W oblężeniu

Tekst
Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szkołę Podstawową imienia Razii Omanović na ulicy Logavinej zamknięto po pierwszym ataku snajperów z Holiday Inn. Liceum, do którego chodziła Lana Lačević, działało jeszcze niecały tydzień. W piątek rano, ledwie uczniowie usiedli w ławkach, nauczyciel poinformował ich, że w tym roku wakacje rozpoczną się wcześniej. Polecił im rozejść się małymi grupkami do domów.

– Pogratulował ostatniej klasie, a pozostałym powiedział, że ma nadzieję, iż spotka się z nimi znowu jesienią – wspominała ostatni dzień w szkole Lana. – Wyglądał na zdezorientowanego. My też nie wiedzieliśmy, co mamy myśleć. Kiedy jest koniec roku szkolnego, zwykle świętujemy i drzemy stare podręczniki, ale teraz wszyscy byli zbyt zaskoczeni, by cokolwiek robić. Nauczyciel wyglądał tak, jakby myślał, że za miesiąc lub dwa będzie po wszystkim. Wszyscy tak myśleliśmy.

Nastolatki przyjęły zamknięcie szkoły z ekscytacją, jak niespodziewane wolne od nauki z powodu opadów śniegu. W nocy na wzgórza spadały wielkie granaty moździerzowe kalibru 120 mm – szybki rozbłysk, a po nim głuchy łoskot przypominający daleki grzmot pioruna. Niektóre trafiały bliżej, eksplodując na kocich łbach uliczek Baščaršii.

Lana i jej młodsza siostra Maša wymykały się na dwór razem z Delilą i jej bratem Berinem, żeby liczyć sekundy dzielące rozbłysk od następującego po nim huku i próbować odgadnąć rodzaj broni. Wszystko to działo się jeszcze dostatecznie daleko od ulicy Logavinej, by budzić podniecenie.

Pierwszy pocisk spadł tam szesnastego kwietnia. Przebił kruchy drewniany dach dwustupięćdziesięcioletniego domu Zija i Jeli Džinów. Nikomu nic się nie stało. Esad Taljanović i Ekrem Kaljanac pomogli Zijowi załatać wyrwę wielkości pralki. Uznali to za pechowy przypadek – na ich ulicy nie było żadnych obiektów wojskowych ani nawet rządowych budynków, które mogłyby być celem ataku.

Pięć dni później kolejny pocisk zastał Zija i Jelę przy porannej kawie. Tym razem wylądował w środku domu. Otarł się o zewnętrzną ścianę i wpadł przez kuchenne okno, trafiając w stół, przy którym siedzieli małżonkowie.

– Zobaczyłem wszystkie kolory tęczy, a potem ciemność – wspomina Zijo. – Upadłem na podłogę, obejmując Jelę. Jeśli mieliśmy umrzeć, chciałem, żebyśmy umarli razem.

Eksplozja wstrząsnęła domem Taljanoviciów po drugiej stronie ulicy. Esad podbiegł do wykuszowego okna, przez które widać było dom Džinów.

– Pierwsza głupia reakcja na wybuch to podbiec do okna, żeby zobaczyć, co się stało. Druga głupia reakcja to wyskoczyć z domu w kapciach. Mnóstwo ludzi oberwało, kiedy próbowali nieść pomoc – powiedział mi później.

Naturalnie, to właśnie zrobił. Dołączył do grupki mężczyzn, którzy przełazili przez zamkniętą furtkę, spiesząc na pomoc rannym sąsiadom.

Kiedy dostali się do środka, zobaczyli trzęsącego się jak liść Zija, który osłaniał swoim ciałem leżącą na brzuchu nieprzytomną żonę. Już wtedy sarajewskie pogotowie miało zbyt dużo pracy, żeby warto było wzywać karetkę. Jeden z sąsiadów zawiózł Džinów do szpitala. Esad biegiem wrócił do domu. Wciąż jeszcze w kapciach, drżącymi rękami zgarnął kilka koców i zniósł wersalkę do piwnicy. Należało czym prędzej przygotować schron. Teraz nie było już wątpliwości, że to wojna.

2 Sieroty wojenne

Dzieci mieszkały w gospodarstwie pod lasem, w którym żyły dzikie jelenie, bażanty i króliki. Pewnego dnia rodzice oznajmili im, że mają pięć minut na spakowanie walizek. Czternastoletnia Selma Kapić i jej jedenastoletni brat Mirza w pośpiechu wsiedli na pakę wyjeżdżającej z miasta ciężarówki, nie zdążywszy nawet porządnie pożegnać się z mamą i tatą.

Wydarzyło się to dwudziestego kwietnia 1992 roku. Od tamtej pory nie byli w domu. Młodzi uchodźcy dotarli do Sarajewa, gdzie zamieszkali ze swoimi krewnymi, Lačeviciami, na ulicy Logavinej.

Los chciał, że przybyli tam w tej samej chwili, kiedy do kuchni Jeli i Zija Džinów wpadł pocisk.

– Wszyscy uważali, że Sarajewo to stolica i nic się tu nie może stać. Że będziemy bezpieczni – powiedziała mi Selma.

Selma opowiada o tym, co się wydarzyło, bez cienia goryczy w głosie. Mirza jest wściekły. Tęskni za swoim psem, owczarkiem niemieckim, wabiącym się Mati. Żałuje, że nie zdążył spakować deskorolki. Często mu się śni, że jest razem z całą rodziną na wsi i że przychodzą po nich czetnicy.

– W moim śnie ich zabijam – mówi. – Wszyscy są martwi.

Selma jest ładną, do bólu grzeczną nastolatką. Odpowiedzialność za młodszego brata sprawia, że wydaje się dziesięć lat starsza, niż jest. Mirza to krzepki chłopiec o budowie dobrze zapowiadającego się piłkarza. Trenuje, kopiąc piłkę w piwnicznym schronie przeciwbombowym.

Można by sądzić, że Selma i Mirza Kapiciowie mieli pecha, trafiając do Sarajewa, ale tam, skąd uciekli, było jeszcze bardziej niebezpiecznie. Przyjechali z miasteczka Derventa w północnej Bośni, w którym nad Muzułmanami i Chorwatami w kwietniu 1992 roku zawisła groźba czystki etnicznej.

Przed wojną Kapiciowie, jak na miejscowe standardy, byli bardzo zamożni. Ziemia, którą uprawiali, należała do ich przodków od osiemnastego wieku. Wprawdzie komuniści okroili majątek do czterech hektarów, ale była to żyzna ziemia, dająca wysokie plony kukurydzy i pszenicy. Obejście przypominało ogród botaniczny. Rodzina mieszkała w nowoczesnym dwupiętrowym domu. Większość pokojów miała balkony, z których roztaczał się widok na tonącą w zieleni okolicę; zaczęli budować basen.

– Tam było jak w raju. Mogłaś pomyśleć, że jesteś w Szwajcarii – powiedziała mi Delila, która dawniej często jeździła w odwiedziny do kuzynów.

Selma i Mirza czuli, że zanosi się na coś niedobrego. W 1991 roku, w czasie wojny w Chorwacji, w położonej blisko granicy Dervencie słychać było huk pocisków wybuchających w przygranicznym Slavonskim Brodzie. Na początku 1992 roku konflikt zaczął rozszerzać się na nowe obszary. Selma pamięta, jak kiedyś idąc do miasta z kolegami z klasy, przechodziła obok jugosłowiańskiej flagi. Jeden z jej kumpli, Chorwat, rzucił, że niedługo na tym miejscu powiewać będzie flaga Chorwacji.

– Wtedy jedna dziewczyna, która była z nami, powiedziała: „Nie, to będzie flaga serbska” – wspomina Selma. – Myśleliśmy, że im odbiło. Wszyscy byliśmy przecież tacy sami – byliśmy po prostu dziećmi. Nie obchodziło nas, jakie kto ma korzenie.

Mirza zapamiętał podobne zdarzenie. Pewnego razu, gdy szedł z grupką przyjaciół, żołnierz Jugosłowiańskiej Armii Ludowej dla żartu wymierzył w nich karabin, a jego towarzysz podniósł do góry prawą pięść z wyprostowanymi kciukiem i dwoma pierwszym palcami. Tymi trzema palcami żegnają się wierni Kościoła prawosławnego. Uświęcony gest został zdegradowany do symbolu serbskiego nacjonalizmu.

Wojna dosięgła Derventę kilka tygodni wcześniej niż Sarajewo. Serbskie oddziały paramilitarne próbowały przejąć kontrolę nad administracją samorządową miasteczek, często stosując w tym celu metodę zastraszania Muzułmanów, by zmusić ich do opuszczenia domów.

Serbowie zaatakowali rodzinne miasto Selmy i Mirzy tuż przed dwudziestym kwietnia, dniem ich ucieczki. Dwa pociski wybuchły pięćdziesiąt metrów od domu Kapiciów. Ojciec Selmy, Fadil Kapić, poszedł kupić chleb i wrócił przerażony. Kilka sąsiednich domów stało w płomieniach. Dowiedział się też, że jeden z sąsiadów zarekwirował ciężarówkę z fabryki obuwia i organizuje ewakuację dzieci.

Nie było czasu szukać zdjęć ani deskorolki Mirzy. Brat i siostra zdążyli tylko wrzucić do walizek trochę ubrań, wsadzono ich na pozbawioną okien pakę ciężarówki i zatrzasnęły się za nimi metalowe drzwi. Nagle zrozumieli, że mama z nimi nie jedzie.

– Byliśmy kompletnie oszołomieni – mówi Selma. – Nie wiedzieliśmy, co się dzieje.

Jazda przypominała koszmar. W ciężarówce pełnej krzyczących ze strachu dzieci panował taki ścisk, że nie można było usiąść. Kierowca musiał zjechać w boczną drogę, żeby uciec przed ostrzałem, i małymi pasażerami straszliwie trzęsło na wertepach. Wysadził rodzeństwo w pobliskim miasteczku Doboj, gdzie dzieci przenocowały u krewnych. Przez okno domu, w którym spały, widziały śmigłowce ewakuujące rannych z Derventy. Gospodarze namawiali Selmę i Mirzę, żeby zostali u nich i nigdzie już nie jechali, ale ojciec udzielił im wyraźnych instrukcji: „Jedźcie do ciotki do Sarajewa. Tam będziecie bezpieczni”.

Wszyscy sądzili, że Sarajewo uniknie zaciętych walk, które przecież ominęły stolicę Chorwacji, Zagrzeb, i stolicę Słowenii, Lublanę, kiedy te dwa państwa oderwały się od Jugosławii.

Następnego dnia o szóstej rano Selma i Mirza wsiedli do pociągu jadącego do stolicy. Godzinę przed Sarajewem pociąg zatrzymał się i ktoś powiedział, że na tamtejszym dworcu przed chwilą zginęło dziesięć osób. Pasażerowie zaczęli wysiadać, ale Selma i Mirza postanowili trzymać się polecenia ojca.

– Wtedy naprawdę się bałem. Nie znaliśmy nikogo w pociągu. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje ani co powinniśmy zrobić.

Kiedy wjechali na dworzec, Sarajewo stało w płomieniach. Wokół rozrywały się pociski, a stację terroryzował snajper.

Wujek czekał na nich na peronie. Pospiesznie poprowadził ich ulicami, przeskakując od bramy do bramy. Dotarli do celu dokładnie w momencie, kiedy pocisk trafił w dom Džinów. Gdy przebiegali obok ich furtki, sąsiedzi próbowali wyciągnąć Zija i Jelę z kuchni. Nie zatrzymali się, żeby pomóc.

Minęli dom Lačeviciów i udali się prosto do schronu przeciwbombowego na szczycie wzgórza, gdzie ich ciotka, Šaćira, i młodzi kuzyni skryli się przed ostrzałem.

– W Sarajewie rozpętało się piekło – wspomina Selma.

Jeszcze tego samego dnia, dwudziestego pierwszego kwietnia, usłyszeli w sarajewskim radiu, że jest to „najtrudniejszy i najbardziej dramatyczny dzień w długiej historii miasta”.

 

Kto mógł przypuszczać, że nadejdą jeszcze gorsze dni?

Po dwudziestym pierwszym kwietnia mieszkańcy ulicy Logavinej zeszli pod ziemię i zostali tam przez większą część następnego roku.

Dla bezpieczeństwa swoich dzieci Esad zamknął na klucz drzwi słonecznego pokoju z wykuszowymi oknami wychodzącymi na Trebević. W najgorsze dni na miasto spadało trzy i pół tysiąca pocisków. Mogłeś wymknąć się snajperom, omijając nieosłonięte skrzyżowania ulic, ale nie potrafiłeś przewidzieć, gdzie spadnie pocisk artyleryjski.

Żadne miejsce nie było bezpieczne. Serbowie nie powstrzymali się nawet od ostrzeliwania Szpitala Koševo, usytuowanego na górującym nad miastem wzgórzu. Pacjent oddziału kardiologicznego zginął, stojąc przy oknie i patrząc na góry.

Znaczną część trzymiesięcznego pobytu w szpitalu Jela Džino spędziła w schronie przeciwbombowym. Pocisk odłamkowy, który wpadł do ich kuchni, oderwał jej kawałek lewej łydki. Zijo odniósł trochę mniej groźne rany.

– Pielęgniarki wtaczały łóżka do windy i zwoziły nas do piwnicy – wspomina Jela. – Wracaliśmy do swoich sal tylko po to, żeby piętnaście minut później znów zjechać do schronu.

Tylko nieliczne domy na ulicy Logavinej miały piwnice, mieszkańcy musieli więc szukać schronienia gdzie indziej. Szkoła imienia Razii Omanović mieściła się w murowanym budynku, zarekwirowanym w czasie drugiej wojny światowej na kwaterę nazistów, który przetrwał bombardowania aliantów. Po przyspieszonym zakończeniu roku szkolnego w kuchni w podziemiu urządzono schron.

Blok, w którym mieszkali Ekrem i Minka Kaljancowie, stoi zaledwie dwa metry od szkoły, oddzielony od niej wąskim zaułkiem. Kaljancowie zbudowali osłonięte przejście między budynkami, żeby w przerwach w ostrzale Minka mogła pobiec do domu i ugotować obiad dla synków, ośmioletniego Harisa i dwuletniego Tarika. Ekrem dostał od harcerzy siedemdziesiąt łóżek polowych, które rozstawił dla sąsiadów w szkolnej piwnicy.

Mimo tych zaimprowizowanych udogodnień schron był zdecydowanie nieprzyjemnym miejscem. Toalety znajdowały się na piętrze, a ludzie bali się wychodzić z piwnicy. Oddawali mocz do butelek, które trzymali pod łóżkami. Minka razem z sąsiadką Kasemą Telalagić próbowały ustalić grafik sprzątania, ale nie znalazły chętnych do współpracy. Złe warunki sanitarne powodowały częste kłótnie.

– Tamto lato było bardzo wilgotne i szybko zrobiło się brudno. To był okropny czas – wspomina Ekrem.

Podobnie jak Tarik Minki, dziecko Kasemy nadal używało pieluszek. W momencie wybuchu wojny jej córeczka Dženana nie miała jeszcze dwóch lat. W czasie szczególnie głośnych ostrzałów przerażone dzieci cierpiały na biegunkę. Działania wojenne przerwały dostawy do miasta i w całym Sarajewie nie można było dostać jednorazowych pieluszek.

– Próbowałam w schronie nauczyć Dženanę załatwiania się do nocnika – powiedziała mi Kasema, elegancka kobieta, rzadko wychodząca z domu bez swoich pereł. – W czasie ostrzałów nie spałam całymi nocami, piorąc pieluszki. Nigdy nie lubiłam jeździć na biwaki, a wojna trochę przypominała biwak. Powtarzałam sobie na okrągło, że wszystko, czego chcę, to położyć się spać we własnym łóżku, we własnej koszuli nocnej.

Schron przeciwbombowy, z którego korzystali mieszkańcy górnego odcinka ulicy Logavinej, mieścił się w dawnym sierocińcu. Pod względem posępnej atmosfery budynek mógł spokojnie rywalizować z wytworami wyobraźni Karola Dickensa. Ściany, pokryte farbą w nieprzyjemnym, urzędowym odcieniu seledynu, zdawały się promieniować nagromadzonym przez stulecie nieszczęściem. Ponure gmaszysko – w stylu nawiedzonego domu z filmów grozy – stało na samym szczycie wzgórza, powyżej zarośniętej zielskiem pustej parceli. Do wilgotnych pomieszczeń przenikało tak niewiele światła, że nawet w słoneczny dzień wewnątrz trzeba było poruszać się z latarką. Wybudowany w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku sierociniec dał schronienie uchodźcom w czasie pierwszej i drugiej wojny światowej. Przez krótki czas pełnił funkcję więzienia. Wielu mieszkańców ulicy Logavinej uważało, że ma „złą karmę”, i omijało go szerokim łukiem. Choć Delila wychowała się w sąsiednim domu, przed wybuchem wojny nigdy nie była w środku.

Lačeviciovie nie mogli jednak pozwolić sobie na wybrzydzanie. Ich stary rodzinny dom, przebudowywany przez kolejne pokolenia, miał cienkie ściany z pokrytych tynkiem desek i równie niewytrzymały dach jak u Džinów. Razem z Selmą i Mirzą mieszkało tam teraz jedenaście osób.

W spokojniejsze wieczory Lačeviciovie jedli kolację w swojej kuchni, myli zęby i szli spać do sierocińca. Serbowie trzymali się swoistego grafiku, ostrzeliwując miasto od dziewiątej wieczorem do drugiej w nocy. Kiedy cichły działa, Lačeviciowie przemykali się z powrotem do siebie, żeby przespać kilka godzin we własnych łóżkach.

Stopniowo coraz więcej rzeczy Lačeviciów przemieszczało się do sierocińca. Najpierw pojawiło się tam radio, później telewizor i odtąd rodzina mogła oglądać wiadomości. Delila, skłonna do uniesień marzycielka, naznosiła z domu romansów, a solidniejsza Lana zabrała podręczniki medyczne. Dziewczęta – Selma, Delila, Lana i Maša – urządziły w pustej pralni klub. Ochlapały ściany czerwoną i niebieską farbą, ozdobiły je graffiti z nazwami swoich gangów, Cool Girls i Devil Girls. Od czasu do czasu zapraszały chłopców, włączały radio tranzystorowe i urządzały potańcówkę.

Choć w porównaniu z domem Lačeviciów sierociniec przypominał fortecę, nie gwarantował pełnego bezpieczeństwa. Eksplodujący pocisk wyrwał dziurę w dachu nad klatką schodową i wpadł do piwnicy, zrzucając Selmie na głowę lawinę cegieł.

W schronie panowała klaustrofobiczna atmosfera. Mirza opowiedział mi, że dorośli w ogromnym napięciu czekali na doniesienia o rozwoju sytuacji na froncie, więc kiedy telewizja albo radio nadawały wiadomości, dzieciom nie wolno było nawet pisnąć. W nocy materace rozkładano ciasno obok siebie i nie można było wstać, żeby na kogoś nie nadepnąć.

Pewnego razu Maša przekręciła się we śnie, strącając kolanem okulary śpiącej obok staruszce.

– To była taka miła pani. Wcale mnie nie skrzyczała – wspominała to wydarzenie Maša. – Zabił ją później granat moździerzowy. Do dzisiaj jest mi głupio z powodu tych okularów.

Sierociniec stopniowo zapełniał się ludźmi. Do Sarajewa napływali uchodźcy z zajmowanych przez Serbów obszarów na wschodzie i północy Bośni. Do ostatnich dni maja 1992 roku siedemset pięćdziesiąt tysięcy Bośniaków zostało wypędzonych ze swoich domów. Do końca wojny prawie połowa z czterech milionów trzystu tysięcy ludzi stanie się uchodźcami – czy też „uchodźcami wewnętrznymi”, jak nazwał ich Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców, ponieważ nie opuścili obszaru własnego kraju. W Sarajewie liczba uchodźców sięgnęła stu tysięcy; na ulicy Logavinej stanowili mniej więcej jedną czwartą mieszkańców.

Uchodźcy przynosili wstrząsające opowieści o tym, co ich spotkało. Dwudziestoośmioletni Zulfo Fako uciekł z małej rolniczej wioski Ilovača w północnej Bośni, niedaleko miasta Goražde. Wkroczywszy do jego wsi, Serbowie podpalili wszystkie budynki. Strzelali do ludzi, którzy próbowali wydostać się z płonących domów; pozostali zginęli w płomieniach.

– Nie zgadłabyś, że tam, skąd pochodzę, była kiedyś wioska. Zostały tylko zgliszcza – powiedział. – To trwało dosłownie minuty. Nieliczni, którym udało się uciec, natychmiast stamtąd odeszli. Ja wędrowałem razem z matką. Była chora i prawie cały czas niosłem ją na rękach. Powtarzała, żebym ją zostawił i zatroszczył się o siebie. Ale nie chciałem tego zrobić. Mam padaczkę. Ktoś musi się mną opiekować.

Matka Zulfa zmarła w szpitalu wkrótce po dotarciu do Sarajewa. Przybity jej śmiercią chłopak błąkał się po mieście, dopóki nie trafił do sierocińca. Zamieszkał w jednoosobowym pierwotnie pokoju z sześcioma innymi mężczyznami. Jednym z nich był Dervo Karašik. Dwudziestopięcioletni Dervo pochodził z naśladującego alpejskie kurorty miasteczka Pale, oddalonego piętnaście kilometrów od Sarajewa. Po strzelaninie z hotelu Holiday Inn szóstego kwietnia 1992 roku Radovan Karadžić i pozostali przywódcy bośniackich Serbów opuścili chyłkiem Sarajewo i przenieśli się do Pale, gdzie w fabryce traktorów utworzyli siedzibę tymczasowego rządu Republiki Serbskiej. Nastały ciężkie czasy dla muzułmańskich mężczyzn takich jak Dervo. Czternastego kwietnia razem z innymi Muzułmanami został wygarnięty z targu, gdzie rozładowywał ciężarówki z produktami rolnymi. Zaprowadzono ich do ośrodka internowania w pobliskiej Kuli, gdzie odebrano im pieniądze, zegarki i obrączki. Dervo opowiadał, że został postawiony twarzą do ściany i skatowany kijami, kablami i pięściami. Powtarzał swoją opowieść urywanymi, niewyraźnymi słowami. Jego współlokatorzy z sierocińca sądzili, że wskutek bicia doznał uszkodzenia mózgu.

Nowo przybyli uchodźcy wymieniali się opowieściami, odpalając papierosa od papierosa i sącząc z maleńkich filiżanek kawę po turecku, gotowaną na turystycznych kuchenkach. Wielu z nich pochodziło z innych dzielnic Sarajewa. Dom Nerminy Husić, która wprowadziła się do sierocińca ze swoim wyrośniętym szesnastoletnim synem, znajdował się zaledwie kilometr od górnego końca ulicy Logavinej – tak blisko, że z okien na piętrze mogli zobaczyć swój zniszczony dach. Teraz przechodziła tamtędy linia frontu. Uchodźcy napływali z Ilidžy, miasteczka w granicach administracyjnych wielkiego Sarajewa, które wpadło w ręce serbskich rebeliantów. Nieświadomie wskrzeszając wymierzone w Żydów nazistowskie przepisy, nowe serbskie władze umieściły na ratuszu i innych budynkach publicznych tablice: CHORWATOM I MUZUŁMANOM WSTĘP WZBRONIONY8.

Nie-Serbowie padali ofiarą terroru także w Grbavicy, dzielnicy wielopiętrowych bloków po drugiej stronie rzeki Miljacki, naprzeciwko Holiday Inn. Fatima Sokolović, krawcowa po siedemdziesiątce, która uciekła na ulicę Logaviną, opowiadała, że do jej mieszkania wtargnęli zamaskowani mężczyźni, którzy zabrali jej nóż do mięsa i dźgnęli nim jej syna w ramię.

– Upierali się, że na pewno ukrywa broń. To było niedorzeczne. Jest ekonomistą, a nie żołnierzem – powiedziała. – To jakieś szaleństwo. Przez te wszystkie lata, kiedy mieszkaliśmy w Grbavicy, nie słyszałam, żeby między sąsiadami w naszym bloku dochodziło do jakichkolwiek konfliktów.

Fatima uciekła w nocy, przechodząc pieszo przez most Braterstwa i Jedności, którego nazwa stanowiła echo popularnego sloganu z epoki Tity. Od ustabilizowania się frontu most wyznaczał linię podziału jak mur berliński: Serbowie na południowym brzegu rzeki, pozostali na północnym.

Lačeviciowie z uwagą słuchali tych opowieści. Każda kolejna historia powiększała ich niepokój o los rodziców Selmy i Mirzy.

Fadil i Mejasa Kapiciowie zostali w Dervencie, by chronić swój dobytek. Kilkakrotnie dzwonili do Sarajewa i wiedzieli, że ich dzieci dotarły szczęśliwie na miejsce. Telefony skończyły się drugiego maja, kiedy eksplozja w budynku stołecznej centrali telefonicznej zmieniła go w kulę ognia, znacząc nocne niebo żółtymi rozbłyskami. Wybuch zerwał wszystkie połączenia zamiejscowe.

Selma bez przerwy się martwiła. Mirza dąsał się, naciągając kołnierz kurtki na twarz i chowając się jak żółw w skorupie. Kiedy w pierwszym tygodniu lipca Serbowie zajęli Derventę, ktoś powiedział dzieciom, że ich rodzice uciekli do Chorwacji. Według innej relacji ponieśli śmierć.

– Słyszeliśmy, że wszyscy nasi sąsiedzi w Dervencie zostali wymordowani – powiedziała Selma. – Nie mieliśmy pojęcia, co jest prawdą, a co nie.

Wysłanie listu normalną drogą nie wchodziło w rachubę. Poczta nie działała. Kiedy w czerwcu 1992 roku ONZ otworzyło most powietrzny, zrozpaczeni sarajewianie tłoczyli się w holu Holiday Inn, błagając dziennikarzy i pracowników Organizacji Narodów Zjednoczonych, żeby zabrali ze sobą listy do ich bliskich. Czerwony Krzyż wywiózł korespondencję, ale minęło kilka miesięcy, zanim dotarła do adresatów.

Czasem radioamatorzy nawiązywali kontakt z rodzinami, ale żeby to się mogło udać, trzeba było znać dokładne miejsce pobytu krewnych. Telefoniczne połączenia zamiejscowe uruchomiono ponownie dopiero w 1994 roku, a i wtedy, żeby się gdziekolwiek dodzwonić, trzeba było godzinami wybierać numer.

W tej sytuacji niemal wszyscy mieszkańcy ulicy Logavinej byli odcięci od kogoś z bliskich.

Różowa szminka Veroniki Marković nadal tkwiła w plastikowym kubeczku na półce nad umywalką w łazience. Jej mąż nie mógł się zdobyć na to, żeby wynieść jej rzeczy.

Veronika mieszkała na ulicy Logavinej przez prawie dwa lata. Na początku kwietnia 1992 roku, kiedy na Sarajewo spadły pierwsze pociski, Mladen Marković wsadził żonę i dwudziestomiesięcznego synka Borisa do autobusu do Słowenii.

 

– Zadzwoniłem do wuja w Słowenii i spytałem, czy mogą przyjechać do niego na dwa tygodnie. Byłem optymistą. Nie sądziłem, że wojna potrwa dłużej niż kilka tygodni – powiedział mi.

Mladen, trzydziestodwulatek o łagodnym usposobieniu i delikatnych rysach, został, żeby walczyć w szeregach bośniackiej armii. Cztery dni w tygodniu spędzał na linii frontu, a pozostałe trzy w pustym mieszkaniu. Przy malutkiej lampce na olej roślinny zapełniał notes w niebieskiej oprawie wierszami miłosnymi do żony.

Jego ulubiony utwór nosił tytuł Pozostanę Ci wierny. „Żadne inne oczy nie błyszczą dla mnie jak Twoje… Nie chcę śnić o innych kobietach. Chcę, by płonął we mnie ogień dla Ciebie, zawsze tylko dla Ciebie”.

Mladen poznał Veronikę, kiedy miał dwadzieścia lat, a ona dziewiętnaście. Studiowali razem inżynierię wodno-lądową. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Siadał za nią na zajęciach i wpatrywał się w jej ciemne, długie do pasa włosy. Nie wiedząc, jak do niej zagadać, pewnego dnia nie wytrzymał i pociągnął ją za te włosy.

– Rozzłościła się. Nazwała mnie chamem – wspomina Mladen. Dziesięć dni później rzuciła swojego chłopaka i zaczęła spotykać się z Mladenem. Jej rodzice, żarliwi katolicy, z początku niechętnie odnosili się do Mladena, który pochodził z rodziny prawosławnej, ale w końcu go zaakceptowali. Podbił ich serca pełną oddania miłością do Veroniki. Dwudziestego dziewiątego sierpnia 1987 roku młodzi wzięli ślub. Weselne śniadanie odbyło się w wiejskiej restauracyjce, przycupniętej u podnóża góry Igman, która obecnie znajdowała się na linii frontu.

– Parę dni temu widziałem to miejsce w telewizji, nie ma tam teraz nikogo oprócz żołnierzy, i znowu przypomniał mi się nasz ślub – powiedział Mladen.

W pierwszych dniach po rozpoczęciu ostrzału Sarajewa grupki prywatnych osób organizowały konwoje ewakuujące cywili z miasta. Wiele rodzin z ulicy Logavinej rozważało wyjazd. Ekrem Kaljanac próbował wyekspediować Minkę i dzieci, ale Minka nie chciała zostawić męża. Spodziewali się, że walki wkrótce się skończą.

Mladen sądził, że potrwają nie dłużej niż dziesięciodniowa wojna w Słowenii rok wcześniej.

– Veronika była przerażona, a ja uważałem, że przesadza.

A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Tamtego dnia Mladen był w pracy w miejskich wodociągach. Veronika zadzwoniła do niego i powiedziała, że znalazła konwój, który odjeżdża za godzinę. Pobiegł na dworzec autobusowy, żeby się z nią pożegnać.

– Czułem się okropnie. Veronika tak strasznie płakała, że zrobiło mi się jeszcze gorzej – powiedział. – Próbowaliśmy jakoś się trzymać, ze względu na Borisa, ale on i tak był za mały, by rozumieć, co się dzieje.

Mladen zapamiętał swojego synka jako roześmianego berbecia w dżinsowej kurteczce, machającego mu w podnieceniu przez okno autobusu.

Oprócz wierszy dla żony Mladen układał również rymowanki dla synka i rysował dla niego obrazki z „domkami, króliczkami i wszystkim, co nie będzie mu przypominało o wojnie”. W 1992 roku Veronika i Boris wyjechali do Niemiec. Veronika musiała tłumaczyć Borisowi listy Mladena na niemiecki, żeby chłopiec zrozumiał, co pisze tata.

Rok po wyjeździe rodziny Mladen poddał się i podarował ubranka i zabawki, z których wyrósł jego synek, rodzinie uchodźców mieszkającej przy tej samej ulicy. Dwa lata po wybuchu wojny napisał wiersz, by uczcić piąte urodziny syna, wypadające trzydziestego lipca 1994 roku.

„Życzymy naszemu synowi, by jego dzieciństwo wypełniały kolorowe baloniki, radość i cukierki. Ale przede wszystkim żeby było pełne miłości rodziców, znowu w wesołym kręgu rodziny”.

Mladen nie łudził się, że uda mu się osobiście przeczytać go synkowi.

*

Po pierwszej fali ucieczek z Sarajewa w kwietniu 1992 roku opuszczenie miasta stawało się coraz trudniejsze. Równie trudno było się do niego dostać. W pierwszym tygodniu kwietnia komercyjne linie lotnicze zawiesiły połączenia ze stolicą Bośni i Hercegowiny. Pociąg, którym dwudziestego pierwszego kwietnia przyjechali Selma i Mirza, był jednym z ostatnich przybyłych na sarajewski dworzec, wkrótce zmieniony przez ostrzał artyleryjski w kupę gruzów.

Siostra Minki Kaljanac, Lala, trzykrotnie próbowała opuścić miasto. Za pierwszym razem została, bo zachorował jej mąż i uważała, że jest mu potrzebna. Za drugim również miała poważny powód, by zrezygnować. Poprzedni konwój został zatrzymany i obrabowany, kiedy przejeżdżał przez Pale, które było teraz bastionem Serbów. Lala uznała, że to zbyt niebezpieczne.

Za trzecim razem była absolutnie pewna, że teraz nic już jej nie zatrzyma. Ale kiedy przyszła na dworzec, dowiedziała się, że brakuje oleju napędowego, na którym jeżdżą autobusy.

– Uznałam, że to znak. Widocznie nie było mi pisane opuścić Sarajewa – oświadczyła swoim bliskim.

Kuzynka Kasemy Telalagić przyleciała w ostatnim tygodniu marca 1992 roku z Australii w odwiedziny do krewnych. Wizyta miała potrwać trzy tygodnie. Udało jej się wrócić do Australii dopiero w styczniu 1993 roku i to tylko dlatego, że została ewakuowana przez ONZ.

Dervo Karašik, uchodźca z Pale, podjął nierozważną próbę wydostania się z Sarajewa przez płytę lotniska. Położony w zachodniej części miasta port lotniczy od lata 1992 roku stanowił coś w rodzaju strefy zdemilitaryzowanej, kontrolowanej przez siły pokojowe ONZ. Kiedy Dervo zaczął biec po asfaltowym pasie startowym, żołnierze ONZ zapalili reflektory. Przerażony, zastygł bez ruchu, stając się łatwym celem dla serbskiego snajpera. Próba ucieczki kosztowała go nogę.

Wojna sprawiła, że najbliższe przedmieścia stały się równie odległe, jak księżyc. Sarajewo zostało hermetycznie zamknięte w ramach osobliwego eksperymentu z zakresu technik izolowania. Serbowie całkowicie odcięli miasto od świata. Albo prawie całkowicie.

Pewnego majowego wieczoru dzieci bawiły się w schronie przeciwbombowym w piwnicy w grę komputerową o nazwie Submarine. Nagle żarówka zamigotała i zgasła. Nikt się szczególnie nie zdziwił, bo krótkotrwałe przerwy w dostawie energii elektrycznej w pierwszych tygodniach wojny zdarzały się często.

Nema problema – powiedziała Lana do kolegów. – Zróbmy sobie przerwę. Lada moment włączą prąd.

Ale światło nie zapaliło się już więcej tamtego wieczoru. Ani następnego dnia rano. Do końca wojny prąd pojawiał się sporadycznie, co parę dni, w kilkugodzinnych zrywach.

Z początku sarajewianie sądzili, że pociski zerwały linie wysokiego napięcia. Ale zastanawiając się nad tym w ciemnościach, stopniowo zrozumieli, że usługi komunalne trafiły do niewoli wojennej.

Główna elektrownia zasilająca Sarajewo znajdowała się na przedmieściu Vogošća okupowanym przez serbskich rebeliantów. Jednym pstryknięciem mogli pozbawić elektryczności całe miasto. Mieszkańcy Sarajewa wegetowali w schronach przy świecach, latarkach i lampach gazowych, ale stały brak prądu miał również inny, znacznie poważniejszy skutek uboczny. Stacja pomp przy zaopatrującym miasto w wodę zbiorniku w Bačevie była zasilana prądem. Odcięcie elektryczności oznaczało brak wody.

Można było przeżyć w ciemnościach. Ale nie dało się przeżyć bez wody.