Podróż poślubna - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Podróż poślubna

Saga

Podróż poślubnaTytuł oryginału: The Frightened BridePrzełożyła: Tomasz KłodaFont na okładce: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’Copyright © 1975, 2019 Barbara Cartland i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788711770962

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ 1

1886

Nie! — powiedział zdecydowanym głosem książę Uxbridge.

W bladym, zimowym świetle, wpadającym przez okna jego londyńskiego domu, wyglądał jak stary, złośliwy karzeł.

— Proszę wysłuchać mnie przed podjęciem decyzji — błagał mężczyzna siedzący naprzeciw niego.

Kontrast między tymi dwoma ludźmi był uderzający.

Major Kelvin Ward uważany był za najprzystojniejszego mężczyznę w całej brytyjskiej armii i wystarczyło spojrzeć na niego, ubranego teraz w cywilne ubranie, by stwierdzić, że jego wyraziste rysy i szerokie ramiona musiały zyskiwać w oprawie munduru.

— Jeśli sprawi ci to przyjemność, gotów jestem wysłuchać, co masz do powiedzenia — odpowiedział książę. — Ale nie zmieni to mej decyzji.

— Chciałbym, żeby zdał sobie pan sprawę z mojej sytuacji, sir — powiedział Kelvin Ward. — Wie pan, że długa choroba i operacja mojej matki kosztowała ponad pięć tysięcy funtów i że musiałem pożyczyć te pieniądze od lichwiarzy.

— Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że ja jestem za to odpowiedzialny — wtrącił swarliwie książę.

— Moja matka była pana szwagierką, żoną pańskiego jedynego brata — odpowiedział Kelvin Ward.

— Gdyby mój brat miał choć odrobinę rozumu — stwierdził książę — nie brałby sobie na kark żony i dzieci, zwłaszcza że brakowało mu środków na utrzymanie rodziny.

Kelvin Ward zacisnął mocno usta i z najwyższym wysiłkiem zmusił się, by nie pokłócić się ze stryjem na ten temat. Ciągnął dalej:

— Rok później zdarzył się, jak pan wie, ten niefortunny incydent, w który zamieszany był mój brat.

— Fałszerz i oszust — smagnął go słowami książę.

— Geoffrey nie był ani jednym, ani drugim! — sprzeciwił się Kelvin Ward. — Był słaby i dostał się w ręce ludzi bez skrupułów, którzy zachęcali go do hazardu.

— Od głupców zawsze pieniądze uciekają! — stwierdził książę, zanosząc się bezlitosnym śmiechem.

— W chwili całkowitego, przyznaję to, szaleństwa — ciągnął dalej Kelvin Ward, jakby jego stryj w ogóle się nie odzywał — Geoffrey podpisał czek, podrabiając nazwisko swego kamrata, oficera. Gdyby ten był dżentelmenem, przyjąłby ode mnie pieniądze i na tym skończył całą sprawę.

— Zamiast cię szantażować, co? — wtrącił znowu książę dobywając z siebie dźwięk, który prawdopodobnie miał być śmiechem.

— Cała ta sprawa kosztowała mnie dziesięć tysięcy funtów — dokończył szybko Kelvin. — Prosiłem wtedy pana o pomoc, ale odmówił pan.

— Oczywiście, że odmówiłem — odparł gniewnie książę. — Czy uważasz, że moje pieniądze są po to, by je rozdawać krewnym, którzy nie mają nawet tyle przyzwoitości i uczciwości, by zarobić na własne utrzymanie?

— Czy ma pan i mnie na myśli? — zapytał Kelvin Ward.

Książę zawahał się przez chwilę, a potem — jakby czując, że posunął się za daleko — powiedział:

— Miesiąc temu spotkałem dowódcę twojego pułku. Wyrażał się o tobie z najwyższym uznaniem.

— Dziękuję — powiedział Kelvin, lekko pochylając głowę.

— Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że zamierzasz opuścić pułk.

— Co innego mi pozostało? — odparł Kelvin. — Powiedziałem panu przed chwilą, że jestem zadłużony na piętnaście tysięcy funtów. Poza tym w dzisiejszych czasach nawet w Indiach oficer nie może żyć z samej tylko pensji.

— Wiedziałeś o tym, kiedy wyrzucałeś dziesięć tysięcy, by ratować swego nic wartego brata przed więzieniem, w którym powinien był się znaleźć.

— Geoffrey zginął na północno-zachodnim froncie w czasie akcji wymagającej wielkiej odwagi — powiedział Kelvin Ward. — Nie widzę powodu, by plamić jego pamięć.

Książę chrząknął.

— Mogę jedynie powiedzieć — mówił dalej jego bratanek — że jestem i zawsze będę zadowolony, iż jego nieroztropny czyn, bo nie było to nic więcej, znany jest jedynie garstce ludzi takich jak pan, i że nasze rodowe nazwisko nadal można nosić z dumą.

— Cóż za wzniosłe przemówienie — powiedział szyderczo książę. — Ale ładne słówka nie napełnią twoich kieszeni, o czym już pewnie wiesz!

— Sytuacja wygląda tak... — ciągnął dalej Kelvin Ward.

Mówił spokojnym, opanowanym głosem człowieka, który obiecał sobie nie dać się ponieść emocjom i nie ulec żadnej prowokacji.

Jego szare oczy w szczupłej, opalonej na brąz twarzy rzucały stalowe błyski, ale niczym więcej nie zdradził się, że walczy o swą przyszłość.

— ...odszedłem z pułku, ponieważ wiedziałem, że nie stać mnie na pozostanie, ale również dlatego, że osiągnąłem wiek, w którym należy zacząć myśleć o przyszłości.

— Myślałem, że liczysz na moją śmierć — powiedział książę z sarkazmem.

— Wasza Miłość może żyć jeszcze co najmniej piętnaście, a nawet dwadzieścia lat — odrzekł Kelvin Ward — a wtedy będę już zbyt stary, by zaczynać nową karierę.

Uśmiechnął się krzywo i dodał:

— A przez ten czas mogę umrzeć z głodu.

— To już twoja sprawa! — stwierdził książę.

— Chciałbym panu przypomnieć — ciągnął Kelvin Ward — że w najznakomitszych rodzinach wyznacza się na ogół dziedzicom do tytułu jakąś niewielką pensję, żeby nie musieli zapożyczać się pod zastaw przyszłych fortun.

W głosie Kelvina Warda zabrzmiała nuta ironii i książę zapytał:

— Co, jak przypuszczam, próbowałeś zrobić?

— Miałem ku temu powody, sir. Ale pan głosi wszem i wobec swe ubóstwo i lichwiarze uważają, że pożyczanie mi pieniędzy jest zbyt ryzykowne.

— Ale próbowałeś?

— Oczywiście, że próbowałem! Tylko dlatego byłem w stanie zdobyć pięć tysięcy funtów potrzebnych na operację matki, ponieważ wierzyli w moją przyszłą fortunę. Ale na dziesięć tysięcy, które potrzebne były dla Geoffreya, musiałem już znaleźć gwaranta. Teraz nie mogę znaleźć nikogo.

— Proponuję ci, żebyś poszukał sobie innego sposobu zdobywania pieniędzy — powiedział książę.

— Właśnie próbuję to robić, sir, proszę mnie tylko wysłuchać.

— Potrzeba ci bardzo dużo czasu, by dotrzeć do sedna — skwitował ostro książę.

— Powiem więc tak zwięźle, jak tylko jest to możliwe — obiecał Kelvin Ward. — Mam znajomych w Bombaju, którzy kupują dwa handlowe statki. Jak pan dobrze wie, handel między Indiami, Anglią i Europą rozwija się z roku na rok.

— Nie jestem kompletnie ślepy ani głuchy i wiem, co się dzieje na świecie — stwierdził książę.

— Widział więc pan dane, które podał „The Times” i „Morning Post” — mówił Kelvin Ward. — Jest to, jak sądzę, najszybszy i najbardziej honorowy sposób zarobienia pieniędzy.

— A więc takie są twoje plany — wtrącił książę.

— Gdybym mógł wyłożyć pięć tysięcy funtów, zostałbym partnerem — przyznaję, że zdecydowanie młodszym partnerem — moich znajomych. Zamierzają oni przez kilka lat inwestować zyski w dalsze statki, aż stworzą całą flotę.

— Bardzo chwalebne! — powiedział książę. — Mam nadzieję, że twoje plany powiodą się.

— Pan wie, o co go proszę, sir.

— Już dałem odpowiedź — odparł książę. — Nie zamierzam trwonić moich pieniędzy — tej odrobiny, którą mam — na jakieś zwariowane pomysły...

— Przed chwilą zgodził się pan, że to nie jest szalony pomysł — wtrącił Kelvin Ward.

— ...na jakieś zwariowane pomysły — kontynuował książę szorstko — młodych pędziwiatrów, znających się tylko na konnej jeździe i mordowaniu bezbronnych tubylców, którzy nie mają się czym przed nimi bronić.

Kelvin Ward przełknął gniewne słowa, które cisnęły mu się na usta.

Spędził dwa lata na północno-zachodnim froncie, gdzie tubylcze plemiona wyposażone były w rosyjską broń i stosowały metody partyzanckie, w wyniku których mnóstwo Brytyjczyków straciło życie. Trudno mu było spokojnie słuchać słów stryja.

Jednakże nie doszedłby do stanowiska dowódcy, gdyby nie wiedział, jak fatalne w skutkach może być poddawanie się emocjom.

— Wszystko, o co proszę, sir — powiedział równie spokojnie jak poprzednio — to, by pożyczył mi pan pieniądze na warunkach ściśle handlowych.

Ponieważ książę nie odpowiadał, ciągnął dalej:

— Otrzyma pan co roku dywidendy tak samo, jakby miał pan udziały jakiegokolwiek innego przedsiębiorstwa. Jestem też pewien, że już po pierwszym roku będę w stanie spłacić panu przynajmniej część długu, a może i całość.

— Patrzysz w przyszłość bardzo optymistycznie!

— Czy pomoże mi pan?

— Nie! — odpowiedział książę. — Nie stać mnie na to!

Kelvin Ward przez chwilę siedział bez ruchu.

Chciał powiedzieć stryjowi, co o nim sądzi, ale zdawał sobie sprawę, że sprowokuje jedynie poniżającą scenę, a nic nie osiągnie.

Pomyślał, że tak naprawdę nie liczył na pomoc stryja.

Książę odmówił mu już wcześniej, gdy Kelvin prawie na kolanach błagał o wsparcie, kiedy umierała jego matka.

 

Kelvin nigdy nie był w stanie zapomnieć goryczy, którą wtedy czuł, gdy wychodził z domu stryja, a w uszach dźwięczał mu jeszcze bezwzględny ton jego głosu.

— W moim życiu nie ma miejsca na schorowane kobiety ani ubogich bratanków.

Kelvin Ward znalazł się wtedy w sytuacji dramatycznej i tylko pożyczenie pieniędzy od lichwiarzy na niezwykle wysoki procent umożliwiło lady Ronald Ward umrzeć w warunkach nie urągających jej godności.

Kelvin Ward podniósł się.

— Jeżeli jest to pańskie ostatnie słowo, sir — powiedział — nie mam już nic do dodania, co mogłoby pana przekonać.

— Nic! — zgodził się książę. — Zaoszczędziłbyś czasu, gdybyś zamiast przychodzić tutaj, udał się z tymi nierealnymi pomysłami do kogoś innego.

Nie są wcale nierealne, pomyślał Kelvin Ward, rozglądając się po wielkim, wygodnym gabinecie.

Był pewien, że gdyby miał możliwość przeszukania tych półek, znalazłby wśród książek, zbieranych przez jego przodków, wiele starych i niezwykle wartościowych.

Na ścianach wisiały portrety poprzednich książąt Uxbridge, niektóre z nich pędzla malarzy o światowej sławie.

I chociaż nie chodziło mu o ich sprzedaż, to jednocześnie trudno było uwierzyć w ciągłe narzekania stryja na biedę, podczas gdy otaczało go tak wiele cennych przedmiotów.

Musiał przyznać jednak, że dywan był bardzo przetarty, a adamaszkowe zasłony w strzępach. Słyszał również, że książę nigdy nie podnosił pensji swojej służbie. O jego skąpstwie krążyły anegdoty.

Może on rzeczywiście nie kłamie, kiedy opowiada o swej nędzy? — pomyślał Kelvin Ward.

Pytanie to męczyło go już od wielu lat, prawdę mówiąc od chwili, kiedy zmarł jego ojciec, a on sam stał się dziedzicem tytułu książęcego.

Jego stryj nigdy nie raczył poinformować swego bratanka o stanie rodzinnej fortuny, podobnie jak nigdy nie zaoferował mu gościny.

Nie zdarzyło się też ani razu, by poczęstował Kelvina, kiedy ten zjawiał się w Uxbridge House, choćby kieliszkiem wina, nigdy też nie zaprosił go na wspólny posiłek.

A mimo to Kelvin wracał z Indii w pogodnym nastroju. Powtarzał sobie, że stryj tym razem mu pomoże.

Opuszczenie pułku przeżył bardzo ciężko. Nawet teraz, kiedy myślał o żołnierzach, których wyćwiczył i którymi dowodził, czuł ból w sercu.

Porzucił karierę w armii dlatego, tak jak powiedział stryjowi, że stanął twarzą w twarz z twardą, brutalną prawdą, iż nie jest w stanie wyżyć ze swego żołdu. Zaciąganie coraz większych długów nie było w zgodzie z jego charakterem ani zasadami.

— Uważam, że Kelvin Ward jest najmniej przekupnym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem — powiedział kiedyś pułkownik jego regimentu, myśląc, że podwładny tego nie słyszy.

A jednak teraz, zastanawiał się Kelvin gorzko, nie wiadomo, czy nadął można będzie tak o mnie mówić.

Zdecydował się zostać handlowcem, a dobrze zdawał sobie sprawę, że etyka i zasady, którym hołdował, nie prowadzą do szybkiego wzbogacenia się.

Znajomi, o których wspomniał stryjowi, bardzo nalegali, by przyłączył się do nich.

— Potrzeba nam właśnie takiego człowieka jak ty — powiedział jeden z nich. — Ludzie ufają ci od pierwszej chwili, Ward, co dzisiaj w interesach jest bardzo ważne.

Teraz wszystko wskazywało na to, że Kelvin Ward nie będzie miał szansy, by wejść w świat biznesu. Cała jego przyszłość wyglądała jak czysta kartka papieru i nie miał pojęcia, co mógłby z nią zrobić.

Opuszczając Uxbridge House grzecznie pożegnał się ze stryjem, nie okazując zawodu ani przygnębienia.

— To ile mi dałeś? Piętnaście lat? — zapytał książę szyderczo. Postaram się, żeby było to dwadzieścia pięć, po prostu na przekór tobie. Byłoby poważnym błędem oddać w twoje ręce zarządzanie majątkiem.

Kelvin Ward był pewien, że stryj próbuje go sprowokować do słów, których będzie potem żałował i dających zarazem możliwość złośliwej repliki:

Skłonił tylko głowę i wyszedł. Z Uxbridge House ruszył w kierunku Mayfair, gdzie znajdował się klub, do którego należał. Mroźne powietrze szczypało go w policzki.

Pogrążony w myślach, nie zdawał sobie sprawy, że każda mijana kobieta odwraca głowę, by na niego spojrzeć.

Nie tylko dlatego, że był bardzo elegancki i zbudowany jak „prawdziwy mężczyzna”. Biła od niego siła, miał w sobie coś, co sprawiało, że gdy tylko znalazł się w jakimś towarzystwie, natychmiast zwracał na siebie uwagę.

Dotarł do klubu, wszedł prosto do pokoju dziennego i zapadł się w głęboki, skórzany fotel.

Zastanawiał się, na jak długo wystarczy mu pieniędzy, by opłacać składkę członkowską, i pomyślał, że choć z chęcią napiłby się czegoś mocniejszego — naprawdę potrzebował wzmocnienia — nie stać go na to.

— Co z tobą, Kelvin? Wyglądasz na przygnębionego — usłyszał znajomy głos. Jego przyjaciel, sir Anthony Fanshawe usiadł na sąsiednim krześle.

— Trafna uwaga!

— Co się stało?

— Widziałem się z moim stryjem.

— Ten sknera każdego może wpędzić w melancholię. Przypuszczam, że odmówił ci pomocy.

— Solennie mi obiecał, że nic dla mnie nie zrobi.

— Nigdy nie oczekiwałem, że zachowa się inaczej — powiedział sir Anthony. — Mój ojciec często powtarzał, że gdyby książę zobaczył przy drodze kogoś wykrwawiającego się na śmierć, szybko poszedłby dalej, ponieważ udzielenie pomocy nieszczęśnikowi mogłoby go narazić na koszty.

— Twój ojciec miał rację! — skwitował Kelvin.

— Co zamierzasz? — spytał sir Anthony.

— Nie mam pojęcia.

— Napijesz się?

— Jeżeli stać cię na to.

— Jednego mogę ci postawić — powiedział z uśmiechem sir Anthony i przywołał skinieniem kelnera.

Godzinę później siedzieli nadal w pokoju dziennym i choć rozważyli wszystkie możliwości, które mogłyby przynieść Kelvinowi pieniądze, żadna nie wydawała się realna.

— Jestem chyba skończonym głupcem — powiedział Kelvin w pewnej chwili. — Inni wracają z Indii niewyobrażalnie bogaci. Sam dobrze wiesz, Anthony, że można tam było zrobić majątek.

— Nie widzę ciebie wśród tego typu łudzi — odparł przyjaciel.

— Żebraków nie stać na dumę — gorzko stwierdził Kelvin.

— Gdybyś ty się wmieszał w podejrzane machlojki, wpłynęłoby to na morale całego pułku. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.

— Dlatego nie mieszałem się — powiedział Kelvin Ward — ale co mi to w tej chwili pomoże?

— Wymyślimy coś — stwierdził jego przyjaciel krzepiąco. — Gdybym ja miał pieniądze, dałbym ci je, wiesz przecież!

Kelvin Ward uśmiechnął się.

— Jesteś najlepszym przyjacielem, Anthony, ale niestety ty też masz długi. Gdyby tylko udało mi się wejść w ten interes ze statkami.

— Musi być ktoś, do kogo mógłbyś się zwrócić — powiedział sir Anthony, marszcząc brwi.

— Myślałem o wszystkich — odparł Kelvin. — Tak długo byłem poza Anglią, że straciłem kontakt z ludźmi, których kiedyś znałem, a jeśli przedstawiam się jako bratanek mego stryja, zwykle mi to nie pomaga!

Wiedzieli dobrze obaj, że książę ma więcej wrogów niż ktokolwiek w tym kraju. Nikt go nie lubił. Wszyscy potępiali sposób, w jaki potraktował swojego brata, ojca Kelvina, który był bardzo popularny. A jeszcze bardziej, w jaki zignorował swoją szwagierkę po śmierci jej męża.

Nie było chyba nikogo, kto nie znałby jakiejś opowiastki na temat niegodziwości księcia. Powszechnie mówiło się, że nigdy nie dał złamanego pensa na biednych. Ludzi w swoich majątkach traktował tak źle, że nawet gazety o tym pisały.

Był nie tylko sknerą, ale na dodatek człowiekiem zawziętym i mściwym, prawdą też było, że nie miał na całym świecie ani jednego przyjaciela.

— Jakie masz plany na wieczór? — zapytał sir Anthony, kiedy okazało się, że żaden z nich nie potrafi wymyślić żadnego sposobu na wzbogacenie się.

— Na nic mnie nie stać! — odparł Kelvin Ward. — Byłem głupcem, że wydałem resztę pieniędzy na powrót z Indii. Powinienem był tam zostać i poszukać jakiejś dobrze płatnej pracy.

— Niełatwo o pracę dla takiego człowieka jak ty — stwierdził ponuro sir Anthony.

Obaj wiedzieli, że to prawda. Nie można było wyobrazić sobie Kelvina Warda jako urzędnika na przykład w Kompanii Wschodnioindyjskiej albo pracownika jednej z firm handlowych.

— Na litość boską! Napijmy się jeszcze po jednym! — powiedział sir Anthony.

W tej chwili podszedł do nich kelner, ale nie po to, by przyjąć zamówienie. Wyciągnął w stronę Kelvina Warda srebrną tacę, na której leżała koperta.

Kelvin popatrzył zdumiony.

— Kiedy nadszedł ten list?

— W tej chwili, sir. Służący czeka na odpowiedź.

Sir Anthony spojrzał zaciekawiony na kopertę i zażartował:

— Jakaś ślicznotka musiała dowiedzieć się, że jesteś w Londynie.

Kelvin Ward nie odpowiedział. Czytał list z wyrazem zdziwienia na twarzy.

— Niech służący poczeka chwilę — zwrócił się do kelnera.

— Dobrze, sir.

Kiedy kelner oddalił się, Kelvin Ward spytał:

— Co wiesz o sir Erasmusie Maltonie?

— To od niego list?

— Tak — odparł Kelvin — ale nie rozumiem, o co chodzi.

— Co jest w tym liście?

Kelvin Ward podał przyjacielowi kartkę grubego, kosztownego papieru listowego. Sir Anthony zaczął czytać.

Sir Erasmus Malton ma zaszczyt zaprosić majora Kelvina Warda na spotkanie w korzystnej dla niego sprawie.

— I cóż to, u diabła, może znaczyć? — zapytał Kelvin Ward.

— Wszystko, co sir Erasmus może dla ciebie zrobić, bez wątpienia będzie korzystne.

— Mam wrażenie, że znam to nazwisko, ale jakoś nie mogę go sobie umiejscowić.

— Jak mi wiadomo, sir Erasmus jest jednym z najbogatszych ludzi w tym kraju — poinformował Kelvina sir Anthony. — Jest także dość tajemniczą postacią. Nikt nie wie dokładnie, w jaki sposób doszedł do swych pieniędzy, ale nie ma żadnych wątpliwości, że ma ich sporo i gdziekolwiek można coś zarobić, znajdziesz tam także sir Erasmusą.

— Czy jest dżentelmenem?

— Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że tak. Nikt nigdy przy mnie nie sugerował, że mogłoby być inaczej, ale jak wiesz, nie poruszam się w tym samym towarzystwie, co potentaci i milionerzy, to znaczy tam, gdzie można się natknąć na sir Erasmusa.

— Czego on może chcieć ode mnie? — dociekał Kelvin.

— Może zamierza zaproponować ci pracę.

— Ale przecież on mnie nie zna. Teraz, kiedy się zastanawiam, przypomina mi się, że słyszałem o sir Erasmusie. Nie tylko tu w Europie, lecz i w Indiach. Ale nie mogę sobie przypomnieć, co mi o nim mówiono.

— Pewnie, że jest bogaty jak Krezus — powiedział sir Anthony. — Wspominał mi o nim mój kuzyn, pracujący w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, i odniosłem wrażenie, że był pod jego dużym wrażeniem. Kiedy wróci z Paryża, mogę dowiedzieć się czegoś więcej.

— Ale na razie muszę odpowiedzieć na list.

— No to na co czekasz? Przyjmij zaproszenie natychmiast. Idź za zapachem pieniędzy, a może i na ciebie spadnie odrobina złotego pyłu!

Kelvin Ward zerknął na kominkowy zegar.

— Czy mogę zaproponować, że będę u niego za godzinę? Nie chcę, żeby wyglądało to, jakbym wpraszał się na obiad.

— No cóż, przynajmniej oszczędzisz na jednym posiłku — skwitował jego wątpliwości sir Anthony.

— Oto główny powód, który skłania mnie do złożenia tej wizyty — powiedział Kełvin Ward ze śmiechem.

Wstał z fotela i podszedł do stołu, na którym leżał papier listowy. Napisał kilka słów, włożył kartkę w kopertę i zawołał kelnera. Poprosił o oddanie listu służącemu.

— Kości zostały rzucone! — oznajmił wracając do swego przyjaciela. — Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

— Może odkryjesz, że sir Erasmus jest twoim zaginionym ojcem chrzestnym. Uczyni cię swym spadkobiercą, a potem rozpłynie się jak mgła! — zażartował sir Anthony.

— Mogę mieć tylko nadzieję, że twoje przepowiednie się spełnią! — powiedział Kelvin. — Ale mam nieprzyjemne przeświadczenie, że chodzi tu tylko o zaproszenie na wieczorek towarzyski. Albo będzie mnie prosił o zaopiekowanie się debiutantką podczas balu.

— A niech Bóg broni! — wykrzyknął sir Anthony pobożnie.

— Amen — Kelvin Ward uśmiechnął się.

Godzinę później Kelvin Ward został wprowadzony do biblioteki dwa razy większej, a robiącej wrażenie sto razy większej niż ta, w której rozmawiał ze swym stryjem.

Nie bardzo wiedział, czego ma się spodziewać, kiedy zajeżdżał dorożką do Malton House na Park Lane.

 

Nazwa została nadana siedzibie przed dziesięciu laty, kiedy kupił ją sir Erasmus.

Wcześniej dom należał do szlachcica, który umarł nie zostawiwszy rodzinie wystarczająco dużo pieniędzy, by zapewnić jej wystawne życie również po jego śmierci.

Kelvin Ward pewien był, że na odświeżenie i odnowienie domu musiała pójść okrągła sumka.

Nim został zaprowadzony do gospodarza, przez dłuższą chwilę podziwiał zwisające z sufitu wspaniałe żyrandole i cenne obrazy na ścianach. Większość z nich wywołałaby zachwyt najwybredniejszych nawet znawców malarstwa.

Kelvin Ward nauczył się podczas służby w armii zauważać szczegóły, toteż nie omieszkał ocenić grubości dywanu w bibliotece, ciężkich zasłon, które zakrywały okna, i cennych bibelotów ustawionych na stołach pod ścianami.

Właściciel takich wspaniałych skarbów musiał bez wątpienia być osobą ważniejszą niż jego stryj.

Sir Erasmus Malton był bezsprzecznie człowiekiem o wyraźnej osobowości. Szlachetne rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości, że jest dżentelmenem.

Kelvin Ward spodziewał się raczej spotkać potentata, który doszedł do wszystkiego własną pracą, rozpoczynając od samych dołów drabiny społecznej. Był więc mile zaskoczony kulturalnym brzmieniem głosu sir Erasmusa i silnym uściskiem jego dłoni podczas powitania.

— Cieszę się, że przyjął pan moje zaproszenie, i to bez zwłoki, majorze Ward.

Kelvin Ward skłonił głowę, a sir Erasmus wskazał mu fotel przed pięknym, marmurowym kominkiem.

— Czy miał pan dobrą podróż z Indii? — zapytał sir Erasmus zakładając nogę na nogę.

Statek nie był przepełniony — odpowiedział Kelvin Ward — więc nie musiałem się nazbyt udzielać towarzysko.

— Co było niewątpliwą ulgą — sir Erasmus uśmiechnął się.

Wszedł szef służby domowej, a za nim dwóch lokai ze srebrnymi tacami, na których stały różne rodzaje wina i talerze z kanapkami.

Kiedy służący opuścili pokój, sir Erasmus odezwał się:

— Na pewno się pan zastanawia, dlaczego chciałem go widzieć.

— Przyznaję, że jestem bardzo ciekaw — odpowiedział Kelvin Ward.

— Sądzę, że zaskoczy pana to, co mam mu do powiedzenia — mówił powoli sir Erasmus. — Obserwuję pańską karierę od kilku lat, majorze Ward.

— Z jakiego powodu?

— Usłyszałem o panu i chciałem dowiedzieć się czegoś więcej — powiedział sir Erasmus. — Wiem o pańskiej wybitnej karierze wojskowej i że był pan odznaczony, a nawet został przyjęty do klubu oficerów wyższych rangą.

— Dziękuję — powiedział Kełvin Ward. — Miłych rzeczy na swój temat zawszer się słucha z przyjemnością, ale nie mogę zrozumieć, dlaczego to pana miałoby interesować.

— Zaraz do tego dojdę — powiedział sir Erasmus. — Chcę tylko panu uświadomić, że poświęciłem mu sporo zachodu. Dowiedziałem się również, że uratował pan honor swego brata.

Kelvin Ward wyprostował się gwałtownie.

— Skąd pan o tym wie?

— Mam swoje sposoby zbierania informacji o ludziach, którzy mnie interesują — powiedział sir Erasmus tak spokojnie, że nie zabrzmiało to jak przechwałka.

Kełvin Ward milczał.

Świadomość, że ktoś obcy mógł dowiedzieć się o nieuczciwości Geoffreya, poruszyła go do głębi. Miał nadzieję, że bardzo niewiele osób było świadomych tego, co się stało.

— Wiem również — ciągnął dalej sir Erasmus — że swoją chwalebną śmiercią pański brat naprawił błędy przeszłości.

— Dziękuję — ponownie odezwał się Kelvin Ward.

— Rola, jaką odegrał pan w tym, bez wątpienia godnym pożałowania incydencie, zasługuje na podziw — kontynuował sir Erasmus. — Za akt dużej odwagi uważam także odejście z pułku w momencie, w którym zdał pan sobie sprawę, że nie utrzyma się z żołdu.

— Skąd pan to wszystko o mnie wie? — zapytał Kelvin Ward.

— Wiem jeszcze więcej — odpowiedział sir Erasmus. — Wiem, że wrócił pan do Anglii w nadziei przekonania pańskiego stryja do swoich planów wejścia w świat interesów.

— Nie wyobrażam sobie... — wtrącił Kelvin Ward, ale jego gospodarz nie pozwolił mu dokończyć.

— ...i chyba nie mylę się sądząc, iż stryj odmówił panu wsparcia.

— Nie trzeba być jasnowidzem, żeby to odgadnąć! — stwierdził szorstko Kelvin Ward.

— Mogę więc założyć, że nie ma pan żadnych konkretnych planów na najbliższą przyszłość.

— Kiedy pańskie zaproszenie przyszło do klubu — odpowiedział Kelvin Ward — rozmawiałem właśnie z przyjacielem, starając się znaleźć jakieś rozwiązanie moich problemów.

— W tym właśnie celu zaprosiłem pana tutaj — powiedział sir Erasmus. — Mam dla pana propozycję, majorze Ward, która może się panu wydać interesująca.

Sir Erasmus przez chwilę milczał, jakby zastanawiając się nad doborem słów.

Jednak Kelvin Ward zdawał sobie doskonale sprawę, że jego gospodarz całkowicie panuje nad sytuacją.

Nie ulegało wątpliwości, że jest on człowiekiem niezwykle sprytnym i wnikliwym. Jego wysoko sklepione czoło, przenikliwe spojrzenie bystrych oczu, a nawet sposób, w jaki się poruszał — wszystko to wskazywało, że człowiek ten mógłby, gdyby tylko zechciał, rządzić całym Imperium.

Wystarczyło na niego spojrzeć, by zdać sobie sprawę, że osiągnie szczyt, niezależnie od przeciwności. Emanowała z niego siła i nie ulegało wątpliwości, że potrafi być bardzo twardy.

— To śledztwo na pański temat przeprowadziłem z bardzo szczególnego powodu — mówił sir Erasmus — nie z czystej ciekawości. Na takie bzdury naprawdę nie miałbym czasu. Przyznam też, że sprawdziłem również kilku innych mężczyzn w pańskim wieku. Nie chcę panu schlebiać, majorze Ward, ale uważam pana za najbardziej interesującego obecnie mężczyznę w całym towarzystwie.

— W towarzystwie? — Kelvin Ward powtórzył z uśmiechem. — Trudno mnie do niego zaliczyć. Przez ponad cztery lata mieszkałem poza Anglią, a nawet kiedy tu byłem, nie miałem ochoty ani środków, by bywać w towarzystwie.

— Mówimy o dwóch różnych sprawach — powiedział chłodno sir Erasmus. — Mnie chodzi o pański status społeczny. Jest pan szlachcicem, pańska rodzina ma wspaniałą kartę w historii kraju i jest pan dziedzicem książęcego tytułu.

— Niewiele dobrego z tego wynika dla mnie w tej chwili — zauważył Kelvin Ward gorzko.

— A jednak, kiedy pański stryj umrze, a musi umrzeć, jak my wszyscy, zostanie pan księciem Uxbridge!

Ponieważ Kelvin Ward nie odpowiedział, sir Erasmus ciągnął dalej.

— Ale nie tylko ze względu na te aktywa, lecz także ze względu na pański charakter, osobowość i przykładność zachowania proponuję znaczną pomoc w projekcie, który pana zainteresował.

— To niezwykle miłe z pana strony — powiedział Kelvin. Jeśli wie pan o mnie tak wiele, nie wątpię, że jest pan również świadom mojej dzisiejszej wizyty u stryja, którego poprosiłem, żeby pożyczył mi pięć tysięcy funtów na zasadach ściśle handlowych. Mając te pieniądze, mógłbym zostać młodszym partnerem moich znajomych i udziałowcem dwóch statków, od których zaczęlibyśmy wymianę handlową między Bombajem a Europą.

— To wszystko wiem — powiedział sir Erasmus z nutą zniecierpliwienia w głosie — tyle że nie myślałem o pięciu tysiącach funtów udziału, ale o trzystu.

Kelvin Ward wstrzymał oddech.

— Gdyby ktoś powiedział wczoraj, że coś takiego się zdarzy — stwierdził — potraktowałbym to jako żart.

— To na pewno nie jest żart — powiedział sir Erasmus — ale oczywiście jest pewien warunek.

— Jaki? — zapytał Kelvin Ward.

— Taki — odpowiedział sir Erasmus ponuro — że poślubi pan moją córkę!

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Wreszcie Kelvin Ward zapytał z niedowierzaniem.

— Czy pan mówi poważnie?

— A jak się panu wydaje? Muszę panu wyjaśnić, że jestem człowiekiem, który nie tylko wie, co robi, ale też przygotowuje się do realizacji swoich planów w najdrobniejszych szczegółach. — Po chwili milczenia ciągnął dalej: — Myślę, że zrozumiał pan już, że męża mojej córki i przyszłego swego zięcia chciałem wybrać starannie i posługując się tymi samymi metodami, które stosuję w interesach. — I dodał gromko: — Mogę jedynie powiedzieć, że jest pan jedynym mężczyzną, którego kandydaturę mogłem poważnie rozpatrywać.

— Jestem oczywiście zaszczycony! odpowiedział posępnie Kelvin Ward — ale czy nie działa pan trochę zbyt pochopnie. Może gdybym spotkał tę młodą damę, o której mowa, i wywiązałaby się między nami nić sympatii, wtedy zaistniałaby szansa, by sprawy potoczyły się zgodnie z pańskim życzeniem.

Mówił niezwykle ostrożnie, nie chcąc obrazić sir Erasmusa, ale czuł się zaszokowany propozycją przedstawioną mu tak niespodzianie.

Nawet przez moment nie przyszło mu do głowy, że otrzyma równie fantastyczną propozycję w tak niecodziennej — formie od człowieka pokroju sir Erasmusa.