującemu się nienaganną przeszłością – okazano, powierzając stanowisko dyrektora. Skowroński z jednej strony usiłował reorganizować warszawski handel, wprowadzał nowe metody obsługi klienta, legitymował się osiągnięciami, z drugiej strony tkwił głęboko w bagnie, przyjmował pieniądze i przymykał oczy na szerzącą się zarazę. Fabisiak przyjmował pieniądze nie tylko od dyrektorów, miał również bezpośrednie kontakty z kierownikami sklepów i zamiast, będąc naczelnikiem w PIH-u, chronić klientów przed nieuczciwymi, partycypował w ich okradaniu. O kierownikach sklepów mówi rzecznik oskarżenia, że to oni właśnie byli bezpośrednimi wykonawcami zorganizowanej machiny. Przy okazji zaś charakteryzowania sylwetki ostatniego oskarżonego padają sformułowania, iż rzemiosło pracować ma w oparciu o legalne źródła surowców, a nie dezorganizować gospodarkę.

Prokurator wyraźnie zmierza do końca. Mówi o tym, że każdy ma prawo zabiegać o podnoszenie swojej zamożności, ale nie kosztem innych, nie w konflikcie z prawem, poprzez naruszanie jego norm.

Jest już dobrze pod wieczór, gdy w zmęczoną, zdrętwiałą ciszę sali padają słowa prokuratorskiego wnioskowania:

– Dla Wawrzeckiego, Witowskiego i Fabisiaka żądam kary śmierci, dla Gradowskiego i Skowrońskiego – dożywotniego więzienia, dla Woźnicy, Balczarka i Zawadzkiego – piętnastu lat, dla Walendziuka – czternastu lat, dla Stokłosińskiego – trzynastu lat.

Potem starałam się nie widzieć i nie słyszeć już nic.

Z rozmów z różnymi ludźmi:

– To potworne. To chyba niemożliwe, żeby ich powiesili.

– Dobrze im tak, najpierw kradli, a teraz płaczą.

– Trzeba wieszać, bo jak sobie dać radę z tym złodziejstwem?

– Za pieniądze – kara śmierci?

– Dokąd będziemy pozwalali się okradać?

– Pani, to kozły ofiarne. Ileż to ludzi kradnie…

– W cywilizowanym państwie za przestępstwo przeciw własności?

– Czy to zatrzyma następnych? A kto by w to uwierzył?

– Ojej, jak to surowo, ojej!

– Można ostrzegać, ale kara śmierci?…

Dzisiaj zaczynają się przemówienia obrońców. W nocy padał śnieg, rano chwycił mróz i oszronił drzewa na sądowym podwórku. Za plecami oskarżonych, w szybach – kopuły rozłożyste, białosrebrne.

Pierwszy przemawia mecenas Szczygieł. Podważa wysokość kwoty, jaką przyjął w formie łapówek Wawrzecki. Skrupulatnie podlicza sumy wymieniane przez współoskarżonych i świadków. Obstaje przy dwóch milionach złotych, które można przypisać jego klientowi. Mówi dużo o remanentach niechodliwych towarów, o przerabianiu tychże na zapleczach sklepów, o jakiejś kiełbaśnicy znalezionej w czasie inspekcji. Podkreś­la nagminność i powszechność zjawiska okradania klientów w sklepach. Przytacza liczby i fakty, które mają świadczyć o tym, iż nielegalna produkcja wędlin ratowała przedsiębiorstwo od niechodliwych towarów. Odczytuje odnośny akapit z codziennego pisma donoszącego, iż jeszcze dziś w czterystu siedemdziesięciu ­sklepach mięsnych stolicy rozbiera się tusze i półtusze.

Przemówienie trwa dwie godziny, potem jest przerwa, a po przerwie zabiera głos drugi obrońca pierwszego oskarżonego, mecenas Bieńkowski.

 

Nie jest rzeczą publicysty ocena przemówień adwokatów. I ja nie poważyłabym się na wydawanie cenzurek. Ale niech mi będzie wolno skłonić głowę przed mecenasem Bieńkowskim i podziękować mu za tę głęboką, rozumną, żarliwą lekcję humanizmu.

Ponieważ adwokat broni oskarżonego z kodeksem w ręku i na sali sądowej obowiązuje zasada równości stron, więc tak jak przytacza się sformułowania aktu oskarżenia, należy również zrelacjonować argumenty obrony.

Do najważniejszych należy problem kwalifikacji prawnej czynu. Zdaniem obrony należy w tej sprawie mówić nie o gangu przestępczym, tylko o aferze, która powstała na skutek podsumowania, po latach, najrozmaitszych przestępstw spekulacyjnych, dokonywanych w sklepach mięsnych na szkodę konsumentów, i przejawów wysokiej korupcji urzędników administracji, którzy takie czy inne działanie lub zaniechanie uzależniali od łapówki.

„Skarb państwa na tym nie ucierpiał. Przedsiębiorstwo było rentowne” – podnosi obrona. A przecież istnieje zarządzenie wyraźnie określające, że wszelkie nadwyżki towarowo-pieniężne, powstałe w sklepach państwowych, stanowią mienie społeczne i powinny być odprowadzane do skarbu państwa. Treść tego zarządzenia, ogłoszonego w „Monitorze Polskim” – według oświadczenia kierowników sklepów, oskarżonych w tym procesie – była im dobrze znana.

Kwalifikacja prawna czynu budzi wątpliwości. Obrona przytacza niejednolite ustalenia Sądu Najwyższego na ten temat.

Pozostaje jeszcze w tym procesie, toczącym się w trybie doraźnym, problem otwarcia górnej granicy wymiaru kary, a co za tym idzie – konieczność głębokiego namysłu nad wnioskami prokuratora. Trzeba zapytać, czy lepiej jest karać raz na jakiś czas wielkiego złodzieja stryczkiem, czy włożyć maksymalnie dużo wysiłku w to, aby każde tego rodzaju przestępstwo zostało osądzone. Bowiem nie surowość przesunięta poza bariery humanizmu, lecz nieuchronność represji spełnia funkcję wychowawczą. I w wyrokowaniu sądu nie prewencja ogólna, lecz represja karna winna odgrywać decydującą rolę.

Jestem gorącą przeciwniczką kary śmierci. Szczególnie drastyczne wydaje mi się kojarzenie tej kary z przestępstwem złodziejstwa.

Afera mięsna nie jest pierwszą aferą gospodarczą, która trafia na salę sądową. W poprzednich procesach prokurator również wnioskował kary śmierci:dla Garlickiego, później dla Dedy. Pierwszego sąd skazał na dożywocie, drugiego z wyroku śmierci ułaskawiła Rada Państwa.

Społeczeństwo jest zniecierpliwione tym, że raz po raz w różnych dziedzinach gospodarki – w przemyśle, w przetwórstwie, w handlu – wybuchają afery. Że jakoś nie bardzo umiemy sobie z tym poradzić. Że doświadczenia procesów niewiele nas uczą, że kary nie odstraszają.

W wyniku afer gospodarczych na razie zawodzą środki stosowane dotychczas. Potępienie społeczne przestępców w rodzaju mięsnych aferzystów jest ogromne. Uczciwy człowiek musi czuć się zażenowany wobec tej grupy, nienasyconej, bezwzględnej, dysponującej coraz większym apetytem. Tylko czy to potępienie nie wykracza poza bariery humanizmu?

Spróbujmy zadać sobie pytanie:czy wyrok śmierci powstrzyma innych, następnych? Bo jeśli tak, to afera mięsna powinna być ostatnią aferą gospodarczą, która trafia na salę sądową.

Wiele było mowy, w ostatnich dniach procesu, o prewencji ogólnej. O skuteczności kary. Nie wydaje mi się, aby potrzeba nam było szubienic jako gwarancji ładu i przestrzegania norm prawnych. Jakie mamy wreszcie prawo skazywać na śmierć jednych, aby nastraszyć lub poprawić drugich? I czy szalę ludzkiego życia mogą przechylić najcięższe nawet miliony?

Wokół sprawy mięsnej narobiono wiele hałasu. Słusznego, bo wynikał z konkretnych niepokojów, ale również szkodliwego, jeśli ma się na względzie, iż to, co dzieje się na sali sądowej, a więc szukanie prawdy materialnej oraz ważenie winy i wyważanie kary, powinno odbywać się w absolutnym spokoju kodeksu postępowania.

Albert Camus, występując przeciw karze śmierci, pisał, że ci, którzy mają odwagę skazywać ludzi na tę karę, powinni mieć odwagę wykonywać wyroki publicznie. Bo jeśli to ma odstraszać… A potem odwoływał się do tych, którzy z bliska czy z daleka uruchamiają ręce kata, i malował w ich wyobraźni obraz sponiewieranego człowieka, wywlekanego nad ranem na egzekucję.

Na ławie oskarżonych siedzieli dziś, z głowami wciśniętymi w ramiona, Wawrzecki i Witowski, siedział kredowo­biały, z pustymi oczami, kamienny Fabisiak. Ludzkie strzępy i kamień z oszalałym, tłukącym sercem. Wewnątrz tych strzępów, wewnątrz tego kamienia – coś o niewymiernej, nieprzeliczalnej wartości:życie ludzkie.

Patrzyłam na oskarżonych. Czy można choć przez chwilę przypuścić, że kiedykolwiek – po latach – wracając do normalnego życia, popełniliby recydywę?

Mecenas Bieńkowski kończy przemówienie:

– Panowie sędziowie, jeśli po wszystkim, co zostało tu powiedziane, z ust waszych padłoby słowo „śmierć” – tu wyciągnął przed siebie rękę, rozcapierzył palce i trwając w tym geście obrony i sprzeciwu, schrypniętym głosem wykrzyczał: – to pamiętajcie, że byłem przeciw! przeciw! przeciw!

Ostatnie słowa obrońcy odbiły się od głośników umieszczonych na końcu sali i ze szlochem, który rósł od strony ław dla publiczności, wróciły przed sędziowski stół.

Dzisiaj były repliki i ostatnie słowo oskarżonych. Cóż mogli mówić? Że zdają sobie sprawę z tego, w co zabrnęli, że żałują i że proszą o sprawiedliwy wyrok. Złamani, skończeni ludzie. W obliczu grożących im kar – najsurowszych – nie mogli zebrać myśli, nie potrafili się opanować. Strzępy.

A potem nastąpiły długie godziny oczekiwania na werdykt sądu. Tłum milczący na korytarzu sądowym stał do dziewiątej wieczór, aby się dowiedzieć z oświadczenia odczytanego przez protokolanta, iż sąd zawiadamia, że z powodu zmęczenia czynnościami przerywa naradę do dnia następnego do dziewiątej rano, przy czym ogłoszenie wyroku nie nastąpi przed czternastą.

I już jest ten ostatni dzień. Dziesięć twarzy z pustymi oczami, wszystkie nerwy w zmyśle słuchu. Znów kamery i flesze, i nabita sala.

– W imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ogłaszam wyrok Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, IV Wydział Karny, w toczącym się w dniach… procesie przeciwko…

Sąd Wojewódzki postanowił uznać za winnych zarzucanych im czynów i skazać:oskarżonego Wawrzeckiego na karę śmierci, oskarżonych:Gradowskiego, Witowskiego, Skowrońskiego i Fabisiaka – na kary dożywotniego więzienia. Balczarka – na jedenaście lat więzienia, Woźnicę i Walendziuka na kary po dziesięć lat więzienia, Stokłosińskiego na dziewięć lat więzienia i ­Zawadzkiego na lat dwanaście. Nie są to wszystkie kary. Dochodzi do tego przepadek mienia w części lub całości, dochodzą kary grzywny i utrata praw honorowych i obywatelskich.

A potem jest uzasadnienie wyroku, przede wszystkim uzasadnienie kwalifikacji prawnej czynu. Sąd stanął na stanowisku, że nie musi w szczegółach zastanawiać się, jaki procent zagarniętych przez oskarżonych sum pochodzi z zagarnięcia nadwyżek towarowo-pieniężnych, a jaki z drobnych, latami uprawianych spekulacji. Zabór mienia był wyraźny, a wobec grabieżców społecznego mienia nie może być żadnego pobłażania. Afery gospodarcze mnożą się i dlatego trzeba sięgać po najwyższy wymiar kary. Oskarżeni codziennie, masowo, bezczelnie kradli setki tysięcy złotych. Korumpowali nadzór i kontrolę, chcąc wytworzyć klimat „bezpieczeństwa”. Wszelkie odruchy uczciwych ludzi, mające na celu przeciwstawienie się szajce, tępili z całą bezwzględnością.

„Ferując wyrok – stwierdził sąd – wzięto pod uwagę okoliczności łagodzące, to znaczy postawy oskarżonych w czasie śledztwa i procesu. Te okoliczności dotyczą i Wawrzeckiego. Jednakże ze względu na inne okoliczności – obciążające, które w sposób zdecydowany odróżniają jego sylwetkę od pozostałych oskarżonych – okoliczności łagodzące nie mogą odegrać na tyle decydującej roli, aby można było odstąpić od wymierzenia mu najwyższej kary”. Sąd scharakteryzował te okoliczności obciążające. Wawrzecki przyjmował korzyści materialne (pieniądze i prezenty na łączną sumę ośmiu–dziesięciu tysięcy złotych) od byłego dyrektora MHM-u Grzegorzewskiego, jeszcze nim został dyrektorem MHM-u. Twardo dopominał się od kierowników sklepów jednego złotego od każdego dodatkowego kilograma mięsa dostarczonego do sklepów w tuszach lub półtuszach, prowadził ścisłą buchalterię machinacji przy dostawach towaru, a skupiając w swoim ręku wszelkie decyzje personalne, manewrował przeniesieniami, awansami i zwolnieniami z pracy w zależności od korzyści materialnych, jakie mógł z tego osiągnąć. Uzależnił od siebie finansowo pracowników rzeźni miejskiej oraz kierownika Wydziału Handlu Stołecznej Rady Narodowej, Woźniaka. Posunął się nawet do tego, iż proponował funkcjonariuszowi MO, zajmującemu się kontrolą sklepów mięsnych, dwanaście tysięcy złotych pensji miesięcznej, wypłacanej z własnej kieszeni. Jednemu ze świadków odmówił przyjęcia pięciuset złotych łapówki, oświadczając, że „dziadowi się więcej daje”.

To wszystko przypomniał sąd, wyrokując karę śmierci dla Wawrzeckiego. Wyrok jest prawomocny i nie podlega zaskarżeniu. Wawrzeckiemu pozostaje już tylko czekać, czy Rada Państwa skorzysta z prawa łaski.

luty 1965

PS W kilkadziesiąt dni później w warszawskiej prasie codziennej ukazała się maleńka, nonparelem wydrukowana notka: „Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski w stosunku do skazanego na karę śmierci Stanisława Wawrzeckiego. Wyrok został wykonany”.

PS2 Wszystko, co ukazywało się w prasie o tak zwanej aferze mięsnej, podlegało ścisłej cenzurze zaostrzonej jeszcze w czasie toczącego się procesu. Bo z inicjatywy Gomułki proces ten odbywał się w nadzwyczajnym trybie – doraźnym, a to znaczyło, że podsądnym nie przysługiwało prawo odwołania się od wyroku do wyższej instancji. Znaczyło też, że za przestępstwa gospodarcze groziła kara od ośmiu lat do kary śmierci włącznie.

Zaraz po procesie w „Życiu Literackim”, w którym wówczas pracowałam, ukazał się mój artykuł – ostre i krytyczne ustosunkowanie się do kary śmierci ferowanej za przestępstwa gospodarcze.

Gdy „Życia Literackiego” już nie było, bo razem z innymi pismami literackimi wydawanymi przez RSW Prasę zniknęło z rynku, ja pisałam co tydzień w „Życiu” z kropką redagowanym przez Tomasza Wołka i Macieja Łętowskiego felieton pod tytułem Zdanie odrębne. W lipcu 2004 roku byłam na urlopie w Sopocie i tam zadzwoniono do mnie z „Życia”, żebym podyktowała przez telefon tekst, który Kinga Graczyk spisała i który ukazał się natychmiast po tym, jak profesor Andrzej Zoll, wówczas rzecznik praw obywatelskich, wniósł do Sądu Najwyższego wniosek o kasację wyroku, jaki zapadł w procesie toczącym się przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie w końcówce roku 1964 i na początku roku 1965.

27 lipca 2004 roku Sąd Najwyższy uchylił wyrok w sprawie afery mięsnej, uzasadniając, że zapadł on z rażącym naruszeniem prawa. W tak zwanym orzeczeniu następczym Sąd nie uniewinnił oskarżonych, a jedynie umorzył postępowanie karne „wobec zaistnienia ujemnych przesłanek, uniemożliwiających ponowne przeprowadzenie procesu, a mianowicie wobec przedawnienia i śmierci większości z oskarżonych. […] Bardziej zatem wyrok ten służyć może częściowej rehabilitacji wymiaru sprawiedliwości – pisano – który przed laty nie zapewnił oskarżonym tego, co w dniu dzisiejszym, nawiązując do terminologii konwencji międzynarodowych, nazwać należy »rzetelnym procesem«, a co, używając zwykłej i nader tradycyjnej nomenklatury, określić trzeba procesem sprawiedliwym”[3].

Podkreślono, że proces nie odbywał się w trybie przewidzianym przez Kodeks postępowania karnego z 1928 roku, lecz w trybie doraźnym z dekretu z 1945 roku. Uniemożliwiało to zarówno poddanie wyroku procedurze odwoławczej, jak i poszerzało katalog kar do kary śmierci włącznie. Obrońcy wnosili o zmianę trybu postępowania, lecz sprzeciw nie został uznany przez prezesa Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. W procesie sądzili wówczas sędziowie Kazimierz Gerczak i Faustyn Wołek pod przewodnictwem sędziego Romana Kryżego. Oskarżali prokuratorzy Alfred Policha i Eugeniusz Wojnar.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora