Niezłe ziółkoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Czarodziejka od rozwiązywania języków

− Zamieszka z nami babcia − powiedziała mama i dalej przypiekała tosty.

Jak można piec tosty, kiedy się wie takie rzeczy?

Eryk zaniemówił z wrażenia.

− Babcia Malutka? − chciał natychmiast wiedzieć. Niech choć to zostanie wyjaśnione!

Pora na wyjaśnienia była bardzo nieodpowiednia.

Śniadanie w domu Eryka jest maratonem, który wygrywa ten, kto najmniej mówi i najszybciej wkłada swój talerz do zmywarki. Eryk nigdy nie wygrywa, ponieważ nie znosi maratonów. Udaje tylko, że bierze w nich udział, aby zrobić rodzicom przyjemność. Ale teraz był skłonny zrezygnować nawet z ulubionych grzanek, byle dowiedzieć się jak najwięcej o zapowiedzianej wizycie.

Babcia Malutka jest mamą mamy i Eryk widział ją zaledwie kilka razy. Babcię Dużą, mamę taty, znał lepiej. Kiedy przyjeżdża, trzeba dokładnie wysprzątać pokój i odpowiadać na pytania pełnym zdaniem, bo Babcia Duża była kiedyś kierowniczką. Rządziła i wszystko wiedziała najlepiej. Eryk zauważył, że od tego czasu nic się nie zmieniło. I choć babcia przeszła dawno na emery-coś tam, to w jego domu nadal była kierowniczką. Może dlatego każdy trochę się jej bał?

Nawet Balbina. Świnka morska Eryka, przyjaźnie zwana wieprzem, świntuszkiem, prosiakiem i Balbiną, na widok Babci Dużej udawała, że śpi. Właściwie cała rodzina trochę udawała, że śpi, a tato nawet potrafił kłamliwie pochrapywać.

Wszystko dlatego, że babci nic się nie podobało. Zupa za kwaśna, chleb za świeży, Eryk zbyt niski, a mama powinna być szczuplejsza i koniecznie coś zrobić z włosami. Eryk nie miał pojęcia, po co robić cokolwiek z włosami mamy, zakręconymi na maksa i cudownie niegrzecznymi, jak mawiał tata. Właśnie takie podobały się tacie i Erykowi najbardziej. O swoich spostrzeżeniach babcia mówiła z fotela taty, oglądając ulubione seriale. Najgorsze było jednak to ciągłe nazywanie Eryka „Eryczkiem”.

Jak można dorosłemu chłopakowi robić takie rzeczy? ‒ zastanawiał się Eryk, słysząc ciągle tego „ryczka”, którym babcia bez przerwy go przezywała. Dla Babci Malutkiej był „młodym człowiekiem”, co jak najbardziej zgadzało się z Eryka myśleniem o sobie. I wcale nie pomagało tłumaczenie mamy, że nawet tata, Michał, musi ścierpieć dziwne spieszczenie, które w wykonaniu jego mamy brzmiało „Minusiu”. Ponoć zawsze był Minusiem i jakoś sobie z tym radził. O kłopotach taty z dzieciństwa Erykowi powiedziała w tajemnicy mama, ale wcale nie poczuł ulgi.

Eryk zauważył również, że kiedy tato odprowadzał babcię na pociąg, wracał rozpromieniony i tak się cieszył, jakby jego mama miała dopiero przyjechać.

Babcia Malutka pojawiała się bez zapowiedzi. I gdy tylko przekraczała próg, dom stawał na głowie. Nie na dachu, a właśnie na głowie!

Babcia wyciągała ze starej walizki dziwne prezenty. Jakieś muszle, aromatyczne przyprawy, śmieszne okulary przeciwsłoneczne albo kolorowe kamyki, które potem były ozdobą mamy klombu. Każdy wybierał z tych skarbów coś dla siebie. Tato śmieszne okulary, mama przyprawy indyjskie, Eryk ozdobne muszelki. A potem siadało się przy pachnącej herbacie i Babcia Malutka rozwiązywała języki. Naprawdę potrafiła to zrobić! Nie tak, jak się rozwiązuje sznurowadła. Właściwie nie wiadomo, jak tego dokonywała. Po prostu wszyscy zaczynali jednocześnie mówić i głośno się śmiać. A babcia słuchała tych rodzinnych opowieści z błyszczącymi oczami.

Kiedyś Eryk nie wytrzymał i zapytał ją wprost, dlaczego jest ciekawa takich całkiem zwyczajnych rzeczy. Pyta o szkołę, o taty nowy projekt budowlany i przepis na krewetki. Chce wiedzieć, jak się przyjęły rododen-jakieś tam. No i w ogóle! Interesuje się nawet zmianą opon na zimę w taty samochodzie! Więc dlaczego pyta o takie głupstwa, skoro sama przeżywa najprawdziwsze przygody?

Babcia odparła wtedy, że zwyczajne rzeczy są niezwykłymi przygodami, jeśli się nad tym głęboko zastanowić.

Dotąd Eryk nie miał czasu na głębokie zastanowienie, ale babci zdanie uznał za niezwykle ważne. A już na pewno głęboko przemyślane, bo Babcia Malutka, choć też żyła w wiecznym pędzie, zawsze potrafiła znaleźć chwilę na różne przemyślenia.


Albo babci przyjaźń z Balbiną.

To dopiero było imponujące, choć nie zawsze dla Eryka wygodne. Babcia delikatnie, ale stanowczo prosiła, aby częściej zmieniał śwince wodę i nie zamykał jej w szafce na buty.

To prawda, zdarzały się te i inne przewinienia. Nawet takie, o których Eryka prosię na szczęście nie pisnęło słowem. Ale zwykle milcząca świnka też potrafi rozwiązać przed babcią język i klepie nim bez umiaru.

− Mamo! − Eryk ponowił swoje pytanie. − Czy chodzi o Babcię Malutką? To ona z nami zamieszka?

Mama przytaknęła, a Eryk tak się ucieszył, że zjadł bez marudzenia okropnie przypaloną grzankę.

Nie zastanawiał się, dlaczego jest przypalona i dlaczego mama stoi przy garnkach z przygnębioną miną. Nie mógł o tym myśleć, bo właśnie rozpoczął snucie wielkich planów związanych z wizytą gościa. Na pewno zaprosi babcię do domku na drzewie. Jest wprawdzie ciasny, ale własny. Można z niego godzinami patrzeć przez lornetkę, udawać Indianina lub siedzieć po turecku i czytać książki o dinozaurach. Babcia wreszcie opowie mu o ziołach, które zbiera na całym świecie, bada i opisuje w książkach. Pójdą razem do lasu i Eryk zdradzi babci, gdzie ma swoją kryjówkę. Nie jest to taka całkiem prawdziwa kryjówka, bo szałasik pomógł mu zbudować tata. Jednak dotąd Eryk nikogo tam nie zaprosił. Nie ma aż tak bliskich kolegów, a niektórzy z nich, jak choćby Bobas czy Kitek, pewnie by ten jego szałasik wyśmiali.

Poza tym babcia musi zobaczyć schronisko dla zwierząt Hau-Miau. Eryk jest tam osobą doskonale znaną, bo w każdą sobotę pracuje przy porządkowaniu boksów, a nawet wyprowadza psy na spacer. Zwłaszcza swego ulubieńca, Pana Złotko. Pojechaliby tam z babcią rowerami. To nie jest bardzo daleko, ale rowerem podwójna frajda.

− Czy Babcia Malutka lubi jeździć na rowerze? − zatrwożył się nagle i wbił w mamę pytający wzrok. − Wiem, że woli swój motocykl ‒ zmarkotniał. ‒ Ja nie mam motocykla… A gdyby tak pożyczyła twoją damkę? Wyskoczylibyśmy sobie tu i ówdzie… Choćby do Hau-Miau… Mamo, pożyczysz babci swój rower? ‒ Postanowił działać od razu, bo potem, jak to często bywało, babcia skracała swój pobyt i połowa uciech musiała czekać na jej następną wizytę.

Mama musiała być nie w sosie. Zamiast przytaknąć, powiedzieć: „Oczywiście, kochanie”, zbeształa go. Znalazła na koszulce plamy po dżemie śliwkowym, kazała Erykowi szybko się przebrać, a potem przewracała oczami, wyrażając w ten sposób oburzenie z powodu marudzenia przy śniadaniu.

Eryk powlókł się więc do szkoły niepewny poczynionych planów, a to był dopiero początek pechowego dnia.

Zanim wszedł do klasy, Bobas tak go poklepał po plecach, że Eryk zgiął się wpół. Na ten widok Kitek zaśmiał się i krzyknął:

– Zobaczcie, jak wygląda połowa Eryka!

Rozległ się wokół gromki śmiech, bo z tego wszystkiego Erykowi spadła czapka NBA. Błażej natychmiast to wykorzystał i zaryczał donośnie:

− Głowa Eryka nie ma już nocnika!

Na szczęście nadeszła pani z dziennikiem. Śmiechy ucichły i zaczęło się wielkie przepychanie w drzwiach do klasy.

Eryk podniósł czapkę, ale już jej nie wcisnął na głowę.

Może rzeczywiście przypomina nocnik? − zmarkotniał. − A jeszcze niedawno Bobas na jej widok z podziwu aż zaniemówił. A teraz wychodzi na to, że Eryk ma ładny nocnik…

Westchnął ciężko i zajął miejsce pod oknem. Przynajmniej miejsce miał najlepsze, z widokiem na kwitnące bzy. Umyte nocnym deszczem schły na słońcu. I za każdym razem, kiedy Eryk na nie patrzył, przypominały mu, że już niedługo będą wakacje.

− Eryku, o czym myślisz? − zapytała go nagle pani.

− Myślę, że już niedługo będą wakacje − odpowiedział szczerze i rozbawił całą klasę. Na szczęście nikt nie zaśmiał się złośliwie, bo każdy, nawet Bobas i Kitek, myśleli wyłącznie o tym samym.

Po ostatniej lekcji Eryk sprytnie umknął przed Bobasem i Kitkiem, machnął przyjaźnie ręką wstydliwej Poli, która zawsze patrzyła na niego, jakby się chciała rozpłakać, i pędem ruszył do domu.

Miał nadzieję, że na podwórku zobaczy pstrokaty motocykl babci, a ona, w wielkim słomkowym kapeluszu, przywita go na werandzie głośnym buziakiem. Potem powie z prawdziwym zachwytem: „Wyciągnąłeś się, młody człowieku!” albo: „Urosłeś, mój przystojniaku!”. Eryk po tych słowach jeszcze wyżej podniesie głowę i nawet uwierzy, że przybyło mu kilku centymetrów. Bo zdaniem Babci Malutkiej jej wnuk cały czas mężnieje i nie powinien się martwić, że robi to wolniej od innych chłopców.

‒ Nawet jeśli jestem najniższy w klasie? ‒ dopytywał z nadzieją w głosie.

− Nawet ‒ odpowiadała poważnie babcia. ‒ Niektórzy tylko rosną, a ty mężniejesz – rozwiewała jego obawy, które ulatniały się jak rój owocowych muszek.

Tym razem przed domem stała jedynie wielka śmieciarka, a weranda ziała pustką.

− Nie szkodzi − pocieszył się Eryk. – Zajmę się Balbiną. Nie pozwolę, aby ta skarżypyta znowu na mnie doniosła! – I ruszył w pośpiechu do swego pokoju.

 

Gdy klatka lśniła czystością, na wszelki wypadek energicznie wyszczotkował jej właścicielkę, nucąc piosenkę, którą oboje bardzo lubili.

− Przypominam ci – szepnął śwince, gdy prace porządkowe dobiegły końca − że jesteś czysta, nakarmiona i uczesana jak na wesele. Jeśli znowu zaczniesz za dużo paplać, to powiem babci, co ostatnio znalazłem w moim łóżku. A nie były to, jak zapewne wiesz, drogocenne diamenty!

Mama z zapamiętaniem tarła cebulę, co wskazywało, że pech Eryka wcale się nie skończył.

− Dziś zupa cebulowa? − westchnął zrezygnowany i osunął się na najbliższe krzesło.

Czasami trudno było zrozumieć mamę. Jak miał się wyciągać i mężnieć, skoro tak często w jego talerzu pływały kawałki znienawidzonej cebuli? No i mama też cierpiała, gotując to ohydztwo, bo zawsze miała łzy w oczach.

− Czy już wiadomo, kiedy będzie babcia? − zapytał z nadzieją, że przynajmniej to jego marzenie spełni się za chwilę.

− Wkrótce − padła załzawiona odpowiedź. Nie o taką Erykowi chodziło.

Chciał usłyszeć, że już, że za chwilę. Być może właśnie teraz. Musiał jednak przyznać, że słowo „wkrótce” doskonale pasuje do kalendarza Babci Malutkiej. Oznacza, że można się jej spodziewać zarówno na niedzielnym obiedzie, jak i w połowie wakacji. W środku nocy, gdy cichutko zaparkuje swój motocykl przy ulicy, albo podczas śniadania. Jej śmiech będzie słychać od wejściowych schodów. Wszyscy już przywykli do tego, że dla babci nie liczyły się ani godziny, ani dni, ani nawet miesiące. Po prostu nadchodził czas, że się zjawiała i zawsze robiła to w porę.

Eryk nie mógł zrozumieć, dlaczego mama nie podziela jego niecierpliwości. Zamiast podskakiwać ze szczęścia, była wciąż przygnębiona, a nawet nieobecna myślami.

− Przyjeżdża twoja własna mama, a ty się nie cieszysz! − zauważył z pretensją. − Jakby przyjeżdżała moja, skakałbym z radości do sufitu!

− Jakoś nigdy nie skakałeś… − mama spojrzała na Eryka z lekkim niedowierzaniem.

− Ponieważ ty nigdy nie przyjeżdżasz! − wyjaśnił nieco rozgoryczony.

Mama westchnęła i przez moment wyglądała jak Pola, czyli tak, jakby miała się za chwilę rozpłakać.

− Czekam na babcię ‒ powiedziała, kładąc dłoń na ramieniu Eryka. ‒ Czekam i chcę, aby już z nami była. Martwi mnie jednak, że wraca do nas chora.

Cebula wciąż musiała gryźć mamę w oczy.

− Nie przejmuj się! – Eryk miał dobre wieści. – Babcia Malutka zna wszystkie zioła! Na pewno jest takie, które jej pomoże!

− Miejmy nadzieję. – Uśmiech mamy nie był szczery. Opuściła głowę, jak zawsze, gdy dopadał ją smutek.

− Czy to znaczy, że… nie będę mógł jeździć z babcią na rowerze? − zapytał cicho, a jego oczy stały się prawie granatowe, choć zwykle błyszczały kawałkiem pogodnego nieba.

− Raczej nie.

− A pójść do lasu? To niedaleko! Czy Babcia Malutka może obejrzeć mój szałas?

− Obawiam się, że nie − odpowiedziała mama i było widać, że jest jej bardzo przykro.

Eryk zapatrzył się w zdjęcie Babci Malutkiej stojące na kominku. Siedziała na pstrokatym motocyklu i miała na twarzy ten swój pełen zachwytu uśmiech.

− Skoro tak, będziemy rozmawiać! − rozpromienił się. − Babcia opowie mi wreszcie o swoim życiu. O puszczach i lasach, gdzie zbierała zioła. I o dziadku! Prawie go nie znam − zmarkotniał.

− Był całkiem inny − mama wyglądała na zamyśloną. Aż od tych wspomnień na jej czole pojawiła się zmarszczka. − Babcia jest jak kolorowy ptak, ciekawy świata i uciekający z klatki. A dziadek raczej przypominał Balbinkę. Lubił swój dom, kawałek ogrodu, kapcie i poranną gazetę…

− Czy to źle?

− Ależ skąd! – zaprzeczyła mama. − Po prostu cenił spokojne życie. Gdy umarł, babci już nic nie mogło zatrzymać w miejscu. Wówczas zamieszkaliśmy we trójkę właśnie tu. Byłeś taki maleńki jak Balbina… A Babcia Malutka szalała na swoim motocyklu po całym świecie. Wpadała do nas na chwilę, by się tobą nacieszyć…

− Pozachwycać! − sprostował nieskromnie Eryk.

− Pozachwycać − przytaknęła mama. − A kiedy się pozachwycała, ruszała dalej w swoją stronę. Teraz chce odpocząć. Dlatego wraca.

− No tak − zgodził się Eryk.

Mama po tym wyznaniu poczuła się jakby lepiej. Nie miała już takiej smutnej miny, a na jej policzkach pojawiły się dwa dołeczki.

Tego dnia znacznie gorsze od zupy cebulowej było czekanie. Zajęło Erykowi całe popołudnie. A kiedy już poczuł się zmęczony ciągłym wyglądaniem przez okno, wytaszczył z garderoby karton pełen zdjęć i kartek nadsyłanych z babcinych podróży.

Najwyższy czas je uporządkować – pomyślał, rozkładając na dywanie mapę.

Podłoga w pokoju Eryka zamieniła się w kolorową opowieść o najdalszych krańcach świata. Afryka połyskiwała piaskami pustyni, a babcia w ogromnym turbanie próbowała ukryć się w cieniu wielkiego wielbłąda. Indie tonęły w deszczu, ale mina babci wskazuje, że tego nie zauważyła. Uśmiecha się do fotografa, trzymając w rękach dwa ogromne kosze pełne tajemniczych roślin. Z kolei tu, na fotce z dalekiej tajgi, wcale nie widać, że to tajga! Babcia stoi na tle książek w grupie innych zbieraczy ziół. Muszą być bardzo mądrzy, bo wielu z nich ma siwe włosy, okulary i białe fartuchy. Było spore zamieszanie z tym zdjęciem, kiedy Eryk opowiadał w szkole, że w tajdze na ogół występują same biblioteki. A teraz trudno mu uwierzyć, że tyle dziwnych i dalekich miejsc Babcia Malutka widziała na własne oczy!

Eryk, choć wcale nie jest specjalnie mądry, też od pewnego czasu nosi okulary, dzięki czemu również więcej i dokładniej widzi. Nie jest jednak pewien, czy na własne oczy. No i takie obrazki, jak te na zdjęciach, to zdarzało mu się oglądać w zoo, w internecie albo w podróżniczych książkach taty. Na szczęście Babcia Malutka potrafi tak opowiadać, że wystarczy siedzieć po turecku i uważnie słuchać, a już się dociera tam, gdzie babcia była.

− Zobaczysz, Balbina, znowu najeździmy się po świecie całkiem na gapę. I będziemy mieć pełno nowych znajomych! − szepnął Eryk w stronę klatki. Musiał szepnąć, bo od dłuższej chwili miał wrażenie, że Balbina też smętnie spogląda na te zdjęcia, jakby chciała babcię ożywić i radośnie pisnąć na powitanie. − Wkrótce sobie piśniesz − obiecał jej solennie, chowając zdjęcia do kartonu.


Baletnica na boisku

Dopiero po kilku dniach na podwórko pod dom Eryka zajechało z wielkim fasonem auto taty. Pstrokaty motocykl babci lśnił wprawdzie pięknym blaskiem, ale był unieruchomiony i podróżował tym razem w samochodowej przyczepce. Babcia też była unieruchomiona. Siedziała na inwalidzkim wózku, który wcale, ale to absolutnie wcale do niej nie pasował. Na szczęście niemal od razu wpadł Erykowi do głowy doskonały pomysł, aby razem z babcią pomalować ten ponury pojazd w kolorowe kwiaty lub w gwiazdki. ‒ Gwiazdki będą lepsze, bo kosmiczne, więc bardziej odlotowe ‒ uznał i natychmiast zdradził staruszce swe zamiary. A potem przytulił ją mocno i wręczył wielki wiecheć zielska.


− Jakie piękne! ‒ szepnęła wzruszona babcia. – Skąd je masz? ‒ spytała z zachwytem.

− Z łąki! ‒ odparł z dumą. ‒ Mam nadzieję, że znajdziesz tam jakieś zioła – dodał nieco zakłopotany, gdyż nie bardzo znał ulubione rośliny babci. Za to znał się na wakacjach i zapragnął gorąco, aby co roku właśnie tak się zaczynały.

Pachnący bukiet natychmiast dostrzegła Balbina. Eryk i Babcia Malutka udali, że tego nie widzą. Tyle było spraw do omówienia, tyle ważnych pytań! Kto by się przejmował prosiakiem wcinającym powitalną wiązankę!

Kolejne dni mijały za szybko. Tak się spieszyły, że Eryk zaczął podejrzewać rodziców o przestawianie zegarków. W najciekawszych momentach babci opowieści wkraczali do jej pokoju, oznajmiając koniec wizyty. To tak, jakby zatrzymać film chwilę przed zakończeniem! Albo ogłosić koniec meczu po pierwszej połowie! Ba! Koniec świata w chwili, gdy ciasto drożdżowe mamy zaczyna się rumienić w piekarniku!

Wprawdzie Eryk po takim nalocie rodziców grzecznie maszerował do łóżka, ale gdy się w nim znalazł, nikt już nie mógł zabronić mu rozmyślania o babci przygodach i spotkaniach. Niektóre historie były tak nieprawdopodobne, że zaczynał odrobinę podejrzewać Babcię Malutką o nadmierną fantazję. Taką, jaką mają pisarze albo Bobas. On też potrafił opowiadać niesamowite historie, czyli, mówiąc krótko, kłamać jak najęty.

Babcia Malutka w żadnym wypadku nie wyglądała na osobę, która zmyśla. Pozostawało więc Erykowi wierzyć, że wyszła cało z przeprawy przez Amazonkę, uciekła z płonącego indiańskiego szałasu, ratując dwoje dzieci szamana, i przepłynęła wiele mil morskich na grzbiecie delfina, który przy okazji ocalił jej życie. Każde z tych zdarzeń zasługiwało na to, aby stać się piękną książką w kolorowej okładce i ozdabiać półkę w pokoju Eryka. Ale byłoby najlepiej, gdyby mógł o tym wszystkim opowiedzieć w szkole! W jego życiu zwykle nie dzieje się nic szczególnego. A teraz, kiedy się dzieje, są wakacje…

Przy śniadaniu zwierzył się babci ze swojego pecha.

‒ Moje życie jest nudne jak ta owsianka ‒ powiedział z powagą.

− Dlaczego tak myślisz?! − Babcia Malutka uniosła wysoko brwi ze zdumienia. − Każdy dzień jest przygodą! − uśmiechnęła się.

− Każdy? − Eryk miał nietęgą minę. − Wczoraj nie wydarzyło się nic niezwykłego.

− Przecież to właśnie wczoraj przyniosłeś z lasu piękne okazy ziół obdarzone magiczną mocą. Teraz uczysz się je suszyć. Potem je starannie opiszesz i zapamiętasz, jak ulżyć innym, gdy się skaleczą albo przeziębią − Babcia Malutka zrobiła nieco obrażoną minę.

− Fajnie by było, żeby ktoś się skaleczył albo przeziębił − zamarzył Eryk. Po krótkim namyśle przyznał babci rację. − Wczoraj, rzeczywiście, coś się działo… Ale przedwczoraj? Nudy! − wzruszył ramionami.

− Przedwczoraj byłeś ze mną w Tybecie. Poznałeś tamtejszych mnichów. Obejrzałeś książkę, w której mój znajomy opisał pobyt na Dachu Świata. I zdecydowałeś, że zostaniesz mnichem albo podróżnikiem − oczy Babci Malutkiej zaiskrzyły zachwytem. − Przedwczoraj zapadły najważniejsze decyzje w sprawie twojej przyszłości!

− No tak − zgodził się strapiony Eryk. Zupełnie zapomniał o tych doniosłych chwilach, a zasługiwały na pamięć. Co innego wyrzucić z głowy jakąś radę mamy czy jej codzienne gderanko, co innego zapomnieć o własnej przyszłości!

Jeszcze nigdy lato nie pędziło w stronę jesieni w takim tempie, jakby było babci pstrokatym motocyklem. Eryk miał tyle zajęć i spraw na głowie, że dotąd ani razu nie zajrzał na osiedlowe boisko, gdzie przez całe wakacje toczyła się zacięta walka o tytuł mistrza strzelców.

Kiedyś próbował brać udział w tych rozgrywkach, ale od pewnego czasu tylko podglądał podwórkowych graczy, jak miotali się pod koszem i zdobywali kolejne punkty. Jeszcze na samym początku koledzy pamiętali, że to piękne boisko dla małych zawodników zbudował tata Eryka. Wówczas mógł sobie trochę porzucać piłką. Potem już nikt się jakoś nie kwapił, by go na stałe wziąć do drużyny. Poprzestał więc na liczeniu koszy. Aż pewnego dnia nie podszedł nawet do ławki dla kibiców. Przyczaił się za bujnym berberysem i stamtąd podziwiał wyczyny Bobasa, Rudego Kacpra czy Jasia, zwanego Lulkiem. Aż miło było patrzeć, jak piłka raz za razem trafia do kosza. Trochę się tego podglądania wstydził, trochę w tych berberysach cierpiał, bo go niemiłosiernie kłuły. Ale dzięki kryjówce nikt mu już nie dokuczał. To była pierwsza męska tajemnica Eryka i nie zamierzał nikomu o niej mówić. Nawet babci. Tyle że przy babci tajemnice rozwiązywały się same. Jak języki.

− Tak niewiele o tobie wiem − powiedziała któregoś dnia, oglądając Eryka album ze zdjęciami. − Kim chciałeś być, zanim postanowiłeś zostać mnichem lub podróżnikiem?

− Koszykarzem! − wypalił szczerze Eryk i natychmiast tego pożałował. Babcia Duża śmiała się, gdy jej o tym powiedział. Był za niski. Babcia Malutka znalazła inną przeszkodę.

− Nie zauważyłam, abyś miał taką pasję − stwierdziła z powagą. − Często patrzę na ten samotny kosz, który tata przyczepił do ściany garażu, i zastanawiam się, czy nie lepiej przerobić go na ptasie gniazdo. Ktoś by się przynajmniej ucieszył.

Erykowi zrobiło się przykro.

 

Nie mógł powiedzieć babci, dlaczego przestał ćwiczyć rzuty. Musiałby jej wyznać, że ma już dość boiskowych przezwisk. Wcześniej, kiedy jeszcze grał, słyszał tylko: „Te, baletnica, podaj!”. Albo: „Baletnica, nie kręć piruetów! Strzelaj, bo w bańkę!”.

Przez tę „baletnicę” całkiem odpuścił. Czasami trochę pokozłuje, kopnie piłkę czubkiem trampka, ale pod warunkiem, że nikt nie widzi.

− Ćwiczę, gdy nikt nie widzi − odparł zadowolony, że nawet nie kłamie.

− Ktoś powinien widzieć − babcia wzruszyła ramionami. − I szczerze ci powiedzieć, jakie popełniasz błędy.

− I że gram jak panna z baletu?! − prychnął Eryk i jego męski sekret nagle przestał istnieć.

Nie pozostawało nic innego, jak przyznać się do wiecznych udręk. Opowiedzieć o kolegach pękających ze śmiechu, gdy Eryk biegnie z piłką. Nawet sam się zaśmiał z siebie grubym głosem Bobasa, żeby babcia wreszcie zrozumiała, co to za strapienie grać w koszykówkę.

− Może jednak zróbmy z tego kosza gniazdo − westchnął na koniec smętnie, opuszczając głowę.

− Nic podobnego! − babcia dziarsko poprawiła się w fotelu. − Od jutra wznawiamy treningi. Dobry rzut to tylko technika − dodała, jakby się znała przede wszystkim na koszykówce.

A jeśli naprawdę tak jest? − zastanawiał się Eryk przed snem. Jeśli amerykańska liga swoje sukcesy zawdzięcza właśnie Babci Malutkiej? Że też wcześniej o tym nie pomyślał! Przecież babcia ostatnio mieszkała w Ameryce. Pewnie potrafi z największych sztywniaków zrobić mistrzów świata!

Następnego dnia po śniadaniu zapytał babcię wprost, czy miała swój udział w zwycięstwach NBA.

‒ Chociaż tyciutki!? ‒ jęknął z nadzieją.

− Nie – odpowiedziała stanowczo. ‒ Jak ci wiadomo, Eryku, zajmuję się ziołami.

− Czyli o koszykówce raczej nie masz pojęcia… − westchnął zrezygnowany Eryk.

‒ Niestety ‒ zgodziła się babcia. ‒ Ale poznałam kogoś wyjątkowego, kto nauczył się grać… To było w Oregonie, kilka lat temu…

‒ A więc jednak! ‒ Eryk z przejęcia aż przysiadł.

‒ Znam tylko historię, która mówi o tym, że każdy może zostać koszykarzem.

Eryk lekceważąco machnął ręką. Jego nadzieja na sportowe sukcesy tonęła razem z cytryną w porannej herbacie.

‒ Na przykład wydra… ‒ babcia zaczęła szukać swej ulubionej, radiowej stacji. ‒ Dałbyś wiarę, że zwyczajna wydra może być świetnym zawodnikiem? I wcale nie jest wysoka ‒ mruknęła babcia, łapiąc w radiu hip-hop.

Tego Eryk bał się najbardziej. Że kiedyś wreszcie babcia poślizgnie się na własnym kłamstwie i potem trudno będzie mu uwierzyć w jej fascynujące przygody.

‒ Fantazjujesz, babciu ‒ stropił się. ‒ A poza tym wydry są okropne! Wiem od mamy. Ona bardzo nie lubi takiej jednej wydry, tej z taty biura…

‒ Eddiego by polubiła! ‒ zapewniła babcia, sięgając po swój kuferek. ‒ Spójrz, jaki sympatyczny!

Ze zdjęcia zerkało na Eryka miłe zwierzątko. Miało bystre oczka i cienkie, długie wąsiki.

‒ No, słodziak ‒ zgodził się niechętnie Eryk.

‒ Więc ten słodziak jest starszym panem, który cierpiał na artretyzm…

‒ Okropne słowo! ‒ wzdrygnął się Eryk. ‒ Co mu właściwie było?

‒ Bolały go stawy.

‒ Stawy wodne?

‒ Nie. Łapy! I mądrzy weterynarze postanowili mu pomóc. Zawieszono w jego basenie obręcz, a on po kilku dniach strzelał w nią kosza za koszem! Taki spryciarz jest z tego staruszka!

‒ Przecież jest chory! ‒ Eryk nie znosił znęcania się nad zwierzętami i wcale nie był pewny, czy w tej Ameryce ktoś dla zabawy nie zrobił biednemu stworzeniu krzywdy.

‒ To była świetna terapia ‒ wyjaśniła z powagą babcia. ‒ Zresztą możesz obejrzeć filmik w internecie. Sam zobaczysz, że nawet chora wydra potrafi świetnie grać w kosza…

Chora wydra potrafi, a ja nie… ‒ Eryk rozważał te babcine rewelacje, kiedy wieczorem pomagał mamie zwijać naleśniki. Podjadając słodki farsz, wspomniał jej mimochodem o amerykańskiej wydrze.

‒ Amerykańskie wydry są lepsze od naszych ‒ oświadczył. ‒ A jedna to nawet gra w kosza. Leczniczo.

Mama nie bardzo była w temacie, więc dostarczył jej więcej szczegółów.

‒ Ekspert się udał i artyzm został zatrzymany.

Oczekiwał słów podziwu, ale odniósł wrażenie, że mama nie ogarnia tej złożonej historii. Pewnie przez naleśniki, które są bardzo pracochłonne.

Następnego dnia babcia wręczyła Erykowi piłkę golfową i wskazała na swój odwrócony słomkowy kapelusz.

− Zaczynamy − uśmiechnęła się promiennie.

− To proste! − prychnął Eryk i wykonał pierwszy rzut.

Okazało się, że wcale nie jest łatwo trafić w środek kapelusza. Dopiero po jakimś czasie nabrał wprawy i celnie umieszczał piłkę w słomkowym koszu. Kiedy zaczęło mu to sprawiać radość, babcia wszystko zepsuła.

− Teraz stań o trzy kroki dalej − ustaliła nową odległość. I znowu piłeczka lądowała wszędzie, tylko nie w kapeluszu. Złościł się, denerwował, ale babcia była niewzruszona.

− Bądź cierpliwy, Eryku ‒ nalegała, widząc, że przyszły koszykarz wolałby już trenować jazdę na rowerze.

Kiedy mama weszła do pokoju z dymiącą wazą i w całym domu zapachniało kapuśniakiem, Eryk umieszczał piłkę w babcinym kapeluszu z zamkniętymi oczami. Robił przy tym śmieszne miny.

− Spójrz, mamo, jaki ze mnie strzelec! − cieszył się, rzucając celnie piłeczką.

− Wyborowy! − przyznała mama. − Strzelec z ciebie wyborowy, a mój kapuśniak jest wyborny!

− Dziś nauczyłeś się grać w kosza − oświadczyła babcia przed poobiednią drzemką.

Eryk zmarkotniał.

− Przecież to były tylko wygłupy! ‒ zachmurzył się.

− Czyżby? − babcia miała minę jak pani w szkole, kiedy wie, że nikt z klasy nie zna odpowiedzi na jej pytanie. – Opanowałeś koszykówkę w wersji mini. A od jutra zaczniesz rzucać dużą piłką do dużego kosza. Jeśli nie uda ci się trafić, przypomnisz sobie dzisiejszą zabawę. Zrozumiesz, że sukces wymaga pracy.

− To nie może być takie łatwe − smętnie zaprotestował Eryk. − Gdyby było, każdy grałby jak mistrz.

− Mistrzami zostają najlepsi.

− No właśnie − Erykowi zrzedła mina. − Nie mam szans.

− Skoro tak mówisz − Babcia Malutka machnęła ręką – rzeczywiście! Zróbmy w tym koszu gniazdo.

− Mam być gorszy od wydry? ‒ mruknął Eryk i ruszył na poszukiwanie swojej piłki.

Jeszcze tego samego dnia rozpoczął intensywne treningi. Wprawdzie najpierw zbił szybę w garażowym oknie i zdewastował grządkę z sałatą, ale babcia i rodzice uznali, że to dobry znak.

− Zdaje się, że każdy koszykarz najpierw tłucze garażowe okno − zauważył przy kolacji tato.

− Ależ tak! Nie wiem jak w Polsce, ale w amerykańskiej koszykówce okna garażowe są zawsze rozbijane. To przynosi szczęście i wróży długą karierę − potwierdziła babcia, karmiąc Balbinę zniszczoną sałatą.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?