Niegrzeczny aniołek - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Żywię nadzieję, Tyldo, że będziesz zachowywać się jak należy — oznajmiła nie znoszącym sprzeciwu tonem księżna Pricilla. — Słyszałaś, co mówiła królowa. Jesteś ambasadorem Anglii i tylko kontrolując swe zachowanie będziesz mogła urzeczywistnić pokładane w tobie nadzieje.

Spojrzała na córkę i pomyślała, że stosowniej byłoby planować dla niej dalszą edukację, czy też może piknik nad rzeką, niż małżeństwo z księciem kraju.

Tylda była tak uroczo dziecinna, tak delikatna, że teraz najbardziej pasowałyby do niej lalki i kwiatki. Trudno było wyobrazić sobie Wiktorię zajmującą się polityką, pełniącą obowiązki dorosłej, zamężnej kobiety, czy też dźwigającą ciężar ogromnej odpowiedzialności, który wkrótce miał spocząć na jej barkach.

Niespodziewanie księżna Pricilla objawiła swą matczyną troskę.

— Och, Tyldo — rzekła drżącym głosem — tak bardzo chcę, byś była szczęśliwa.

Tylda uśmiechnęła się.

— Nie martw się, mamo — pocieszała matkę. — Jestem przekonana, że wbrew pozorom nie będzie aż tak źle, nie ma żadnego powodu do obaw.

ROZDZIAŁ 2

Jest wspaniały! Wygląda dokładnie tak, jak prawdziwy królewski pałac! — zawołała Tylda, gdy dojechali do Linderhofu.

Przyłapała się na powtarzaniu tego przez cały czas zwiedzania tej fantastycznej budowli, wzniesionej przez króla Ludwika w zielonej dolinie Graswang.

— Miejsce to zawdzięcza swą nazwę starożytnemu drzewu cytryny — wyjaśnił adiutant królewski. — Pierwotnie stał tutaj jedynie niewielki domek myśliwski.

— Teraz jest tu fantastycznie! — wykrzyknęła Tylda.

— Wszystko zostało ukończone dopiero w tym roku — ciągnął adiutant. — Jego Wysokość, będąc pod wrażeniem francuskiego Wersalu, jak i Trianonu, zdecydował się stworzyć coś wyjątkowego, istną perłę wśród gór!

— Słyszałem — przerwał profesor Schiller — iż Jego Wysokość napisał w liście do baronowej von Leonrod, że tworzenie takich rajów — poetycznych sanktuariów, jest bardzo ważne. Można w nich bowiem na chwilę zapomnieć o żałosnych czasach, w jakich przyszło nam żyć.

— To rzeczywiście prawdziwy raj! — powiedziała Tylda z podziwem w głosie.

Był to zwarty, biały gmach, wybudowany w przesadnym barokowym stylu. Tyldzie wydawało się, że pałac ten pochodzi z jakiegoś bajecznego snu.

Ogromne królewskie łoże z baldachimem pokrywał niebieski aksamit. Upiększały je wymyślne złote płaskorzeźby i podtrzymujące koronę amorki. Księżniczka pomyślała, że chciałaby spać właśnie na takim łożu.

Przepiękne żółte, fiołkowe, różowe i niebieskie kredensy z porcelany przedzielały większe komnaty. Zachwycający był domek mauretański i grota Wenus, i przepięknie rzeźbione złote sanie, w których król mógł podróżować z Linderhofu do swojego zamku w Neuschwanstein.

Wielki zawód sprawiła księżniczce nieobecność króla Ludwika w Linderhofie i to, że nie mógł jej powitać.

Tylda tak bardzo pragnęła się z nim spotkać. Wyobrażała go sobie jako romantycznego bohatera, o którym można przeczytać tylko w książkach.

Nie była specjalnie zaskoczona dowiedziawszy się, że król przebywa w tej chwili nad jeziorem Chiemsee. Ludwik często spędzał czas poza Linderhofem. Wszyscy wiedzieli, że nie lubi spotykać się z nieznajomymi i unika towarzystwa. Księżniczka zdawała sobie sprawę, że nie jest szczególnie ważną osobą, więc nie poczuła się zbytnio urażona.

Król w tym czasie doglądał prac przy wznoszeniu nowego pałacu, który miał zaćmić swą urodą cuda i wspaniałości Wersalu.

Bez względu na obecność czy nieobecność króla, Linderhof różnił się zdecydowanie od innych miejsc, w których Tylda zatrzymywała się podczas podróży przez Europę.

Podróż męczyła swą bezgraniczną monotonią. Z wyjątkiem Holandii, gdzie trakt był w dobrym stanie, powozy musiały, ze względu na gorsze drogi, posuwać się bardzo wolno.

Zajazdy, w których zmieniali konie, często były brudne, a obsługa w nich niezbyt uprzejma. Pałace należące do krewnych przyniosły jej duże rozczarowanie.

Tylda nie wiedziała właściwie, czego się powinna spodziewać, ale miejsca te wywarły na niej ponure wrażenie. Były przygnębiające.

Widoczne to było szczególnie w księstwach, wchłoniętych przez Związek Niemiecki, gdzie przywileje i władza królów i książąt zostały ograniczone.

Matka uprzedzała ją, że może zastać taką sytuację.

— Okazuj wszystkim swoim krewnym w tych państwach więcej szacunku niż nawet samej królowej — pouczała córkę. — Będą szczególnie czuli na punkcie protokołu. Będzie im zależeć na potwierdzeniu swej ważności w twoich oczach.

Tylda zauważyła, że tak właśnie było.

Zdarzało się, że często całymi godzinami stała w obecności króla i królowej, u których akurat gościła, gdyż siedzenie oznaczałoby zbytnią poufałość, na którą oni nie pozwalali.

Uważała, że konwersacje są zbyt napuszone. Zarówno podjęcie nowego tematu, jak i zadanie pytania było kwitowane spojrzeniem świadczącym o dezaprobacie.

Jedynie lady Crewkerne dobrze się bawiła, głównie dlatego, że miała wreszcie okazję krytykowania gospodarzy, którzy ich przyjmowali. Zdobywała także nowy materiał do swych złośliwych i nie oszczędzających nikogo plotek.

Zdaniem Tyldy w tym, co mówiła lady Crewkerne, na ogół było trochę prawdy. Księżniczka raz tylko nie zgodziła się z jej drwiącym, osądem, dotyczącym ślubu króla holenderskiego Wilhelma III z Emmą, księżną Waldeck-Pyrmontu.

Prawdą było, iż król Wilhelm był o czterdzieści jeden lat starszy od swej żony, gdy żenił się z nią rok temu.

Ale Tylda była zdania, że nowa królowa jest jednak szczęśliwa ze swym sędziwym mężem. Czuła atmosferę radości w całym ich pałacu, czego nie spotkała w żadnym innym miejscu.

Większość krewnych, których odwiedzała, była w podeszłym wieku. Tylko Fryderyk I, wielki książę Badenu, był młody i piękny. Nie miała jednak sposobności, by porozmawiać z nim sam na sam.

Ze względów protokolarnych rozmowy miały tak formalny charakter, że człowiek zaczynał ziewać, zanim jeszcze zdążył cokolwiek powiedzieć.

Czy wytrzymam takie życie? — pytała samą siebie Tylda, gdy powóz toczył się wolno z Hesji-Kassel do Baden, a potem do Wirtembergii, i dalej przez granicę do Bawarii.

Linderhof podniósł ją na duchu.

Piękno małego pałacu obudziło w niej to dziwne, gwałtownie napływające podniecenie, które czuła na zamku w Windsorze, oglądając rzeźby Gringlinga Gibbonsa.

Czy istniało coś bardziej romantycznego niż grota Wenus, którą król Ludwik zbudował na zboczu góry? I gdzie — po raz pierwszy w Bawarii, założono światło elektryczne, które można było włączać i wyłączać na każde życzenie.

Na jeziorze, którego taflę wzburzały sztuczne fale, król trzymał parę łabędzi oraz małą złotą łódkę w kształcie serca, w której go przewożono.

Ogród też mógł zachwycić każdego. Znajdująca się w nim fontanna tryskała wodą na wysokość blisko trzydziestu metrów. Przystrzyżone w kształcie stożków żywopłoty, rząd piramid, kaskady, pawilony i świątynia nie miały sobie równych w całym państwie.

Czy znajdę coś podobnego w Oberni? — zastanawiała się Tylda.

Czując jeszcze lekki dreszcz emocji, uświadomiła sobie, że niezależnie od tego, jak bardzo romantyczny i piękny okaże się jej pałac, będzie musiała mieszkać w nim wraz z księciem.

Im dłużej podróżowała, tym bardziej bała się swego przyszłego męża, z którym miała się spotkać na końcu drogi.

Niepokoiło ją nie to, co mówili o nim ludzie, ale to, co mówili wtedy, gdy myśleli, że ona nie słyszy.

Tylda nabrała pewności, że książę Maksymilian musi być dziwny, już wtedy, gdy matka nie chciała wyjawić, dlaczego unika utrwalania swego wizerunku na fotografiach.

Obecnie prześladowało ją wrażenie, że twarze wielu krewnych przybierały dziwny wyraz, gdy wymawiano imię księcia. Nie potrafiła tego grymasu opisać słowami.

Był to rodzaj dezaprobaty — w to nie wątpiła — i wiedziała też, że było im jej żal.

Pewnego razu, gdy weszła do salonu, Jerzy, król Hanoweru, właściciel wielkiego nosa i sięgających aż pod podbródek bokobrodów, mówił właśnie buczącym głosem:

— Jak można to niewinne dziecko wydać za Maksymiliana? Nie powinno się na to zezwolić!

Przerwał w połowie zdania, gdy spostrzegł, że słucha go Tylda. Kaszląc w trochę wymuszony sposób, wyszedł zostawiając żonę, by ta stawiła czoło popełnionej gafie.

Po tym zdarzeniu księżniczka zaczęła już uważniej przysłuchiwać się temu, co mówiono o księciu. Urywki zdań i czynione półgłosem komentarze bardzo ją niepokoiły.

— To kryminalista; jak oni mogą spodziewać się, że...

— Jak Pricilła może się na to godzić? Musi przecież wiedzieć...

— Nie mogę znieść myśli, że to słodkie małe stworzenie odkryje, że...

Co oni przed nią ukrywali? Co było nie w porządku?

Ani lady Crewkerne, ani profesor Schiller nigdy nie widzieli Jego Książęcej Mości, toteż wypytywanie ich nie miało żadnego sensu. Poza tym, Tylda wiedziała, że takt dyplomatyczny zabraniał lady Crewkerne wydawania niepochlebnych opinii o księciu. Tylda nabierała powoli przekonania, że coś na pewno jest nie w porządku. Próbowała domyślić się, co to może być.

Może książę jest kaleką łub jego wygląd jest przerażający? Każdy jednak mówił, że ma dobrą prezencję i że jest przystojny. W ten sam sposób mówiono także o królu Ludwiku. W Linderhofie wisiały płótna, które dowodziły prawdy tych słów.

Co to może być? — zastanawiała się Tylda.

W miarę jak jechali coraz dalej na południe, zaczęła żałować, że od samego początku nie sprzeciwiła się temu małżeństwu!

Niczego by to jednak nie zmieniło.

Zarówno matka, jak i ojciec cieszyli się bowiem z zaszczytu, jakiego dostąpiła. Powinna była jednak nakłonić ich do pokazania jakiejś podobizny księcia.

 

Mogła też wywołać zamieszanie, upierać się bardziej stanowczo przy nieogłaszaniu zaręczyn, dopóki Maksymilian nie przyjedzie do niej do Anglii.

Podawano jej jednak różne powody i wymówki, dla których nie mógł tego zrobić.

— Nie może opuścić swojego państwa.

— Jego wyjazd może stać się dla Niemiec okazją do zagrożenia niepodległości Oberni.

— Zajęłoby mu to za dużo czasu, biorąc pod uwagę fakt, że ślub zaplanowano na początek czerwca.

Wszystkie te usprawiedliwienia wydawały się wtedy bardzo logiczne i Tylda przyjęła je bez dalszych dociekań.

Ale teraz zaczęła coś podejrzewać.

Czy jakakolwiek inna, żyjąca współcześnie panna młoda wyszłaby za mąż, nie mając najmniejszego pojęcia, jak wygląda jej wybranek? Inni królowie i książęta umieszczali swe wizerunki na monetach, a ona do tej pory nie widziała żadnych monet pochodzących z Oberni. Linderhof przywołał wszystkie jej marzenia, które snuła będąc już na tyle dorosła, aby móc myśleć o zamążpójściu.

Było to wymarzone miejsce na przeżycie romantycznej przygody. Wyobrażała sobie, że w takim właśnie pałacu przechadza się w nowych, pięknych szatach, po wspaniałych, błyszczących złotem komnatach, w których każda ściana szepcze o miłości.

Przystanęła w lustrzanej komnacie i ujrzała swe odbicie najpierw w jednym lustrze, potem zaś w pozostałych. Ujrzała setki, nie — tysiące Wiktorii Matyld Tetherton-Smythe. Jakże niewinnie i niepozornie wyglądała!

Wtedy uśmiechnęła się.

Pasowała jak ulał do Linderhofu i mogłaby tu śmiało zamieszkać jak księżniczka z bajki, gdyby tylko był w nim jakiś książę, który wodziłby za nią rozkochanymi oczami.

Nagle poczuła w sercu jakby dotknięcie lodowatej dłoni i przypomniała sobie przestrogi wypowiedziane przez matkę przed wyjazdem z Anglii.

— Nie wolno ci oczekiwać zbyt wiele po małżeństwie, Tyldo — powiedziała twardo Pricilla. — Zawierasz mariage de convenance i dlatego ty i twój mąż musicie zostać przyjaciółmi. Powinnaś być w stosunku do niego lojalna i spodziewać się, że on zachowa się tak samo. Niczego więcej nie możesz żądać.

Tylda uznała wtedy, że takie podejście do związku między mężczyzną a kobietą jest zbyt wyrachowane i pozbawione jakiejkolwiek radości. Ale pocieszała się myślą, że wszystko jednak skończy się dobrze.

Kiedy spotka księcia, zakochają się w sobie nawzajem.

Do tej pory spotkała niewielu mężczyzn. Mimo to zauważyła, że nawet odwiedzający ich dom w Worchestershire przyjaciele jej ojca spoglądali na nią z ledwo uchwytnym błyskiem w oku. Tylda wiedziała, że był to podziw.

Książę będzie mnie podziwiać, wmawiała sobie, i jeżeli jest przystojny, to ja także będę go podziwiać, i wtedy...

Kładąc się wieczorem spać, snuła rozważania o szczęśliwym i romantycznym życiu, jakie czekało ją w Oberni, Oczyma wyobraźni widziała już uśmiechających się i wiwatujących na jej cześć mieszkańców stolicy. Wyobrażała sobie, jak okazuje przychylność i zrozumienie swoim poddanym. Głęboko w sercu wierzyła, że książę będzie ją kochać i że ona też go pokocha.

Teraz jednak się bała.

Przerażały ją wielkie, ponure pałace, w których miała okazję się zatrzymywać. Większość z nich rozpadała się, wymagając odmalowania i remontu.

Wyobraziła sobie królów i książąt, jak siedzą w martwej ciszy i prowadzą jednostronną konwersację z ludźmi, którzy odpowiadają mogąc tylko mamrotać: „Tak, panie”, „Dokładnie tak, panie”, i „Macie niewątpliwie rację, panie”.

Nie zniosę tego! Nie jestem w stanie słuchać tego dzień po dniu, rok po roku! — rzekła do siebie Tylda.

Nagle zrozumiała, dlaczego ją kształcono i po co spędziła tyle godzin na nauce języków!

Dlaczego czytała wszystkie te historyczne książki, które nie zawierały niczego poza datami i opisami bitew, informacjami o narodzinach i śmierci! Dlaczego musiała studiować mapy, które wisiały w jej pokoju do nauki! Wisiały tam mapy Europy z okresu rządów Napoleona, na których zmieniono granice prawie wszystkich państw, oraz mapy z okresu następującego po jego wygnaniu, na których przywrócono państwom ich pierwotne kształty.

Teraz doszły jeszcze mapy Europy, wydrukowane po roku 1871, pochodzące z okresu, w którym powstał Związek Niemiecki.

Obecnie brunatny kolor Niemiec rozciągał się od Rosji do Francji, a tereny zdobyte po podpisaniu Traktatu Praskiego zaznaczono trochę jaśniejszym odcieniem.

Brunatny kolor jest właściwy dla Niemiec, pomyślała Tylda. To zły, nudny kraj. A przy tym tak ponury!

Z Prusami kojarzyło się coś twardego i autokratycznego. Choć na własne oczy widziała niewielu Bawarczyków, twierdziła, że są zupełnie inni. Byli ludźmi wesołymi i wyobrażała sobie, że tacy też będą mieszkańcy Oberni. Jeszcze przed jej wyjazdem do Anglii rodzice przygotowali szczegółowy plan podróży. Przewidywał on, że zanim przekroczy granicę z Obernią, zatrzyma się na dwie noce w Linderhofie.

Linderhof stanowił praktycznie ostatni etap jej podróży, gdyż od Oberni dzieliło pałac jedynie pięć kilometrów.

Potem miała wjechać do księstwa, którym będzie władać. Zacznie się wówczas w jej życiu nowy rozdział.

— Król Ludwik dobrze zna księcia Maksymiliana — poinformowała córkę księżna Pricilla — i powie ci wszystko, co będziesz chciała wiedzieć, zanim wjedziesz do stolicy swej nowej ojczyzny.

Jednak nieuchwytnego i tajemniczego króla Ludwika Tylda nie spotkała i była niepocieszona, że nadal nic nie wie o księciu Maksymilianie. Istniało również duże prawdopodobieństwo, że gdy opuści Linderhof, popełni wiele gaf.

Wieczorem, kiedy przybyli na miejsce, było zbyt mało czasu, by wszystko zobaczyć. Ale następnego dnia przydzielony Tyldzie adiutant zabrał ją i jej towarzyszy podróży na dłuższą wycieczkę po pałacu i ogrodach.

Teren był tak nieduży, że obejrzenie wszystkiego nie zajęło im zbyt wiele czasu.

Tylda była zachwycona, że król z takim pietyzmem zatroszczył się o każdy szczegół wystroju swego baśniowego pałacu. Postanowiła więc przejść się po nim jeszcze raz sama.

Oglądała hafty na zasłonach, podziwiała porcelanowego pawia z Sevres i zachwycała się malutkim owalnym sekretarzykiem z drzewa różanego.

Na pokrytej boazerią ścianie wisiały obrazy przodków króla, umieszczone w ramach z różowej porcelany lub w pięknie rzeźbionych oprawach, z których słynęli bawarscy rzemieślnicy.

Tylko ktoś, kto ma głębokie wyczucie piękna i serce bijące żywiej na widok tego, co widzą oczy i słyszą uszy, mógł wymyślić coś tak doskonałego, powiedziała sobie Tylda.

Powróciła do salonu z uczuciem, że pływała przed chwilą w obłokach. I zastała ogólne zamieszanie.

— Nie mogę tego zrozumieć! — mówiła łady Crewkerne. — Czy jesteś pewien, iż Jego Książęca Mość wie, że tu jesteśmy — i że czekamy?

— Co się stało? — spytała Tylda.

Zapadła niezręczna cisza, zanim profesor Schiller, który zawsze był spokojny i rzeczowy, wyjaśnił:

— Lady Wiktorio, przygotowania do twego przyjęcia w Oberni nie są jeszcze zakończone.

— Czyżbyśmy przybyli wcześniej, niż się nas spodziewano? — zdziwiła się Tylda.

— Nie. To jest dzień, na który twój ojciec zaplanował nasz przyjazd do Linderhofu, i data, o której Jego Książęca Mość został powiadomiony.

Wszyscy, łącznie z przydzielonym im adiutantem, wyglądali na tak zmartwionych, że Tylda się uśmiechnęła.

— Cóż, w tak doskonałym i przepięknym otoczeniu mogę czekać bez końca — zdecydowała Tylda.

Najpierw lady Crewkerne, a potem profesor zerknął w stronę adiutanta.

Nie był to młody człowiek. Tylda już w chwili przybycia tutaj zauważyła, że jest zatroskany i jakby trochę zaniepokojony.

Teraz wrażenie to było jeszcze silniejsze.

— Muszę wyjaśnić, lady Wiktorio — powiedział, jak człowiek, który szuka właściwych słów — że owa komplikacja planów jest niefortunna także z innego punktu widzenia.

— To znaczy? — dopytywała się Tylda.

— Nie możesz tu zostać, pani.

Oczy Tyldy rozszerzyły się ze zdziwienia, lecz zanim zdążyła coś powiedzieć, lady Crewkerne odezwała się:

— Czy jest pan tego pewien? Czy nie można zwrócić się do Jego Wysokości o pozwolenie?

Adiutant pokręcił przecząco głową.

— Jak już przed chwilą wyjaśniłem — odparł — Jego Wysokość nie toleruje jakichkolwiek ingerencji w swoje plany. Spodziewał się gościć was przez dwie noce. Wydał zarządzenia, iż macie wyjechać jutro. Ogromnie mi przykro z tego powodu, lecz musicie podporządkować się woli króla.

Lady Crewkerne prychnęła rozdrażniona, ale nie rzekła ani słowa. Po chwili Tylda zapytała:

— Dokąd więc mamy się udać? Nie mogę przecież wjechać do Oberni, dopóki nie będą gotowi mnie przyjąć.

— Mogę jedynie zasugerować — odparł z konsternacją adiutant — byście powrócili do Wirtembergii.

— To niemożliwe! — zaprotestowała Tylda. — Korzystaliśmy z uprzejmości króla Karola przez trzy noce. Słyszałam, że zaraz po naszym wyjeździe miał wyruszyć do Alzacji.

Nikt nic nie powiedział, więc po chwili dodała:

— Nie chciałabym ponownie narzucać mu naszej obecności.

— Nie, nie śmielibyśmy tego uczynić — zgodziła się lady Crewkerne. Tylda wiedziała, że lady Crewkerne nie podobało się w Wirtembergii i że nie miała ochoty tam wracać.

— Jedynym wyjściem dla was — powiedział adiutant po zastanowieniu — jest wyjazd do Monachium.

— Do pałacu Jego Wysokości? — zapytała lady Crewkerne.

— Obawiam się, że to także może okazać się niemożliwe — odparł adiutant.

Tylda widziała, jak bardzo jest zakłopotany, będąc zmuszony odmówić im dalszej gościny.

Przypomniała sobie teraz, że inni dużo mówili o dziwacznym zachowaniu króla Ludwika.

W jej obecności zazwyczaj byli bardzo ostrożni i plotkowali tylko na temat niektórych osób. Mimo to słyszała, jak wielu krewnych jej matki z dezaprobatą wyrażało się o zachowaniu króla.

Król Hanoweru, George, mówiący zawsze bez ogródek, poczynił kiedyś uwagę:

— Ten człowiek to wariat! Oto, co mu dolega. Zawsze to powtarzam!

Żona skarciła go wtedy i zmieniono od razu temat.

Tylda nie zapomniała tego.

— Czy pan naprawdę sugeruje — spytała lady Crewkerne — abyśmy zatrzymali się w hotelu?

— To świetny hotel — odparł adiutant.

— To prawda — potwierdził profesor. — Pamiętam go dobrze. Jest bardzo wygodny i cieszy się dobrą renomą. Gościło w nim wielu dostojnych gości.

— Książę Forthamptonu — zauważyła lady Crewkerne — zaplanował podróż dla swej córki tak, aby nie musiała nocować w jakiejś oberży.

— Cóż, właśnie będziemy musieli się tam zatrzymać — powiedziała Tylda, wykazując się rozsądkiem — chyba że chcemy spędzić noc w górach. Ponieważ nadal leży tam śnieg, myślę, że byłoby nam bardzo zimno!

Uśmiechała się wypowiadając te słowa.

Postanowiła potraktować to wszystko jako ciekawą przygodę i, chociaż nie miała odwagi się do tego przyznać, z prawdziwą ulgą przyjęła myśl o odroczeniu o kilka dni przyjazdu do Oberni.

Lady Crewkerne wstała.

— Do czego to doszło — rzekła lodowatym tonem — żeby bliska potomkini naszej miłościwej królowej musiała płacić za dach nad głową!

Opuściła szybkim krokiem salę. Tylda uśmiechnęła się do adiutanta.

— Proszę się nie martwić — pocieszyła go. — Nie mam nic przeciwko temu. Już dawno chciałam zobaczyć Monachium. Profesor wiele mi o nim opowiadał.

Był to zresztą jeden z tematów, przy których profesor Schiller zapominał o przyjmowaniu pozy surowości. Był studentem na uniwersytecie w Monachium, a później przez kilka lat tam wykładał. Kiedy tylko zaczynał mówić o tym mieście, jego głos nabierał ciepła. Sam też się ożywiał, co, niestety, rzadko się zdarzało w czasie lekcji historii i języków.

— Musisz zrozumieć, pani — zwrócił się do Tyldy adiutant — iż postępuję jedynie zgodnie z instrukcją i wykonuję rozkazy Jego Wysokości.

— Ależ oczywiście, że rozumiem — zapewniła go Tylda. — Nie możemy narzekać tylko dlatego, że mamy jakieś trudności przy samym końcu podróży, szczęście sprzyjało nam przez całą drogę.

Ponownie się uśmiechnęła. Adiutant skłonił się, a w jego oku pojawił się ledwie dostrzegalny błysk.

— Jaśnie pani jest bardzo łaskawa.

— A teraz, profesorze — rzekła Tylda do swego nauczyciela — chciałabym przekonać się na własne oczy, czy nie przesadził pan z pochwałami o Monachium i czy rzeczywiście jest takie piękne i zachwycające, jak pan mówił.

 

— Sama zobaczysz! Sama zobaczysz! — wykrzyknął profesor.

Tylda wiedziała, że on także jest zadowolony z wyjazdu do Monachium. Z pewnością cieszyła go perspektywa ponownego ujrzenia miasta, które w młodości tak wiele dla niego znaczyło. Tylko lady Crewkerne chodziła nadąsana i była nieprzyjemna przez resztę wieczoru. Tylda nie słuchała jej narzekań.

Wciąż była zauroczona Linderhofem. Postanowiła zachować w pamięci wszystko, co tu zobaczyła.

Może pewnego dnia — powiedziała sobie — będę mogła wybudować coś równie uroczego.

Myśl ta ją upajała.

Tej nocy, gdy wspaniale błyszczące kandelabry odbijały się w srebrnych lustrach, Tylda czuła, jak zapada w romantyczny sen, w którym wszystko, co kiedykolwiek potrafiła sobie wyobrazić i za czym tęskniła, stało się prawdą.

Wstała wcześniej, ponieważ nie chciała zmarnować swoich ostatnich godzin w Linderhofie.

Wymknęła się po schodach, zanim jeszcze lady Crewkerne się ubrała i nim profesor wyszedł ze swej sypialni. Spacerowała po salonach i do tego stopnia straciła poczucie czasu podziwiając wszystko, co tam spotkała, że musiała potem bardzo przepraszać za spóźnione przyjście na śniadanie.

Z jakiegoś powodu, dobrze znanego tylko lady Crewkerne i adiutantowi, powozy zostały zamówione dopiero na jedenastą. Zamiast siedzieć i słuchać przeprosin, wypowiadanych coraz bardziej pokornym tonem, Tylda ruszyła w stronę ogrodów.

Dzień, jak na koniec maja, był ciepły. Promienie słońca, które padały na kwitnące drzewa otaczające Linderhof, powodowały, że pałac wyglądał jak z baśni.

Lśnił cały jak perła. A dalej, w stronę błękitnego nieba wznosiły się pokryte śniegiem szczyty bawarskich gór.

Tylda wiedziała, że w ciągu dnia będzie cieplej, ale noc była zimna.

Cieszyła się, że w nocy spała pod grubą, puchową kołdrą.

Teraz jednak nie potrzebowała płaszcza. Zadowolona była, że włożyła czepek; słońce zaczęło mocno grzać. Zawiązany pod brodą wstążeczkami w kolorze jej oczu, użyczał cienia.

Weszła po ogrodowych schodach na tyły pałacu, po czym wspięła się jeszcze wyżej. Król zaprojektował ogrody zgodnie z zasadami współczesnej sztuki ogrodowej, natomiast lasy pozostawił w stanie naturalnym. Stanowiły one rzeczywiście idealne tło dla tak cudownej perły, jaką był Linderhof.

Patrząc na srebrne i białe brzozy, pod którymi rosły przetykane mchem dzikie kwiaty, Tylda zaczęła się zastanawiać, czy istnieje coś piękniejszego od samej przyrody.

Wspinała się wyżej i wyżej, wiedząc, iż ze szczytu ujrzy przed sobą wspaniały górski krajobraz. Droga była męcząca, więc po krótkiej chwili usiadła na zwalonym pniu. Zewsząd otaczały ją drzewa. Usłyszała dochodzące z dołu głosy. Między drzewami zobaczyła mężczyznę i kobietę, którzy trzymali się za ręce i wspinali na zbocze.

— To za daleko i zbyt wyczerpujące! — protestowała kobieta.

Mówiła po niemiecku, a niemiecki Tylda znała bardzo dobrze.

— Chcę, byś zobaczyła ten widok z góry — namawiał mężczyzna.

Mówił basem.

Teraz dostrzegła go pomiędzy drzewami i stwierdziła, że prezentował się wspaniale. Rysy miał wyraźne i podobny był do wielu innych przystojnych mężczyzn, których widziała po przyjeździe do Bawarii. Miał na sobie chłopski strój, który wydawał jej się dziwny, ale jednocześnie odniosła wrażenie, że jest niesłychanie atrakcyjny. Skórzane szorty, zielony kaftan z kościanymi guzikami, a na głowie wesoły, mały, zielony filcowy kapelusik z wystającym z tyłu piórkiem — wszystko to bardzo do niego pasowało.

Ten mężczyzna prezentuje się świetnie, a do tego jest bardzo przystojny! — pomyślała Tylda.

Potem spojrzała na jego towarzyszkę. Była niezwykle piękna. Miała rude włosy, ale o tak żywym kolorze, że w jego naturalność można było wątpić. Bardzo duże oczy ocieniały ciemne rzęsy. Usta miała czerwone. Wydęła je mówiąc:

— To nie ma sensu, Rudolfie, nie zrobię już ani kroku.

— Musisz — tyle już przeszłaś. To tylko jeszcze jeden krok.

— A potem jeszcze jeden i jeszcze jeden...

— Och, Mitzi, nie poddawaj się — błagał mężczyzna, który miał na imię Rudolf. — Poza tym, wysiłek wyjdzie ci na zdrowie.

— Jestem zmęczona. Nie zamierzam iść ani kroku w górę, a w ogóle to komu by się chciało oglądać te stare góry?

— Nie masz duszy. Oto, czego ci brakuje.

— Ale za to mam dużo serca! — odparła Mitzi.

— To prawda!

Podczas wymiany zdań stali nie poruszając się. Teraz jednak objął swą towarzyszkę.

— Bardzo ładnie dziś wyglądasz — rzekl. — Czyżbym zapomniał ci to powiedzieć?

— Zapomniałeś i uważam to za zlekceważenie mojej osoby.

— Cóż, więc nadrobię to teraz — odpowiedział.

Gdy to mówił, przycisnął ją mocno do siebie i pocałował.

Tylda obserwowała ich z rosnącym zainteresowaniem.

Nigdy jeszcze nie widziała mężczyzny całującego kobietę w taki sposób, tak zaborczo, tak zapamiętale. Rudolf był postawnym mężczyzną o szerokich barach, a Mitzi, przeciwnie — była mała i delikatna. Wydawało się, że Mitzi zniknęła, gdy przycisnął ją do siebie. Było coś pociągającego w ich postawie, gdy stali dotykając się ustami. Tylda nie zdawała sobie sprawy, że był to odwieczny wyraz miłości.

Wreszcie, gdy już myślała, że ten pocałunek nigdy się nie skończy, Rudolf podniósł głowę.

— Podniecasz mnie — ty zawsze mnie podniecasz, Mitzi. Chcę ciebie!

Mitzi zaśmiała się krótko.

— Jakiej odpowiedzi ode mnie się spodziewasz?

— Chcę ciebie — powtórzył, a w jego głosie słychać było teraz głęboką, wibrującą nutę. — Pragnę cię teraz i zaraz i nie mam zamiaru czekać!

— Tutaj? W lesie? Chyba oszalałeś!

— Dlaczego to ma być takie szalone? Czy może być coś bardziej rozkosznego, bardziej naturalnego?

Mitzi znów się zaśmiała, gdy on całował teraz nie jej wargi, lecz szyję.

Przycisnął ją jeszcze mocniej, ałe udało się jej jakoś wyswobodzić.

— Jeśli mnie chcesz, będziesz musiał mnie najpierw złapać — zaśmiała się prowokująco.

Zaczęła uciekać w dół, zboczem góry, omijając drzewa, coraz szybciej i szybciej.

— Mitzi! Mitzi! — krzyczał Rudolf.

Po chwili pobiegł za nią. Biegł potykając się, ale pędził z taką lekkością, jakiej nie można było się spodziewać po człowieku jego postury.

Biegł szybciej niż ona albo też dziewczyna zwolniła tempo, bo doścignął ją w połowie zbocza.

Wyciągając szyję, Tylda nadał mogła ich obserwować; mężczyzna ponownie wziął swoją ukochaną w ramiona i zaczął ją znowu całować.

Czekała z zapartym tchem chcąc zobaczyć, co się teraz stanie, ale wystraszył ją głos dochodzący z dołu:

— Jaśnie pani, konie czekają!

Tylda odwróciła się niechętnie i zobaczyła swojego adiutanta, w pięknym, przetykanym złotem mundurze. Poczerwieniał na twarzy utrudzony wspinaniem się na górę.

Wstała z pnia.

— Przepraszam — rzekła — zapomniałam, która godzina.

— Martwiliśmy się, gdzie jaśnie pani przebywa — zaczął adiutant. — Szczęśliwie jeden z ogrodników zobaczył jaśnie panią idącą w stronę gór.

— Już schodzę — oznajmiła Tylda.

Po raz ostatni spojrzała na parę, którą widziała przed chwilą całującą się daleko w dole. Nie zauważyła jej teraz. Wydawało się jej jednak, że dostrzegła trzepoczącą białą sukienkę Mitzi.

Nie miała całkowitej pewności. Widziała ją tuż przy ziemi, mógł więc to być po prostu kwiat.

W każdym razie nie mogła zdradzić się z tym, że podglądała.

Zeszła do oczekującego adiutanta.

Ujął ją za rękę i poprowadził w dół zbocza, aż dotarli do kamiennych stopni prowadzących ze wzgórza do ogrodu.

— Te lasy są bardzo piękne — stwierdziła Tylda. — Czy można tu spacerować?

— Stanowią one raczej odosobnioną część tej krainy — odparł adiutant. — Nie obowiązują oficjalne zakazy dla turystów lub zwiedzających, ale Jego Wysokość bynajmniej nie zachęca ich do podchodzenia zbyt blisko pałacu.

— Tak, rozumiem — powiedziała Tylda.

Zastanawiała się, kim mogli być Rudolf i Mitzi. Może byli małżeństwem spędzającym tu wakacje?

Pomyślała, że chyba tak. Niezamężnej dziewczynie nie pozwolono by włóczyć się po lesie sam na sam z mężczyzną. A Mitzi wydawała się być dziewczyną wyrafinowaną i światową. Tylda była prawie pewna, że ani jej wargi, ani włosy nie miały naturalnego koloru.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?