Nieodparty urokTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z lekkim westchnieniem przypomniała sobie, ile pracy, która leżała teraz porzucona przez nią w zamku, księżna zwaliła na jej barki.

Rocana dojechała już prawie do samej stajni mieszczącej się wprawdzie w niezbyt dużym budynku z czerwonej cegły, którą pokryła już patyna wieków, ale imponującym i przyciągającym wzrok, kiedy z ulgą zauważyła Patricka wyjeżdżającego konno z lasu z prawej strony. Domyśliła się, że będzie jechał w kierunku domu. Spięła swego konia ostrogami i pogalopowała w stronę Patricka, a on rozpoznawszy zbliżającą się postać wyjechał jej na spotkanie. Gdy wreszcie ich konie stanęły obok siebie, wykrzyknął zaniepokojony:

— Rocano! Co ty tu robisz?

— Przyjechałam, żeby ci powiedzieć, że Caroline chce się z tobą natychmiast widzieć, i to jest bardzo, bardzo ważne! — odpowiedziała bez tchu Rocana.

— Co się stało?

Rocana wiedziała, że Patrick jest w gorącej wodzie kąpany. Widziała też ogromny niepokój w jego oczach. Jasne było, że młody człowiek domyśla się, że coś złego musiało się zdarzyć.

— Myślę, że lepiej będzie jak Caroline sama ci powie.

Zwróciła konia w kierunku, z którego przyjechała, a Patrick jechał obok niej.

— Proszę, powiedz mi, Rocano — powiedział. — Jeśli to jest to, czego się bałem, będę miał troszkę czasu, żeby się zastanowić, co zrobić.

Rocana musiała przyznać mu rację.

— Caroline jest niespokojna i nieszczęśliwa — powiedziała. — Książę oznajmił jej, że markiz Quorn przyjeżdża w odwiedziny i ma zamiar się jej oświadczyć.

Patrick zaczerpnął szybko powietrza. Potem powiedział:

— Markiz Quorn? To nie może być prawda!

— To jest prawda!

— Jak ona może poślubić takiego człowieka?...

Przerwał. Potem, innym już tonem głosu powiedział trochę spokojniej:

— Tego się właśnie obawiałem, kiedy Caroline pojechała do Londynu, ale nigdy nie przypuszczałem, że to będzie markiz Quorn!

— Podzielam twoje uczucia — odpowiedziała Rocana. — Ale wiesz przecież, że księżna pragnie właśnie takiego męża dla Caroline.

— Oczywiście, że wiem — powiedział Patrick. — Chociaż niewątpliwie księżna wolałaby Księcia Regenta, gdyby ten nie był już żonaty!

Ton Patricka był bardzo gorzki i Rocana szybko dodała:

— Postaraj się nie zasmucać Caroline jeszcze bardziej. Wiesz, że ona cię kocha.

— I ja ją kocham! — powiedział Patrick. — Lecz teraz mam takie same szanse na poślubienie jej, jak na podróż na Księżyc!

Zapadła cisza. Oboje ujechali kawałek drogi, kiedy Rocana powiedziała:

— Uważam, że jesteś tchórzem, jeśli się tak łatwo poddajesz!

Patrick spojrzał na nią ostro.

— Co przez to rozumiesz?

— W bajkach książę wspina się na najwyższe szczyty, przepływa najgłębsze morza lub zabija smoka, żeby uratować ukochaną kobietę.

— Tak jest, jak sama mówisz, w bajkach.

Potem, już innym tonem, dodał:

— Powiedziałaś „uratować”. Czy sugerujesz, że powinienem uratować Caroline?

— Sam możesz sobie na to pytanie odpowiedzieć — mruknęła Rocana. — Sądząc z tego, co wiem o markizie Quorn, powiedziałabym, że jest on najmniej odpowiednim kandydatem na męża Caroline!

— Masz rację! Oczywiście, że masz rację! — przyznał Patrick. — Ale co ja mogę zrobić? Jak mam ją uratować?

Rocana uśmiechnęła się, a potem powiedziała:

— O tym już sam musisz zdecydować. Wiesz, że mój ojciec ożenił się z moją matką wbrew woli księcia, księżnej i całej rodziny Bruntwicków.

Przerwała na chwilę, a potem mówiła dalej:

— Ojciec mamy, który zawsze nie cierpiał Anglików, tak samo jak reszta jego rodaków, robił wszystko, żeby nie dopuścić do tego ślubu.

Zobaczyła, że w oczach Patricka zabłysło nowe światło, którego jeszcze przed chwilą tam nie było, Młody człowiek powiedział:

— Dziękuję ci, Rocano. Z pewnością pomyślę nad tym, co mi powiedziałaś. Gdzie mam spotkać Caroline?

— W zwykłym miejscu o wpół do ósmej — odrzekła Rocana. — A teraz muszę się śpieszyć, bo inaczej będę miała kłopoty.

— Jeszcze raz dziękuję ci za zawiadomienie — powiedział Patrick.

Ale Rocana już galopowała jak najszybciej w kierunku zamku.

Gdy tylko wbiegła po schodach do swego pokoju, modląc się w duchu, żeby księżna nie dowiedziała się o jej przejażdżce, zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełniła błędu.

— Może powinnam powiedzieć mu, żeby pogodził się z tym, co nieuniknione — pomyślała.

Lecz w tej samej chwili usłyszała śmiech swego ojca i jego głos mówiący:

— Wyścig nie jest przegrany, dopóki inny koń nie minie mety!

Rozdział 2

Caroline pędziła na koniu szybko jak wicher. Z każdą chwilą oddalała się od budynków stajni. Nie chciała przejeżdżać przed frontem domu, żeby nikt ze służby przypadkiem jej nie spostrzegł, i dlatego trzymała się w cieniu drzew. Gdy znalazła się na otwartej przestrzeni, puściła się galopem.

Stary stajenny, który nauczył ją jeździć na koniu, był jej tak oddany, że mogła mu zaufać. Nie zdradziłby jej przed rodzicami.

— Późno coś, milady, na przejażdżkę — powiedział, gdy weszła do stajni.

— Potrzebuję trochę świeżego powietrza — odpowiedziała Caroline. — Ale, proszę, nie mów nic mamie, bo wiem, że byłaby na mnie zła z tego powodu.

— Nie puszczę pary z gęby, panienko — odpowiedział parobek. — Księżna nie interesuje się moimi końmi.

A to, jak Caroline wiedziała, było nie do wybaczenia według starego stajennego, ale również oznaczało, że ona mogła bezpiecznie jechać.

Rocana zmusiła ją, żeby poczekała do wyjazdu rodziców, ale na szczęście ludzie na wsi wcześnie spożywali kolację. Zanim jednak wyjechali, kolacja zgodnie z instrukcjami Rocany podana została dziewczętom w pokoju szkolnym. Gdy były same, tu było znacznie przytulniej, i to również oznaczało, że nie musiały się specjalnie przebierać.

Caroline uporała się szybko z pierwszym daniem i spytała niecierpliwie:

— Czy mogę już iść?

Rocana spojrzała ku drzwiom, które właśnie się otworzyły i młody pokojowiec wniósł pieczonego kurczaka. Dziewczyna pokręciła przecząco głową i Caroline zrozumiała, że była zbyt nieostrożna.

Gdy służący zszedł na dół, Rocana powiedziała:

— Idź się teraz przebrać, a ja powiem, że boli cię głowa i nie jesteś głodna.

Wiedziała, że służba będzie się spodziewała jakichś wyjaśnień, dlaczego Caroline nie zjadła swojej porcji. Życie na zamku było takie spokojne i nudne, że wszystko, co odbiegało od ustalonej normy, nawet jeśli było bardzo banalne, stanowiło przedmiot zainteresowania.

Jedyną osobą wtajemniczoną w plany dziewcząt była niania, ponieważ Caroline była jakby jej dzieckiem i dlatego nic nie mogło się przed nią ukryć.

— Pakujesz się w kłopoty, to właśnie robisz! — powiedziała piastunka, pomagając Caroline ubrać się w kostium do konnej jazdy.

— Już mam kłopoty, jak sama wiesz — z goryczą odpowiedziała Caroline. — Nie chcę wyjść za mąż za markiza ani za żadnego mężczyznę, którego poznałam w Londynie.

— Nie ma sensu sprzeciwiać się księżnej, moja droga — odpowiedziała niania. — Ona już zdecydowała, że musisz zrobić świetną partię.

— Wiem o tym — odrzekła Caroline. — Ale ja nie chcę takiego życia. Pragnę mieszkać na wsi wśród koni i psów i być z kimś, kogo kocham.

Niania nie potrzebowała pytać, kim jest ten wybrany, lecz ponieważ błędem byłoby wyjawić swoje uczucia Caroline, zacisnęła tylko usta w twardą linię.

Schwyciwszy szpicrutę i rękawiczki, Caroline zbiegła na dół bocznymi schodami i wymknęła się ostrożnie tylnym wyjściem prowadzącym prosto do stajni.

Reszta służby jadła kolację, więc miała pewność, że nikt jej nie obserwuje.

Jednocześnie czuła, że w zamku wszystko stanowi dla niej zagrożenie, więc teraz pędziła na spotkanie z Patrickiem co tchu pragnąc go tak gorąco, że serce jej przepełniał ból a w oczach pojawiły się łzy.

Patrick czekał na nią w środku lasku, na polanie powstałej po wyrębie. Uwiązał swego konia do leżącego drzewa i na widok nadjeżdżającej Caroline podbiegł do niej, aby pomóc jej zsiąść. Gdy to robił, przytrzymał ją przez chwilę w swych ramionach, a potem wziął jej konia za uzdę i przywiązał obok swojego. Następnie odwrócił się i ujrzał swą ukochaną czekającą na niego na środku polanki. Caroline zdjęła kapelusz, a jej jasne włosy lśniły w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, które chowało się już z wolna za linią horyzontu. Przez chwilę stali tak patrząc na siebie. Potem Patrick rozłożył ramiona, a Caroline z cichym szlochem podbiegła do niego i, kryjąc twarz na jego piersi, wybuchnęła płaczem.

— Nie płacz moja kochana — powiedział Patrick. — Proszę, nie płacz tak.

— Nie zniosę tego! — łkała Caroline. — Nie mogę cię opuścić! Co mam zrobić? Wiem, że mama i papa nie będą mnie słuchać! — Jej słowa były prawię niezrozumiałe przez łzy.

Patrick przytulił ją tylko mocniej do siebie, jak gdyby to mogło ją pocieszyć.

Jego twarz była blada i nieruchoma, a kiedy usiedli na zwalonym pniu, Caroline pomyślała, że nigdy nie widziała jeszcze, aby był taki poważny i dorosły.

Ujął jej dłoń w obie ręce i powiedział bardzo spokojnie:

— Czy jesteś zupełnie pewna, że nie chcesz poślubić markiza?

Caroline załkała.

— Jak możesz zadawać takie niemądre pytanie? Nienawidzę go! A on wcale nie chce się ze mną żenić... A jeśli będę musiała przyjąć jego oświadczyny ... chyba się zabiję!

Mówiła histerycznie, co było do niej zupełnie niepodobne. Palce Patricka zacisnęły się na jej drobnej dłoni aż do bólu. Po chwili młodzieniec odezwał się cicho:

 

— Posłuchaj mnie, kochana. Mam pewien pomysł, chociaż boję się go wyjawić. Caroline spojrzała na niego pytająco, a on pomyślał, że chyba nikt nie wygląda tak czarująco. Jej rzęsy były wilgotne, a na policzkach błyszczały krople łez, jednak mimo to wyglądała tak urzekająco pięknie, że Patrick zapragnął zamknąć ją w swych ramionach i całować do utraty tchu. Zamiast tego zapytał:

— Czy kochasz mnie wystarczająco mocno, żeby zdecydować się na ucieczkę?

Przez moment Caroline nie umiała znaleźć słów na tę propozycję. Potem zapytała:

— Uciec... z tobą?

— Nie powinienem cię o to prosić — powiedział Patrick. — To wywołałoby wielki skandal w naszych rodzinach, ale nie przychodzi mi do głowy żaden inny sposób, żebyśmy byli razem.

— Czy naprawdę myślisz, że moglibyśmy uciec i pobrać się... zanim ktokolwiek by temu zapobiegł? — spytała niepewnie Caroline.

— To będzie bardzo trudne, a twój ojciec z pewnością będzie próbował nas odnaleźć i anulować ślub. Więc będziemy się musieli dobrze ukrywać.

— Ale byłabym twoją żoną?

— Byłabyś moją żoną!

Gdy Patrick to powiedział, oczy Caroline powoli rozbłysły, a na twarzy pojawił się radosny uśmiech, który zmienił łzy na jej policzkach w małe tęcze.

— W takim razie ucieknijmy! — powiedziała. — I zróbmy to natychmiast, dziś w nocy albo jutro, jak najszybciej!

— Moja najdroższa, czy naprawdę tak uważasz? — spytał Patrick. Teraz on przygarnął ją mocno do siebie i pocałował namiętnie uniesione ku niemu usta, aż poczuł, że drży w jego uścisku. Był pewien, że jej serce bije równie mocno jak jego. Po chwili stanowczo odsunął się od niej mówiąc:

— Musimy zaplanować wszystko bardzo dokładnie.

— Ale mogę być z tobą... i możemy się pobrać?

— O to właśnie się modlę — odpowiedział Patrick. — Jednak to będzie trudne, a my nie możemy popełnić żadnego błędu. W przeciwnym wypadku ty wrócisz do domu w niesławie, a twoja matka sprawi, że już się więcej nie zobaczymy.

Caroline wydała okrzyk przestrachu i wyciągając do niego ręce, powiedziała:

— Muszę być z tobą! Muszę! Wiesz, że nigdy nie pokocham żadnego innego mężczyzny oprócz ciebie!

— Moja najdroższa, moja ukochana — wyszeptał wzruszony Patrick.

Miał ogromną ochotę pocałować ją znowu, ale powstrzymał się.

— Kiedy przyjeżdża markiz?

— Pojutrze.

Patrick wzdrygnął się.

— Tak szybko?

— Przyjeżdża na coroczny bieg terenowy z przeszkodami.

— Oczywiście, i na pewno go wygra. Nikt nie ma lepszych koni niż on.

— Czy możemy wyjechać przed jego przyjazdem?

Patrick westchnął ciężko.

— To jest niemożliwe, więc będziesz musiała, najdroższa, być bardzo przebiegła i ostrożna, bo czeka cię niezwykle trudne zadanie.

Caroline spytała z przestrachem:

— Co mam zrobić?

— Myślałem już o tym, gdy czekałem na ciebie — odpowiedział Patrick. — Niestety, nie zdobędę specjalnego zezwolenia na zawarcie małżeństwa ani też nie zbiorę dosyć pieniędzy, w ciągu co najmniej tygodnia, abyśmy mieli za co żyć, gdy będziemy się ukrywać.

— Tydzień to zbyt długo! — wykrzyknęła Caroline. — Do tego czasu markiz poprosi mnie o rękę.

— Wiem, lecz po prostu będziesz musiała powiedzieć rodzicom, że wyjdziesz za niego — powiedział zdecydowanie Patrick. — A kiedy on będzie się oświadczał, powiedz, że się zgadzasz.

To znaczy, że mam przyjąć jego oświadczyny?

— Kłam tylko wtedy, gdy będziesz musiała, ale spraw, żeby markiz uwierzył, że jesteś gotowa zostać jego żoną — odpowiedział Patrick.

Caroline zacisnęła ręce na jego palcach.

— Będę się okropnie bać!

— Lecz będziesz wiedziała, że nigdy go nie poślubisz, gdyż ja zrobię wszystko, żebyśmy byli razem, tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.

Caroline westchnęła. Potem odezwała się:

— Zrobię dokładnie wszystko, co mi każesz.

— Kocham cię! — wykrzyknął Patrick. — I zapewniam cię, najukochańsza, że poruszę niebo i ziemię, żebyś nigdy nie żałowała, że zrezygnowałaś dla mnie z możliwości zostania żoną markiza.

— Pragnę jedynie być z tobą i kochać cię — powiedziała szczerze Caroline.

Patrick popatrzył na nią przeciągle, zanim odpowiedział:

— Jest coś, co sprawia, że myślę, że los nam sprzyja.

— Co takiego?

— Mój ojciec dowiedział się dzisiaj, że jego młodszy brat, mój wuj, jest umierający. On nigdy się nie ożenił, nie ma dzieci, a jest bardzo bogatym człowiekiem. Zawsze mówił, że uczyni mnie swoim spadkobiercą.

— Wyjdę za ciebie bez względu na to, czy będziesz bogaty czy biedny — powiedziała szybko Caroline.

— Uwielbiam cię za to — odpowiedział Patrick. — Ale to znacznie ułatwiłoby nasze położenie, kochana, gdybym miał dosyć pieniędzy, żeby zapewnić ci odpowiednie warunki bez pomocy mego ojca.

Coś w tonie jego głosu sprawiło, że Caroline spytała szybko:

— Czy myślisz, że on będzie bardzo zły, gdy się dowie o naszej ucieczce?

— Obawiam się, że bardzo go to zirytuje — odpowiedział Patrick. — Nie dlatego, że miałby coś przeciwko tobie, ale dlatego, że chciałby być w przyjaznych stosunkach ze swoimi sąsiadami. Jak wiesz, twój ojciec jest bardzo ważną osobą w hrabstwie i mógłby, gdyby tylko zechciał, uczynić życie mego ojca ogromnie uciążliwym.

— Czy bardzo ci to przeszkadza?

— Nic nie jest mi straszne, oprócz perspektywy, że mógłbym cię stracić. Umarłbym chyba z rozpaczy, gdybym wiedział, że jesteś żoną innego mężczyzny.

— Ja też bym umarła — powiedziała Caroline. — Och, Patricku, pomóż mi uciec z tobą, i spraw, żeby nikt się o tym nie dowiedział, zanim będzie już za późno.

— Tak właśnie zamierzam zrobić — odrzekł zdecydowanie Patrick.

Caroline spojrzała na niego z szacunkiem i pomyślała sobie, że nigdy nie widziała go tak stanowczego i tak niespodziewanie dojrzałego. Ponieważ znali się od dziecka i bywali na tych samych balach wydawanych na terenie hrabstwa, Caroline miała wrażenie, że oboje są w tym samym wieku, chociaż w rzeczywistości Patrick był od niej cztery lata starszy. Teraz, po raz pierwszy dostrzegła w nim dorosłego mężczyznę, mężczyznę, który będzie się nią opiekować i któremu będzie posłuszna, ponieważ był od niej mądrzejszy.

— Powiedz mi, co mam robić.

— To będzie trudne — odpowiedział Patrick — ale chciałbym, żebyś wróciła dzisiaj do zamku, zdecydowana działać tak mądrze, aby nikt, prócz Rocany, nie powziął żadnych podejrzeń, że tak naprawdę wcale nie zachwyca cię perspektywa poślubienia markiza i zajęcia ważnej pozycji w towarzystwie, jaką byś zyskała jako jego żona.

Caroline zesztywniała słysząc te słowa, lecz Patrick mówił dalej:

— Nie zobaczymy się jutro, ponieważ pojadę do Londynu, aby uzyskać pozwolenie na ślub.

— Czy to będzie... niebezpieczne?

— Myślę, że takie sprawy trzymane są w tajemnicy, ale dla pewności nie wymienię twego nazwiska. Czy masz drugie imię oprócz Caroline?

— Tak, oczywiście. Na chrzcie dano mi Mary po lady Mary Brunt, o której mówiono, że była bardzo piękna.

— Nie mogła być piękniejsza od ciebie! — oświadczył z mocą Patrick. — Nikt nie mógłby być piękniejszy od mojej ukochanej!

— Tak właśnie chcę, żebyś myślał.

Przez chwilę oboje zapomnieli, o czym przedtem rozmawiali. Potem Patrick mówił dalej:

— Uciekniemy zaraz po tym jak zdobędę to zezwolenie i zbiorę trochę pieniędzy, żebyśmy mogli się ukryć, dopóki wszyscy nie pogodzą się z tą sytuacją.

— Zrób to szybko! Bardzo szybko! — nalegała gorąco Caroline. — Boję się, że coś okropnego może się wydarzyć i że mogę cię stracić!

— Nigdy do tego nie dojdzie — zapewnił ją Patrick — chociaż ja o wiele bardziej się obawiam, że mogę utracić ciebie.

Znów wziął ją w ramiona i gorąco pocałował.

Dopiero po dłuższym czasie, gdy wrócili do rzeczywistości, zdali sobie sprawę, że zapadł już zmrok i pierwsze gwiazdy rozbłysły na niebie.

— Musisz wracać, moja najdroższa — powiedział Patrick, a jego głos był lekko zachrypnięty.

— Chcę zostać z tobą.

— Będziemy razem dzień i noc, gdy weźmiemy ślub. Moja kochana, czy jesteś pewna, że nie zmienisz zdania?

— Jak mogłabym to zrobić? — zapytała Caroline. — Jestem twoja, twoja na zawsze, nigdy nie pozwoliłabym innemu mężczyźnie się dotknąć.

Schowała twarz na jego piersi i powiedziała niewyraźnie:

— Kiedy byłam w Londynie, kilku mężczyzn, z którymi ... tańczyłam, próbowało mnie... pocałować, lecz ja... wiedziałam, że nigdy nie będę do nich czuła tego, co czuję do ciebie.

Ramiona Patricka przytuliły ją mocniej, aż trudno było jej oddychać.

— Tego właśnie się obawiałem — powiedział przez ściśnięte gardło. — Przeżywałem tortury na samą myśl o tym!

— Nie musiałeś się niepokoić. Cały czas liczyłam dni do mojego powrotu i spotkania z tobą.

— Uwielbiam cię — powiedział Patrick. — I poświęcę całe życie, żeby cię uszczęśliwię.

— Będę szczęśliwa — oznajmiła Caroline. — Tak samo jak jestem teraz szczęśliwa, chociaż bardzo, bardzo się bałam, zanim powiedziałeś, że możemy razem uciec.

Patrick nie odpowiedział. Po prostu raz jeszcze ją ucałował. Potem, wiedząc, że jest to jedyna stosowna rzecz w tej sytuacji, jaką powinien zrobić, podniósł ją wysoko i po pożegnalnym pocałunku, wsadził na konia.

— Powiedz Rocanie, co zaplanowaliśmy — powiedział. — Ale nie piśnij ani słowa nikomu innemu. Wiesz przecież, że „ściany mają uszy”, a plotka przemieszcza się z prędkością wiatru.

— Będę bardzo, bardzo ostrożna — obiecała Caroline.

Patrick przyprowadził swego konia i przez chwilę jechali obok siebie, dopóki nie ujrzeli zarysu zamku na horyzoncie. Wtedy Patrick ucałował czule dłoń Caroline. Jego usta były namiętne i natarczywe. Ich dotyk we wnętrzu delikatnej rączki Caroline sprawił, że dziewczyna zadrżała. Patrick wiedział, że jego ukochana pragnie, aby pocałował ją w usta. Jednak uważał, że zbyt długie pożegnanie może być dla nich niebezpieczne. Uśmiechnął się tylko i rzekł:

— Dobranoc, moja kochana, moja najdroższa! Pamiętaj tylko, ze cię kocham, i że nie musisz się dłużej niczego obawiać.

— I ja cię kocham! — szepnęła Caroline.

Powiedziawszy to, spięła swego konia i odjechała w kierunku stajni tą samą drogą, z której nadjechała. Ostrożnie weszła do zamku tylnymi schodami, gdzie nikt jej nie spostrzegł. Gdy doszła na górę, wpadła z impetem do sypialni Rocany, która, zgodnie z jej oczekiwaniami, siedziała na łóżku i czytała książkę.

— Wróciłaś! — wykrzyknęła Rocana.

Caroline zamknęła drzwi. Rocana pomyślała sobie, że jej kuzynka nigdy jeszcze nie wyglądała na tak szczęśliwą, jak teraz gdy siedziała obok niej na łóżku.

— Och, Rocano, wszystko jest takie cudowne!

Potem cichutko wtajemniczyła Rocanę we wszystko, co zaplanowała z Patrickiem.

Markiz przybył do zamku dokładnie tak jak było to przewidziane, czyli o piątej po południu. Z doświadczenia wiedział, że najlepiej jest przybyć w gościnę o takiej porze, żeby nie trzeba było zabawiać gospodarzy rozmową dłużej niż godzinę, zanim nadejdzie czas przygotowań do kolacji.

Tak właśnie sobie zaplanował, tak jak planował wszystko w swym życiu, dokładnie co do minuty. Dlatego więc, gdy jego powóz, zaprzężony w cztery najlepsze konie, zajechał przed ozdobione kutymi ornamentami bramy zamku Bruntwick, wyciągnął z kieszonki kamizelki złoty zegarek. Wskazówki wskazywały trzy minuty przed piątą. Koniuszy, który służył u niego już jakiś czas, powiedział:

— Dokładnie na czas, milordzie.

Markiz nie odpowiedział. Na jego ustach pojawił się tylko niewyraźny uśmiech, gdy spoglądał na zamek widoczny na końcu podjazdu. Był to imponujący widok z punktu widzenia księcia, lecz dla markiza, porównującego budynek ze swoim domem w hrabstwie Buckingham, była to dziwaczna mieszanina stylów, efekt działania kolejnych pokoleń.

Dwór, który nosił jego nazwisko, został kompletnie przebudowany i odnowiony przez jego prapradziadka jakieś sto lat temu i był idealnym przykładem stylu palladiańskiego.

Konie, mimo że przybyły aż z Londynu, pokonały długi podjazd w kilka minut. Markiz efektownie wysiadł z powozu i stanął u drzwi zamku.

Służba już wcześniej rozłożyła czerwony dywan na szarych, kamiennych schodach, a kamerdyner czekał u ich szczytu, żeby powitać dostojnego gościa. Markiz oddał lejce koniuszemu i rzekł:

— Jak tylko wejdziesz do stajni, sprawdź, czy moje konie mają odpowiednie warunki przed jutrzejszym biegiem.

 

— Sprawdzę wszystko, Wasza Wysokość.

Gdy powóz oddalił się w kierunku stajen, markiz nieśpiesznie i godnie, co było dla niego charakterystyczne, wszedł po schodach do holu. Nie miał pojęcia, że w chwili gdy oddawał swój kapelusz jednemu ze służących, wysoko ponad nim, zerkając zza balustrady, Rocana bada każdy szczegół jego wyglądu.

Kiedy tak na niego patrzyła, pomyślała, że to bardzo dziwne, że markiz wygląda dokładnie tak, jak go sobie wyobrażała. Był przystojny, nie można było temu zaprzeczyć, chyba najprzystojniejszy ze wszystkich mężczyzn, jakich znała, ale rozumiała teraz strach Caroline. Ponieważ była niezwykle spostrzegawcza, a wzrok miała bardzo ostry, od razu zauważyła twardy wyraz jego oczu oraz nieprzyjemne zaciśnięcie warg, które można by określić jako okrutne.

Jednocześnie doceniła jego niezwykłą elegancję i oryginalny sposób, w jaki wiązał swój krawat. Stroju dopełniał idealnie dopasowany płaszcz i obcisłe spodnie koloru szampana. Na nogach markiz miał buty z cholewami, w których odbijały się mijane przez niego sprzęty.

Obserwując tego niezwykłego mężczyznę kiedy szedł za kamerdynerem, kierując się w stronę czerwonego salonu, gdzie książę wraz z księżną czekali na niego, Rocana bardzo wyraźnie zdawała sobie sprawę z jego silnej osobowości. Wydawało się jej, że markiz emanuje z siebie jakieś nadzwyczajne prądy, tak jakby pochodził z innej planety. Jednak szybko sobie powiedziała, że to wina jej zbyt żywej wyobraźni, a markiz w rzeczywistości jest po prostu człowiekiem, chociaż niewątpliwie niezwykłym.

Kiedy obiekt jej zainteresowania znikł w drzwiach czerwonego salonu, Rocana wyskoczyła z ukrycia i wbiegła na górę do szkolnego pokoju. Tam czekała na nią niespokojna Caroline, która natychmiast, gdy ujrzała kuzynkę, spytała:

— Widziałaś go?

— Tak, i myślę, że bardzo trafnie go opisałaś. Ma przytłaczającą osobowość, i jestem pewna, że będzie bardzo apodyktyczny w stosunku do swojej żony!

Caroline jęknęła z przerażenia.

— A co będzie, jeśli nie uda mi się od niego uciec?

— Nie wolno ci tak myśleć — odpowiedziała Rocana. — Musisz wierzyć, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Jeśli tylko pragnie się czegoś bardzo mocno i modli się o to gorąco, nasze życzenia zawsze się spełniają.

Gdy to mówiła, przypomniała sobie własne modły i życzenia, z których żadne, od jej przybycia na zamek, nie ziściło się.

Jednak powiedziała sobie, że teraz musi skupić się na Caroline, więc kontynuowała dalej przekonywającym tonem:

— Po prostu zgadzaj się na wszystko, co on proponuje, i postaraj się wyglądać na szczęśliwą.

— Boję się, bardzo się boję! — powtórzyła raz jeszcze Caroline. — Och, Rocano, zejdź ze mną na dół!

Rocana roześmiała się tylko.

— Czy wyobrażasz sobie, jak wściekła byłaby twoja matka, gdybym to zrobiła?

— Bez ciebie wszystko mi się pomyli.

— Myśl o Patricku, pamiętaj, jak bardzo go kochasz, i że nikt inny się nie liczy.

Stanowczy ton Rocany uspokoił nieco Caroline, która powiedziała niepewnie:

— Postaram się.

Mimo to drżała cała, gdy służący wszedł do pokoju i powiedział:

— Jej Wysokość jest natychmiast proszona do czerwonego salonu!

Caroline zbladła tak bardzo, że Rocana obawiała się przez chwilę, że zemdleje. Pochyliła się więc ku niej i szepnęła:

— Patrick, myśl o Patricku tak jak on myśli o tobie.

Wiedziała, że imię ukochanego dodaję Caroline odwagi. Młoda dziewczyna zeszła na dół z wysoko podniesioną, głową, a Rocana wróciła do szkolnego pokoju, aby na nią zaczekać. Na stole leżała, zostawiona tam przez nią, otwarta książka Sir Waltera Scotta. Rocana zastanowiła się przez chwilę, czy cała jej wiedza o życiu będzie pochodzić z książek. Potrafiła wczuć się głęboko w niezwykłą atmosferę utworów Sir Waltera, przeżywała wszystko, co przytrafiało się jego bohaterkom, tak mocno, że cierpiała i kochała wraz z nimi.

Teraz podeszła do okna, żeby popatrzyć na zachód słońca. Nagle przyszło jej na myśl, że jej życie jest takie nieciekawe, skupione raczej wokół przedmiotów niż uczuć, wypełnione trywialnymi sprawami i pozbawione niezwykłych emocji. Nie mogła powstrzymać się od ukłucia zazdrości, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła. Przynajmniej Caroline przeżywała dramatyczne chwile i, gdyby odważyła się naprawdę uciec z Patrickiem, byłaby jak bohaterka powieści, a nie zwyczajna córka zwykłego księcia.

— Ma szczęście, że spotkała kogoś takiego jak Patrick — pomyślała Rocana.

Za chwilę ogarnął ją wstyd, że nie potrafi się cieszyć szczęściem Caroline, nie myśląc o sobie.

Czas wydawał się dłużyć w nieskończoność, chociaż w rzeczywistości nie minęło więcej niż dziesięć minut, gdy Caroline pojawiła się znowu w szkolnym pokoju. Rocana od razu zauważyła, że jej kuzynka jest przerażona.

— Czy wszystko jest w porządku?

Przez moment Caroline nie mogła wydobyć głosu. Potem powiedziała:

— Chyba... tak. Ale, och, Rocano, on mnie przeraża! Jest w nim coś groźnego, wygląda zupełnie jak wilkołak z bajek. Jeśli mnie zabierze ze sobą... to jak Patrick będzie mógł mnie uratować?

Rocana chwyciła ją za rękę.

— Patrick cię uratuje — powiedziała. — Caroline, musisz robić to, co on ci każe, czyli udawać, że markiz ci się podoba i że pragniesz zostać jego żoną.

— Prędzej umrę, niż wyjdę za niego! — wykrzyknęła Caroline. — Jest coś takiego w jego spojrzeniu gdy patrzy na mnie, że czuję się jak robak pod jego butem. Wiem, że tak naprawdę on mną gardzi, po prostu wykorzystuje do swoich celów.

— Jeśli myślisz, że tak właśnie jest, to znacznie ułatwia zadanie — powiedziała spokojnie Rocana.

— Dlaczego? — spytała ciekawie Caroline.

— Bo jeśli on cię nie kocha, nie będzie cię o nic podejrzewał. Zakochany mężczyzna zorientowałby się, że kochasz kogoś innego.

Caroline zastanawiała się nad tymi słowami przez chwilę. Potem powiedziała:

— Jesteś taka rozsądna, Rocano. Zawsze dodajesz mi odwagi.

— Jeśli uciekniesz z Patrickiem, to ty, moim zdaniem będziesz najodważniejszą osobą jaką znam!

Caroline uśmiechnęła się.

— Naprawdę? Jestem odważna tylko dlatego, że Patrick mnie kocha.

— W takim razie tylko to się liczy — powiedziała Rocana. — Teraz idź i przebierz się do kolacji. Bądź atrakcyjna, bo inaczej markiz może zmienić zdanie!

— Niczego bardziej nie pragnę.

Rocana potrząsnęła głową.

— Nie, to byłby błąd. Jeśli nie będzie to markiz, obie dobrze wiemy, że twoja matka znajdzie kogoś równie wysoko postawionego, a wtedy może już nie być tak łatwo Patrickowi cię porwać jak, mam nadzieję, stanie się tym razem.

To wydawało się logiczne, więc Caroline pozwoliła Rocanie się ubrać w jedną ze swoich najładniejszych sukien, jakie przywiozła ze sobą z Londynu.

Była to wspaniała suknia z białej, delikatnej jak mgiełka gazy, ozdobionej wokół dekoltu małymi różowymi różyczkami, które nadawały Caroline wygląd wiosennej świeżości.

Rocana róże wpięła również we włosy kuzynki, a na szyję założyła jej naszyjnik z pereł, który Caroline otrzymała od ojca na swoje ostatnie urodziny.

— Wyglądasz cudownie! — wykrzyknęła Rocana, zadowolona z efektu swych zabiegów.

— Chciałabym, żeby Patrick mógł mnie teraz zobaczyć.

— Pomyśl sobie tylko, że już niedługo będzie cię oglądał dzień w dzień do końca życia.

— O niczym innym nie marzę — wyznała Caroline.

Następnie, zdając sobie sprawę, że spóźnienie na kolację byłoby źle widziane, Rocana odprowadziła kuzynkę do samych schodów i patrzyła, jak Caroline schodzi na dół. Po chwili, wracając do pokoju szkolnego, Rocana ujrzała własne odbicie w lustrze wiszącym na podeście schodów. Miała na sobie suknię, którą Caroline wyrzuciła ze swej szaty jeszcze przed wyjazdem do Londynu. Ubranie było już bardzo znoszone, gdyż Caroline nosiła je całe dwa lata, zanim księżna przekazała je łaskawie Rocanie. Niestety, rzeczy po Caroline były jedynymi, jakie Rocana musiała nosić, ponieważ wyrosła ze swych sukien, noszonych jeszcze przed okresem żałoby po ojcu. I nawet wtedy księżna upewniała się, czy są one najmniej atrakcyjne ze wszystkich ubrań Caroline. Jakby tego było mało, usuwała również wszelkie ozdoby, które mogłyby je upiększyć.

Zazwyczaj Rocana nie zwracała najmniejszej uwagi na to, co miała na sobie ani jak wygląda, ale teraz przez chwilę wyobraziła sobie siebie ubraną w suknię podobną do tej, jaką nosiła Caroline. Wiedziała, że z powodu podobieństwa do kuzynki, a może nawet bardziej do swej matki, wyglądałaby bardzo atrakcyjnie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?