Niegrzeczny aniołek - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Niegrzeczny aniołek - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland

Maciej Gocman

Saga

Niegrzeczny aniołek - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTłumaczenie Maciej Gocman Tytuł oryginału A Very Naughty AngelFont na okładce: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1975, 2020 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770375

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od autorki

Obernia jest krajem wymyślonym, lecz sam Linderhof, który zwiedzałam zeszłego roku, był równie tajemniczy, fascynujący i piękny jak wtedy, gdy przebywała w nim Tylda.

Dla dobra mej opowieści, umieściłam Monachium trochę bliżej, niż ma to miejsce w rzeczywistości, pałacu snów będącego własnością Ludwika.

ROZDZIAŁ 1

1879

Pociąg sapiąc, powoli wtoczył się na stację Windsor.

Chociaż nie była tak przygotowana jak z okazji przyjazdu królowej, to jednak czekało na niej kilku wyższych urzędników w olśniewająco błyszczących i suto przetykanych złotem mundurach. Oczekiwali przyjazdu Pricilli, księżnej Forthamptonu, i jej córki.

Powóz królewski stał przed stacją. Damom podano rękę, pomagając przy wsiadaniu, i już po chwili ruszono w kierunku zamku.

— Tylko pamiętaj, Tyldo — powiedziała księżna Pricilla — nie odzywaj się do królowej, zanim pierwsza do ciebie nie przemówi.

— Tak, mamo.

— I pamiętaj, uściśnij rękę Jej Wysokości, złóż głęboki dyg, ucałuj jej dłoń, a potem policzek.

— Tak, mamo.

— I słuchaj uważnie, Tyldo, wszystkiego, o czym będzie mówić.

— Tak, mamo.

— Obiecaj mi, Tyldo, że nie będziesz zadawała pytań. Za bardzo lubisz wypytywać o różne rzeczy. Już ci o tym mówiłam.

— Mamo, jak można poznać odpowiedź, jeżeli nie zadaje się pytań?

— Oto przykład uwag, jakich mogę się po tobie spodziewać. Moja droga, chciałabym, by twój tato był z nami! Wydaje mi się, że w jego obecności zachowujesz się grzeczniej.

Tym razem, zamiast odpowiedzi, nastąpiła cisza.

Od czasu kiedy nadeszło zaproszenie do zamku Windsor, lady Wiktoria Matylda Tetherton-Smythe słyszała matkę powtarzającą wszystkie te rzeczy nie raz, a setki razy. Nauczona długim doświadczeniem wiedziała, że najlepiej zgadzać się z tym, co ktoś do niej mówi, nie rezygnując jednocześnie z własnego zdania. Na myśl o zobaczeniu zamku ogarnęło ją szalone podniecenie. Wyciągnęła szyję, by wyjrzeć przez okno powozu. Na razie jednak po obu stronach drogi widać było tylko domy i nie sposób było dostrzec masywną budowlę, o historii pobudzającej wyobraźnię.

Nauczyciele mówili jej, że zamek został wzniesiony przez Wilhelma I Zdobywcę. Położony malowniczo, na stromym wzgórzu, wysoko nad rzeką, nie pozwalał zapomnieć poddanym i nieprzyjaciołom o obecności normandzkich zwycięzców, napełniając ich serca nieustającym lękiem.

Musieli go nienawidzić! — pomyślała Tylda.

— Nie słuchasz mnie, Tyldo! — skarciła ją matka. — O czym przed chwilą mówiłam?

— Przepraszam, mamo, myślałam o czymś innym.

— Ty zawsze myślisz o czymś innym! — parsknęła księżna Pricilla. — Słuchaj mnie uważnie, Tyldo.

— Słucham, mamo.

— Mówiłam, żebyś pamiętała, iż od tej chwili wszyscy będą zwracać się do ciebie „Wiktorio”. Na chrzcie otrzymałaś imię królowej i oczywiste jest, że powinnaś nosić to samo imię co twoja chrzestna matka.

— Nienawidzę imienia Wiktoria! — wybuchła Tylda.

— Twój ojciec także go nie lubi — stwierdziła księżna Pricilla — i dlatego właśnie zaczęliśmy nazywać cię Matyldą. Z czasem skróciliśmy twoje imię i stało się raczej dość pospolite... Tylda.

— Lubię to imię, mamo.

— To, co lubisz, i to, czego nie lubisz, nie ma żadnego znaczenia, Tyl — to znaczy, Wiktorio.

— To nie ma sensu, mamo — Tylda uśmiechnęła się. — Nigdy nie będziesz pamiętać o tym, aby nazywać mnie Wiktorią, niezależnie od tego, jak będą się do mnie zwracać w Oberni.

— Z całą pewnością dla mieszkańców Oberni będziesz Wiktorią — odparła księżna Pricilla — i pamiętaj, Tyldo, że to sama królowa zaaranżowała twoje małżeństwo.

— Nie zapomniałam o tym, mamo.

— Spotkał cię wielki zaszczyt, powinnaś być z tego bardzo dumna.

Tylda nie odpowiedziała i po chwili matka mówiła dalej:

— Niewiele dziewcząt w twoim wieku ma szansę zostać koronowaną księżną, władczynią państwa o niemałym znaczeniu w Europie.

— To bardzo daleko stąd — mruknęła Tylda.

Dodałaby zapewne coś jeszcze, ale w tej samej chwili ujrzała zamek i spostrzegła, że jest dokładnie tak imponujący i wspaniały, jak w jej wyobrażeniach.

Przyłapała się na tym, że myśli o legendarnych rycerzach, którzy brali udział w turniejach. Wyobraźnia podsuwała jej różne obrazy. Nieomal widziała wymalowane tarcze, bogato zdobione siodła i miecze w pochwach o rękojeściach pokrytych ozdobami z czystego złota.

Szkoda, że mnie wtedy tutaj nie było — pomyślała Tylda.

W tamtych czasach każdy rycerz miał swą wybrankę serca, która była dla niego uosobieniem piękna, której składał hołdy i dla której walczył w turniejach, by wykazać się rycerskością i męstwem.

Konie wspinały się drogą prowadzącą ku bramom zamku i Tylda uświadomiła sobie, że podąża traktem, którym tak często przyjeżdżała Elżbieta I. Jak wspaniała musiała być ta filigranowa dama odznaczająca się silną wolą, miłosierna wobec poddanych, a do tego znajdująca upodobanie w piciu piwa. Lubiła polować w parku i potrafiła „własną ręką zabić wielkiego i tłustego jelenia”. Wszyscy wówczas oklaskiwali Jej Wysokość, pełni podziwu dla jej wielkości. Ona zaś nigdy nie wyszła za mąż.

Być może nie życzyła sobie, by wybierano jej męża, pomyślała Tylda.

Powóz zatrzymał się przed bramą.

— Pamiętaj teraz o wszystkim, co ci mówiłam, Tyldo — rzekła księżna Pricilla podekscytowana. — Królowa nie widziała cię od lat. Musisz zrobić na niej dobre wrażenie.

— Uczynię, co w mojej mocy, mamo.

Wkroczyły do czternastowiecznego gotyckiego hallu, dalej zaś szły korytarzami, które ozdobione były, co zauważyła Tylda mimo panującego półmroku, bogato rzeźbionymi gzymsami i framugami będącymi dziełem Gringlinga Gibbonsa.

Tylda nie wiedziała, co powodowało, że jego sztuka zawsze ją fascynowała. Liście, owoce, ryby i zwierzęta, przedstawione w pełnej wdzięku symetrii, wydawały się, w tej samej chwili, ewokować jakieś szczególne nastroje, których nie potrafiła pojąć. Odczuwała to samo w stosunku do wszystkiego, co było bardzo piękne; było to uczucie narastającego w niej podniecenia.

Obie damy podążały za marszałkiem dworu, który kroczył z kamienną twarzą. Tylda zauważyła, że jej matka jest zdenerwowana. Księżna Pricilla miała zwyczaj wciągania i zaciskania warg zawsze, gdy była niespokojna. Zwykle mięła też nerwowo szal, torebkę lub przód swej sukni.

Wszystko jest w porządku, mamo. Królowa przecież cię nie zje! — chciała ją pocieszyć Tylda. Wiedziała jednak, że tego typu uwaga wyprowadziłaby matkę jeszcze bardziej z równowagi, pogłębiając stan, w jakim się teraz znajdowała.

Jak się później dowiedziała, przyjazd królowej do Windsoru był dla wielu osób niespodzianką. Przez lata bowiem królowa nie chciała opuszczać Osborne. Od śmierci księcia małżonka przebywała z własnej woli w odosobnieniu, nie pokazując się publicznie.

Jednakże wydarzenia polityczne mające miejsce w ostatnim roku oraz napięte stosunki z Rosją sprawiły, że wyraźnie się ożywiła i, co spostrzegli mężowie stanu, odmłodniała.

Trudno było im jednak zrozumieć, że stałe napięcie, spowodowane sytuacją międzynarodową, i konieczność zajęcia określonego stanowiska wobec wydarzeń politycznych były właśnie tym impulsem, który pozwolił królowej po śmierci męża odzyskać równowagę ducha.

Do tej pory Jej Wysokość rozpaczała i protestowała przeciw pracy, jej zdaniem, ponad siły i nietaktom oraz małej wrażliwości tych, którzy zmuszali ją do podejmowania wysiłków przekraczających jej możliwości.

Rozczulała się nad sobą i swym samotnym losem „biednej królowej”, teraz zaś nadszedł temu kres. Zamiast nalegać, by mogła zostać w Osborne lub uciec do Balmoral, przeniosła się do zamku w Windsorze, sprawiając tym wiele kłopotu członkom rządu. Ministrowie nie musieli już zachęcać królowej do większej aktywności, sama ich teraz popędzała i dopingowała. Do takiego obrotu spraw bez wątpienia przyczynił się fakt, iż zaczęła współpracować z Benjaminem Disraelim, premierem, którego lubiła i któremu ufała.

Sam Disraełi stwierdził potem:

„Ona natchnęła swojego premiera, a on poświęcił się dla niej!”

Lecz jakiekolwiek by nie były tego przyczyny, powrót i obecność królowej w Windsorze były bardzo na rękę mężom stanu, politykom i krewnym.

Wysiadając z pociągu, księżna Pricilla rzekła do córki:

— Podróż do Osborne jest bardzo męcząca, nie powinnam była zgodzić się na pozostawienie na tak długo twego papy samego.

Książę Forthamptonu był słabego zdrowia. Jako człowiek wywodzący się z ludu, dostąpił wyjątkowego zaszczytu, otrzymując pozwolenie na poślubienie księżnej królewskiego rodu, córki bratanka samej królowej.

 

Pomimo różnic w pochodzeniu narzeczonych, małżeństwo ich mogło stać się faktem, gdyż książę był jednym z najbogatszych ludzi w Anglii. Kiedy ślub zawarto, wszyscy byli zadowoleni. Książę był sporo starszy od swojej żony i, choć nie był to może główny powód, związek ten zaowocował jednym tylko dzieckiem: Wiktorią Matyldą. Oznaczało to, że nie ma, niestety, bezpośredniego spadkobiercy księstwa.

Książęca para przeżyła wielkie zaskoczenie, gdy królowa, kojarząc potomków koronowanych głów Europy, przypomniała sobie o swej chrzestnej córce.

— Nie ma to jak wielka ciotka Wiktoria! — wykrzyknęła księżna Pricilla, kiedy otrzymała list, powiadamiający o przygotowaniach do mariażu Matyldy Wiktorii z Maksymilianem, księciem Oberni.

— Co chciałaś przez to powiedzieć? — zapytał książę.

Myślałam, że królowa całkiem zapomniała o istnieniu Tyldy — odparła księżna Pricilla. — Ostatnim razem, gdy byliśmy w Osborne, słowem się do niej nie odezwała, a teraz nagle planuje to małżeństwo.

— To zaszczyt, moja droga — stwierdził książę.

Księżna Pricilla westchnęła.

— Mam nadzieję, że Tylda to zrozumie.

Tylda przyjęła nowinę z pewnym zdziwieniem, lecz nie wyraziła — czego obawiała się księżna — żadnego sprzeciwu.

Rzeczywiście, nigdy nie można było przewidzieć reakcji Tyldy.

Matka nie wiedziała jednak, że osiemnastoletnia Tylda uważała posiadłość Forthampton w Worchestershire, w której była trzymana przez te wszystkie lata, za miejsce wyjątkowo nudne.

I nie chodziło wcale o to, że nie miała się czym zająć. Miała guwernantki i nauczycieli, a także rozmaite hobby i zajęcia, które budziły jej ciekawość.

Lubiła także jazdę konną i chociaż nie pozwalano jej polować, dostała od ojca dwa konie o ognistym temperamencie. Dziewczęta w jej wieku miały okazję dosiadać leniwych wierzchowców, które były znacznie bardziej spokojne.

Książę na Forthampton, cierpiący na artretyzm, był bardzo osłabiony i dlatego nie wymagano od Tyldy, by zgodnie z panującym zwyczajem przyjechała na przyjęcie do Londynu lub wydała bal, świętujący jej debiut w towarzystwie.

Zabrano ją jednak do Londynu, by mogła przedstawić się i wykonać dworski ukłon w sali tronowej Pałacu Buckingham.

Królowa obecna była przez pierwszą godzinę, potem zaś przekazała nudne obowiązki towarzyskie swemu synowi, księciu Walii, i jego pięknej duńskiej żonie, Aleksandrze.

Tylda wykonała przepisowy ukłon wraz z pierwszą grupą członków rodziny królewskiej, po czym stwierdziła, że cała ta ceremonia jest sztywna i, jak się spodziewała, bardzo nieciekawa. Odniosła wrażenie, że ludzie zwracają się do członków rodziny królewskiej innym tonem niż do zwyczajnych ludzi. Ponieważ jej matka należała do rodziny królewskiej, nie było cienia wątpliwości, że rozmowa z tymi, którzy podchodzą do księżnej, będzie sztywna i niezbyt interesująca.

Marszałek dworu, który prowadził je korytarzami zamku, wreszcie się zatrzymał.

Dotarli do komnat królowej i po krótkiej chwili oczekiwania zostali wprowadzeni do sali przyjęć. Królowa siedziała w fotelu, przy stole nakrytym materiałem wykończonym frędzlami.

W swej pozbawionej fasonu, lecz kosztownej, czarnej atłasowej sukni, błyszczących czarnych bucikach i wdowim welonie wyglądała staro i budziła lęk.

Trudno było uwierzyć, że ta mała kobieta włada ogromnym imperium i że każdy monarcha w Europie jest z nią w jakiś sposób spokrewniony.

Księżna Pricilla powiedziała córce już wcześniej, że w czterech komnatach, z których korzysta królowa, znajduje się prawie dwieście pięćdziesiąt obrazów i wielka ilość fotografii jej krewnych.

Przewożono je z Windsoru do Balmoral czy też Osborne za każdym razem, gdy królowa tam się przenosiła.

Tylda ujrzała je teraz na biurku i stołach, widoczne na tle ciężkich, purpurowych zasłon. Wyłaniały się pośród obfitych stosów listów, zapisanych nutami kartek, przycisków do papieru, kałamarzy, starych scyzoryków i „Księgi urodzin królowej”.

Księga ta była wypełniona podpisami gości. Królowa zabierała ją ze sobą, gdziekolwiek się udawała, dlatego też czasami mylono „Księgę” z Biblią.

Tylda miała trudności ze skupieniem uwagi na wystroju sali czy też na samej królowej; starała się wypełnić wszystkie polecenia matki.

Księżna zatrzymała się przed Jej Wysokością. Dygnęła, dotykając ziemi, po czym podniosła się, by ucałować dłoń królowej, a potem jej policzek.

— A więc to jest Wiktoria!

Głos królowej zabrzmiał nieoczekiwanie wysoko.

Wzrok królowej spoczywał na niej i Tyldzie wydawało się, że przewierca ją na wylot, kiedy wykonywała wyuczony dyg, dotykała wargami bladego, miękkiego policzka, i na koniec, gdy ucałowała pokrytą siatką niebieskich żyłek dłoń.

— Tak, to jest Wiktoria, pani — rzekła księżna Pricilla, oddychając z trudem ze zdenerwowania.

— Chcę z tobą porozmawiać, Wiktorio.

— Tak, pani.

Tylda sądziła, że gdy ktoś wspomina o konieczności rozmowy z drugą osobą, zazwyczaj ma wtedy zamiar ją zbesztać lub powiedzieć coś nieprzyjemnego. Królowa mówiła jednak dalej:

— Twoja matka zapewne powiedziała ci, iż postanowiono, że poślubisz Maksymiliana, księcia Oberni?

— Tak, pani.

— Jest to rzecz ważna z kilku powodów.

— Tak, pani.

— Po pierwsze: uważam, że książę Maksymilian jest godzien posiadania angielskiej narzeczonej, a do tego kogoś, kto jest moją krewną.

— Jestem pewna, że docenia ten wielki zaszczyt, pani — wtrąciła księżna Pricilla.

Królowa nie odrywała wzroku od twarzy Tyldy.

— Drugim powodem — ciągnęła, ignorując uwagę księżnej — jest to, że Obernia zajmuje ważne miejsce w naszej strategii politycznej wobec Europy.

Tylda spojrzała swymi niebieskimi oczami na królową.

To jest całkiem interesujące, pomyślała.

— Musisz zrozumieć — kontynuowała królowa — iż Obernia, sąsiadując z Bawarią, Austrią i Wirtembergią, jest bardzo istotnym elementem równowagi sił, ponieważ pozostała niepodległa.

Królowa przerwała, choć nie wydawało się, by oczekiwała jakiejś odpowiedzi. Po chwili mówiła dalej:

— Prusy, intronizując cesarza Wilhelma i przyłączając kilka pomniejszych państewek, stworzyły sytuację, która budzi nasz niepokój.

Głos królowej był ostry i nie ulegało wątpliwości, że jest mocno wzburzona.

Księżna wiedziała, że to nie tylko przerodzenie się dawnej federacji w imperium niepokoiło królową, lecz także zachowanie jej wnuka Wilhelma, księcia Prus.

Cała rodzina wiedziała, że duma Wilhelma, pielęgnowana przez jego dziadków i przez Bismarcka, czyniła go jeszcze bardziej aroganckim.

Doniesiono też królowej, że słuchał z aprobatą obraźliwych uwag pod adresem swej angielskiej matki, a zarazem najstarszej siostry królowej, Vicky.

— Nigdy nie dowiem się, dlaczego Bawaria jako pierwsza przyjęła propozycję księcia Bismarcka. — Królowa wypowiedziała te słowa jakby do siebie.

— Zawsze słyszałam, pani — odezwała się księżna Pricilla — że stało się tak, ponieważ króla Ludwika bolały zęby!

Sugerowano, że władcy Prus i Bawarii mogliby rządzić Związkiem Niemieckim wspólnie lub na przemian, ale król Bawarii, nękany bólem zęba, zamiast spierać się w tak istotnej kwestii, przekazał swoją władzę Niemcom.

— Zdaję sobie sprawę z okoliczności, w których została podjęta ta godna pożałowania decyzja — rzekła przygnębionym głosem królowa.

Księżna Pricilla zarumieniła się.

— Cokolwiek wydarzyło się tam osiem lat temu, fakt zostaje faktem — kontynuowała królowa — i Bawaria wchodzi teraz w skład Związku Niemieckiego, choć, jak mi się zdaje, król Ludwik ma większą swobodę działania niż pozostałe państwa członkowskie.

Przerwała, by po sekundzie stwierdzić stanowczo:

— Jest więc oczywiste, że Obernia za wszelką cenę musi pozostać niezależna.

Jej Wysokość skierowała teraz swoją uwagę na Tyldę.

— Czy rozumiesz, Wiktorio? — zapytała. — Będziesz jak gdyby ambasadorem Anglii. Musisz przekonać swego męża, że współpraca z nami będzie dla niego bardziej korzystna niż z Niemcami.

Królowa spojrzała na swą córkę chrzestną, po czym powiedziała nieoczekiwanie:

— Wyglądasz bardzo młodo!

Nie odbiegało to od prawdy, Tylda rzeczywiście wyglądała jak wyrośnięte dziecko.

Będąc niską i drobną dziewczyną, o włosach jasnych jak letnie promienie słońca i błękitnych oczach wypełniających jej całą, podobną do kwiatu, twarzyczkę, sprawiała wrażenie osóbki niedojrzałej i o wiele za młodej, by stanąć na ślubnym kobiercu.

— Wiktoria ma osiemnaście lat, pani — księżna Pricilla wtrąciła nerwowo.

— Mając dokładnie tyle samo lat zostałam królową i też wyglądałam wtedy młodo.

— Czy byłaś, pani, przerażona, gdy powiedziano ci, że masz zostać królową? — spytała Tylda.

Księżna Pricilla wstrzymała oddech.

Zabroniła córce zadawać takich pytań, ponieważ mogło to być poczytane za arogancję i zirytować królową.

Jednak ku jej zdziwieniu, po krótkim milczeniu, królowa odpowiedziała:

— Przeraziłam się, gdy mama obudziła mnie o szóstej nad ranem i powiedziała, że chcą się ze mną widzieć arcybiskup Canterbury i lord Conyngham.

— Ależ to musiała być niespodzianka! — mruknęła Tylda.

Stała wpatrzona w królową, przepełniona ciekawością.

— Wstałam — opowiadała dalej królowa — i w samym tylko szlafroku udałam się do salonu. Lord Conyngham przyszedł z wiadomością, iż mój biedny wuj — król, nie żyje, i że ja teraz jestem królową.

Tylda wciągnęła głęboko powietrze.

— To musiał być dla ciebie szok, pani!

— To prawda — odparła królowa — ale postanowiłam, że dam sobie radę.

Lecz nagle zdała sobie sprawę z tego, że stała się zbyt poufała, dając się ponieść wspomnieniom, dodała więc ostro:

— I taka właśnie musisz być, Wiktorio — musisz dać sobie radę! I bądź zawsze wierna swej ojczyźnie. Pamiętaj, jakiekolwiek nosisz imię, jakkolwiek silna będzie twoja pozycja, w twoich żyłach płynie angielska krew — moja krew!

— Będę o tym pamiętać, pani.

Rozmowa trwała jeszcze chwilę, po czym księżnej Pricilli i Tyldzie dano znak, że czas audiencji już się skończył.

W towarzystwie dwóch opiekunek królowej zjadły lekki posiłek, a następnie zostały odwiezione powozem na stację. Znalazły się znowu w pociągu, jadącym do Londynu.

— Nareszcie jest już po wszystkim! — wykrzyknęła księżna Pricilla.

Usadowiła się wygodnie w kącie zarezerwowanego dla nich wagonu i westchnęła z ulgą.

— Boisz się jej, mamo — powiedziała Tylda. — Nie mogę zrozumieć dlaczego.

— Każdy się jej boi — odparła księżna Pricilla. — Ty miałaś szczęście, w stosunku do ciebie była czarująca. Ona naprawdę wzbudza lęk.

— Taka właśnie powinna być królowa — stwierdziła Tylda i roześmiała się. — Ale wątpię, mamo, by ktokolwiek mógł bać się mnie!

— Ty nie będziesz królową, Tyldo, a jedynie księżną — poprawiła córkę Pricilla. — Z drugiej strony, nie mogę zrozumieć, dlaczego Obernia nigdy nie miała własnego króla, choć w Europie jest tak wielu królów i książąt.

— Może dlatego, że jest za mała — podsunęła Tylda.

— Wyrażasz się bardzo lekceważąco o państwie, które wkrótce będzie należeć do ciebie — zauważyła z dezaprobatą księżna.

— Jest małe, mamo.

— Lecz o wielkim znaczeniu, królowa mówiła ci już dlaczego.

— Tato powiedział mi to samo — rzekła Tylda. — Tak naprawdę to chciałam zapytać, czy wśród tych wszystkich fotografii i portretów na biurku choć na jednym z nich był książę Maksymilian?

— Już ci mówiłam, Tyldo, że nie ma jego zdjęć. Nie lubi, by go fotografowano. Nie pozwala na to.

— Dlaczego?

— Z pewnością ma ważne powody, by nie życzyć sobie wykonanych tą nowoczesną metodą portretów i aby je wszystkim pokazywać — odparła księżn Pricilla.

— A nie znasz tych powodów? — nalegała Tylda.

— Jestem pewna, że gdy się już spotkasz z księciem, sam ci powie — odpowiedziała księżna.

Ton jej głosu wskazywał wyraźnie, że miała własne zdanie na temat przyczyn niechęci księcia do unieśmiertelnienia wizerunku swej osoby za pomocą aparatu fotograficznego.

Tyldzie wydawało się to dziwne, gdyż wszyscy na ogół zachwycali się swoimi podobiznami na zdjęciach.

W każdym domu, tak jak w komnacie królowej, stało tyle fotografii w srebrnych ramkach na wielkich pianinach, na małych stoliczkach, na półeczkach nad kominkiem i zarzuconych papierzyskami biurkach, że znalezienie pióra i papieru do pisania stawało się w końcu prawie niemożliwe.

 

— Chciałabym chociaż w przybliżeniu wiedzieć, jak on wygląda — powiedziała Tylda.

— Nie widziałam go od czasu, gdy był dzieckiem — odparła szybko księżna Pricilła. — Wówczas prezentował się bardzo dobrze, i mówią, że i teraz jest nieprzeciętnie przystojny.

Jeśli to prawda, pomyślała Tylda, to dlaczego jest aż tak nieśmiały i skrępowany, że nie pozwala innym ludziom patrzeć na siebie?

Przez moment panowała cisza, słychać było tylko dudnienie kół i gwizd parowozu.

Potem spytała matkę:

— Czy książę widział już moją fotografię?

— Gdy rozpoczęto przygotowania do waszego małżeństwa, twój ojciec spytał, czy będzie można wymienić wasze portrety — odparła jej matka — ale powiedziano mu, że książę nigdy nie został uwieczniony na żadnym obrazie ani na fotografii. Ojciec twój uznał więc, że gdyby wysłał twoje zdjęcie zrobione w styczniu, mogłoby to księcia wprawić w zakłopotanie.

— Chcesz więc przez to powiedzieć, że oboje „kupujemy kota w worku”? — zdziwiła się Tylda.

Matka podskoczyła z wrażenia na fotelu.

— Doprawdy, Tyldo, jak mogłaś użyć tak niewłaściwego i wulgarnego określenia? Nie mam pojęcia, gdzie je mogłaś usłyszeć!

— Lecz jest wyjątkowo trafne. Prawda, mamo?

— Nie będę dłużej na ten temat dyskutować — urwała ostro. — Jeśli chcesz rozmawiać o swoim małżeństwie, Tyldo, możemy ustalić listę rzeczy, które będą potrzebne do przygotowania ślubnej wyprawy. Jeszcze jej nie skompletowałyśmy.

— Nie mam zamiaru tracić na to czasu! — wykrzyknęła Tylda. — Mam już i tak mnóstwo strojów. Nawet za dużo. Starczy mi ich na całe lata!

Westchnęła.

— Czy możesz sobie wyobrazić, mamo, coś bardziej przygnębiającego niż to, że za dziesięć lat nadal będę nosić swoje stare, niemodne już wtedy stroje?

Księżna Pricilla zacisnęła wargi.

— Nie mam pojęcia, co się z tobą ostatnio dzieje, Tyldo — stwierdziła. — Buntujesz się przeciwko wszystkiemu. Mam tylko nadzieję, że nie będziesz tak się odzywać przy tacie. Mogłoby to go bardzo zdenerwować.

— Powiedz mi, mamo — zaczęła Tylda — czy kiedyś, gdy byłaś młoda, miałaś ochotę zrobić coś takiego, czego inni by się po tobie nie spodziewali?

Matka nie odpowiedziała, więc Tylda mówiła dalej:

— Czy chciałaś uciec, na przykład wtedy, gdy ci powiedziano, że masz poślubić tatę? Czy kiedykolwiek chciałaś przestać być sobą i stać się dla odmiany kimś innym?

— Nie, Tyldo! — odparła twardo księżna Pricilla. — Ja byłam bardzo wdzięczna i bardzo szczęśliwa, wychodząc za twego ojca. W przeciwieństwie do ciebie, miałam jeszcze pięć sióstr. Moja matka i mój ojciec martwili się nieustannie, gdzie znaleźć dla nas wszystkich odpowiednich mężów.

Jej głos złagodniał, gdy mówiła dalej:

— Miałam dwadzieścia pięć lat, gdy pozwolono mi wyjść za mąż. Nie miałam co prawda nosić korony, ale miałam naprawdę wiele szczęścia poślubiając tak miłego i dobrego człowieka, jakim jest twój ojciec.

— Ani przez chwilkę nie pomyślałaś o tym, żeby się zbuntować, mamo? — Tylda próbowała nakłonić matkę do zwierzeń.

— Nie, nawet przez sekundę! — rzekła stanowczo księżna Pricilla. — I obiecaj mi, Tyldo, że nie przyjdą ci do głowy tak skandaliczne i zwariowane pomysły.

Tylda nie odpowiedziała, więc matka kontynuowała:

— Nie zdajesz sobie sprawy, jak wielkie masz szczęście wychodząc tak młodo za mąż, i to za monarchę.

— Jak myślisz, czy książę Maksymilian chce się ze mną ożenić? — spytała Tylda.

— Każdy mały kraj w Europie ma ambicję, by jego władca był ożeniony z krewniaczką naszej królowej. Jak dobrze wiesz, Tyldo, Anglia jest wielką światową potęgą. Każde państwo pragnie naszej przychylności, przyjaźni i, w razie potrzeby, także naszej pomocy finansowej.

— Nawet Niemcy? — zdziwiła się Tylda.

— Nawet Niemcy! — odparła księżna Pricilla, lecz nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.

— Książę Bismarck musi być wyjątkowym człowiekiem — stwierdziła Tylda. — Utworzył Związek Niemiecki i teraz ani Hanower, ani Hesja-Kassel, ani Bawaria, ani Brunszwik nie są już niepodległe.

— Cieszę się, że jesteś oczytana — zauważyła księżna.

— Nauczył mnie tego profesor — odrzekła Tylda. —

Poleciłaś mu, by uczył mnie historii Europy, i on dosłownię szpikował mnie tego rodzaju wiadomościami!

— Żywię najwyższy szacunek dla profesora Schillera — odparła matka — i chcę, by towarzyszył ci w drodze do Oberni.

— Och nie, mamo! Nie chcę spędzić całej podróży na nauce!

— To dla twojego dobra, Tyldo. Tata poprosił również wdowę lady Crewkerne, by była twoją damą do towarzystwa i damą dworu, zanim nie dotrzesz do Oberni.

— Tylko nie lady Crewkerne! — krzyknęła żałośnie Tylda. Ona jest stara i nudna i w niczym się nie zgadzamy. Nigdy nie słyszałam, by powiedziała o kimś miłe słowo.

— Ale dużo podróżowała, Tyldo. Jej mąż był kiedyś naszym ambasadorem w Wiedniu. Świetnie zna cały protokół dyplomatyczny, który musisz poznać, by nie popełnić żadnego błędu, kiedy przyjedziesz do Oberni, gdzie będziesz pełnić obowiązki księżnej.

— Lady Crewkerne i profesor Schiller! — rozpaczała Tylda. — Z pewnością będzie to dla mnie nudna podróż.

Jak tam przyjadę, z radością skoczę w ramiona księcia Maksymiliana, nie zważając na to, jak wygląda!

— Mam nadzieję, że tak się stanie, Tyldo. Nie wątpię, że będziesz bardzo szczęśliwa — pocieszyła córkę księżna Pricilla.

Westchnęła głęboko.

— Chciałabym towarzyszyć ci osobiście, lecz nie mogę zostawić taty.

— Wiem o tym — przyznała Tylda. — Chociaż, z drugiej strony, podróż minęłaby mi przyjemniej z tobą, niż w towarzystwie tych dwojga, których wybraliście.

— Przybycie wśród godnej szacunku świty ma duże znaczenie — rzekła księżna Pricilla — i doceń to, Tyldo — twoja podróż będzie nas i tak dużo kosztować.

Znowu westchnęła.

— My naprawdę nie jesteśmy teraz w stanie pozwolić sobie na wysłanie z tobą więcej osób, niż jest to absolutnie niezbędne. Samo wysłanie dwóch powozów, każdy z szóstką koni, wymaga wydania dużej ilości pieniędzy.

Książę, chociaż niesamowicie bogaty, był powszechnie uważany za człowieka oszczędnego i rozważnego w wydawaniu pieniędzy, z wyjątkiem łożenia na swoje posiadłości. Księżna miała trudności w uzyskaniu od niego odpowiedniej sumy na przygotowanie wyprawy ślubnej dla Tyldy.

— Dwa powozy, mamo? — spytała Tylda.

— Jeden powóz przeznaczono dla twoich pokojówek i bagażu — wytłumaczyła księżna. — Prócz swego posagu dostaniesz jeszcze wiele prezentów ślubnych, które trzeba przecież jakoś przewieźć do Oberni.

Uniosła dłoń i zaczęła wyliczać na palcach:

— Tak więc... dwa powozy, każdy z dwoma woźnicami, i dwaj lokaje, to razem sześciu służących. Musisz mieć też czterech pachołków. Nawet w naszych oświeconych czasach grasują na drogach bandyci, napadając i rabując podróżnych.

— Ależ to podniecające! — zawołała Tylda i nagły błysk pojawił się w jej oczach.

— Mam nadzieję, że takich przygód uda się wam uniknąć — odrzekła matka. — Pachołkowie, których wyśłe z tobą ojciec, są obyci z bronią palną i świetnie dają sobie radę w walce. Ich obecność gwarantuje wasze bezpieczne dotarcie do celu.

— To będzie długa podróż.

— Tak, to prawda — zgodziła się księżna — lecz będziesz się zatrzymywać i odwiedzać wielu naszych krewnych. Podróż zacznie się w Holandii, gdzie zejdziesz na ląd. Po odwiedzeniu Ludwika, władcy Bawarii, przekroczysz granicę z Obernią.

— Zawsze marzyłam o tym, by kiedyś poznać Ludwika — przyznała Tylda. — Opowiadają o nim tak fantastyczne rzeczy!

Księżna Pricilla zaczęła coś mówić, lecz po chwili urwała i zacisnęła wargi. Dało to Tyldzie jednoznacznie do zrozumienia, że Ludwik II nie podoba się matce.

Tylda zawsze z wielkim zainteresowaniem słuchała opowieści o nim, o jego pasji do muzyki i o teatrze, który wybudował dla Wagnera.

Oglądała portrety z jego podobizną. Twarz miał bladą, lecz przystojną, cały był niezwykle delikatny i wiotki, jak gdyby pochodził z innego świata.

Tylda wybiegła myślami w przyszłość. Pomyślała, że przebywanie w jednym z jego zamków, o których tyle mówiono i które tak krytykowano, będzie prawie tak ekscytujące, jak zobaczenie pałacu, który będzie jej nowym domem. I, co ważniejsze, równie ekscytujące jak spotkanie przyszłego męża.