Tajemnica doliny - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lord Strathcairn uśmiechnął się.

— Pamiętam oczywiście tę historię! Ustawił wokół stołu najwyższych członków klanu i każdemu dał płonącą sosnową pochodnię!

— Tak jest! — wykrzyknęła Leona. — Potem śmiejąc się zapytał gościa, gdzie w Anglii, Francji czy we Włoszech widział dom z takimi świecznikami!

— Przykro mi, że nie mogę pani pokazać czegoś równie niezwykłego — powiedział lord Strathcairn.

— Zachwyca mnie wszystko dookoła — zapewniła go Leona. — Nie wie pan, co to dla mnie znaczy, że jestem w Szkocji!

— Pani matka pochodziła z Macdonaldów? A więc możemy być spowinowaceni. W moim drzewie genealogicznym figuruje sporo Macdonaldów.

— Tatuś mawiał, że Szkoci są wszędzie! Nie da się ich powstrzymać! — powiedziała Leona figlarnie.

— Niezmiernie mi miło powitać w pani rodaczkę.

Kolacja ogromnie Leonie smakowała. Podano łososia, którego, jak zapewniał gospodarz, osobiście wyłowił z jeziora tego ranka, oraz pardwę, którą ustrzelił na wrzosowiskach dnia poprzedniego. Po raz pierwszy spożywała kolację sam na sam z mężczyzną. Lord Strathcairn wyjaśnił, że mieszka samotnie. Czasem tylko odwiedzał go jakiś krewniak.

— Ostatnio gościłem jedną z ciotek — powiedział — Dopiero w zeszłym tygodniu wróciła do Edynburga. — Popatrzył na służbę i dodał: — Mam nadzieję, ze zapewniłem pani dostateczną opiekę. Pani McCray poleciła jednej z pokojówek, aby spała w garderobie pani sypialni.

— Czuję się dostatecznie bezpieczna z panem — odpowiedziała Leona.

Tak było rzeczywiście. Od czasu pamiętnej wspólnej jazdy, kiedy lord przytrzymywał ją w siodle silnym ramieniem, sama jego obecność napawała ją spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Spostrzegła, że Strathcairn był zadowolony z jej odpowiedzi.

— Czy to prawda — zapytał — czy też zwykła uprzejmość?

— Mówię... prawdę — powiedziała cicho Leona.

Ich oczy spotkały się i Leona doznała wrażenia, że między nimi zaszło coś niezwykłego, coś, czego nie potrafiła wyjaśnić.

— Chcę mieć pewność — odezwał się po chwili lord — że będzie pani pamiętać, iż gdziekolwiek znajdzie się pani w Szkocji, oczekuję pani tu, w zamku, zawsze gotów na pani usługi.

— Dziękuję panu.

Nie miała pojęcia, dlaczego tak ciężko było jej mówić.

I znowu patrzył prosto w jej oczy. Wydawało się, że chce coś powiedzieć, ale wtedy rozległa się głośna muzyka. Do jadalni wkroczył kobziarz. Nosił klanowy strój McCairnów. Okrążył stół parę razy. Spódniczka kołysała się w takt melodii przywołującej wspomnienie wojen toczonych przez mieszkańców wysoczyzn, ich marzeń i pragnień.

Leona przypomniała sobie, jak matka opowiadała o Mac-Crimmonach, najsłynniejszych kobziarzach w Szkocji. Mogli oni wzruszyć ludzi do łez albo podniecić do walki swoją muzyką. Każdy szef klanu, jak wiedziała, miał swego kobziarza, który budził go rano i przygrywał podczas wieczornego posiłku. Kiedy wódz wyruszał na wojnę, kobziarz maszerował za nim. Dzika muzyka, przywołująca pamięć dawnych bohaterskich czynów, zagrzewała ludzi do walki.

Kobziarz odegrał trzy melodie, po czym zatrzymał się przy lordzie kłaniając się z szacunkiem. Lord wręczył mu srebrny kubek whisky. Grajek uniósł naczynie w toaście i wychylił do dna. Ukłoniwszy się ponownie, opuścił jadalnię.

— Oto coś, co pragnęłam usłyszeć — powiedziała Leona.

— Kobzę? — zapytał Strathcairn.

— Dzięki tej muzyce wiem, że na pewno jestem Szkotką!

— Muzyka wzrusza panią?

— Budzi we mnie gwałtowne uczucia. Podnieca mnie, wznieca dumę i trochę zasmuca. Kiedy słucham tych melodii, wierzę, że duch Szkocji jest niezłomny.

Mówiła szczerze, z głębi serca. Lord ujął jej dłoń.

— Dziękuję — powiedział spokojnie.

Uczucie, jakiego doznała, kiedy całował jej palce było całkiem nowe i na swój sposób bardziej jeszcze cudowne niż wszystko, co zdarzyło się do tej pory!

Rozdział 2

Lord Strathcairn podniósł się ze swego fotela z wysokim oparciem i zapytał:

— Czy miałaby pani ochotę popatrzeć na szkockie tańce?

— Marzę o tym! — wykrzyknęła Leona w odpowiedzi. — Ale nie dopił pan porto?

— Myślę, że dziś wieczór doskonale się bez niego obejdę — odparł. Wyszli z jadalni i kamiennymi schodami udali się na wyższe piętro.

Matka opowiadała Leonie, że w każdym szkockim zamku znajdowała się tak zwana komnata wodza, gdzie przywódca klanu podejmował swoich pobratymców, gdzie układano plany bitew i gdzie się bawiono. Leona wyobrażała sobie, że komnata będzie ogromna i wspaniała, niczym na królewskim dworze. Pomieszczenie, do którego weszli, zaskoczyło ją. Miało szerokość zamku. W jednym końcu sali ujrzała galerię dla muzyków. Głowy jeleni, rogi, tarcze i miecze ozdabiały ściany. Najbardziej niezwykły wydawał się jednak wyłożony drewnem sufit z herbem Strathcairnów.

W sali nie brakło — jak można się było tego spodziewać — wielkiego, otwartego kominka, na którym paliły się pokaźne polana. Członkowie klanu, w tartanie o barwach Strathcairnów, zasiadali pod ścianami. Malowniczy był to widok, ale Leona wiedziała, że tartany pochodzą ze stosunkowo niedawnych czasów. Niegdyś nie góralska spódniczka — skromny kawałek materiału — stanowiła znak rozpoznawczy klanu, ale hasło i okrzyk oraz specjalny znak. Każdy ród miał własne zawołanie — dziki okrzyk wojenny nawiązujący do bohaterskiej przeszłości. Przynależność do klanu zdradzał też znak noszony na czapce: wizerunek kwiatu wrzosu, dębowego liścia albo gałązki mirtu. Każdej roślinie przypisywano magiczne znaczenie, traktowano ją jako amulet przeciwko urokom i wszelkim nieszczęściom. Czasami taka roślina odgrywała istotną rolę w życiu klanu. Na przykład znakiem MacNeilów były wodorosty.

— Wodorostami — wyjaśniała kiedyś pani Grenville córce — MacNeilowie nawozili jałowe pola na! zachodnich wybrzeżach swoich wysp.

Świetnie skrojone plisowane spódniczki McCairnów nie przypominały w niczym pstrokatej, wypłowiałej tkaniny zwanej na wysoczyznach „braecan”.

Lord Strathcairn poprowadził Leonę do małego podwyższenia obok galerii. Stały tam dwa fotele o wysokich oparciach rzeźbionych w znaki heraldyczne. Gdy zasiedli, rozpoczął się góralski taniec.

Leona słyszała nie raz o tym, jak lekko i zwinnie potrafili tańczyć szkoccy górale swój taniec — słynnego reela. Teraz musiała przyznać, że w opowieściach tych nie było przesady. Mężczyźni pląsali na palcach przeskakując przez skrzyżowane miecze. Tańczyli do wtóru zawodzących i jęczących kobz. Leona nie mogła oderwać od nich oczu. Zerknęła na siedzącego obok niej lorda. Pomyślała, że wyglądał dokładnie tak, jak szef klanu wyglądać powinien. Wiedziała, że w dawnych czasach głowa klanu cieszyła się w Szkocji autorytetem równym królewskiemu. Matka mówiła jej, że przywódca zapewniał klanowi opiekę, a jego ludzie spełniali bez szemrania wszelkie jego rozkazy. Dodawała jednak ze smutkiem: „Niestety, wodzowie zapomnieli teraz o swoich góralach, a oni bez przywódcy są zupełnie bezradni!” Nie potrafili żyć poza klanem.

Leona pamiętała, że nawet w XVI i XVII wieku szef szkockiego klanu przewyższał często Anglików wiedzą i doświadczeniem.

— Szefowie klanów znali angielski i gaelicki — powiedziała kiedyś pani Grenville — a często także grekę, francuski i łacinę. Wysyłali synów po naukę na uniwersytety w Glasgow, Edynburgu, Paryżu i Rzymie. Pili francuskie wina, nosili koronkowe żaboty, ale znali i za własny przyjmowali obyczaj, kulturę swego ludu. Teraz szefów klanów nie zadowala już polowanie na jelenie, wilki, żbiki ipardwy. Przenieśli się na południe porzucając swój lud, kóry jest teraz niczym statek bez steru.

Widząc, z jakim zainteresowaniem lord śledził taniec, Leona pomyślała, że temu wodzowi jego lud na pewno nie jest obojętny. Żałowała, że nie ma tu matki. Wiedziała, że taniec i widok „komnaty wodza” zachwyciłyby ją.

Tańce ustały i Strathcairn przedstawił Leonie swoich ludzi. Oznajmił, że w jej żyłach płynie krew Macdonaldów i że to jej pierwsza wizyta w Szkocji, ale — co zauważyła — ani słowem nie wspomniał o zamku Ardness; celu jej podróży. Uznała, że widać stosunki między starym księciem a jej gospodarzem-lordem nie układająśię najlepiej i usiłowała sobie przypomnieć o jakiejś waśni rodowej między McCairnami a McArdnami. Żałowała, że niewiele udało się jej zapamiętać z matczynych opowieści o Szkocji, tak bogatej w bohaterskie legendy i tak bliskiej jej skołatanemu sercu. Daleko stąd, na południu Anglii, to wszystko wydawało się nierzeczywiste. Teraz jednak, Leona naprawdę była w Szkocji i to, co szkockie, poruszało ją do głębi, tak jak dźwięk kobzy budził w niej dziwne podniecenie i wzruszenie, jakiego dotąd nie doznała.

Podziękowawszy tancerzom, lord Strathcairn powiódł Leonę z powrotem do salonu na pierwszym piętrze.

— Dziękuję — powiedziała. — Jestem panu ogromnie wdzięczna, nawet nie potrafię tego wyrazić.

— Podobało się pani?

— To było zachwycające — odparła. —Mama miała rację, że nikt nie dorówna Szkotom w tańcu, kiedy ruszą do reela.

Lord Strathcairn podszedł do stolika w kącie pokoju i nalał Leonie orzeźwiającego napoju. Ze szklankami w ręku stanęli przy ogniu. Blask płomieni pokrył włosy Leony złotawą poświatą. Zdawało się niemal, że jej głowę spowija świetlista aureola. Słyszeli wycie wichru za murami zamku i stukanie deszczu o szyby.

— Błogosławię ten wiatr za to, że mi tu panią przywiał — powiedział Strathcairn niskim głosem. — Nie spodziewałbym się czegoś podobnego nigdy w życiu.

— Dla mnie to jakieś czary — odrzekła Leona.

Podniosła ku niemu twarz. Urzekł ją wyraz jego oczu.

— Jest pani bardzo piękna! — powiedział.

Nutka w jego głosie przywołała rumieniec na jej policzki. Nieśmiałość kazała jej odwrócić wzrok i spojrzeć w ogień. Milczeli. Pomyślała znowu, jak bardzo było mu do twarzy w stroju szefa klanu.

 

— Czy spędza pan tu cały rok? — zapytała.

— To mój dom, moje życie. — Ku jej zaskoczeniu mówił teraz zupełnie innym tonem niż przed chwilą. — Tutaj jest moje miejsce!

Jego głos brzmiał ostro, prawie nieprzyjemnie. Spojrzała zdziwiona.

— Jest pani zapewne zmęczona, panno Grenville. Miała pani ciężki dzień. Zapewne chciałaby pani udać się na spoczynek — powiedział.

Leonie wydawało się, że odsunął się od niej, że nie jest już taki bliski i opiekuńczy, jak przed chwilą. Pragnęła go zapewnić, że nie ma ochoty iść do łóżka, że chce zostać i rozmawiać z nim. Tak wielu rzeczy była ciekawa, tyle chciałaby usłyszeć. Uznała jednak, że nie powinna się z tym zdradzać. Miał już, być może, po prostu dosyć jej towarzystwa.

Poczuła się nagle młoda i niedoświadczona. Należało może, pomyślała z przekorą pożegnać go, gdy wyszli z „komnaty wodza”. Nie zrobiła tego i dopuściła, żeby poniżył ją dając do zrozumienia, że jest nią znużony.

— Czy mogę podziękować za pańską uprzejmość? — zapytała.

Jej oczy patrzyły błagalnie, ale nie zauważył tego. Przemierzył komnatę i otworzył drzwi na korytarz.

— Pani McCray czeka na panią — powiedział. — Dobrej nocy, panno Grenville.

— Dobrej nocy, wasza lordowska mość

Leona ukłoniła się i powędrowała samotnie korytarzem. Słyszała, jak lord wraca do salonu.

„Cóż ja takiego powiedziałam? Dlaczego nagle tak się zmienił?” , zastanawiała się leżąc w łóżku. Na kominku płonął ogień i drżące cienie tańczyły na ścianach sypialni. Znowu zabrzmiały jej w uszach wypowiedziane łagodnie słowa: „Jest pani bardzo piękna!” A potem, nagle, ostry ton w odpowiedzi na proste pytanie. Miała wrażenie, że stała się nagle zawadą którą trzeba usunąć.

— Nic nie rozumiem — Leona męczyła się próbując rozwiązać zagadkę, aż wreszcie zasnęła.

Piękny poranek, panienko. I wiatr ustał — oznajmiła pani McCray.

Odsunęła zasłony i w tejże chwili Leona usłyszała dźwięki kobzy w drugiej części domu. Słońce zajrzało przez okna rozsiewając złoty blask. Nocne strachy ulotniły się. Miała ochotę szybko się ubrać i — być może — zjeść śniadanie z lordem. Ale pani McCray miała wobec niej inne plany.

— Przyniosłam śniadanie tutaj, żeby się panienka nie fatygowała po wczorajszych przeżyciach.

— Czuję się znakomicie! — zaprotestowała Leona. Rzuciła okiem na pełną tacę, którą służąca właśnie niosła do łóżka, i powiedziała z wahaniem:

— Czy... jego lordowska mość... nie oczekuje mnie na śniadaniu?

— Jego lordowska mość śniadał godzinę temu — odparła pani McCray. — To ranny ptaszek. Mówił, że jak panienka się ubierze, to może, na odjezdnym, będzie miała ochotę obejrzeć ogrody.

— Tak, oczywiście, chciałabym bardzo! — przytaknęła Leona.

Przełykała pośpiesznie, a potem ubrała się z pomocą pani McCray. Tymczasem pokojówka pakowała kufer.

Leona miała niejasną nadzieję, że paskudna pogoda zatrzyma ją w zamku albo rozbita kareta uniemożliwi dalszą podróż. Żegnając się z panią McCray zauważyła, że dwaj lokaje czekają, aby przenieść jej bagaż do karety, która, jak można się było domyślić, stała już u bramy. Przepełniało ją przykre poczucie, że ktoś usiłuje skłonić ją do czegoś, na co nie ma w gruncie rzeczy ochoty. Sama przed sobą przyznała, że wolałaby zostać w zamku Cairn aniżeli jechać do Ardness.

— To niedorzeczne — myślała wchodząc do salonu — ale wydaje mi się, że tracę coś cennego.

Zapomniała o wszystkim na widok Strathcairna siedzącego przy biurku. Podniósł się na jej widok i Leona powstrzymała odruch, aby podbiec ku niemu i powiedzieć, jak bardzo się cieszy, że go widzi, ale zamiast tego, dygnęła tylko grzecznie.

— Dzień dobry, panno Grenville — powiedział poważnie jej gospodarz.

— Dzień dobry, wasza lordowska mość.

— Spała pani dobrze?

— Bardzo dobrze, dziękuję.

— Jak pani widzi — powiedział — wiatr ustał w nocy i mamy teraz ciepły słoneczny dzień.

— Pani McCray wspomniała, że pokaże mi pan ogrody.

— Jeśli sprawiłoby to pani przyjemność...

— Bardzo chciałabym je zobaczyć!

— Myślę, że spodobają się pani — powiedział — założyła je moja matka. Kazałem je pielęgnować zgodnie z jej wskazówkami.

Zeszli po schodach i bocznymi drzwiami dostali się do ogrodu. Leona przyznała, że lord Strathcairn miał się czym szczycić. Ogrody leżały na łagodnym zboczu wzniesienia sięgając aż do brzegu jeziora. Dookoła ciągnęły się gęste zarośla. Rosło tam wiele kwiatów nie spotykanych zażwyczaj w tej części kraju. Słońce grzało w najlepsze. Wzgórza za jeziorem zamykały jakby przestrzeń, dając przez to poczucie bezpieczeństwa. Po przeciwnej stronie srebrzystej toni, w cieniu wzgórz, usadowiły się drobne gospodarstwa. Na zielonych łąkach pasło się kudłate szkockie bydło o długich rogach.

— Czy posiada pan dużo ziemi? — zapytała Leona.

— Nie tyle, ile bym chciał — odparł lord Strathcairn — ale moje włości rozciągają się na wschodzie aż do morza, a na południu aż do hrabstwa Inverness. — Zdało się jej, że spochmurniał mówiąc te słowa. — Granica przebiega na wrzosowiskach. Za nią jest już Ardness.

— Aż tak blisko?! — wykrzyknęła Leona. — Więc jak daleko stąd do zamku?

— Odległość drogą — odparł Strathcairn — wynosi jakieś dziesięć mil, ale w linii prostej nie więcej niż trzy.

— Jakie to niezwykłe! — zawołała Leona.

— Trzeba pokonać wiele parowów, rozpadlin i strumieni — wyjaśnił — a kiedy te ostatnie wzbierają, zdarza się, że zalewają leżącą poniżej drogę.

— Teraz rozumiem — powiedziała Leona.

Zbliżali się powoli do jeziora. Leona odwróciła się w stronę zamku. Krzyknęła zachwycona.

— To zupełnie jak zamek z bajki — zawołała. — Nie sądziłam, że może mieć tyle uroku!

Widok był rzeczywiście romantyczny. Ponad murami z szarego kamienia strzelały w górę smukłe wieżyczki. Leona pomyślała, że potężna budowla ma w sobie tę samą lekkość i wdzięk, co góralski taniec.

— Rozumiem, ile ten zamek dla pana znaczy — zwróciła się do lorda.

— Mogę tylko powtórzyć to, co powiedziałem wczoraj wieczorem — odparł. — Tu jest mój dom, moje miejsce i na mnie spoczywa obowiązek opieki nad moim klanem i moim ludem.

Leona już miała powiedzieć, jak bardzo go podziwia, gdy nagle zmienił temat.

— Sądzę, panno Grenville, że jego wysokość książę oczekuje pani, kareta stoi przy bramie. Powinna pani już ruszać.

— Ach... tak, oczywiście — zgodziła się Leona.

Znowu poczuła się upokorzona. To jej obowiązkiem było pożegnać się w odpowiednim momencie. Nie powinna pozwolić, by ją przywoływano do porządku. Żal jej przy tym było opuszczać słoneczne ogrody.

Odwróciła się znowu w stronę jeziora.

— Teraz kiedy jestem w Szkocji, chciałabym mieć okazję zobaczyć, jak się łowi łososia — powiedziała. — Mój ojciec uwielbiał łowić ryby i często mówił nam, że to pasjonujące zajęcie.

— Nie zawsze mamy to, czego chcemy — odparł Strathcairn. — Tyle rozczarowań spotyka nas w życiu!

Szedł powoli ku zamkowi. Nie widząc sposobu, aby opóźnić wyjazd, ruszyła za nim z ociąganiem. Spojrzała ku wrzosowiskom.

— A gdzie jest granica pańskiej posiadłości? — zapytała. — Czy jest tam jakiś znak?

Moi łowczy znają każdą piędź ziemi jak własną kieszeń, tak że z pewnością potrafią wskazać, który krzaczek wrzosu należy do mnie, a który do księcia — stwierdził lord. — Ja sam rozpoznaję granicę moich włości po dużym kopcu, który usypano w tym miejscu przed wiekami.

Szli ścieżką w kierunku zamku. Leona widziała konie niecierpliwiące się przed główną bramą.

— To bardzo uprzejme z pana strony, że... zechciał mnie pan przenocować w swoim zamku — powiedziała. — Mam nadzieję, że spotkam pana znowu.

— Mało prawdopodobne.

Leona zatrzymała się patrząc na lorda Strathcairna rozszerzonymi ze zdumienia oczami.

— Ależ dlaczego?

— Jego książęca wysokość nie zgadza się ze mną w pewnych sprawach — odparł Strathcairn.

— Nie mogę odnaleźć w pamięci, co słyszałam o waśniach między waszymi klanami... — zawahała się Leona.

— Walczyliśmy niegdyś — odrzekł Strathcairn — ale mój ojciiec i zmarły książę zawarli pokój...

— Który został złamany?

— Który został złamany!

Lord Strathcairn zamilkł. Postąpił naprzód, jakby chciał możliwie szybko odprowadzić gościa do karety.

— A zatem... już pana nie zobaczę? — zapytała Leona przytłumionym głosem.

— Nie odwiedzam zamku Ardness — odparł. — Proszę jednak, aby pamiętała pani o jednym: jest tu pani zawsze mile widziana. Jak już mówiłem, oddaję się na pani usługi.

Jego głos brzmiał ciepło i serdecznie. Poczuła się tak, jakby do jej serca przeniknął promień słońca.

— A więc mogę złożyć panu wizytę?

— Szczerze tego pragnę. — Lord Strathcairn popatrzył na wrzosowiska. — Do kopca droga niedaleka, a potem będzie pani już na mojej ziemi.

— Na pewno przyjadę — powiedziała Leona oddychając z trudem.

Ich oczy spotkały się, ale słowa nie padły. Nim zdążyli otworzyć usta, nadbiegł służący.

— Proszę o wybaczenie, wasza wielmożność, ale woźnice książęcy mówią, że konie się niecierpliwią.

— Dziękuję Duncan — powiedział lord. — Panna Grenville już jest gotowa do odjazdu.

Weszli do zamkowej sieni, gdzie podano Leonie jej płasżcz podróżny. Wszystkie inne rzeczy znajdowały się już w karecie. Wyciągnęła rękę.

— Zechce wasza lordowska mość przyjąć najszczersze podziękowania za swoją gościnność.

Ujął jej dłoń, ale nie złożył na niej pocałunku, którego na wpół świadomie pragnęła. Ukłonił się tylko dwornie. Leona dygnęła i wsiadła do karety.

Woźnica smagnął konie biczem, jakby zniecierpliwiony długim oczekiwaniem. Zaprzęg ruszył z kopyta, zanim Leona zdążyła się wygodnie usadowić. Wyjrzała przez okno. Przed oczami mignęła jej sylwetka Strathcairna stojącego na schodach zamku. Widziała go tam, dopóki ostrym galopem nie wyjechali z podwórza kierując się ku drodze na wrzosowiska. Poprzedniej nocy wichura właśnie w tym miejscu przewróciła powóz. Leona obejrzała się, żeby raz jeszcze spojrzeć na zamek nad jeziorem. Opuściła okno, żeby lepiej widzieć. W jasnych promieniach słońca starodawna siedziba rodu Cairnów wydała się jej jakby żywcem przeniesiona z baśni. Piękno krajobrazu z fioletowymi wrzosowiskami, refleksami słońca na wodzie, chatkami przycupniętymi u podnóża wzgórz, wszystko wprawiało ją w nieopisany zachwyt.

Zamek stanowił uosobienie tajemniczego i romantycznego ducha Szkocji.

— To cudowne! — Leona powiedziała do siebie wzdychając lekko.

Zamek pozostał daleko w tyle.

Po drodze zastanawiała się, co może być przyczyną waśni między lordem Strathcairnem a księciem; nieporozumienie na tyle poważne, że nie chcieli się nawet widywać. Lorda wyraźnie poruszyła wiadomość o tym, że ma zamiar zamieszkać w zamku Ardness. Dlaczego wydawało mu się to takie niezwykłe? Potem pomyślała, że Szkoci obdarzeni są bardzo wybuchowym temperamentem i nigdy nie wybaczają najmniejszej zniewagi. Przypomniała sobie, co jej matka mówiła o Campbellach. Wiedziała, jak łatwo ich urazić.

„Może uda mi się ich pogodzić?”, pomyślała. Pragnęła załagodzić rozdźwięk między nimi tak, aby jak najszybciej znów zobaczyć lorda Strathcairn.

Posuwali się wąską i kamienistą drogą. Konie biegły jednak w dobrym tempie i Leona oceniała, że przebyli już jakieś cztery do pięciu mil, gdy kareta nagle się zatrżymała. Wokół rozlegały się krzyki. Wyjrzawszy przez okno zobaczyła ze zdziwieniem gromadę ludzi stłoczoną wokół jakiejś chaty. Dwaj mężczyźni wywlekali z wnętrza domostwa pościel, stoły, kołowrotek i ubrania. Kobiety i dzieci złorzecząc i płacząc usiłowały temu przeszkodzić.

Drogą biegli chłopi. Nie można było ruszyć z miejsca. Leona zobaczyła, że mężczyźni, którzy przedtem wyrzucali sprzęty teraz podpalają dach domu! Nic nie rozumiała. Kobieta tuląca dziecko w ramionach krzyknęła po gaelicku głosem pełnym gniewu:

Tha mo clann air a bhi air am tnurt!

„Mordująmoje dzieci”, przełożyła sobie Leona. Poza podpalaczami byli tam jeszcze trzej policjanci.

Wysiadła z karety. Harmider był nie do wytrzymania. Jakieś kobiety usiłowały wyciągnąć ptactwo z kurnika, by nie spaliło się żywcem. Do płonącej chaty wskoczył mężczy zna. Wybiegł po chwili z półnagim, krzyczącym wniebogłosy dzieckiem na ręku.

 

— Co tu się dzieje?! — zawołała Leona.

Jej głos utonął w hałasie, ale w tej właśnie chwili z tłumu wysunął się mężczyzna, który wyglądał na przedstawiciela władzy.

— Proszę jechać dalej — powiedział szorstko. — Zaraz droga będzie wolna.

— Ale o co tutaj chodzi? — powtórzyła pytanie Leona.

— Ci ludzie są eksmitowani.

— Eksmitowani?! — wykrzyknęła Leona. — Chce pan powiedzieć: wysiedlani? Rozumiem, że zostaną przesiedleni na inne miejsce.

— Jego wielmożność potrzebuje ziemi, łaskawa pani.

— Dla owiec? — zapytała dziewczyna.

— Otóż to. A teraz proszę jechać dalej.

Mężczyzna odwrócił się do niej plecami. Leona zauważyła, że lokaj trzyma drzwi karety otwarte, czekając, żeby wsiadła.

— Pomocy! Błagam, pomocy! — krzyknęła kobieta.

Leona zawahała się, nie wiedząc, co robić. Kobieta, uderzona pałką policjanta, osunęła się na ziemię. Leona już biegła w jej stronę, gdy wpadła na mężczyznę, z którym rozmawiała poprzednio.

— Ruszy pani wreszcie? — powiedział ostro. — Nie ma pani tu czego szukać. Jego wysokość na pewno nie życzyłby sobie, żeby pani przyglądała się temu.

Leonę oburzał sposób, w jaki potraktowano kobiety i dzieci, ale chcąc nie chcąc, wsiadła do karety. Pojazd szybko jechał opustoszałą drogą. Obejrzała się na płonącą chatę. Spostrzegła, że wieśniacy, uprzedzając swoich prześladowców, sami wynoszą z domów swój skromny dobytek. Opadła na siedzenie. Straszne sceny, których była świadkiem, przyprawiły ją o zawrót głowy.

Słyszała o brutalnych przesiedleniach górali dużo wcześniej. Matka, zazwyczaj taka łagodna i spokojna, opowiadała o nich ogromnie wzruszona. Czasem łkała przy tym rozpaczliwie. Leonie wydawało się jednak, że to wszystko dotyczyło odległych czasów, dopiero teraz zrozumiała, że nie zaniechano tych praktyk.

Matka opowiadała, jak to w 1762 r., pan John Lockhart Ross wprowadził hodowlę owiec na północy wbrew tradycji i duchowi wysoczyzn. Pięćset owiec przeżyło mimo surowego klimatu. Właściciele ziemscy wnet zwęszyli nową sposobność wzbogacenia się, bo wełna była w cenie. Ponieważ wielu z nich było na skraju bankructwa, postanowili wykorzystać swoje nie dające dochodu wrzosowiska i doliny na pastwiska. Oczywiście, należało zacząć od usunięcia mieszkańców tych ziem.

Górale od wieków stawiali czoło ciężkim zimom, prowadzili gospodarstwa, hodowali bydło. Nie mieściło im się w głowie, że oto mają opuścić domy i ziemię, którą uważali za swoją własną. Oczekiwali wsparcia od szefów klanów, ale zawiedli się. Nie wiedzieli, dlaczego zmusza się ich, by nagle wiedli nędzny żywot na wybrzeżu albo wyjechali w obce strony, dlaczego pali im się dach nad głową i traktuje jak przestępców.

Leona już w dzieciństwie słyszała o prześladowaniu górali w Sutherland, a potem w Ross. W oczach jej matki właściciele ziemscy sprzeniewierzyli się wspólnemu dziedzictwu Szkotów i zdradzili wszystko, w co wierzyła. Pani Grenville przebywała jednak daleko od rodzinnego kraju i nie miała pojęcia, jak to wyglądało naprawdę. Dziwiło ją też, dlaczego nie znalazł się nikt, kto by się ujął za Szkotami z gór.

Zaczęło się to na długo, zanim Leona przyszła na świat. Cała sprawa odżyła przed pięciu laty w 1845 r., za sprawą gazety „The Times”. Wydawca, John Delane, dowiedział się, że dziewięćdziesięciu wieśniaków z Ross usunięto z Glencalvie i zmuszono do obozowania na dziedzińcu kościelnym, jako że nie mieli dokąd pójść.

„The Times” nie poświęcał, jak dotąd, wiele uwagi przesiedleniom górali, ale tym razem John Delane osobiście udał się do Szkocji i zjawił się na czas, aby zobaczyć na własne oczy, co działo się w Glencalvie. Pani Grenville czytała artykuł na głos, a łzy spływały jej po policzkach.

Delane donosił, że wszystkie chałupy w Glen opustoszały. W jednej tylko zastał umierającego starca. Pozostali mieszkańcy musieli opuścić dolinę, siedzieli, przygotowani do drogi, na zielonym zboczu, kobiety schludnie ubrane, w czerwonych albo pastelowych chustach, mężczyźni owinięci w pasterskie koce. Pogoda była wilgotna i zimna. Towarzyszyły im dwa czy trzy wozy wyładowane dziećmi.

John Delane pisał, że ta sytuacja wynikała „z zimnego, wyrachowanego okrucieństwa, równie niewiarygodnego jak odrażającego”.

— Mamo, dlaczego nikt ich nie powstrzyma? — zapytała Leona.

— Ludzie powiedzieli wydawcy „The Times”, że właściciel wcale się nie zjawił. Zarządcy, którzy występowali w jego imieniu, zachowywali się wyjątkowo brutalnie — powiedziała matka.

Wtedy Leona tego sobie nie wyobrażała, ale teraz słysząc płacz dzieci i widząc rozpacz na twarzach ludzi, którym palono domy, czuła odrazę i gniew sprawiające jej fizyczny ból. Domyśliła się kto ponosił za to odpowiedzialność. Nie było sensu udawać, że nie wie, na czyje wjechali ziemie. To książęcych dzierżawców wyrzucano z wioski. Czekała ich ponura wegetacja na wybrzeżu, podobnie jak ofiary wcześniejszych przesiedleń. Jedyne, co poza tym mogli zrobić, to wsiąść na statek i opuścić ojczyste strony. Wielu emigrantów umierało na pokładzie z zimna i braku żywności. Epidemie ospy i tyfusu zbierały obfite żniwo:

„Tak dalej być nie może”, myślała Leona.

Przypomniała sobie, jak matka oburzała się na owce, które wyparły górali z dolin i wrzosowisk. Zostały tam jedynie duchy tych, których odwaga i wytrwałość stanowiły niegdyś dumę Szkocji.

„Jak książę może postępować w ten sposób z własnym ludem?”, oburzała się Leona.

Rozumiała teraz doskonale, dlaczego lord Strathcairn poróżnił się z księciem. Widziała gospodarstwa i pasące się bydło na brzegach jeziora. Na jego ziemiach nie było owiec. Pełna ciepłych uczuć myślała, jak bardzo potrzebny był swoim wieśniakom. Rozumiała, że nie mógł ich opuścić, gdyż pragnął walczyć o ich sprawę. Zastanawiała się z niepokojem, co powie księciu i czy zdoła powstrzymać oskarżycielskie słowa, które, jak się obawiała, mogłyby paść z jej ust, gdy się spotkają.

„Może nie wie o tym! Może nie rozumie, jak ci ludzie cierpią!”, mówiła do siebie w myśli. Ale przecież wysiedlenia odbywały się w odległości zaledwie paru mil od zamku. Czy mógł być aż tak ślepy? A jeśli, w przeciwieństwie do wielu możnych panów z północy mieszkających w Anglii, przebywał w swoich dobrach, jakże mógł pozostawać w nieświadomości dokonywanych pod jego bokiem okrucieństw?

Konie gnały przez wrzosowiska, a Leona pragnęła tylko jednego: wyskoczyć z karety i pobiec ż powrotem do zamku Cairn. Chciałaby mieć tyle odwagi. Tymczasem jechała wciąż naprzód i nic nie mogła na to poradzić. Przerażało ją to. Po raz pierwszy żałowała, że przyjęła zaproszenie księcia i przyjechała do Szkocji.

„Jakże mu wyjaśnię, co teraz czuję?”, zastanawiała się w duchu. Brzmiał jej w uszach przerażony głos matki, kiedy czytała na głos reportaże z „The Times” i mówiła o tym, jak rozproszone góralskie klany rozjechały się w różne części świata. Cytowała często Aileana Dalla, ślepego barda z Glengarry:

Ustawiono nam crois w Szkocji

Biedni, nadzy leżymy pod nim

Bez strawy, pieniędzy, pastwisk.

Północ jest zrujnowana.

— Ailean Dall wybrał słowa bardzo znaczące — wyjaśniła matka. — Crois po gaelicku znaczy krzyż, ale nie tylko, także coś więcej, coś przerażającego, jak grzechy Sodomy i Gomory. Gaelickie słowo oznaczające pastwisko to także pojęcie pokoju, szczęścia, czegoś, co góralom odebrano na zawsze — dodała i westchnęła głęboko.

Nawet Macdonaldowie nie byli bez winy. Spośród wszystkich szefów klanów — jak kiedyś stwierdził jej ojciec — żaden nie rozporządzał swymi ludźmi tak despotycznie, jak Macdonaldowie z Glengarry albo Chisholmowie ze Stranglass.

Matka nie oponowała, szlochała tylko, Leona myślała czasami, że przesiedlenia były dla niej czymś boleśniejszym nawet aniżeli wspomnienie masakry w Glencoe. Teraz sama zobaczyła ha własne oczy sceny grozy, o których słyszała od matki.

„Jakie to straszne! Co za niegodziwość”, myślała z gniewem. Jej wzburzenie narastało w miarę, jak zbliżali się do zamku, zarazem jednak ogarniał ją strach. Nie mogła dojść do ładu z własnymi uczuciami. Powóz zboczył na koniec z drogi, którą jechali od czasu opuszczenia zamku Cairn. Wjeżdżali do głębokiej doliny. Droga, okolona ciemnymi jodłami, wiła się poprzez rozległe wrzosowe łąki. Nie spotykali po drodze gospodarstw, ale zdarzały się zrujnowane domostwa bez dachów. Leona domyślała się, że jeszcze niedawno mieszkali tam ludzie. Środkiem doliny płynęła rzeka. Droga wiodła wzdłuż brzegu. Wysokie góry wznosiły się stromo po obu stronach. Krajobraz zachwycał majestatycznym pięknem. Brakło mu słodkiego, spokojnego uroku okolic zamku Cairn, ale wywierał silne wrażenie. Leonie wydawało się, że jest w nim coś złowieszczego.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?