Policz gwiazdy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Policz gwiazdy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Najpiękniejsze miłości

Tłumaczenie

Agnieszka Szyszko

Saga

Policz gwiazdy - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTłumaczenie Agnieszka Szyszko Tytuł oryginału Count the StarsFont na okładce: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ’Playfair’ Copyright © 1981, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770108

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Mnogość rozbojów i napadów z bronią w ręku jest dzisiaj prawdopodobnie efektem pobłażliwości, z jaką traktuje się przestępców.

Natomiast w starych rejestrach więzienia Newgate znajdujemy przykłady bardzo surowych kar: dwaj rozbójnicy, którzy obrabowali obwoźnego handlarza niedaleko Harrow i zabrali mu dwa pensy i towar, zostali straceni. Tom Lympus, ścigany listem gończym, uprawiał złodziejski proceder przez kilkanaście lat okradając powozy pocztowe i kiedy został w końcu schwytany, powieszono go.

John Ram, znany jako Mocny Jack, był nadzwyczaj barwną postacią. Przed sądem stanął w zielonym garniturze, w koszuli z żabotem, a kapelusz przewiązał srebrną wstążką. Kobiety go uwielbiały. Choć skazano go na śmierć, w noc poprzedzającą egzekucję zaprosił siedem dziewcząt, aby towarzyszyły mu przy kolacji. Fama głosi, że wszyscy dobrze się bawili. Następnego ranka skazany spokojnie wkroczył na szafot. Jego ciało wystawiono na widok publiczny.

W siedemnastym i osiemnastym wieku szlachta zwykle podróżowała uzbrojona, w towarzystwie forysiów. Rusznica była standardowym wyposażeniem każdego dyliżansu. Samotni i nie uzbrojeni podróżni mogli stracić nie tylko pieniądze, ale także życie.

Rozdział 1

Major Stanley, wasza wysokość — zaanonsował lokaj.

Książę Brockenhurst odłożył gazetę i spojrzał wyczekująco. Do biblioteki wkroczyło niezwykłe zjawisko.

Freddie Stanley miał na sobie tradycyjny lśniący napierśnik i wysokie wypolerowane buty do konnej jazdy oraz białe bryczesy z koźlej skóry, charakterystyczne dla Gwardii Królewskiej. Spiczasty srebrzysty hełm, wprowadzony do obowiązkowego stroju przez króla, kiedy był jeszcze księciem regentem, i białe rękawice z szerokimi mankietami zostawił w holu.

— Freddie, wyglądasz olśniewająco — zakpił książę.

— Do diabła z tym wszystkim — sarknął mężczyzna. — Otrzymałem twoją wiadomość w trakcie parady i wydała mi się ona tak pilna, że przybyłem, kiedy tylko udało mi się wyrwać. — Przeszedł przez pokój pobrzękując ostrogami i ostrożnie usiadł w fotelu naprzeciwko księcia. — O co to całe zamieszanie? Myślałem, że zastanę dom w płomieniach albo że straciłeś cały majątek na giełdzie, chociaż to wydaje mi się mało prawdopodobne.

— Nic z tych rzeczy — zaprzeczył z powagą książę. — Problem w tym, Freddie, że jestem znudzony.

— Znudzony! — wykrzyknął przyjaciel. — Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ściągnąłeś mnie tu w takim pośpiechu, żeby oznajmić mi coś, co wiem od dwóch lat.

— Doprawdy?

— Oczywiście. Wcale mnie to nie dziwi.

— Jak to nie dziwi cię to?

— Odpowiem ci, jeśli ty mi powiesz, dlaczego tak nagle to sobie uświadomiłeś.

Książę poprawił się niespokojnie na krześle.

— Zdałem sobie z tego sprawę ostatniej nocy — odrzekł — kiedy zrozumiałem, że nie mogę oświadczyć się Imogen.

Freddie Stanley wyglądał na zaskoczonego.

— Czy chcesz przez to powiedzieć — tu przerwał na chwilę — że masz zamiar się wycofać?

Książę przytaknął.

— Ależ drogi Brocku — rzekł Freddie z wyrzutem. — Wszyscy od miesięcy oczekują ogłoszenia waszych zaręczyn. Wentover zapewnił swoich wierzycieli, że spłaci długi, gdy tylko Imogen zostanie twoją żoną.

— Podejrzewałem to—odparł książę. —Ale nie pojmuję, dlaczego, u diabła, miałbym płacić za wybryki Wentovera, a zwłaszcza za brylanty, które podarował tej pięknej kurtyzanie, swojej utrzymance.

— Nawet byś tego nie odczuł — powiedział Freddie. — Trudno mi jednak zrozumieć, jak możesz ją tak porzucić w ostatniej chwili.

— Tak naprawdę, to jeszcze się jej nie oświadczyłem.

— Jednak zwodziłeś ją w taki sposób, że wydawało się to oczywiste.

— Jeśli chcesz wiedzieć, to właśnie mnie zwodzono — stwierdził książę cynicznie.

— Ale się nie wycofałeś. Wydawałeś przyjęcia na jej cześć w Londynie i na prowincji, zatańczyłeś z nią co najmniej cztery czy pięć razy na balu w Windsorze, widziałem na własne oczy.

— Nie przeczę — przyznał książę. — Jednak nagle uzmysłowiłem sobie, że pomimo swej urody Imogen ma umysł trzyletniego dziecka.

— Mogłem ci to powiedzieć wcześniej — skwitował Freddie.

— Dlaczego tego nie zrobiłeś?

— Po co? I tak byś nie słuchał. Gdy chodziło o nią, potrafiłeś tylko patrzeć, nie słuchać.

— Właśnie to zrozumiałem ostatniego wieczora.

— Opowiedz mi wszystko.

Książę odetchnął głęboko.

— Zatańczyłem z Imogen po raz trzeci na balu u Richmondów i wyszliśmy do ogrodu. Księżyc świecił, a na drzewach porozwieszano chińskie lampiony. Było tak romantycznie, że chciałem ją pocałować. Nagle ona odezwała się.

— I co powiedziała? — zapytał zaciekawiony Freddie.

— Nawet nie pamiętam dokładnie — odparł książę — ale coś tak trywialnego, tak oczywistego, że nagle mnie olśniło: właśnie takich wypowiedzi musiałbym słuchać przez następne pięćdziesiąt lat i uświadomiłem sobie, że tego bym nie zniósł.

— Naprawdę mogłeś wcześniej dojść do takiego wniosku.

— Wiem, wiem. Ale lepiej późno niż wcale. Stchórzyłem, Freddie, nie poprosiłem jej o rękę.

— Co masz zamiar zrobić?

— Właśnie liczę na twoją radę — wyznał książę.

Freddie usiadł głębiej w fotelu.

— Świetnie, Brock — rzekł — ale jakie masz inne wyjście? Człowiek z twoją pozycją musi się ożenić i spłodzić potomka.

— Mam jeszcze mnóstwo czasu — odparł książę.

— Owszem, lecz jeśli nie ożenisz się z Imogen, to na pewno z inną podobną do niej.

— Chcesz powiedzieć, że wszystkie kobiety na tym świecie są tak głupie jak ona?

— Jak sam się przekonasz, dziewczęta w jej wieku opuszczają pensję z jedną myślą w głowie.

— Wyjść za mąż — dokończył książę.

— Oczywiście. I to tak dobrze, jak to możliwe. A któż może być lepszą partią niż książę?

— No to niech na mnie nie liczy! — rzekł książę ze złością.

— W takim przypadku — odpowiedział Freddie po chwili — przygotuj się na niezłą awanturę. Chyba że zdecydujesz się zniknąć na jakiś czas.

— Całą noc zastanawiałem się, co zrobić.

— Myślałeś już, dokąd mógłbyś pojechać?

Książę wzruszył ramionami.

— A cóż to ma za znaczenie? Jak wiesz, mam domy w różnych zakątkach kraju, a mój jacht stoi zacumowany w porcie Folkstone.

— I pewnie masz nadzieję, że pojadę z tobą.

— Owszem, przeszło mi to przez myśl — odpowiedział książę uśmiechając się nieznacznie.

— Myślę, że popełniasz błąd. — Freddie zastanowił się przez chwilę.

— Nie żeniąc się z Imogen?

— Nie, uciekając w tak pospolity sposób.

— Do diabła! Wcale nie uciekam. Wycofuję się tylko.

— Bardzo ładne określenie na unikanie wroga — roześmiał się Freddie.

— Przestań się ze mną spierać i pomóż mi! — poprosił książę. — Po to cię wezwałem. — Zamilkł na chwilę. — Mam wyrzuty sumienia. Jednak jeśli Imogen nie byłaby dobrą żoną, ja z pewnością nie byłbym dla niej dobrym mężem.

— To prawda — przyznał Freddie. —Ale ożenek zawsze niesie ze sobą kłopoty.

Książę jęknął.

— A cóż innego mogę zrobić, jeśli moi krewni dzień i noc mówią o mnie, jakbym był już w wieku matuzalemowym. Insynuują, że jeszcze rok, dwa i nie będę w stanie spłodzić syna.

Freddie odchylił głowę do tyłu i zaczął się śmiać. W końcu powiedział:

— Zdaję sobie sprawę, że niełatwo być księciem.

— Rzeczywiście niełatwo — westchnął książę. — Czuję się skrępowany tyloma regułami, o których inni ludzie, jak ty chociażby, w ogóle nie mają pojęcia.

Freddie spojrzał uważnie na przyjaciela.

— Brock, chcesz usłyszeć prawdę? A może zbyt trudno będzie ci zejść z obłoków na ziemię?

— Czy uważasz, że nie chodzę po ziemi?

— Ja to po prostu wiem.

— Dobrze więc, powiedz mi prawdę, choćby nawet była nieprzyjemna.

— Martwię się o ciebie już od dłuższego czasu — zaczął Freddie. — Prawda jest taka, że jesteś zbyt ważny, zbyt przystojny, zbyt bogaty i zbyt pewny siebie.

— Dziękuję — odpowiedział z sarkazmem książę.

— Chciałeś usłyszeć prawdę, więc nie przerywaj. Chodzi o to, że nie masz do czynienia z prawdziwym światem: ani z ludźmi, ani z warunkami, w jakich większość z nich żyje.

— Tego już za wiele — książę zaprotestował. — Widzę, że masz zastrzeżenia do mojego trybu życia. Rzeczywiście był nieco inny, kiedy razem służyliśmy w armii Wellingtona.

— To było dziesięć lat temu — odparł Freddie. — Wykupiłeś się z armii zaraz po bitwie pod Waterloo, kiedy umarł twój ojciec. Od tamtej pory byłeś rozpieszczany, oklaskiwany i podziwiany na każdym kroku, jakbyś był jakimś rzadkim zwierzęciem, które trzeba chronić przed brudem tego świata.

 

— Obawiam się, że masz rację — westchnął książę.

— Spójrz, jak żyjesz. Twoi służący traktują cię, jakbyś był z chińskiej porcelany. Masz zarządców, sekretarzy, agentów i maklerów, którzy pilnują twoich interesów. — Książę chciał zaprotestować, ale nic nie powiedział. — Wszyscy płaszczą się przed tobą, pochlebiają ci, każda piękność z towarzystwa wzdycha, żeby cię poślubić albo przynajmniej spędzić z tobą noc.

— Czyżbym słyszał zazdrość w twoim głosie? — zaśmiał się książę.

— Może by tak było, gdybym nie znał cię wystarczająco dobrze, lecz obserwując cię, widzę, jak stajesz się coraz bardziej cyniczny i znudzony. Stanowczo wolę swoją sytuację.

— Gdyby to była jakaś francuska farsa, zamienilibyśmy się miejscami. Włożyłbyś moje ubranie i stałbyś się księciem, a ja pobrzękując ostrogami powędrowałbym do koszar.

— Tak, ale ponieważ to nie jest możliwe, mam lepszy pomysł.

— Tak? Jaki? — ożywił się książę.

— Po pierwsze, obaj rozumiemy, że musisz zniknąć. Po drugie, pomyśl o swojej duszy, jeśli masz takową, i zastanów się nad sobą i swoją przyszłością.

— Robię to dość często.

— Więc rób to dalej — stwierdził Freddie stanowczo — bo nie możesz ciągle wzbudzać nadziei w sercach dam tylko po to, żeby je potem porzucać przed ołtarzem.

— Do diabła z tobą, przecież nie dzieje się to często — zaprotestował książę.

— A Charlotte?

— Charlotte przypuszczała, że myślałem o małżeństwie — odpowiedział książę — ale jak sam wiesz, miałem wobec niej niecne zamiary.

Freddie roześmiał się.

— Lubię w tobie to, że zawsze jesteś taki bezpośredni, nawet kiedy mówisz coś podłego.

— Z Luizą było podobnie, jeśli chciałeś o niej wspomnieć.

— Nie, nie miałem takiego zamiaru — odparł Freddie. — Luiza zdecydowanie nie przypominała niewinnego dziewczątka. Wiedziała, czego chciała, i w pewnym momencie już myślałem, że cel osiągnęła.

— Zwodziła mnie dość długo — przyznał książę.

Freddie chciał się wygodniej oprzeć, ale skrzywił się, gdy poczuł, że uwiera go napierśnik.

— Właściwie o co ci chodzi, Brock? — spytał poważnie.

— Sam chciałbym wiedzieć — odparł książę. — Wiem tylko, że jestem niezadowolony i śmiertelnie znudzony.

— Czy naprawdę wydaje ci się, że jeśli wyruszymy razem do Kornwalii, Walii lub Szkocji, poczujesz się lepiej? — spytał Freddie. — Nie łudź się, wszędzie byłoby podobnie, a po powrocie do Londynu byłbyś równie znudzony jak teraz.

— Na Boga, cóż mi więc pozostaje? — zapytał rozdrażniony książę.

— Nie wiem, czy mój pomysł ci się spodoba.

— Rozważę wszystko, co mi zaproponujesz.

— Dobrze więc. Myślę, że powinieneś wyruszyć sam i w dodatku incognito.

— Często podróżuję pod jednym z moich nazwisk — odparł książę.

— Nie chodzi o to, żebyś wyruszył na przykład jako lord Hurst, ze swoimi końmi, służbą, woźnicami, lokajem i forysiami — powiedział Freddie pogardliwie. — Kiedy mówię sam, mam na myśli SAM.

Książę wyglądał na zaskoczonego.

— Zaraz ci to wytłumaczę. — Książę słuchał uważnie, a Freddie kontynuował. —Postawię mojego Canaletta, jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie posiadam, przeciwko twoim kasztankom, że nie uda ci się dojechać do Yorku samotnie jak zwykły podróżny. Nie wytrzymasz i poślesz po służbę i powóz.

Freddie mówił powoli, starannie dobierając słowa. Przyjaciel wpatrywał się w niego, jakby nie rozumiał.

— Naprawdę postawiłbyś Canaletta w takim bezsensownym zakładzie? — zapytał.

— Zawsze podobały mi się twoje konie.

— W życiu nie słyszałem większej bzdury! — krzyknął w końcu książę. — Ale jeśli naprawdę chcesz, możemy się założyć.

— To pozwoli ci spojrzeć na życie z innej perspektywy, pozwoli ci docenić je w pełni — tłumaczył Freddie.

— Wątpię — odpowiedział książę. — Już widzę te zakurzone drogi, brudne zajazdy, a oprócz włóczęgów nikogo na poziomie do rozmowy.

— Wszystko zależy od ciebie. To mogłaby być prawdziwa przygoda.

— Czyżby?

Książę wstał i podszedł do stolika w rogu biblioteki, gdzie stał alkohol: butelka szampana w srebrnym wiaderku, madera w karafce ze rżniętego szkła, sherry, brandy i bordeaux.

— Czego sobie życzysz, Freddie? — zapytał nie patrząc na przyjaciela.

— Ponieważ mamy wznieść toast za twoją przyszłość, chyba powinniśmy wypić szampana.

— Jeszcze nie powiedziałem, że przystanę na tę dziwaczną propozycję.

— W takim razie z niecierpliwością oczekuję twojego ślubu i mam nadzieję, że uczynisz mnie swoim drużbą.

Książę śmiejąc się przeszedł przez pokój z kieliszkiem szampana.

— Chcesz mnie sprowokować. Znam twoje metody.

Podał mu szampana, podszedł do okna i popatrzył na drzewa rosnące na Berkeley Square. Dzień był słoneczny. Książę zrozumiał, że marnuje swoje życie siedząc w Londynie, zamiast wyjechać na wieś. Ogrody zamku Hurst w Hamoshire na pewno wyglądały pięknie. Pomyślał też, że już od dawna nie kąpał się w morzu u wybrzeży Kornwalii.

— Jedź ze mną, Freddie — poprosił. — We dwóch świetnie spędzimy czas. Nie będziemy się na pewno nudzić, pamiętasz, jak to było w czasie wojny.

Freddie zastanowił się przez chwilę. Kiedy wstąpili razem do armii Wellingtona, mieli po osiemnaście lat. Niewygody, głód i niebezpieczeństwo, a nawet śmierć nie były straszne, gdy wspólnie stawiali im czoło.

Książę odwrócił się i czekał na odpowiedź.

— Nie — odparł Freddie stanowczo.

— Nie?

— Nie — powtórzył przyjaciel. — Brock, wiesz równie dobrze jak ja, że służyłbym ci pomocą, słuchał twoich poleceń i wszystko byłoby jak zawsze. Teraz musisz jechać sam. — Uśmiechał się, kiedy mówił dalej: — Jeszcze nie zapomniałem, jak pod Waterloo zabrałeś moją manierkę, bo zapomniałeś własnej. A ja ci ją oddałem, zupełnie jakbyś miał do niej prawo.

— Na Boga, Freddie! — wykrzyknął książę. — Co to ma do rzeczy?

— Bardzo dużo. Zawsze tak było. „Freddie, zrób to”, „Freddie, zrób tamto”. A ja się zawsze chętnie zgadzałem, bo cię lubiłem. Raz w życiu będziesz mógł rozkazywać tylko swojemu koniowi.

— Dziwne, że nie chcesz, żebym się udał do Yorku pieszo.

— To jest myśl! Ale zajęłoby ci to za dużo czasu. Będzie mi ciebie brakowało, jeśli chcesz znać prawdę.

— Ty naprawdę myślisz, że zgodzę się na twój bezsensowny pomysł!

— Kiedy przemyślisz go dokładnie, przyznasz, że to świetny plan. Powiesz służbie, że wyjeżdżasz za granicę, i Imogen nie będzie mogła nic zrobić, a twój sztab niewolników odwoła wszelkie zobowiązania i odpowie na listy miłosne.

Książę wybuchnął śmiechem.

— Freddie, ależ ty jesteś niemądry! Ale ponieważ zawsze cię lubiłem, nalegam, żebyś ze mną jechał.

— Albo jesteś podszyty tchórzem, albo myślisz, że się zgubisz, jak tamtej mglistej nocy, kiedy twój oddział prawie wszedł na francuskie okopy.

— Do diabła, ta mgła była tak gęsta, że nie widziałem własnego nosa — odrzekł książę. — Zresztą znam drogę do Yorku. Byłem dwa razy na wyścigach w Doncaster.

— Zapomniałem jeszcze o czymś wspomnieć — przyznał Freddie.

— O czym?

— Musisz dojechać do Yorku nie rozpoznany. Jeśli wyjawisz, kim jesteś, albo ktoś sam to odkryje, kasztanki będą moje.

— Zapewniam cię, że nie mam zamiaru ich stracić — odrzekł książę. — I mam w zamku doskonałe miejsce na twojego Canaletta.

— Pozostanie ono puste — odrzekł Freddie pewien siebie. — Ale powiem mojemu stajennemu, żeby przygotował boksy na wspaniałe konie.

— Idź do diabła. Udowodnię, że się mylisz. Wygram ten zakład, choćbym w życiu niczego więcej nie miał dokonać. —Mówiąc to przeszedł przez pokój do barku, wziął butelkę z szampanem i napełnił swój kieliszek. Na twarzy przyjaciela widać było troskę. Nikt nie wiedział lepiej niż Freddie, że książę zmarnował kilka ostatnich lat oddając się tak zwanym „przyjemnościom życia”: grał na wyścigach, oglądał zawody bokserskie i walki kogutów, uprawiał hazard, a ponadto bywał na niezliczonych balach i przyjęciach. Znano go wszędzie, gdzie można było beztrosko się bawić. W ten sposób szlachetni tego świata spędzali większość swego czasu.

Freddie był świadkiem, jak ten młody człowiek, niezwykle odważny i pełen entuzjazmu idealista, stopniowo przemienia się w rozleniwionego i znudzonego cynika.

Kiedy wojna skończyła się, obaj mieli po trzydzieści lat. Freddie pozostał w regimencie, książę po śmierci ojca zajął się odziedziczonym majątkiem. Uporządkował swoje sprawy i spoczął na laurach. Miał zbyt wielu pracowników, którzy sumiennie wypełniali jego polecenia, aż z czasem nawet jego dziedziczna funkcja w sądzie stała się rutyną.

Freddie myślał od jakiegoś czasu, że powinien zrobić coś dla najlepszego przyjaciela, ale dopiero teraz miał szansę powiedzieć to, co myśli.

— Więc kiedy mam wyruszyć na tę wyprawę? — spytał książę.

— Jak najszybciej. W przeciwnym razie możesz być pewien, że Wentover dopadnie cię tu i zacznie się domagać wyjaśnień.

Książę wyglądał na wystraszonego.

— Mało mnie wczoraj nie zrugał za to, że jeszcze się nie oświadczyłem Imogen.

— Czemu nie? W klubie chodzą zakłady, że przed końcem tygodnia ogłosicie zaręczyny.

— Dlaczego tak sądzą?

— Wentover przechwalał się, że jeszcze tej zimy będzie dosiadał twoich koni i już zdecydował, że zwiększy swą sforę psów myśliwskich.

— Cóż za bezczelność! Przecież on waży ponad setkę! Nie pozwolę mu nawet zbliżyć się do moich koni.

— Jeśli zostaniesz w Londynie, będziesz musiał mu to wyłożyć w kilku zwięzłych słowach.

— Dobrze więc. Wyruszam natychmiast po lunchu.

— Za twoją podróż, i obyś znalazł to, czego szukasz. — Freddie uniósł kieliszek.

— Niczego nie szukam — odparł książę zagniewany.

Freddie chciał zaoponować, ale zrezygnował.

— Idę do koszar przebrać się — rzekł wstając. — Jeśli wrócę i zastanę cię jeszcze, powiem ci „Do widzenia”. Jeśli już cię nie będzie, udam zdziwienie. Nie omieszkam też rozgłosić w klubie, że jestem niepocieszony, iż wyjechałeś bez słowa pożegnania.

Książę upił łyk szampana i odstawił kieliszek na stół.

— Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z szaleństwa tego pomysłu.

— Zabierz ze sobą dość pieniędzy, aby starczyło ci na powrót. I pamiętaj o rozbójnikach, którzy tylko czekają, żeby ci odebrać sakiewkę. — Książę wyglądał, jakby trochę się przeląkł. — A pamiętasz — ciągnął dalej Freddie — jak Generał mawiał, żebyśmy zawsze byli gotowi na każdą ewentualność i spodziewali się najgorszego?

— Pamiętam — książę uśmiechnął się. — Chcesz mnie nastraszyć?

— Kiedyś niebezpieczeństwo wzbudzało w tobie dreszczyk emocji — rzekł Freddie zadumany. — Ale teraz, kiedy przytyłeś i zestarzałeś się...

Nie zdążył powiedzieć nic więcej, ponieważ książę złapał jedwabną poduszkę i cisnął nią w przyjaciela.

— Wykorzystujesz sytuację — powiedział. — Powaliłbym cię na ziemię, ale w tym śmiesznym stroju leżałbyś tylko na plecach jak przewrócony żółw.

— Kiedy wrócisz w lepszej formie niż teraz — odparł Freddie — podejmę twe wyzwanie i wtedy zobaczymy, czy wytrzymasz dziesięć rund. Teraz nie pociągnąłbyś więcej niż trzy.

— Precz, przeklęty! — zakrzyknął książę. — Wiem, że mówisz to tylko po to, żebym zrobił to, czego żądasz. Dobrze, Freddie. Pojadę do Yorku, ale jeśli poderżną mi gardło gdzieś po drodze, albo jeśli umrę z wyczerpania, będę cię po śmierci nawiedzał.

— Zabiorę twoje kasztanki do zamku i złożę kwiaty na twym grobie. Przypuszczam, że zostaniesz pochowany w rodzinnym grobowcu? — rzucił pytanie i nie czekając na odpowiedź wyszedł z biblioteki trzaskając za sobą drzwiami.

Książę śmiejąc się podszedł do biurka. Usiadł na krześle o szerokim oparciu, na którym wyrzeźbiono herb rodzinny Brockenhurstów. Na biurku stał złoty dzwoneczek, złoty kałamarz i księga bieżących rachunków z herbem na obwolucie. Zadzwonił na służbę i otworzył księgę. Służący stawił się niemal w mgnieniu oka i książę wezwał swego zarządcę Dunhama.

Pan Dunham był mężczyzną w średnim wieku. Pracował dla poprzedniego księcia przez kilka ostatnich lat jego życia, a teraz służył jego następcy fachową i lojalną pomocą, dzięki czemu wszystko chodziło jak w zegarku.

— Dzień dobry, Dunham — rzekł książę na powitanie.

 

— Dzień dobry, wasza miłość. Przyniosłem plany budowy toru wyścigowego, jak pan prosił.

— Nie mam teraz na to czasu — odparł książę. — Opuszczam Londyn natychmiast po lunchu, który chciałbym zjeść o dwunastej trzydzieści.

— Dopilnuję wszystkiego, wasza miłość. Czy jedzie pan powozem?

— Wyruszam sam, wierzchem. — Zarządca popatrzył na księcia z niedowierzaniem. — Masz mówić wszystkim w domu i komukolwiek, kto by o mnie pytał, że wyjechałem za granicę.

— Pański jacht czeka w porcie gotów na każde zawołanie.

— Wiem o tym — powiedział książę — ale nie ma potrzeby zawiadamiania kapitana. Jeśli zdecyduję się skorzystać z jachtu, chcę, żeby to była dla załogi niespodzianka. —Dunham wyglądał na lekko zaniepokojonego, ale nic nie mówił. — Proszę osiodłać Herkulesa, albo nie, niech Samson czeka na mnie przed frontowymi drzwiami dokładnie o trzynastej. Potem nie będziesz mógł się ze mną skontaktować, aż zawiadomię cię, gdzie jestem.

— Nie chcę być niegrzeczny — rzekł zarządca z szacunkiem — ale jestem zaniepokojony, że wasza wysokość wyrusza bez eskorty.

— Chcę być sam — odparł książę stanowczo. — Nie będzie mnie dwa tygodnie, może trochę dłużej. Jak już mówiłem, masz informować wszystkich, że wyjechałem za granicę.

Wiedział dobrze, że zarządca chciałby mu zadać jeszcze niejedno pytanie, ale jest zbyt dobrze wychowany, żeby to zrobić.

— Oczywiście będę potrzebował pieniędzy — powiedział. — List uwierzytelniający honorowany w moim banku, banknoty o wysokich nominałach oraz trochę suwerenów.

Pan Dunham skrzętnie notował wszystko w notatniku, w miarę jak książę wyliczał kolejne polecenia. Gdy skończył, czekał na dalsze instrukcje.

Książę skierował się do drzwi, ale przystanął i odwrócił się.

— Znasz mnie od wielu lat, Dunham. Czy uważasz, że brak mi formy?

Pytanie zaskoczyło zarządcę, więc zawahał się z odpowiedzią.

— Nie musisz nic mówić, Dunham — powiedział chłodno książę, który oczekiwał natychmiastowej reakcji.

Godzinę później w drodze na północ książę odkrył, że bardzo dotknęły go zarzuty Freddiego i wymowne milczenie Dunhama. Zawsze był z siebie dumny, że w przeciwieństwie do innych mężczyzn w jego wieku nadal utrzymuje się w szczytowej formie jak za czasów, gdy był w armii. Długie godziny w siodle, męczące podróże przez nieznane tereny, walka i niepewność jutra upodobniły go wtedy do legendarnego Samsona. Tak zresztą nazywali go towarzysze broni i dlatego nazwał tak jednego ze swych ulubionych wierzchowców.

Utrzymanie teraz w ryzach Samsona, czarnego ogiera, którego właśnie dosiadał, wymagało niemałej siły i sprawności. W głębi duszy książę wiedział jednak, że pomimo treningów bokserskich i szermierki, którą uprawiał kilka razy w tygodniu, przytył od czasów pobytu w armii i miał w pasie kilka cali więcej niż dawniej. Przyznał, że Freddie miał rację mówiąc, że go rozpieszczano i że przyzwyczaił się przyjmować to jako coś naturalnego.

Wykwintna pościel, delikatna jak aksamit, doskonałe jedzenie przygotowywane przez kuchmistrza, madera z najznakomitszych francuskich winnic, które wznowiły działalność po zniszczeniach wojennych, wszystko to stało się nieodłączną częścią jego życia. No i oczywiście obejmujące go ramiona śnieżnej białości i łakome pocałunków czerwone usta tak chętnie ku niemu wznoszone.

— Nie tak powinno wyglądać życie mężczyzny — mówił książę sam do siebie.— Może Freddie ma rację i przeżyję teraz największą przygodę mojego życia, choć muszę przyznać, że bardzo w to wątpię.

Nie mógł jednak zaprzeczyć, że kiedy odjeżdżał z Barkeley Square sam, bez służącego u boku, i kiedy zobaczył zdziwione twarze Dunhama, osobistego służącego i pięciu lokajów w liberii, czuł się trochę nieswojo. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz wyjeżdżał gdzieś samowolnie. Trochę żałował, że tym razem musiał zrezygnować i zostawić doskonale ułożone kasztanki, których Freddie tak mu zazdrościł.

Zawsze gdy udawał się do Newmarket lub chciał się zatrzymać gdzieś poza Londynem, lokaj ruszał przodem i przygotowywał wszystko na jego przybycie. Jeśli wyruszał w dalszą podróż, towarzyszyło mu dwóch albo i czterech jeźdźców. Jeden z nich, kiedy zatrzymywali się w jakimś zajeździe, pełnił funkcję kucharza. Teraz, jadąc drogą na północ, zastanawiał się, czy wyjeżdżając w pośpiechu nie zapomniał o czymś istotnym. Powiedział lokajowi, że potrzebuje wyłącznie rzeczy, które mógłby przytroczyć do siodła.

— Czy wasza miłość chce powiedzieć, że mnie z sobą nie zabiera? — zapytał Jenkins z niedowierzaniem.

— Dopuszczę cię do tajemnicy, Jenkins — odparł książę. — Przyjąłem zakład i jeśli chcę go wygrać, muszę sam się o siebie zatroszczyć.

— To nigdy się nie uda waszej miłości.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — oschle zapytał książę. — To, że mnie rozpieszczasz, nie znaczy, że bez ciebie jestem zupełnie bezradny. — Jenkins zacisnął usta i książę domyślił się, jakie służący ma zdanie na ten temat. — Masz mi tylko spakować kilka wygodnych koszul, żebym miał się w co przebrać po całym dniu jazdy, koszulę nocną i brzytwę. To wszystko, co mogę z sobą zabrać.

— Przypuszczam, że wasza miłość będzie potrzebował świeżych fularów — stwierdził Jenkins triumfującym tonem służącego, który odkrył słaby punkt w planie swojego pana.

— Jeśli nie spakujesz wszystkiego, czego będę potrzebował — rzekł książę groźnie — to marnie z tobą, kiedy wrócę.

— Niech wasza miłość pozwoli mi jechać — poprosił Jenkins.

Książę nie raczył odpowiedzieć i zaczął się przebierać. Zamiast dopasowanych spodni do kostek, w kolorze szampana, które zwykle nosił, włożył grubsze, których nie miał na sobie od jakiegoś czasu i odkrył, że są za ciasne. Zirytowało go to trochę, ale nic nie powiedział. Odstawił na bok wyglansowane na wysoki połysk buty do konnej jazdy dostarczone niedawno od Maxwella na Dover Street i wybrał starą, lecz wygodną parę. Jenkins uważał, że książę już dawno powinien ich się pozbyć.

Książę wiedział, że nie może rzucać się w oczy, nie tylko dlatego, że nie chciał przegrać zakładu, ale także aby nie ściągnąć na siebie uwagi jako samotny i bezbronny podróżny. Do kieszeni szarej prążkowanej wełnianej marynarki włożył mały pistolet. Fular zawiązał niedbale, w sposób, który pasowałby bardziej do wiejskiego szlachetki niż do takiego jak on dżentelmena. Jenkins był zdegustowany.

Przy wyborze nakrycia głowy zdecydował się na kapelusz bardzo modny, ale przed paroma laty, nieco już sfatygowany przez wiatr i deszcz w czasie licznych polowań.

— Wasza miłość po prostu nie wygląda jak należy i już — stwierdził Jenkins.

— Właśnie tak chcę wyglądać — odparł książę wyniośle.

— Świat się przewraca do góry nogami — zamruczał Jenkins pod nosem. — Wasza miłość wyjeżdża sam, ubrany jak nieopierzony młodzik.

Książę nie odpowiedział, tylko napełnił kieszenie pieniędzmi, które Dunham przyniósł do jego sypialni. Dojrzał w lustrze, że Jenkins zawija przygotowane na podróż ubrania w nieprzemakalną tkaninę. Taki pakunek mógł z łatwością przytroczyć do siodła. Lokaj wyjął pantofle, które mieściły się bez problemu w kieszeni siodła, po czym zrezygnowany zaniósł je na dół. Książę rozejrzał się i przez chwilę poczuł żal, że zostawia swoje wielkie łoże z baldachimem i czerwonymi kotarami ozdobione jego herbem u wezgłowia. Rzucił jeszcze okiem na aksamitne puzderka z odznaczeniami, które przypiąłby sobie dziś wieczór, gdyby szedł na bal wydawany przez księcia i księżnę Bedford w ich imponującym domu przy Russel Square.

Księżna była nadzwyczaj atrakcyjną kobietą, ale książę wiedział, że na balu niewątpliwie spotkałby Imogen, która na pewno będzie wyglądała oszałamiająco ze swoimi złocistymi włosami, ogromnymi niebieskimi oczami i nieskazitelną cerą. Gdy ujrzał ją po raz pierwszy, księciu wydało się, że widzi uosobienie piękna. Był nią oczarowany. Teraz zaczął podejrzewać, że Imogen nie pragnęła go tak żarliwie, jak jej rodzice. W gruncie rzeczy była osobą bardzo ograniczoną, a jej marzenia nie wykraczały poza odbicie jej twarzy w zwierciadle. To lord Wentover zapragnął mieć księcia za zięcia, a lady Wentover przy pomocy swych przyjaciółek z wyższych sfer robiła wszystko, aby zdobyć księcia na męża dla swej córki. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że na każdym obiedzie sadzano go u boku Imogen. Na przyjęciach, na które na ogół nie zapraszano młodych panien, Imogen zawsze była obecna. To jej uroda odciągnęła go od fascynującej kobiety, żony jakiegoś polityka, z którą był wtedy związany.

Imogen, zawsze Imogen!