W oblężeniu

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3 Śmierć w rodzinie

Delila Lačević patrzy ci prosto w twarz, jakby rzucała wyzwanie, zmuszając, byś spojrzała w jej szeroko rozstawione brązowe oczy i przekonała się, że potrafi o tym opowiedzieć, nie uroniwszy jednej łzy.

– Być może wcale nie chcesz słuchać – stwierdza rzeczowym tonem – ale mnie rzeczywiście pomaga mówienie o tym, więc i tak ci opowiem.

To wydarzyło się piętnastego stycznia 1993 roku, w czasie pierwszej zimy brutalnej wojny. Na ulicy Logavinej od wielu miesięcy nie było bieżącej wody. Sąsiad za rogiem miał studnię, ale już dawno wyschła. Po wielu nocach i dniach spędzonych w strachu w schronie w sierocińcu Lačeviciowie byli brudni i rozdrażnieni. Minęło dużo czasu, odkąd ostatni raz udało im się zrobić pranie.

Azra Lačević miała tego serdecznie dosyć. Matka Delili, drobna, kipiąca energią czterdziestotrzylatka, była najbardziej niecierpliwa i nieustraszona z całej rodziny. Bardzo źle znosiła zamknięcie w schronie. Nawet w czasie ostrzału zawsze była gotowa pobiec do domu, by przynieść komuś zapomniane okulary albo przyszykować obiad.

– Wychodzę po wodę – oznajmiła. – Pójdziemy do browaru.

Browar znajdował się na drugim brzegu Miljacki, naprzeciwko śródmieścia, pół godziny marszu od Logavinej. Przez długie lata produkowano tu Sarajevsko pivo, a odkąd zabrakło słodu, pełnił funkcję punktu dystrybucji wody. Azra zgarnęła do pomocy męża Asima i córkę Delilę. Jedenastoletni Berin uprosił ich, by go wzięli ze sobą. Kiedy stali w kolejce z pustymi kanistrami, w mur nad ich głowami wbił się granat moździerzowy. Delila złapała brata i padła na ziemię. Starali się leżeć nieruchomo pod gradem fruwających w powietrzu cegieł i odłamków pocisków.

– Mamusi i tatusiowi nic się nie stało? – Berin zapytał Delilę, kiedy upłynęło kilka minut.

– Nie widzisz, że nie żyją? Tata nie ma głowy – warknęła w odpowiedzi.

– Ojcu urwało głowę – wspominała teraz w lodowatej pustce kuchni swoich rodziców. – Głowa mamy wyglądała jak arbuz, którym ktoś cisnął o ziemię. Berin nie mógł w to uwierzyć. Próbował obmyć jej twarz. Krzyczał: „Mamusiu, obudź się. Twój Bero cię woła”, ale nie odpowiadała.

W ostrzale browaru zginęło osiem osób, a dwadzieścia odniosło rany. Sarajewski dziennik „Oslobođenje” okrzyknął ten dzień „czarnym piątkiem”. Nie była to pierwsza masakra ludności cywilnej w oblężonej stolicy. Dwudziestego siódmego maja poprzedniego roku śmierć poniosło dwadzieścia osób stojących w kolejce po chleb na zamkniętej dla ruchu kołowego ulicy Vasy Miskina. Dla wielu sarajewian rzeź przed piekarnią wyznacza moment, w którym uświadomili sobie całą grozę wojennej rzeczywistości.

Lačeviciowie podchodzili jednak do tego inaczej. Zanim doszło do ataku na browar, przetrwali dziewięć miesięcy wojny w poczuciu, że są w jakiś sposób chronieni. Wiara w Boga i własną prawość – przekonanie, że przecież nikt nie zechce skrzywdzić uczciwych obywateli – uczyniły ich ślepymi na niebezpieczeństwo.

Azra Lačević nie opuściła ani jednego dnia pracy, choć odkąd przestały jeździć tramwaje, musiała maszerować godzinę w jedną stronę, żeby dotrzeć do gabinetu stomatologicznego, w którym była zatrudniona jako pomoc dentystyczna.

– Bóg cię ochroni – powtarzała swojej bardziej bojaźliwej siostrze Šaćirze, która pracowała jako ginekolog-położnik w Szpitalu Koševo. – Zrobiłaś dużo dobrego, przyjmując na ten świat dzieci. Nic ci się nie może stać.

Tamtego popołudnia, kiedy Azra i jej rodzina poszli po wodę, Šaćira została z mężem Mustafą i dwiema córkami w bezpiecznym schronie przeciwbombowym. Nagle usłyszeli w radiu wiadomość, że trzy pociski artyleryjskie trafiły w browar. Byli głęboko przekonani, że ich bliskim nie mogła stać się żadna krzywda. Mniej więcej pół godziny później Mustafa wyszedł ich poszukać.

Najpierw zajrzał do szesnastowiecznego meczetu Gazi Husrev-bega na starówce, jednej z najbardziej charakterystycznych budowli Sarajewa, gdzie czasem można było nabrać wody z kamiennej fontanny na dziedzińcu. Rozglądał się nerwowo, w nadziei, że wśród osób plotkujących w kolejce po wodę rozpozna swoich bliskich.

Nic z tego. Mustafa poszedł dalej, kierując się do browaru. Z daleka zobaczył, że drogę zamyka kordon żołnierzy. Rzucił się biegiem i przerwał blokadę. Trzech żołnierzy złapało go za ramiona. Kiedy wykrzyczał, po co tu przyszedł, natychmiast go puścili.

– Należy pan do rodziny Lačeviciów? – zapytał go cichym głosem oficer. Mustafa natychmiast zrozumiał, co to oznacza.

Šaćira i dziewczęta stały w drzwiach sierocińca, gawędząc z sąsiadkami. Kiedy zobaczyły Mustafę wracającego wolnym, żałobnym krokiem z twarzą ukrytą w dłoniach, od razu wiedziały, co się stało.

– Wybuchłam płaczem i nie mogłam się uspokoić – wspomina Lana. – Chciałam biec do browaru, żeby ich ratować. Rodzice powstrzymali mnie siłą.

Berin został jedynie niegroźnie draśnięty w skroń odłamkiem pocisku, ale Delila była w stanie krytycznym. Dziewięć fragmentów pocisku odłamkowego weszło w jej ciało, przebijając płuco, a spadające cegły zdruzgotały ramię.

Zapadł już wieczór, kiedy Šaćira i Lana dotarły pieszo do Szpitala Koševo. Z początku personel nie chciał ich wpuścić. Kilka godzin wcześniej na skrzydło oddziału urazowego, na którym leżała Delila, spadł pocisk. Wreszcie znalazły dziewczynę podłączoną do kroplówki. Miała osmalone włosy i była brudna od pyłu, ale przytomna. Poprosiła Lanę, żeby pomogła jej się wygodniej ułożyć, i dopiero potem zadała pytanie.

– Jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, Lano – powiedziała. – Nigdy się nie okłamywałyśmy. Proszę cię, powiedz mi prawdę. Moi rodzice nie żyją, tak?

– Żyją. Nic im nie będzie – odparła Lana, instynktownie pragnąc pocieszyć cioteczną siostrę.

– Kłamiesz! – krzyknęła Delila. – Oni zginęli.

Lana ze smutkiem pokiwała głową. Delila spuściła oczy i rozpłakała się.

Trzy dni później na cmentarzu Vrbanjuša na ulicy Logavinej, naprzeciwko domu numer sześćdziesiąt trzy, odbył się pospieszny pogrzeb Asima i Azry Lačeviciów. Spoczywają niecałe sześć metrów od własnej furtki pod prostą tablicą z sosnowej deski, na której wypisano ich nazwiska i daty urodzenia oraz śmierci. Pogrzeb nie trwał nawet dwudziestu minut, bo żałobnicy bali się zbyt długo przebywać na odsłoniętym zboczu wzgórza.

Šaćira i Mustafa zostali jedynymi opiekunami sześciorga poranionych psychicznie dzieci – dwóch własnych córek, siostrzenicy i siostrzeńca, którzy uciekli z Derventy, oraz świeżo osieroconych Delili i Berina. Młodsza córka Šaćiry, trzynastoletnia Maša, cierpiała na powracające koszmary senne: śnił jej się Hitler, który próbował wepchnąć ją do komory gazowej. Berin obudził się z krzykiem ze snu, w którym wszedł do łazienki i zobaczył stojącego przed umywalką ojca pozbawionego głowy. Mirza i Selma wycofali się w milczenie, dręczeni niepokojem o własnych rodziców, których miejsce pobytu nadal pozostawało nieznane. Ale najpoważniejszego powodu do zmartwień dostarczała Delila. Utraciwszy rodziców, siedemnastolatka zaczęła lekceważyć wszelkie niebezpieczeństwo, co graniczyło z manią samobójczą. Nocami wymykała się z domu na spotkania ze swoim chłopakiem, Harisem, żołnierzem bośniackiej armii. Šaćira pamięta, jak pewnego dnia Delila wieszała pranie, kiedy nagle rozpoczął się ostrzał.

– Błagałam ją, wrzeszczałam i krzyczałam, żeby weszła do domu – opowiada Šaćira. – Nuciła jakąś piosenkę, nie zwracając na mnie uwagi, jakby mnie tam nie było.

Berin nie mógł się otrząsnąć z szoku i poczucia dezorientacji. W wyniku eksplozji przez wiele tygodni źle słyszał. Raz po raz pokazywał palcem ramię, wyjaśniając, gdzie uderzył pocisk. Czuł się winny, że nie może oddać wózka pożyczonego od sąsiada przed wyprawą po wodę. Koniecznie chciał do niego pójść i wytłumaczyć, że wózek został zniszczony. Wszystkie dzieci obsesyjnie oglądały kasetę wideo z nagranym fragmentem wieczornych wiadomości. Gdy tylko pojawiał się prąd, biegły do magnetowidu, żeby po raz kolejny obejrzeć atak, porozrywane ciała, przewrócone wiadra na wodę i kanistry ochlapane krwią. Na ziemi leżał mężczyzna bez głowy z szeroko rozrzuconymi ramionami i nogami. To Asim Lačević. Film pokazywał również Mustafę ściskającego dłońmi czoło w geście niedowierzania. A także małego chłopca z zaczerwienioną twarzą, po której płynęły strumienie łez. To Berin.

Dzieci oglądały tę kasetę tyle razy, że w końcu Šaćira musiała im ją zabrać.

Tak się jednak złożyło, że telewizja odegrała decydującą rolę w życiu Lačeviciów. Stacje telewizyjne w Japonii, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych wyemitowały – po wycięciu najbardziej makabrycznych ujęć – materiał z browaru z płaczącym Berinem oraz z pogrzebu jego rodziców. Po obejrzeniu go para emerytów z Saliny w stanie Kansas postanowiła zorganizować ewakuację Berina i wziąć go do siebie. Wszystko potoczyło się tak szybko, że chłopiec ledwie zdążył pożegnać się z najbliższymi. Victor Jackovich, ówczesny ambasador USA w Bośni i Hercegowinie, wsiadł razem z nim na pokład samolotu obsługującego oenzetowski most powietrzny. Ekipa kanału ABC sfilmowała pospieszne pożegnanie na podwórku domu na ulicy Logavinej. Wieczorem w dniu swojej ewakuacji z Sarajewa Berin napisał do Delili z lotniska we Frankfurcie, gdzie zatrzymał się w drodze do Stanów Zjednoczonych: „Przed chwilą wziąłem gorący prysznic. Zjadłem pięć bananów i oglądałem telewizję”.

Delila bez przerwy mówiła o Kansas. Nie rozstawała się z podręcznikiem gramatyki angielskiej i słownikiem. Uczyła się w kuchni, zwinięta w rogu przykrytej pledem wersalki, podczas gdy jej babcia czytała Koran. Na kuchennym stole zawsze leżał otwarty atlas z Saliną w stanie Kansas obwiedzioną czerwonym kółkiem.

 

Kiedy poznałam Delilę w styczniu 1994 roku, kuchnia była jedynym pomieszczeniem w całym domu na tyle ciepłym, że dało się w nim przebywać. Dom był stary – na krzywych podłogach leżały barwne orientalne dywany, brzegi tapet z ręcznym nadrukiem odłaziły od ścian. Popękane szyby zaklejono płachtami plastiku. Na byle jak ułożonych cegłach stał chwiejnie malutki aluminiowy piecyk, przy którym grzał się zwinięty w kłębek kot Berina. Delila miała na sobie powyciągany brązowawy sweter i trzy T-shirty. Ubranie wisiało na jej wysokim, chudym ciele jak na wieszaku.

– Fizycznie przebywam w Sarajewie, ale duszą jestem w Ameryce – powiedziała mi wtedy. – Interesuje mnie wszystko, co amerykańskie. Oglądałam w telewizji świetny program o Billu Clintonie.

Małżeństwo emerytów z Kansas nie od razu zorientowało się, że siostra Berina żyje. Kiedy chłopiec z nimi zamieszkał, zaczęli starania o zorganizowanie również jej przyjazdu do Stanów.

– Wiedzą, jak blisko jesteśmy ze sobą. Brat jest do mnie bardzo przywiązany. Zawsze chował mi papierosy i mówił: „Dam ci jednego, ale za buziaka”.

Nadzieja na emigrację do Ameryki błyskawicznie wyleczyła Delilę z lekkomyślności i brawury. Martwiła się, że może zginąć, zanim uda jej się wydostać z Sarajewa. Nagle wszystko przejmowało ją strachem. Bała się zanieść kwiaty na grób rodziców spoczywających po drugiej stronie ulicy. Chodziła na cmentarz tylko w dżdżyste dni, kiedy mgła przesłaniała widok snajperom. Po ataku na browar pozostała jej pamiątka w postaci czterech odłamków, które utkwiły w jej ciele, i Delila bała się, że się pośliźnie na oblodzonej jezdni i przewróci, a wtedy któryś z nich przemieści się, powodując poważne obrażenia.

Małe dziewczynki z sąsiedniego mieszkania lubiły bawić się lalkami na ganku obok furtki Lačeviciów. Delila krzyczała na nie, żeby wracały do domu.

– Nie cierpią mnie, ale mam gdzieś, co powiedzą sąsiedzi. Przeganiam je i mówię: „Popatrzcie, Trebević widać stąd jak na dłoni”.

Delila przestała lekceważyć granaty moździerzowe spadające na miasto z pozycji artyleryjskich na zboczu góry. Mówiła, że kiedy zaczyna się ostrzał, dają o sobie znać tkwiące w jej ciele odłamki. Natychmiast biegła do schronu, zwykle trzymając pod pachą kota.

– Kiedy się boję, biegam bardzo szybko. Mówię ci, Carl Lewis to neptek w porównaniu ze mną – powiedziała mi pewnego razu. – Kiedy pojadę do Ameryki, zajmę się bieganiem zawodowo.

Delila zaplanowała swoją przyszłość. Zamierzała stołować się w McDonaldach i studiować medycynę. Przyrzekała, że jak tylko znajdzie się w Ameryce, rzuci papierosy, których wypalała dwie paczki dziennie. („Nie będę się więcej denerwowała, więc przestaną mi być potrzebne”).

Twierdziła stanowczo, że po wyjeździe nigdy nie wróci do rodzinnego miasta. Berin napisał jej w liście, że nauczyciel angielskiego zapytał go, czy tęskni za Sarajewem.

– Odpowiedział, że nie. Jeśli kiedyś tu wróci, to tylko jako turysta, a i to niekoniecznie. Ja czuję podobnie. Muszę wyjechać gdzieś, gdzie będę się mogła odprężyć, fizycznie i psychicznie. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek tu wróciła.

Sześćdziesięciodziewięcioletnia babcia Delili płakała cicho, przysłuchując się słowom wnuczki. Zapytałam ją, czy boi się, że jej więcej nie zobaczy.

– Nie – zaprzeczyła bez chwili wahania. – Nie mogę się doczekać, kiedy stąd wyjedzie. Będę szczęśliwa, kiedy się to stanie.

Delila nie mogła liczyć dni dzielących ją od wyjazdu. Ze względów bezpieczeństwa osoby, które miały zostać ewakuowane, zwykle dowiadywały się o tym zaledwie z jedno- lub dwudniowym wyprzedzeniem. Spakowane torby podróżne oraz koperta z dokumentami i kilkoma cennymi drobiazgami czekały gotowe w pokoju dziewczyny. Pożegnalny prezent od babci, złotą czterolistną koniczynkę, nosiła zawieszoną na szyi.

Delila układała słowa, które chciała powiedzieć na pożegnanie najbliższym. Z przyjaciółmi nie zamierzała się żegnać.

– Powiedziałam im, że jeśli któregoś dnia już mnie tutaj nie będzie, to znaczy, że nie żyję albo że wyjechałam do Ameryki.

Asim i Azra Lačeviciowie to zaledwie dwie ze znacznie liczniejszych ofiar śmiertelnych wśród mieszkańców ulicy Logavinej. Pierwsza osoba zginęła szóstego maja 1992 roku, dokładnie miesiąc po wybuchu wojny. Był to sześćdziesięcioośmioletni emeryt Bajro Hadžić mieszkający parę domów od Lačeviciów. Kiedy zaczął się ostrzał, schronił się razem z córką i zięciem w pokoju na parterze, rozumując, że zabójczy pocisk może wpaść do domu jedynie przez dach. Pomylili się jednak. Odłamek granatu moździerzowego uderzył w furtkę budynku po przeciwnej stronie ulicy i wpadł rykoszetem do pokoju, w którym wszyscy troje siedzieli na podłodze, oparci plecami o ścianę. Odprysk trafił staruszka prosto w serce, zabijając go na miejscu ze skutecznością plutonu egzekucyjnego.

Dwa dni później wydarzyła się kolejna makabryczna tragedia. Na skrzyżowaniu powyżej ulicy Marszałka Tity, naprzeciwko dużego meczetu, jakiś staruszek umarł na zawał serca. W chwili gdy dwaj sąsiedzi zabierali z ulicy jego ciało, na podwórzu eksplodował granat moździerzowy kalibru 120 mm. Wybuch rozerwał mężczyzn na drobne kawałki, mieszając ich szczątki ze szczątkami zmarłego.

Do późnej jesieni 1995 roku na ulicy Logavinej, gdzie przed wojną mieszkało około siedmiuset osób, odnotowano czternaście ofiar śmiertelnych i ponad czterdziestu rannych. Trudno tam znaleźć rodzinę, której nie dotknęłaby jakaś tragedia. Granaty moździerzowe nie oszczędziły żadnego domu. Wybite szyby zastąpiły płachty nieprzezroczystego plastiku rozdzielane przez Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców. Ziejące w większości dachów dziury po pociskach załatano czerwonym brezentem.

Kiedy pod koniec czerwca 1992 roku, wspierając się na drewnianych kulach, Jela Džino opuściła Szpital Koševo i wróciła na swoją ulicę, przeżyła szok na widok zniszczeń. Trzy miesiące wcześniej tylko jej dom był uszkodzony. Od tamtego czasu wojenne blizny rozprzestrzeniły się na ściany sąsiednich budynków, jakby za sprawą zarazy. Tylko jednego dnia, dwudziestego czwartego sierpnia 1992 roku, na ulicę Logaviną spadło sześćdziesiąt pięć pocisków9.

Serbowie ostrzeliwali gęsto zaludnione miasto z broni różnego rodzaju. Z działek przeciwlotniczych różnego kalibru, aż do 40 mm, strzelali do bloków mieszkalnych, tramwajów, samochodów, przechodniów – „prawie wszystkiego, z wyjątkiem samolotów”, jak to ujął pewien oficer sił pokojowych ONZ. Używali również granatów moździerzowych kalibru 120 mm. Te wielkie kawały rozpędzonego, gorącego metalu, rozmiarów mniej więcej torby na kije golfowe, rozpadające się przy wybuchu na tysiące ostrych odłamków, przecinały narządy wewnętrzne każdego, kto się znalazł w promieniu pięćdziesięciu metrów. Sarajewianie mawiali, że w ich mieście każde wyjście z domu przypomina rosyjską ruletkę.

Mieszkańcy patrzyli z przerażeniem, jak ogień niszczy najpiękniejsze budynki miasta. Secesyjny hotel Europa zmienił się w poczerniały, wypalony szkielet. Kasema Telalagić rozpłakała się, kiedy zobaczyła, co z niego zostało. W 1979 roku w tym hotelu odbyło się jej wesele. Z wzniesionego w 1896 roku gmachu Biblioteki Narodowej Bośni i Hercegowiny, na który w nocy dwudziestego piątego sierpnia posypały się pociski zapalające i przeciwlotnicze oraz granaty moździerzowe, została wybebeszona, pusta skorupa. Wdzięczne kolumny, witrażowe okna i wspaniałe schody z węgierskiego marmuru zostały obrócone w perzynę razem z sześciuset tysiącami cennych woluminów.

Biblioteka płonęła przez trzydzieści godzin; żółte płomienie znaczyły nocne niebo, a wiatr pędził osmalone kartki na ulicę Logaviną.

– Chodziłem i zbierałem pojedyncze kartki książek. Czułem ogromny smutek. To była część naszej młodości – powiedział mi Esad Taljanović, dentysta mieszkający w odległości zaledwie pół kilometra od biblioteki.

Serbskie działa i stanowiska snajperów znajdowały się zaledwie półtora kilometra powyżej domu Lačeviciów. Granat moździerzowy kalibru 120 mm przebywał tę odległość w ciągu trzydziestu sekund; wystarczyło zatrzymać się na otwartej przestrzeni na niecałą sekundę, by stać się łatwym celem dla przyczajonego na wzgórzu snajpera. Sarajewianie mawiali, że snajperzy są tak blisko, iż mogą wybierać, w które oko cię trafić. Inne dzielnice Sarajewa leżały jeszcze bliżej serbskich pozycji. Mieszkańcy Dobrinji, dawnej wioski olimpijskiej zabudowanej wielopiętrowymi blokami, żyli czterysta metrów od linii frontu. Ponieważ jednak w okolicy ulicy Logavinej mieszkali głównie Muzułmanie, ostrzeliwano ją ze szczególną brutalnością. W odtworzonym z taśmy przemówieniu, nadanym w 1992 roku przez radio, dowódca sił bośniackich Serbów Ratko Mladić rozkazuje swoim żołnierzom, żeby prowadzili ostrzał muzułmańskich dzielnic Sarajewa. „Zasypujcie ich pociskami, aż oszaleją”, brzmiał rozkaz Mladicia, którego nagranie zdobyła i wyemitowała BBC10.

To, czy cię zabiją, czy nie, tylko w niewielkim stopniu zależało od stopnia ostrożności. Trzydziestotrzyletnia Muniba Kaninić od samego początku wojny tak bardzo się bała, że w ogóle nie opuszczała mieszkania. Dwudziestego trzeciego maja 1992 roku po raz pierwszy odważyła się wyjść kilka kroków za próg, żeby wynieść śmieci. Zabił ją odłamek pocisku. Rana była bardzo mała i Ekrem Kaljanac, który rzucił się jej na pomoc, w pierwszej chwili myślał, że tylko zemdlała ze strachu.

Ten sam pocisk, który zakończył życie Muniby Kaninić, rozbił w drobny pył zaparkowanego na ulicy białego volkswagena golfa Esada Taljanovicia. Dzieci dentysty były niepocieszone.

– Och, tatusiu, „Bjelko” jest popsuty – płakały.

– To naturalna reakcja – powiedział mi Esad. – Były za małe, by zrozumieć, że zginął człowiek.

Dzieci Esada okazały się jednak pojętnymi uczniami i szybko przyswoiły sobie zasady przetrwania. Zaledwie dwa tygodnie później w pobliżu domu eksplodował kolejny granat moździerzowy. Esad wyskoczył z łazienki i kompletnie nagi wybiegł na podwórze szukać synka. Po rozpaczliwych poszukiwaniach odkrył, że słysząc huk wybuchu, trzyletni Amir natychmiast pognał do piwnicy.

Inne dzieci miały mniej szczęścia. W mieszkaniu najbliższych sąsiadów, Kaljanców, pięcioletni Jasmin Teparić podbiegł do okna zwabiony hukiem granatu moździerzowego, który uderzył w rosnącą na podwórku śliwę. Pojedynczy odłamek trafił go w głowę, powodując natychmiastową śmierć.

– Jego matka była jedną z tych osób, które nigdy nie chciały pójść do schronu przeciwbombowego – wspominała Minka. Ojciec chłopca wkrótce potem zmarł na atak serca i owdowiała matka wyprowadziła się do innej dzielnicy.

Śmierć pięciolatka wstrząsnęła Kaljancami. Zaledwie dwa metry dzieliły okno ich salonu od tego, przy którym zginął.

Nie da się jednak bez końca trzymać dzieci zamkniętych w schronie przeciwbombowym. Można to robić przez dwa–trzy miesiące, ale nie dłużej.

Miesiąc po wybuchu wojny Ekrem wstąpił do sarajewskiej policji. Nie potrafił siedzieć bezczynnie w miejscu i praca wymagająca przebywania na ulicach wydawała mu się błogosławieństwem. Cieszył się, że może wyjść z domu i pomagać ludziom.

Ósmego września 1992 roku Serbowie ostrzelali pociskami zapalającymi skupisko drewnianych szop obok bloku Ekrema. Wybiegł z domu, by dołączyć do gaszących ogień. Minka krzyknęła do niego, żeby został. Strażacy byli łatwym celem dla snajperów.

Nie pomyliła się, instynktownie wyczuwając niebezpieczeństwo. Gaszących pożar ludzi Serbowie ostrzelali pociskami z dwudziestomilimetrowych działek przeciwlotniczych. Ekrem podbiegł do niepełnosprawnego sąsiada, który próbował odkuśtykać o kulach w bezpieczne miejsce. Zdążył tylko otoczyć mężczyznę ramionami i zostali trafieni.

Pocisk eksplodował w ciele inwalidy, ochlapując Ekrema jego wnętrznościami. Ekrem stracił opuszki dwóch palców lewej ręki. Przez sześć miesięcy był w szoku i bał się wychodzić z domu.

Kaljancowie byli tak przerażeni, że nie chcieli nawet trzymać w domu kociej kuwety. Minka uznała, że lepiej wyrzucić kota na dwór, niż ryzykować życie, wychodząc po piasek.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?