Pocałuj Światło księżyca - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Pocałuj Światło księżyca

Saga

Pocałuj Światło księżycaTytuł oryginału: Kiss the MoonlightPrzełożyła: Urszula i Józef RadziccyCover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’Copyright © 1977, 2019 Barbara Cartland i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788711770894

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dedykuję tę książkę byłemu ambasadorowi przy Brytyjskim Dworze Królewskim, Jego Ekscelencji generałowi Nicholasowi Broumasowi, oraz Jego uroczej żonie Clarze, na których serdeczność, wielkoduszność i przyjaźń w stosunku do mojego syna i do mnie zawsze mogłam w Grecji liczyć.

Od autorki

W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku francuscy archeolodzy przybyli do greckiej wsi Delfy i odkryli pod powierzchnią ziemi prawdziwe cuda — brązową statuę woźnicy na rydwanie, ołtarz Ateny oraz wiele posągów i fryzów wielkiej piękności.

Odwiedziłam Delfy w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku i stwierdziłam, że świątynia Apolla tchnie jakimś dziwnym, ekstatycznym spokojem, którego nie sposób opisać. Błyszczące Urwiska, wznoszące się opiekuńczo za potrzaskanymi kolumnami, tworzyły najpiękniejszy widok w Grecji.

Świątynia Ateny, otoczona drzewami oliwnymi, roztaczała mistyczny czar, inny niż wszystkie świątynie, jakie dotychczas zwiedziłam.

W tysiąc osiemset trzydziestym siódmym roku pewien historyk napisał, że cała Grecja roi się od bandytów, z którymi rząd bawarskiego króla nie może dać sobie rady. Była to jedna z przyczyn rewolucji, która w tysiąc osiemset sześćdziesiątym drugim roku doprowadziła do detronizacji króla Ottona I.

ROZDZIAŁ 1

1852

Athena wyszła ze swej sypialni na balkon, by popatrzeć na rozciągający się przed nią rozległy widok.

Za każdym razem, gdy podziwiała jakiś pejzaż w Grecji, uważała go za piękniejszy od obejrzanego przed chwilą; teraz wydawało jej się, że nie może być nic bardziej urzekającego niż błękitne wody Zatoki Korynckiej.

Zachodzące słońce przemieniło brzeg morza w złoto, przechodzące dalej w purpurę, by wreszcie tam, gdzie woda stykała się z niebem, stopić się w mglistą szarość.

Athena wiedziała, że za pałacem słońce rzucało fantastyczne cienie na góry, na których tle letni pałac książąt Parnassus lśnił jak perła.

Czuła, że w tym wszystkim jest coś tajemniczego i cudownego, czego nie wyobrażała sobie nigdy przedtem, chociaż była pewna, iż w rzeczywistości Grecja okaże się krajem jeszcze bardziej zapierającym dech w piersi, niż jej się to wydawało w najśmielszych marzeniach.

Przez całe swe życie pragnęła pojechać do Grecji.

Gdy była dziewczynką, babka, markiza-wdowa, opowiadała jej o greckich bogach i boginiach; o Panie, który dmuchał w piszczałki swej fletni pod drzewami oliwnymi, o Zeusie, zasiadającym w całym swym majestacie na szczycie góry Olimp. Podczas gdy inne dzieci poznawały bajki o Kopciuszku lub o Jasiu i Małgosi, ona czytała o boskiej czci, jaką otaczano jej imienniczkę.

Nie znaczy to, że w Anglii ktokolwiek myślał o niej jako o Athenie.

Rodzina zwała ją Mary Emmeline, dla obcych zaś była Mary Emmeline Atheną Wadę, córką czwartego markiza Wadebridge, a więc ważną postacią w wytwornym towarzystwie.

Słońce opuściło się trochę niżej i nagle całe morze zamigotało połyskliwym złotem, a bijący od niego blask, w połączeniu ze świetlistością nieba, wydawał się niemal oślepiający.

Przypomniała sobie słowa babki: „Grecy byli niestrudzeni w opisywaniu zjawisk świetlnych. Zachwycali się lśnieniem wilgotnych przedmiotów, kamieni i piasku zbryzganych morską falą, ryb trzepoczących w sieci, a także świątyń jarzących się tak, jakby miały kolumny ze światła”.

Właśnie w taki sposób i ja to odczuwam — pomyślała Athena.

Porównywała ten zachód słońca z porankiem, gdy wstała bardzo wcześnie, by zobaczyć „różanopalcą jutrzenkę”, i wyobrażała sobie, że to Apollo we własnej osobie płynie po niebie, migocząc milionami światełek i walcząc z siłami ciemności.

Apollo był dla niej czymś bardzo realnym, gdyż — jak wyjaśniła jej babka — był on nie tylko słońcem, lecz także księżycem, planetami, Drogą Mleczną i najsłabiej widocznymi gwiazdami.

„On jest lśnieniem fal”, mówiła markiza-wdowa, „błyskiem w czyichś oczach, niezwykłą poświatą na polach w najciemniejsze noce”.

Athena zapamiętałą fragment z Homera: Spraw, by niebo jaśniało, i światło daj naszym oczom.

Przeczytała wszystkie, jakie tylko mogła znaleźć, utwory greckich poetów, którzy pisali o świetle. Często przyłapywała się na recytowaniu półgłosem fragmentu ody Pindara:

Wszyscy jesteśmy cieniami, gdy jednak jasność

Przyjdzie z rąk bogów,

Wówczas światło niebiańskie pada na ludzi.

Zadawała sobie pytanie, czy kiedyś owo światło niebiańskie padnie i na nią; a jeśli tak, to co wtedy będzie czuła?

Zanosiła ku zachodzącemu słońcu błagalną prośbę swego serca, lecz jednocześnie zdawała sobie sprawę, że czas płynie, a na dole oczekują jej na obiedzie. Odwróciła się więc, przeszła przez sypialnię i znalazła się na podeście u szczytu schodów.

Również tutaj piękno otoczenia sprawiło, że wstrzymała oddech: krzywizna kamiennych schodów, mozaiki na białych ścianach, złote światło padające przez wysokie okna, za którymi widziała wspaniałe kwiaty bujnie rosnące w zielonym ogrodzie.

Było tak pięknie, że odruchowo zatrzymała się na chwilę, a wtedy usłyszała na dole męski głos mówiący po grecku:

— Chcesz powiedzieć, że nie przynosisz mi żadnych wieści o jego wysokości?

Athena wiedziała, kto mówi. Był to niski, nieco ochrypły głos książęcego zarządcy dworu, pułkownika Stefanatisa.

— Nie, panie pułkowniku — odrzekł młodszy głos. — Byłem we wszystkich miejscach, które mi pan podał, ale nigdzie nie znalazłem śladu jego wysokości.

Nastąpiła chwila ciszy, po czym znów odezwał się pułkownik:

— Czy wstąpiłeś do pani Heleny Villa?

— Tak, panie pułkowniku. Wyjechała tydzień temu, a służba nie ma pojęcia, dokąd.

Tu nastąpiła jeszcze jedna przerwa w rozmowie; Athenie wydało się, że ta chwilowa cisza jest jednak wiele mówiąca. Potem pułkownik powiedział jakby do siebie samego:

— To nieprawdopodobna sytuacja, nieprawdopodobna!

Nagle rzucił ostro:

— Lepiej teraz odpocznij, kapitanie. Jutro rano każę ci zacząć od nowa.

— Tak jest, panie pułkowniku.

Athena usłyszała trzaśnięcie obcasami, gdy młody oficer wyprężył się na baczność, a potem dzwonienie ostróg, kiedy szedł po marmurowej posadzce. Z trudem zmusiła się, by zejść ze schodów powoli i obojętnie, jak gdyby nie podsłuchała tej rozmowy.

Tymczasem, jeśli pułkownik uznał sytuację za nieprawdopodobną, to dla niej była ona wręcz niewiarygodna.

Przyjechała do Grecji z Anglii, ponieważ zgodnie z układem zawartym przez jej babkę miała poślubić księcia Jeoriosa Parnassusa. Był to wynik negocjacji, które markiza-wdowa prowadziła niemal przez dwa lata.

Chociaż Xenia Parnassus była tylko daleką krewną księcia, to jednak wciąż silne więzy rodzinne i tętniąca w niej krew przodków nie pozwoliły jej nigdy o nich zapomnieć.

Niezwykle piękna, zdobyła szturmem wykwintne angielskie towarzystwo od chwili, gdy trzeci markiz Wadebridge, poszukujący starożytności greckich, przywiózł do kraju nie tylko kolekcję waz, posągów i urn, lecz także żonę.

Grecy byli niesłychanie rozrzutni w odniesieniu do swych skarbów i jak Athena zdążyła się przekonać w czasie swego pobytu w Atenach, nie bardzo interesowali się tym, co nazywali „ruinami”.

Od czasu gdy lord Elgin dopuścił się czynu potępionego przez lorda Byrona jako „wandalizm”, wywożąc do Anglii marmurowe posągi z Akropolu, dziesiątki arystokratów z ambicjami kulturalnymi podróżowało do Grecji w nadziei, że i oni będą mogli zrabować jakieś zabytki przeszłości.

Nieczułe oko, które nie zapłacze

Widząc, że twoje mury zeszpecono,

A niszczejące świętości zabrano.

Lord Byron rzucał gromy, lecz nikt go nie słuchał. Łupy przywiezione z Grecji wypełniały rezydencje wiejskie w Anglii i muzea w całej Europie.

Odkąd Xenia Parnassus została markizą Wadebridge, nigdy już nie wróciła do swego kraju. Dała uwielbiającemu ją mężowi sześcioro prześlicznych dzieci; żadne z nich jednak nie dorównywało jej wyidealizowanemu wzorcowi piękna. Dopiero gdy przyszła na świat wnuczka...

Markiza, ujrzawszy to niemowlę, wiedziała od razu, że właśnie takiego zawsze pragnęła; że to dziecko jest podobne do bogini, która znaczyła dla niej więcej niż wszyscy święci z kalendarza kościelnego.

— Chcę, żeby nosiła imię Atena — oświadczyła stanowczo.

Rodzina zaprotestowała: Wade’owie nigdy nie nadawali imion wyszukanych czy ekstrawaganckich, a pierwsza córka markiza musi być zgodnie z tradycją ochrzczona jako Mary, na drugie zaś imię mieć Emmeline, po sławnej prababce, której portrety wisiały na ścianach w zamku Wadebridge.

Markiza musiała wykazać wiele wytrwałości, by postawić na swoim, lecz w końcu dziewczynkę ochrzczono jako Mary Emmeline Athenę. Tym trzecim imieniem nie posługiwał się jednak nikt, z wyjątkiem markizy- wdowy i jej wnuczki.

 

— Oczywiście, babciu, chcę, żeby mnie nazywano Atheną — powiedziała, gdy miała dziewięć lat. —To jest śliczne imię, natomiast imię Mary jest nieciekawe, Emmeline zaś — brzydkie.

Zmarszczyła swój mały nosek, który nawet wtedy, gdy była niemowlęciem, był równie prosty jak nosy posągów, jakie razem z markizą-wdową oglądały w British Museum.

Od tej pory bogini Atena była dla niej tak realna, jak gdyby należała do rodziny.

Markiza-wdowa opowiadała jej o Atenie wojowniczce, potrząsającej groźnie swą dzidą; o Atenie towarzyszce, prawie kochance; o Atenie patronce domowego ogniska, opiekującej się młodymi tkaczkami — bogini wszystkiego, co piękne, która z macierzyńską troską spogląda na swych podopiecznych.

Najważniejsza jednak była Atena Dziewicza (Atena Partenos), nieskalana i wszechmocna, zdecydowana bronić czystości moralnej swego miasta, która była także boginią miłości.

— To do niej modliły się kobiety, kiedy chciały mieć dziecko — wyjaśniła markiza-wdowa.

— A ona zsyłała im miłość? — spytała Athena.

— Ponieważ kochały i były kochane, miały piękne dzieci. Piękne na ciele i duszy — odrzekła babka.

Reszta rodziny uważała, że z wiekiem markiza-wdowa stała się trochę nudna z tym swoim szczególnym upodobaniem do Grecji i nie kończącymi się opowieściami o starożytnych bogach.

Dla Atheny jednak opowieści te były zawsze pasjonujące.

Kiedy więc po ukończeniu osiemnastu lat dowiedziała się od babki, że zawarto układ w sprawie jej małżeństwa z księciem Parnassusem i że ma pojechać do Grecji, aby poznać narzeczonego, wydało jej się to czymś zupełnie naturalnym.

Od jakiegoś czasu z różnych wypowiedzi babki domyślała się, że są takie plany i że dlatego markiza- wdowa ciągle wychwala cnoty i powaby młodego mężczyzny, którego nigdy nie widziała.

— Jest silny i przystojny; jest dobrym władcą, do którego jego naród ma zaufanie — mówiła z całym przekonaniem babka.

Ponieważ książę był Grekiem, Athena ani przez chwilę nie wątpiła, że faktycznie ma on wszystkie te zalety.

A teraz znajdowała się w pałacu księcia — dokąd przyjechała, aby go poznać, z pełnym przekonaniem, że sprawa nieuchronnie zakończy się dzwonami weselnymi — ale jego wysokości nie było.

Być może — pomyślała Athena — ciotka popełniła j błąd, zgadzając się, żeby książę nie czekał na nie — jak się wcześniej spodziewały — na nadbrzeżu małego portu Mikis, gdzie przybił statek, którym przypłynęły z Port of Germeno.

Książę napisał uroczy list do jej ciotki, lady Beatrice Wade, w którym powiadamiał, że niestety nie może się z nimi spotkać w Atenach, ale będzie czekał w pałacu letnim, aby je powitać, gdy tylko zechcą przybyć.

Postanowiono, że Athena z ciotką najpierw udadzą się do Aten, gdzie pozostaną co najmniej przez trzy tygodnie. Miały się tam spotkać z wieloma członkami rodziny, a ponadto król Otton życzył sobie, aby przyszła żona władcy jednego z księstw wchodzących w skład jego państwa została przedstawiona na dworze.

Ten bawarski książę, który po odzyskaniu przez Grecję niepodległości został jej królem, bardzo się starał pozyskać sympatię Hellenów. Teraz jednak — pomyślała Athena — nawet król nie potrafiłby wyczarować księcia, który zniknął tajemniczo w momencie, kiedy powinien się spotkać ze swą przyszłą żoną.

Lady Beatrice miała na ten temat wiele do powiedzenia, kiedy były same.

— To dla mnie niepojęte, Mary — rzekła ostro. — I nie uwierzę, by twój ojciec nie uznał za zniewagę tego, że książę nie zjawił się, aby cię powitać.

— Widocznie spodziewał się, że pozostaniemy dłużej w Atenach — odparła dziewczyna.

— Przed naszym wyjazdem wysłałam posłańca — wyjaśniła lady Beatrice — i, szczerze mówiąc, nie wierzę w ani jedno słowo historyjki, według której książę rzekomo dokonuje inspekcji jakiejś trudno dostępnej części swego terytorium, gdzie nie sposób się z nim skontaktować.

Jeśli to nie była zniewaga, to w każdym razie trudno było uznać fakt nieobecności księcia za zachęcające przyjęcie narzeczonej, która odbyła długą podróż z Anglii, by się z nim spotkać.

— Gdzie zatem może być? — zapytała bezradnie Athena.

Mówiąc to spojrzała na morze.

Po przybyciu do Aten dowiedziała się, że książę nosi brodę, a gdy wydawała się tym zdziwiona, wyjaśniono jej, że służy on w greckiej marynarce wojennej i, podobnie jak większość Greków, na morzu czuje się bardziej u siebie niż na lądzie.

Może pożeglował do przeciwległego brzegu — zastanawiała się Athena — a może nawet wypłynął przez wąską cieśninę tworzącą zachodni wylot Zatoki Korynckiej do Morza Jońskiego? Mógł także wizytować któreś z licznych wysp należących do księstwa i zapomnieć, kto miał na niego czekać w pałacu.

Niezależnie jednak od wszelkich prób wytłumaczenia jego nieobecności, myśl o tym przygnębiała ją. Minęły już trzy dni od czasu, gdy wraz z ciotką przybyła do pałacu, a księcia wciąż nie było.

Rozmowa, jakiej wysłuchała stojąc na podeście schodów, podsuwała wyjaśnienie, o którym przedtem nie pomyślała.

Kim była pani Helena?

Athena wychowywała się na wsi i wiedziała bardzo mało o intrygach i rozwiązłości wykwintnego towarzystwa; rozczytując się jednak w mitologii greckiej, nie mogła nie zdać sobie sprawy, że bogowie byli zaabsorbowani miłością i nieustannie ulegali czarowi pięknych kobiet.

Po raz pierwszy od wyjazdu z Anglii odczuła wątpliwość, czy jej małżeństwo będzie szczęśliwe.

Była pod tak silnym wpływem wszystkiego, co jej mówiła babka, opowieści, które ubarwiały jej młodość, oraz własnych instynktownych tęsknot do romantycznych przeżyć, że do tej chwili nie myślała naprawdę o księciu jako o mężczyźnie.

Był on dla niej jakąś mityczną postacią — tak pociągającą, a zarazem wzbudzającą taki lęk, jakby był jednym z bogów. Nie wyobrażała go sobie dotychczas jako istoty ludzkiej, mężczyzny, do którego będzie należała, mężczyzny z pragnieniami i emocjami takimi jak u innych mężczyzn.

A teraz nagle, jakby obudzona ze snu, Athena uświadomiła sobie, że książę jest człowiekiem z krwi i kości, a skoro nie widział jej nigdy, to jak może być nią zainteresowany? On intryguje ją głównie dlatego, że jest Grekiem, a cóż może być dla niego romantycznego, tajemniczego czy nieziemskiego w fakcie, że ona jest Angielką? W jego oczach nie jest przecież otoczona tajemnicą, jaka dla niej okrywała bogów, może nawet odczuwać niechęć na samą myśl o niej jako swej żonie.

Czuła się prawie tak, jak gdyby ktoś oblał ją zimną wodą w chwili, gdy się tego najmniej spodziewała.

Wszystko, co do tej pory przeżyła, przypominało jej sen: zawarty układ, podróż z Anglii, przybycie do Aten, a przede wszystkim — pierwsze spojrzenie na pałac.

Nigdy nie przypuszczała, że zobaczy coś tak pięknego i że góry widoczne za pałacem mogą być równie imponujące.

Wiedziała, że są one częścią masywu Parnasu, który rozciąga się na północny zachód od granic Attyki, między Beocją a rzadko zaludnionymi północnymi brzegami Zatoki Korynckiej. Cały ten region ma bogatą przeszłość mitologiczną i historyczną.

Dalej na wschód wznoszą się dzikie, urwiste stoki Kitajronu, który uważano za siedzibę Pana i jego koźlonogich satyrów, oraz święta góra Hełikon, którą zamieszkiwało dziewięć Muz.

Daleko na północy, w Grecji środkowej, piętrzy się masyw górski, którego najwyższym szczytem jest święty Olimp; z niego ongiś sprawowali swą władzę bogowie.

Lady Beatrice nie interesowała się górami.

— Jak już ci mówiłam, Mary — powiedziała z naciskiem — to jest pałac letni książąt Parnassus. Sądzę, że ich główny pałac, który znajduje się w pobliżu Liwadii, jest znacznie bardziej imponujący, chociaż niestety wymaga remontu.

W głosie lady Beatrice pobrzmiewał ton, który mówił Athenie aż nazbyt wyraźnie, co jej ciotka ma na myśli. Jedynym bowiem powodem, dla którego zaplanowano to małżeństwo — czego babka bynajmniej przed nią nie ukrywała — był fakt, że książę Parnassus potrzebował pieniędzy.

Stulecia ucisku pod panowaniem tureckim oraz długotrwała walka o wolność zubożyły kraj i w znacznym stopniu odebrały dawną świetność temu bogatemu niegdyś i dumnemu rodowi. Oczywistym wyjściem dla księcia był bogaty ożenek, i na to właśnie liczyła markizawdowa, rozgrywając swą kartę atutową w postaci Atheny.

— Kiedy byłam młoda — powiedziała do wnuczki — wydawało się niemożliwe, żeby mężczyzna stojący na czele naszego rodu poślubił kobietę nie mającą w żyłach królewskiej krwi. Czasy się jednak zmieniły, a Wadebridge’owie są jedną z najstarszych i najbardziej znaczących rodzin w Anglii.

— Tak, babciu — zgodziła się z szacunkiem Athena.

— Co więcej — ciągnęła markiza-wdowa — masz niezwykłe szczęście, że twoja matka chrzestna zostawiła ci tyle pieniędzy.

Uśmiechnęła się prawie figlarnie:

— Tę zasługę muszę sobie przypisać, Atheno, ponieważ twoi rodzice byli zdecydowanie przeciwni temu, by do chrztu trzymała cię Amerykanka!

Athena się zaśmiała.

— A więc to ty, babciu, wybrałaś dla mnie taką dobrą wróżkę?

— Rzeczywiście, okazała się dobrą wróżką — odrzekła markiza-wdowa. — Wprawdzie nie miała dzieci, któż jednak mógł przewidzieć, że uczyni cię swoją jedyną spadkobierczynią?

— No cóż, chyba nikt!

— Posiadanie pieniędzy wiąże się z dużą odpowiedzialnością, jak zawsze ci mówiłam — kontynuowała babka — i dlatego właśnie, Atheno, nie potrafię sobie wyobrazić miejsca, gdzie twoja fortuna mogłaby zostać lepiej spożytkowana niż w Grecji.

Athena zgodziła się z nią i aż do tej chwili wydawało się jej, jakby miała poślubić raczej kraj niż mężczyznę.

Gdy wreszcie zeszła do hallu, pułkownika już tam nie było, gdyż zdążył przejść do salonu.

Athena starała się uspokoić przed spotkaniem z nim, nie chcąc, by się zorientował, że podsłuchała i zrozumiała jego rozmowę z młodym kapitanem.

Do tej pory nie dała poznać książęcemu zarządcy, że zna grecki. Babce bardzo na tym zależało, by już jako dziecko umiała posługiwać się tym językiem, a teraz miała nadzieję, że będzie to przyjemną niespodzianką dla księcia.

Domownicy księcia odpowiadali na pytania swego przełożonego po angielsku, a lady Beatrice nie znała żadnego języka oprócz ojczystego i francuskiego.

Chyba to dobrze, że oni nie zdają sobie sprawy, iż rozumiem wszystko, co mówią — powiedziała sobie Athena, po czym odczuła lęk na myśl, czego jeszcze może się dowiedzieć.

Przy obiedzie przekonała się, że jest jej trudno przysłuchiwać się rozmowie, jaką ciotka prowadziła z pułkownikiem, czy też odpowiadać na konwencjonalne, nienaturalnie uprzejme uwagi innych oficerów obecnych przy stole.

Matka księcia przebywała wprawdzie w pałacu, lecz źle się czuła i zawsze przed obiadem udawała się na spoczynek. Była osobą nieśmiałą, wskutek czego jej sposób zachowania się wobec obcych wydawał się nieco sztywny i Athena od chwili przyjazdu czuła się nieswojo w jej obecności.

Teraz jednak zaczęła się zastanawiać, czy nie wynikało to stąd, że księżna w rzeczywistości nie chciała jej zaakceptować jako synowej.

Jestem pewna, że pragnęłaby, aby jej syn poślubił Greczynkę — pomyślała Athena i zadała sobie pytanie, czy reszta rodziny księcia też jest gotowa przełknąć ją jak niesmaczne lekarstwo dlatego tylko, że ma dużo pieniędzy.

Była to przykra myśl, tym bardziej dokuczliwa, gdy przypomniała sobie badawcze spojrzenia, jakimi ją obrzucali ludzie, których poznała w Atenach i na przyjęciu u króla.

Może zastanawiali się, czy tytuł jest jedynym powodem, dla którego chce poślubić greckiego księcia, skoro jest tak bogata?

Myśl ta była dla niej prawie takim samym wstrząsem jak podejrzenie, że książę mógłby nie być nią zainteresowany jako kobietą.

Jak oni mogli pomyśleć coś podobnego?! — pytała z oburzeniem sama siebie.

Musiała jednak przyznać, że było to dla nich oczywiste wyjaśnienie faktu, iż zgodziła się poślubić mężczyznę, którego nigdy nie widziała.

Całe to planowane małżeństwo, które aż do tej chwili zdawało się otoczone jakąś nieziemską, czarodziejską atmosferą, teraz ujrzała w zupełnie innym świetle.

Nagle poczuła się przerażona tym, co się stało.

W jaki sposób — myślała ze zdumieniem — mogła się dać przekonać i wybrać w podróż do mężczyzny, dla którego nie mogła nic znaczyć i który w rzeczywistości nie mógł nic znaczyć dla niej...? To dlatego, że babka otoczyła Grecję nimbem sławy i świętej czci, przyjęła propozycję tego małżeństwa prawie tak, jakby to był dar bogów.

 

Musiałam być szalona! — pomyślała Athena.

Tymczasem uświadomiła sobie, że w czasie gdy rozmyślała, obiad dobiegł końca, a ona mniej więcej od jego połowy nie słyszała ani słowa z tego, co do niej mówiono.

Ciotka poprosiła ją do salonu.

— Wydajesz się trochę nieobecna, Mary — zaczęła. — Pułkownik zadał ci trzy razy to samo pytanie, zanim mu odpowiedziałaś.

— Przepraszam, ciociu Beatrice, chyba jestem trochę zmęczona.

— Słońce tu takie ostre. Nie jesteś do tego przyzwyczajona — stwierdziła lady Beatrice. — Ponieważ jednak niewątpliwie książę wkrótce przybędzie, a chcę, żebyś wyglądała szczególnie dobrze, uczyniłabyś rozsądnie, gdybyś się położyła i dobrze wypoczęła tej nocy.

— Tak, oczywiście, ciociu. Zrobię to.

Lady Beatrice spojrzała na drzwi, po czym dodała cicho:

— Pułkownik mówił mi, że nadal nie mogą się skontaktować z księciem, lecz jest pewny, że jego wysokość będzie tu jutro. Mimo to zastanawiam się, czy nie powinnyśmy wrócić do Aten. To oczekiwanie jest niezwykle krępujące.

— Może trzeba było zostać w Atenach trzy tygodnie, tak jak się tego spodziewano — zauważyła Athena.

— Właśnie tak należało postąpić —zgodziła się lady Beatrice — lecz teraz jest już za późno, by nad tym rozmyślać. Wszystko zaplanowała mama, a ja niestety zaakceptowałam jej polecenia bez zastrzeżeń. To było niemądre z mojej strony.

Athena dobrze wiedziała, że u jej ciotki przyznanie się do popełnienia błędu oznacza, iż jest niezwykle zaniepokojona. A ponieważ sama odczuwała niepokój z powodu nieobecności księcia, doszła do wniosku, że omawianie tej sprawy bynajmniej nie poprawi sytuacji.

— Nie martw się, ciociu Beatrice — powiedziała. — Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze. W dodatku tu jest tak ładnie.

— Ta sytuacja jest absolutnie nie do zniesienia! — odparła lady Beatrice. — Muszę przyznać, iż zawsze byłam przekonana, że Grecy mają dobre maniery — aż do tej pory!

— Ludzie, z którymi zetknęłyśmy się w Atenach, z pewnością byli bardzo dobrze wychowani — zauważyła Athena.

— Wszyscy oni wyrażali się z największym uznaniem o jego wysokości — dodała ciotka.

— Tak, istotnie — zgodziła się Athena.

W głębi duszy zastanawiała się jednak, jakie myśli i zamiary kryły się pod pochlebnymi opiniami, które wypowiadali o księciu.

Czy cieszyli się z tego, że będzie miał pieniądze, których tak pilnie potrzebował dla swego narodu?

Athena wiedziała, że księstwo Parnassus zajmuje dość duży obszar rozciągający się na wschód od gór, lecz tylko w części żyzny i urodzajny.

Płynąc parowcem do Grecji, wyobrażała sobie, jak jeździ konno po kraju u boku księcia, podejmując decyzje zmierzające do poprawy losu najuboższych, na przykład przez budowę lepszych portów dla rybaków i podnoszenie poziomu oświaty.

Teraz nagle poczuła się niepewnie i ogarnął ją lęk.

Przypuśćmy, że książę nie zechce, żeby towarzyszyła mu w tego rodzaju zajęciach? Przypuśćmy, że pani Helena, kimkolwiek była, cieszyła się jego całkowitym zaufaniem i przyjaźnią?

Powiedziała ciotce dobranoc i poszła do swego pokoju, zanim pułkownik i inni dżentelmeni przeszli z jadalni do salonu.

Gdy była już w negliżu, zwolniła pokojówkę, która pomagała jej się rozebrać, i wyszła na balkon, by jeszcze raz popatrzeć na morze.

Zapadał zmierzch i na horyzoncie widać było ostatnie już błyski purpury i złota. Na aksamitnej czerni nieba zaczynały pojawiać się gwiazdy.

Nie czuło się najmniejszego powiewu wiatru, a chociaż upał, jaki panował w ciągu dnia, już minął, to jednak nadal było ciepło.

Oparła się na balustradzie; jej ręce czuły chłód kamienia, a oczy wpatrywały się w ciemność.

Dlaczego tu jestem? — zadawała sobie pytanie. — Dlaczego zgodziłam się przybyć do miejsca, gdzie nie jestem potrzebna jako osoba, lecz tylko jako dostarczycielka bogactwa?

Myśl ta była dla niej odrażająca. Zawsze miała jasną świadomość siebie jako osoby.

„Poznaj samego siebie” — powiedział jeden z siedmiu mędrców greckich, a ona starała się stosować do tego wskazania, wiedziała bowiem, że uczciwość i zrozumienie własnych uczuć stanowiły fundament myśli helleńskiej.

Wspominając niedawną przeszłość, doszła do wniosku, że straciła kontakt z rzeczywistością, jak dziecko słuchające czarodziejskiej baśni. Po prostu oddawała się marzeniom, które wydawały się jej realne tylko dlatego, że chciała, by takie były.

Teraz oprzytomniała.

Co mogę zrobić? — zastanawiała się.

Pytanie to nasuwało się jej tak natarczywie, prawie jakby ktoś wypowiedział je na głos, że Athena zadrżała.

Przypomniała sobie, jak łatwo babka nakłoniła ją do zaakceptowania pomysłu tego małżeństwa, i uświadomiła sobie aż nadto wyraźnie, że cała sprawa zaszła już tak daleko, iż nie ma prawie odwrotu.

Przypuśćmy, że nie cierpię księcia, a on mnie nie znosi — myślała. — Cóż mogę na to poradzić?

Pamiętała, jak życzliwie dworzanie w pałacu królewskim i sam król mówili o księciu. Teraz podejrzewała, że ich pochwały nie płynęły z serca, lecz miały na celu jedynie upewnienie jej, że czyni słusznie, przywożąc swe pieniądze do ich kraju.

Po raz pierwszy od czasu, gdy została spadkobierczynią wielkiej fortuny, Athena poczuła lęk.

Dawniej przyszłość w gruncie rzeczy nie miała dla niej znaczenia. Powiedziano jej, że otrzymała spadek i że jest bardzo bogata, lecz jej ojciec również był bogatym człowiekiem i nigdy niczego jej nie brakowało.

Przyjęła fortunę tak, jak przyjęłaby podarunek w postaci naszyjnika czy nowego konia. Była zadowolona, lecz nie myślała o niej ciągle ani nie wydawała jej się czymś szczególnie doniosłym.

Teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo ważne są jej pieniądze— stanowią klucz do małżeństwa. Małżeństwa, w którym ona nie ma żadnego wyboru i — co jeszcze bardziej przerażające — narzeczony nie ma go również.

Był to po prostu układ — mariage de convenance, jak nazywają je Francuzi, i w Athenie wszystko się buntowało przeciw takiemu pojmowaniu małżeństwa.

Osoba księcia przybrała zatrważające proporcje: mężczyzna, który miałby prawo stawiać przed nią żądania, ponieważ nosiłaby jego nazwisko, który korzystałby z jej fortuny, gdyż stałaby się jego własnością w wyniku małżeństwa, a zarazem mężczyzna, który poza tym nie interesowałby się nią jako osobą.

— Byłam... szalona! — rzuciła Athena w ciemność. — Jak mogłam bez zastanowienia zgodzić się na coś tak okropnego?

Odchyliła głowę do tyłu i skierowała wzrok ku gwiazdom. Wydawały się niezmiernie odległe; poczuła się bardzo mała i nieważna.

Odniosła wrażenie, że ktoś pyta kpiąco: „Jakie to ma znaczenie, co się z tobą stanie?”

Odpowiedziała w duchu gwałtownie:

To ma znaczenie! Jestem sobą. Nie pozwolę, żeby ktoś zapanował nade mną i poniżył mnie w ten sposób. Muszę uciekać!

Myśl ta pojawiła się w jej świadomości jak światło nagle rozjaśniające ciemność.

Uciekać! Ale dokąd? Dokąd mogłaby się udać? Co mogłaby robić?

Utkwiła wzrok w morzu, jakby się spodziewała, że znajdzie odpowiedź w łagodnym ruchu fal.

Pomyślała sobie, niemal ironicznie, że gdyby była Greczynką żyjącą dawnych czasach, to udałaby się po radę do wyroczni delfickiej. Babka mówiła jej, że wyrocznia ta przez dziewięćset lat udzielała wskazówek i dostarczała inspiracji tym, którzy szukali u niej rady.

Grecy wierzyli, że przez usta Pytii, która siadywała w grocie w pobliżu wielkiej świątyni Apolla, przemawia sam bóg. Kapłanka była młodą, czystą dziewczyną, którą nauczono, w jaki sposób ma służyć Apollowi i oddawać mu cześć.

Markiza-wdowa często opowiadała Athenie, jak to się odbywało.

— W Dniu Wyroczni Pytia kąpała się w wodach Kastalii i piła z tego świętego źródła. Ubierano ją w specjalne szaty prorokiń i prowadzono do świątyni Apolla.

— Co się działo później, babciu?

— Przechodziła przez sale, w których podczas obrzędów gromadzili się wierni, i wkraczała do adytonu, najświętszego miejsca, przybytku bóstwa, gdzie wolno było wchodzić tylko kapłanom.

— Czy się bała?

— Nie, kochanie, to było jej powołaniem. Zasiadała na tronie Apolla i może brała do ręki gałązkę świętego lauru, a może wdychała dym z palonych liści laurowych.