Pamiętajcie, że byłem przeciw

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sierotki mają teraz po kilkadziesiąt lat:jedna za kratami zakonu świata nie ogląda i w pogardzie ma dawno ziemskie sprawy i swary rodzinne, a druga buduje chałupę murowaną pod Poznaniem, dostatnio jej się wiedzie, ale tamtą krzywdę sprzed lat wywlokła i adwokata z Warszawy płaci.

Trzecia z kolei, po Antonim, była Anna. Wyszła za Wróbla. Z nim dziecko kalekę miała. Mała Kazia z garbem się urodziła i dziś właśnie nie mała już, ale dorosła Kazimiera jest główną stroną procesu. W świecie gdzieś się obraca, ale o swoje po ojcu się upomina. Potem była Genowefa. Za Tryca się wydała i do Kręgów wyniosła. Piąty był Franciszek. Od niego ziemię kupiła młodsza siostra Maria, co za Kierszniewskim jest. Przedtem Maria mieszkała z mężem w Górczewie, ale jak Franciszkowi w Bydgoskiem ziemia się trafiła, to Kierszniewscy swoje, górczewskie, sprzedali, od Franciszka grunta odkupili i razem z tym, co Marii się należało, złączyli. Szósty, Edward, i ósmy, Aleksander, umarli w jednym roku, też jeszcze za Niemca. Widać jakaś kara Boża czy co? – tak mówią ci, co przy życiu zostali. Siódma, którą przepuściłam, to była właśnie Maria Kierszniewska, co od Franciszka grunt odkupiła. Dziewiąty był Jan, ale ten umarł kawalerem, więc w koligacje i podziały rodzinne zamieszania nie wprowadził. Kłopotu nie było także z dziec­kiem dziesiątym – Aleksandrą. Miała siedem lat, jak z głupiej jakiejś gorączki wyjść nie mogła. Jedenaste dziecko to była Henryka. Ponoć to właśnie ona owego zamieszania narobiła, bo swoje i nie swoje obcym posprzedawała, pod Bydgoszcz się wyniosła i tam, razem ze swoim mężem, Rzępołuchem, dużą gospodarkę prowadzi. To o niej mówił mi sąsiad Wrzesiński, że tak po wsi latała i wypatrywała, komu by ziemię sprzedać, bo widać Bug i leszczyny, i krzyż przy drodze, i całe Rybno jej zbrzydło, tak się szybko chciała do tego Rzępołucha pod Bydgoszcz wynieść. Chciała mieć pieniądze, więc sprzedawała. Swoje i nie swoje:kaleki, sierot, wspólną łąkę, dróżkę niczyją, o którą się teraz ktoś upomina.

No i jak tu się wyznać, kto ma rację? I jak tym ludziom zacietrzewionym tłumaczyć, że zmarnowali piękną osadę włościańską, którą im ojciec i dziadek zostawił? Kto ma im to powiedzieć? Kogo usłuchają?

Mecenas w czarnej todze powiedział mi w kancelarii sądu:

– Chodzi o to, żeby wyrugować z ojcowizny nieprawnych właścicieli, nieskoligaconych, tych wszystkich, którzy pokupowali ziemię:Wygryza, Ciacha, Oleksiaka, Mroza.

A że Wygryz chce się budować na działce, którą kupił, co to kogo obchodzi? Mecenas spojrzał na sprawę ze swojego punktu widzenia:

– Te spory wloką się latami, jeżdżę i jeżdżę do tego Wyszkowa i co mam z tego? Dwa tysiące złotych i zwrot kosztów podróży.

Gdy zapytałam, kiedy się sprawa skończy, kierownik kancelarii wzruszył ramionami.

– Oho, nieprędko. Teraz trzeba wysłać tam biegłego geodetę. Ale geodeci zawaleni są podziałami. Rybno musi czekać w kolejności.

Młodziutka kobieta sędzia przytacza mi paragrafy Kodeksu Napoleona. „Spadkodawcy:Józef Jakubczak oraz Aleksander i Edward Jakubczaki, zmarli pod rządami Kodeksu Napoleona, wobec czego w sprawie niniejszej obowiązują zasady tegoż Kodeksu”.

Ale naprawdę zakręciło mi się w głowie, gdy wyczytałam w aktach: „Kazimiera Wróbel reprezentuje prawa do 111 części majątku pozostałego po Aleksandrze Jakubczaku i do 62 majątku pozostałego po Edwardzie Jakubczaku, zaś Marianna Jakubczak i Stanisława Lipińska reprezentują każda z nich prawa do 122 majątku pozostałego po Józefie Jakubczaku, do 380 pozostałego po Aleksandrze Jakubczaku i do 372 majątku pozostałego po Edwardzie Jakubczaku”.

Prawują się o ziemię po stryjach, którzy umarli dziećmi, stanowiąc cząstkę ogromnej rodziny, dzielą tę ziemię dziadkową na części siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. Krają i krają. A co zrobią ich dzieci i wnuki? Jakie zgłoszą pretensje do tych zagonów po obu stronach krzyża nad Bugiem? Na jakie części będą chcieli podzielić te cztery kroki w lewo i te pięć kroków w prawo? Do którego notariusza pójdą, żeby rozpisać ziemię po sprawiedliwości, według starszeństwa, od wschodu słońca? Kto będzie tu kogo spłacał i jaką wydajność z hektara zapisze wówczas urzędnik Wydziału Rolnictwa w wyszkowskich statystykach?

Co jeszcze zrobią, jak jeszcze rozwalą piękne gospodarstwo, ową starą zagrodę włościańską po Józefie Jakubczaku, który za Niemca umarł na progu własnego domu? Na jakie paski i w czyim interesie pokroją tę ziemię cierpliwą?

wrzesień 1962

Tu Dante nie mieszka

W V Wydziale Warszawskiego Sądu Powiatowego, przeglądając repertorium, natknęłam się na powtarzające się regularnie te same nazwiska:Arasimowicz, Moskalewicz, Skubiszewscy. Kilka spraw karnych w ciągu roku:Moskalewicz przeciwko Skubiszewskim, Arasimowicz przeciwko Moskalewiczowi, a po dwóch−trzech miesiącach odwrotnie:Skubiszewscy przeciwko Moskalewiczowi, Moskalewicz przeciwko Arasimowiczowi.

Przewodnicząca wydziału, sędzia Jasińska, powiedziała mi:

– No nareszcie, może się ktoś tym zajmie. My już jesteśmy bezsilni. Dwadzieścia osiem spraw karnych od 1953 roku do sierpnia roku 1963. Blisko trzy sprawy rocznie. Z odwoływaniem się do sądu rewizyjnego, z powoływaniem świadków, z odraczaniem spraw. Wyzwiska i oszczerstwa, bójki i coraz groźniejsze uszkodzenia ciała. – Potem pani sędzia rozłożyła bezradnie ręce i powiedziała: – Sąd jest bezsilny. I w tej sprawie, i w setkach podobnych. Ale tam – na Pańskiej – dojdzie kiedyś do morderstwa. Tak, tak, pani redaktor, oni się pozabijają.

Kilkaset metrów od Pałacu Kultury. Samo centrum Warszawy i… nikt by w to nie uwierzył:tylko oficyny zostały po przed­wojennych, czynszowych kamienicach. Śmieszne mieszkania wśród ruin i zwalisk gruzu. A to nie śmiech przecież, nie urągowisko, tylko życie codzienne, niezmiennie od lat trudne, niemal egzotyczne – w śródmieściu milionowej metropolii. Wątłe asparagusy w maleńkich okienkach, ślepe ściany, przekupki rozkładające zielony towar wprost na chodniku. Po stronie nieparzystej gruzowisko nieco uprzątnięte aż do Prostej i do Żelaznej, do baru i do budki z piwem, i do miejsca wysiedzianego na trasie, pod krzakiem, gdzie prostytutki i alfonsy odbijają co dzień ćwiartki z czerwoną kartką. Zakazana dzielnica, ten „Dziki Zachód”. Ulica Pańska. Kto zakpił sobie z ludzi tu mieszkających, kto rzucił im w twarz tę nazwę szyderczą?

Przed bramą domu numer 69 chybotliwa ławeczka, a na niej dozorca, stary Dobrowolski z parteru, co to lubi czas powstania wspominać, i garbaty bednarz imieniem Michał, co z sąsiedztwa na wieczorne rozmowy tu przychodzi.

Zrobili dla mnie miejsce obok siebie, patrzymy, kto do baru wchodzi, i na strażnika mennicy z Pereca, jak w cień się ukrył, mundur rozpiął i karabin ściągnął z ramienia. Handlarkom zielenina powiędła; zbierają do worków oklapnięte kapusty i zduszone pomidory. Jest siódma wieczór, skwar bije od rozprażonych chodników, w południe było pięćdziesiąt stopni.

Czekam na tej ławeczce na tych, o których sędzia Jasińska powiedziała, że oni się pewnie niedługo pozabijają. O, na takiej ławeczce niejednego się można dowiedzieć. Dobrowolski mieszka pod nimi, dozorca, no to wiadomo – z urzędu wiedzieć musi, co się w kamienicy dzieje, ale garbaty Michał też wie o nich wszystko. Zresztą nie tylko Michał. Cała ulica mówi o tych awanturach i bijatykach. A bo to milicja nie przyjeżdża? A bo to pogotowie ratunkowe nie było? A bo to do sądu przy Świerczewskiego co rusz to kogoś na świadka nie ciągną? U Dobro­wolskich to raz się nawet żyrandol w czasie awantury jakiejś oberwał i na stole roztrzaskał, dobrze chociaż, że nikogo akurat w pokoju nie było.

Dlaczego znieważają się od lat, dlaczego grożą sobie wzajemnie? O cóż się tak biją zaciekle, po sądach włóczą? O co tu chodzi?

Chodzi o mieszkanie.

Numer 28, pierwsze piętro w oficynie, po drewnianych schodach, z sieni na prawo.

Chodzi o wspólne mieszkanie.

„Arasimowicz – dzwonić raz. Skubiszewscy – dzwonić dwa razy. Moskalewicz – stukać”.

Mroczny przedpokój, na prawo drzwi do kuchni:pusto, ciemno, nie ma żarówki (kłócą się, kto ma ją kupić, a ponieważ nie mogą dojść do porozumienia, kto ma stanąć na krześle i wkręcić sześćdziesiątkę za siedem złotych, kto ma umyć zlew i zamieść podłogę – więc kuchnia od lat jest nieużywana). Gotują na maszynkach elektrycznych, każde w swoim pokoju. Drugie drzwi z przedpokoju prowadzą do ustępu. Wspólnego ustępu. Potem jest ten pokój duży, przechodni, odgrodzony szafami i kotarą – tam mieszka Moskalewicz z żoną. Z tego pokoju wchodzi się do dwóch pokoi następnych:drzwi na lewo – kliteczka z oknem pod sufitem, zielona tapeta, głośnik na ścianie – małżeństwo Skubiszewscy, i drugi pokój – na prawo – nieco większy, gdzie mieszka Aniela Arasimowicz, siostra Walerii Skubiszewskiej.

Tak to wygląda z bliska.

Wspólny przedpokój, wspólny klozet, wspólny kawałek przejścia przez przechodni pokój, wspólny zlew. Wspólne mieszkanie. Nie łudźmy się – wspólna gehenna.

Trwa to już kilkanaście lat. I nie tylko w Warsza­wie. Czyż wspólnych mieszkań nie ma w Krakowie, Łodzi, Gdyni, Poznaniu?

Pisał kiedyś o mieszkaniach profesor Szczepański: „Mieszkanie jest środowiskiem regeneracji sił, wypoczynku. Dla człowieka wracającego z pracy, zmęczonego wysiłkiem codziennym, rytmem pracy, dojazdem, załatwianiem spraw – mieszkanie jest miejscem odprężenia, gdzie każdy sam sobie może ustalić rytm czynności, jest swoim szefem, reguluje czas według własnego uznania, wypoczywa, śpi, regeneruje energię życiową i rano znów wychodzi wypoczęty”.

 

Regeneruje? Wychodzi wypoczęty? Ze wspólnego mieszkania?! Ci z Pańskiej 69 mieszkanie 28 zamiast do pracy biegną na skargę do komitetu blokowego, do komendy dzielnicowej milicji, do adwokata po radę. Wnoszą sprawy do sądu, jedna za drugą. Każda sprawa dwieście złotych, adwokat pięćset dwadzieścia albo i więcej, jeśli dojdzie do rewizji. I zmieniają adwokatów, bo „pan mecenas powiedział, że woli już nie zarobić, a słuchać tego wszystkiego nie może. Ciągle od nowa…”.

Ciągle od nowa.

Urzędniczka sądowa położyła przede mną dwadzieścia osiem teczek z aktami. Przeglądam pozwy i wyjaśnienia, zeznania świadków i protokoły rozpraw.

Wyjmuję na chybił trafił jakieś wyjaśnienie z jednej z teczek i przepisuję, zachowując oryginalną pisownię. Moskalewicz wyjaśnia: „proszę sądu wysokiego wyjaśniam co było w dniu 29 XII 62 o godz. 7 rano Aniela Arasimowicz trzaskała drzwiami i drzwi nie zamykała do naszego pokoju ja prosiłem Anieli Arasimowicz żeby nie trzaskała drzwiami i drzwi zamykała do naszego pokoju to Aniela Arasimowicz przechodząc koło mojego łużka podnosząc spódniczkę swoją i muwiąc pocałuj mnie, wariat Wisła się pali i nazywała na mnie bandyta, wypędzała mnie z mieszkania złużka do Parku Kultury aż ja dostałem atak sercowy…”.

Następny dokument, z zupełnie innej teczki z aktami – świadectwo obdukcji Walerii Skubiszewskiej pobitej 4 lutego 1963 roku: „3 cm poniżej kąta łopatki prawej obrzęk oraz wylew krwawy na przestrzeni 12,5 × 11,0 cm”, i tak dalej, i tak dalej. Wyliczają sobie w świadectwach każdy centymetr wylewu krwawego, przelicytowywują zadraśnięcia skóry, siniaki, obrzęki. Świadectwo za świadectwem. Każde z inną datą, każde podpisane przez prawomocnego lekarza. Tylko nazwiska na świadec­twach stale te same – te, co na drzwiach obok dzwonka do mieszkania.

I jeszcze jedno spostrzeżenie, proszę Wysokiego Sądu. To już ode mnie:nieprawda, że tam, za drzwiami numer 28, ktokolwiek kogoś o coś prosi, tak jak to było w wyjaśnieniu Moskalewicza. Tu się od razu krzyczy i wyzywa od najgorszych, a zaraz potem bije się gdzie popadło, na odlew, tym co pod ręką. Kijem, glinianym garnkiem, śmietniczką, kluczami. Ale po cóż ja wnoszę te poprawki? Przecież sąd i tak wie o tym, inaczej sędzia Jasińska nie powiedziałaby do mnie: „Oni się w końcu pozabijają”.

A wszystko zaczęło się zupełnie zwyczajnie. I któż tu mógł przewidzieć, że kiedyś dojdzie do awantur, bójek, sądowych wy­roków?

W 1945 roku do zburzonego miasta wracali ludzie. Ciągnęli przeważnie pieszo, wioząc na ręcznych wózkach lichy dobytek. Wracali do szkieletów wypalonych, do piwnic bez domów, do klatek schodowych bez mieszkań, do samotnie wiszących pokoi, którym zabrakło czwartej ściany, drzwi i wejścia. W morzu gruzów i zgliszcz dom przy ulicy Pańskiej był oazą dla ludzi niosących życie umęczonemu miastu. Do kamienicy przy Pańskiej wróciła mniej więcej połowa lokatorów. Reszta miała tu już nigdy nie wrócić.

Na pierwszym piętrze mieszkała starsza pani Michalina ­Arasimowicz z córką Anielą. Ale Aniela po powstaniu zahaczyła się gdzieś w Katowicach, więc i matka z nią tam została, zaś do mieszkania numer 28 wprowadziła się druga córka pani Michaliny – Waleria Skubiszewska z mężem. Mieszkanie ich na Czerniakowie rycząca krowa zmiotła z powierzchni ziemi, więc zagospodarowała się przy Pańskiej. Ale że głód mieszkaniowy w Warszawie był wtedy olbrzymi, zapobiegliwe małżeństwo, nie chcąc stanąć przed faktem dokwaterowania, przyjęło pod dach znajomą pana Skubiszewskiego – Jadwigę Jagodzińską z córką gruźliczką. Dziewczynka była śliczna i posłuszna, ale krwotoki przychodziły coraz częściej, coraz też częściej zostawała w łóżku, w przejściowym dużym pokoju, z balkonem wychodzącym na ciemne podwórze.

W 1948 roku Aniela Arasimowicz zlikwidowała swoje sprawy w Katowicach i obie z matką wróciły na stare śmiecie, na Pańską. Pięć następnych lat upłynęło w idealnej zgodzie. Ale w 1953 roku siedemnastoletnia wówczas Halinka Jagodzińska dostała krwotoku większego niż zwykle. Był marzec, niedobry czas dla gruźlików. W dwa dni później umarła w szpitalu.

Po jej śmierci matka sprowadziła sobie do przejściowego pokoju mężczyznę. Swojego mężczyznę – Piotra Moskalewicza. I wtedy zaczęło się to piekło.

Zadręczanie się wzajemne, niszczenie sobie nerwów, zdrowia. We wspólnym mieszkaniu jedni drugim gotowali gehennę.

Sąsiadka, ta, co mieszka z nimi drzwi w drzwi, powiedziała mi, wystawiając głowę w papilotach przez szparę w drzwiach:

– Co tu się dzieje, proszę pani, to strach pomyśleć. Ten Moskalewicz to Białorusin, ciężki charakter.

To samo mniej więcej, ale już ze szczegółami, powtórzyli sąsiedzi z parteru, ci, u których żyrandol się kiedyś oberwał. Kamienica w ogóle obstaje za siostrami. One są swoje. Jeszcze sprzed powstania. To mieszkanie babci Michaliny, świeć, Panie, nad jej duszą, i tej starej panny – Anieli.

Babcia Michalina umarła w tym roku przed samą Wielkanocą. W czasie awantur straszliwych, w czasie bójek i wyzwisk, stawała między nimi i załamywała ręce.

– Ludzie, ludzie, co wy robicie, dajcie mi spokojnie umrzeć.

Ludzie, ludzie czy szakale?

Nie dali jej spokojnie umrzeć. Własne córki nad jej łóżkiem awanturowały się z Moskalewiczem. Dla tych ludzi nie ma już nic świętego. Po ataku serca Piotra Moskalewicza pogotowie zabrało do I Kliniki Wewnętrznej. Leżał tam dwa miesiące. Tego samego dnia, w którym wrócił ze szpitala, jeszcze chory, ze zwolnieniem lekarskim, wybuchła awantura z bijatyką. Efekt:dwudziesta piąta czy szósta sprawa sądowa. Zaciekłość, zacietrzewienie, wszystkie złe ludzkie instynkty i moce bielmem położyły się tym ludziom na oczy.

Nie widzą już nic poza tym jednym, starym, od lat nieremontowanym mieszkaniem, w którym (o ironio) nawet kuchnia jest nieużywana. Od dziesięciu lat wiodą świętą wojnę, wloką do sądu obelżywe słowa i siniaki, pogróżki i oszczerstwa. Zapienieni, uparci. Leczą się w przychodniach dla nerwowo chorych, coraz częściej sięgają po środki uspokajające, kładą się do łóżek rozdygotani, o jednym od lat myślący… A rano znów się piekło zaczyna od nowa.

Wszystkie osoby dramatu są już po pięćdziesiątce. Za pieniądze wydane w ciągu tych lat na procesy i adwokatów każda z tych rodzin mogłaby już wpłacić niejedną ratę na spółdzielcze mieszkanie. Osobne, własne, o wiele wygodniejsze. Ale nie ustępują. Nikt się tu nie chce cofnąć z drogi raz obranej, ale obawiam się, że nikt też nie chce zobaczyć, dokąd ona może doprowadzić.

Leon Skubiszewski (starszy, siwy, szczupły pan, który wydał mi się najmniej zacietrzewiony):

– Moskalewicz ma fałszywy nakaz na ten pokój. Pokój jest przejściowy. Jak można było wydać nakaz na przejściowy pokój? Zrobił to stary warszawski kwaterunek. Ci, co wydali ten papierek, siedzą już za łapówki. Ale ten świstek jest stale ważny.

Piotr Moskalewicz (rozdygotany, wycierający pot z czoła i łykający nitroglicerynę) wyjmuje z szafki ustawionej w owym fatalnym, przejściowym pokoju stertę dokumentów. (Każde drzwiczki szafki zamknięte na osobną kłódkę). Podtyka mi coś pod oczy, głos ścisza:

– Widzi pani, mam na ręku zgodę na rozkwaterowanie.

Pochylam się. Rzeczywiście.

„Oddział Kwaterunkowy zawiadamia, że przychyla się do prośby obywatela pod warunkiem, że pozostali lokatorzy zamieszkali w ww. lokalu zgodzą się na przekwaterowanie do samodzielnych lokali”. Podpis, pieczęć, data. Rok 1958.

Nie zgodzili się. Pytałam dlaczego. Próbowałam tłumaczyć. Przecież mieszkanie ciemne, wilgotne.

– Ale nasze. To ich trzeba wykwaterować – napadła na mnie Skubiszewska, jakbym była jej najzagorzalszym wrogiem.

Na litość, trzy stare osoby i tak nie utrzymają się w trzypokojowym mieszkaniu. Jeśli Moskalewiczów zabraliby stąd, to ulokują tu kogoś innego. Głód mieszkań. Nie utrzymacie się tu sami. I znów będzie piekło.

– Nie, nie, nie. Nie zgadzamy się.

Czy w takim wypadku, aby wszystko było zgodne z literą prawa, z wolą stron, kwaterunek powinien czekać? I dokąd? Aż się pozabijają?

Słucham monologów, strasznych, złych monologów.

Mówią:

– Oskarżyli nas w sądzie, przed ludźmi, że przez nas jej córka umarła. Pobił mnie tyle razy. I męża też. A żona go tylko podjudza. Zawsze była wredna. Tylko przedtem byłyśmy jej potrzebne, żeby się dzieckiem zajmować.

Mówią:

– Te dwie jędze to potrafią dokuczyć. Nawet matki nie umiały uszanować. Głodem ją morzyły. Uparte, złośliwe, chodzą po nocy przez nasz pokój, trzaskają drzwiami, naumyślnie, chcą nas stąd wyrzucić.

Chciałoby się tymi ludźmi potrząsnąć, powiedzieć im:mało to przeżyliście, wojny, nieszczęścia, śmierć bliskich? Ile lat życia przed sobą jeszcze macie? Dlaczego sami je sobie marnujecie? Dlaczego żadna ze stron nie chce podać ręki na pojednanie? Czy nie macie w sobie tej odrobiny taktu, dobrej woli i wyrozumienia, żeby w tych – to prawda – nie najlepszych warunkach życia sobie nie zatruwać? Ale jak im to powiedzieć? Oni już nikogo nie słuchają.

Byłam tam raz. Nie jestem w stanie zrelacjonować z rezerwą tego napięcia, w którym żyje pięć osób w każdej godzinie dnia i nocy za drzwiami numer 28. Przy mnie o mało nie doszło do bójki. Biegłam w dół po schodach. Gonił mnie krzyk. Wymyślali sobie strasznie:od zdrajców, łajdaków, morderców. Za drzwiami zostawiłam piekło. Dantego tam nie spotkałam. Zresztą cóż by on miał tam robić?

26 sierpnia przed sądem powiatowym wyznaczona jest kolejna sprawa z ulicy Pańskiej. Dwudziesta ósma sprawa.

W warszawskim sądzie powiedziano mi, że mają tych spraw dziesiątki albo i setki rocznie. Mówią o nich: „sprawy ze wspólnych mieszkań”.

W Krakowie przed dwoma laty udręczony współlokator oblał benzyną wspólne mieszkanie, podpalił i sam w nim spłonął. Są i inne wypadki zakończone tragicznie. Są na tym tle zbrodnie, morderstwa.

O tym, że wspólne mieszkania istnieją, wiemy wszyscy. Że jest tych mieszkań jeszcze bardzo dużo – też wiemy. Ile? Na to nikt nie umiał mi odpowiedzieć, liczb tych daremnie szukałam w statystykach wielkich miast.

Lokatorzy wspólnych mieszkań mają znikomą szan­sę otrzymania mieszkania samodzielnego. Znikomą? Praktycznie nie mają żadnej szansy. Mieszkają bowiem przeważnie w obszernych pokojach, mają możliwość ugotowania posiłku, więc czymże mogą się „wykazać” wobec rodzin wielodzietnych, ciągle jeszcze mieszkających w suterenach, na poddaszach, w domach zagrożonych? Co mogą przeciwstawić ich reumatyzmowi, gruźlicy? Swoje zszarpane nerwy, swój utracony spokój? Czy to są ­argumenty, które mogą unieść choć trochę tamtą, obciążoną szalę?

– Jaka jest szansa poprawy sytuacji, kiedy zlikwidujemy wspólne mieszkania? – pytałam, kładąc reporterski notes na coraz to innym biurku. Rozkładano ręce, mówiono z troską w głosie:

– Nie ma perspektyw, nie ma szans.

Pisałam, że trzeba budować znacznie mniej mieszkań wielo­izbowych, do małych przekwaterowywać tych z „kołchozów”, a wieloizbówki, po remoncie, przydzielać wielodzietnym rodzinom.

W ciągu ostatnich lat zmienił się profil budownictwa mieszkaniowego w stolicy. Budowlani oddają już więcej mieszkań jedno- i dwuizbowych.

– Czy rozładowano nieco „wspólne mieszkania”? – zapytałam w Wydziale do spraw Lokalowych.

Odpowiedziano mi, że nic się prawie w tym względzie nie zmieniło.

– Jest tyle potrzeb.

Więc w tym morzu potrzeb są jeszcze takie drzwi, na których widnieją po trzy, cztery nazwiska, a za drzwiami – codziennie, od nowa, ludzie nad ludźmi zamykają dziesiąte kręgi piekieł.

PS pisane po roku

Gdy reportaż ten ukazał się w „Życiu Literackim”, do redakcji zaczęły przychodzić listy. Pisali na zmianę – raz Moskalewicz, raz Skubiszewscy. Nie, nie prostowali niczego. Donosili o następnych sprzeczkach, awanturach, pobiciach. Szukali mnie w Warszawie – w redakcji „Kultury”. Tam przed sekretarzem redakcji wylewali swoje żale. Z „Kultury” odsyłano ich do rady narodowej albo do „Życia Literackiego”. Więc pisali. Szukali ratunku, pomocy.

Mój naczelny, Władysław Machejek, pytał mnie:

– Co ja mam z tymi listami robić?

Potem telefonowali do mnie. Myśleli, nieszczęśni, że reporter może coś poradzić tam, gdzie nie może dać sobie rady sąd, gdzie bezsilna jest rada narodowa. Bardzo trudno było im wytłumaczyć, że przecenili rolę prasy i dziennikarza w swojej sprawie.

A bo ja zresztą wiem, czy liczyli na coś jeszcze? Może po prostu chcieli złapać jakąś następną deskę ratunku, może czuli potrzebę informowania, że kręgi piekła, w którym żyją, są coraz straszliwsze? A może chcieli głośno wykrzyczeć swoją tragedię?

 

Wysłuchiwałam cierpliwie wszystkiego, co do mnie docierało. Żyłam przecież w kręgu ich tragedii, wiedzieli, że ją zrozumiałam. Ale pewnego dnia, bardzo wcześnie rano, odezwał się telefon. Po drucie dotarł do mnie rozdygotany kobiecy głos:

– Czy chce się pani dowiedzieć, co się stało na Pańskiej?

– Och, może nie teraz… – Nie mogę sobie do dziś darować tamtego zaspanego głosu, tamtej obojętności.

Po drugiej stronie zaległa cisza. Potem tamta kobieta odwiesiła słuchawkę.

Żebym wiedziała…

W południe tego samego dnia siedziałam w gabinecie prezesa warszawskiego sądu powiatowego, Bartosika. Rozmowę przerwała nam sędzia Jasińska, ta sama, która kiedyś powiedziała mi: „Oni się kiedyś pozabijają…”. Wpadła rozgorączkowana do pokoju. Już od drzwi wykrzyczała:

– Panie prezesie, ten Moskalewicz, wie pan, ten nasz Moskalewicz, powiesił się.

Zdrętwiałam.

Ten telefon rano do mnie. To pewnie była żona Moskalewicza. Chciała mi pewnie donieść, że mąż…

Nigdy sobie tego nie daruję.

Kilka razy wracałam już spod tych drzwi:Pańska 69, pierwsze piętro na prawo. Nie miałam odwagi zastukać. Cóż mogłabym powiedzieć? Cóż warte byłyby tu spóźnione słowa? Cóż warte są w ogóle słowa?

PS, które pod tym reportażem należy się czytelnikowi

Od 1945 roku do roku 1966 oddaliśmy w Polsce do użytku blisko 7,5 miliona izb mieszkalnych. I dalszy ciąg statystyki:w 1960 roku przypadało w Polsce 1,66 osoby na izbę wobec 1,75 w roku 1950 i 2,68 w roku 1931 (a przy ostatniej liczbie zaznaczyć wypada, że w mieszkaniach klasy robotniczej wskaźnik ten wynosił 3,9 osoby na izbę).

sierpień 1963

Inne książki tego autora