Miłość jest grą - Ponadczasowe historie miłosne Barbary CartlandTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Miłość jest grą

Saga

Miłość jest grąTytuł oryginału: Love is a GamblePrzełożyła: Barbara Kamińska Font na okładce: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1985, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711771273

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Na przełomie XVIII i XIX wieku, a szczególnie za czasów regencji, hazard osiągnął niespotykane wcześniej rozmiary.

Klub Watiera, któremu przez kilka lat prezesował lord Brummel, słynął z całonocnych gier, podczas których młodzi przedstawiciele arystokracji stawiali pod zakład całe fortuny, a nawet domy odziedziczone po bogatych przodkach.

Ta pasja do hazardu ujawniała się nie tylko podczas wyścigów konnych. Zdarzało się, że zapaleni gracze zakładali się o to, która mucha szybciej przejdzie po ścianie i pierwsza znajdzie się pod sufitem. Zamiłowanie do hazardu wynikało najczęściej z bezczynności i nudy, która stale trapiła arystokrację.

Jeden z najsłynniejszych graczy okresu regencji, lord Alvanley – junior, odziedziczył spadek o wartości równej dzisiejszej sumie sześćdziesięciu, siedemdziesięciu tysięcy funtów, ale w krótkim czasie roztrwonił cały swój majątek popadając w znaczne długi. Był on jednym z tych niepoprawnych graczy, którzy dniami i nocami tracili ogromne sumy przy stołach karcianych i w każdej chwili skłonni byli założyć się o cokolwiek.

Błyskotliwy, inteligentny polityk – Charles James Fox – wywodzący się z niesamowicie bogatej rodziny, pobierając nauki w Eton College, a potem na uniwersytecie w Oxfordzie, stał się nałogowym graczem. To umiłowanie gier hazardowych doprowadziło Foxa do ogromnych długów, które prześladowały go do końca życia.

Pewnego dnia dwudziestoparoletni Charles przemawiał w Izbie Gmin, mając za sobą nie przespaną noc, którą, podobnie jak poprzedni dzień, spędził w kasynie Almack’s.

Innego dnia, przed piątą po południu, po całej nocy i całym dniu spędzonym przy kartach, Fox stracił jedenaście tysięcy funtów, co w owym czasie stanowiło ogromną sumę pieniędzy.

Było to jednak nic w porównaniu z hazardem, jaki uprawiał generał Blucher. W czasie swojej wizyty w Londynie, po wycofaniu się Napoleona spod Moskwy, Blucher przegrał w klubie Carlton House dwadzieścia pięć tysięcy funtów. Opuszczając po kilku dniach Londyn był praktycznie bez środków do życia.

ROZDZIAŁ 1

1817

Idona wracała z ogrodu, trzymając na ramieniu kosz pełen narcyzów.

Zastanawiała się, jak ułożyć z nich wieniec na grób ojca.

Rodzice nazywali ją czasami Norse, co znaczy „Bogini wiosny”, dlatego właśnie te wiosenne kwiaty były jej tak bliskie. Miały dla niej większą wartość, niż kwitnące latem wyniosłe róże czy też jesienne chryzantemy.

Znowu rozmyślała nad losem Narcyza. Tę historię opowiedziała jej matka, gdy Idona była jeszcze małą dziewczynką.

Wyobrażała sobie tego młodego, przystojnego mężczyznę, który stoi nad brzegiem leśnego bajorka i podziwia swe odbicie w lustrze wody. Sięga ręką by dotknąć swego oblicza, wpada do stawu i tonie.

Idona przypomniała sobie, jak bardzo przestraszyła się tego, co stało się z Narcyzem. Jednak jej matka, lady Overton, uśmiechnęła się i mówiła dalej:

– Echo, nimfa, która kochała Narcyza bez wzajemności, przybiegła z płaczem i przyprowadziła swoje siostry. Chciały wyciągnąć ciało młodzieńca z wody, ale Narcyz zniknął.

– Jakie to smutne – wyszeptała Idona.

– Tylko biały kwiat unosił się na powierzchni stawu – opowiadała matka – i ciągle jeszcze można usłyszeć Echo, jak w odludnych miejscach wzywa Narcyza.

Ta historia pobudziła wyobraźnię Idony, mimo iż miała wtedy zaledwie sześć lub siedem lat.

Później, spacerując samotnie po ogrodzie albo po lesie, wołała głośno, a kiedy słyszała powracający do niej głos, zdawało jej się, że to Echo wzywa utraconego na zawsze Narcyza.

Gdy zobaczyła swój dom, czarno-biały dworek zbudowany w czasach panowania dynastii Tudorów, zapomniała o kwiatach w koszyku i zaczęła myśleć o tym, dla kogo je zebrała.

Chociaż minął już tydzień od śmierci ojca, nadal nie potrafiła uwierzyć, że nigdy więcej go nie zobaczy. Nigdy więcej nie podejdzie do niej. Nie zobaczy jego przystojnej twarzy i łobuzerskich oczu. Nigdy już nie wybierze się na polowanie w wysokim, zsuniętym na bakier kapeluszu.

Był doskonałym jeźdźcem. Choć jego konie rasą nie dorównywały wierzchowcom innych myśliwych, zawsze był pierwszy w pościgu za zwierzyną.

– Jak to się mogło stać, że cię straciłam, tatusiu? – zadawała sobie w myślach pytanie.

Weszła do domu przez werandę i skierowała się w stronę pokoju, w którym trzymano wszystkie dzbanki i wazony. Nazywano go „pokojem kwiatowym”.

To tutaj ogrodnicy, pokojówki, a później ona wraz z matką układały kwiaty. Potem cały dom wypełniał się ich zapachem. W rezydencji Overtonów nigdy nie czuło się stęchlizny tak typowej dla starych budynków.

Postawiła kosz na stoliku stojącym pośrodku niewielkiego pokoju.

– Narcyzy – pomyślała – są tak piękne i delikatne. Wyglądają jak gwiazdki, które spadły z nieba. Szkoda byłoby łamać im łodygi i upinać je w zwykły wieniec.

Zamiast tego postanowiła ułożyć kwiaty w niskim wazonie i postawić je na grobie ojca, tak samo jak stawia się bukiety na wypolerowanych stolikach w salonie.

Gdy wyjmowała z koszyka pierwszego narcyza, usłyszała stukanie do drzwi wejściowych.

Domyślała się, że stary Adam nic nie słyszy, ponieważ jest coraz bardziej głuchy, a Adamowa rano o tej porze jest na górze i ścieli łóżko albo zamiata korytarze.

Od roku Idona często sama musiała się tym zajmować. Nie było pieniędzy, by opłacić tylu służących, ilu pracowało tutaj za życia matki.

Zwłoki ojca przywieziono z Londynu, aby pochować go na przykościelnym cmentarzu, tam gdzie spoczywali jego przodkowie. Ucieszyła się wtedy, że będzie leżał u boku matki.

Nawet teraz, dwa lata po jej śmierci, na myśl o niej w oczach Idony pojawiały się łzy.

Była zima. Nie mogli nic zrobić. Ogromne ilości drewna, które przynosili z lasu, nie pomagały ogrzać wielkiego domu. Po śmierci matki cały świat ojca rozsypał się w kawałki.

Wcześniej byli ze sobą bardzo szczęśliwi. Nie tylko Idonie, ale także wielu innym ludziom zdawało się, że są jak postacie z baśni.

– Nikt – myślała Idona – nie był tak cudowny jak mama. Była drobna, kochana i tak bardzo kobieca.

Ojciec natomiast wyróżniał się wysokim wzrostem, łobuzerskim spojrzeniem, a do tego był niezwykle przystojny i bardzo męski.

Nie byli bogaci, ale matka Idony systematycznie otrzymywała pensję z rodzinnego majątku. Te pieniądze wystarczały na dostatnie życie i dopiero gdy lady Overton umarła, okazało się, że pensja wygasła wraz z jej śmiercią.

W rzeczywistości było to przygotowane przez jej ojca, hrabiego Hampstead. Miał nadzieję, że córka poślubi kogoś lepszego niż ojciec Idony, którego pogardliwie nazywał „zubożałym baronem”.

Nawet gdy po latach okazało się, iż sir Richard Overton daje żonie pełnię szczęścia, hrabia nie złagodził ani też nie zmienił swych postanowień.

Kiedy sir Richard doszedł do siebie po tragicznych przeżyciach związanych ze śmiercią ukochanej żony, powiedział do córki:

– Teraz, kochanie, będziemy musieli zacisnąć pasa i zacząć sami troszczyć się o siebie.

Ciosy spadały na nich jeden za drugim, jednak dla Idony najważniejsza była troska o ojca, który niemal odchodził od zmysłów.

Nie był człowiekiem, który w takiej sytuacji zacząłby pić, za to całymi dniami zamęczał konie szaleńczą jazdą. Stawał się coraz bardziej nieostrożny. Próbował przeskakiwać zbyt wysokie przeszkody, jeździł od rana do zmierzchu, tak że później konie ledwo mogły się dowlec do stajni.

To właśnie wtedy zaczął wyjeżdżać do Londynu na tydzień i dłużej, zostawiając Idonę samą. Dotychczas było to nie do pomyślenia.

Mieszkali trochę na północ od stolicy. Wystarczyło niecałe półtorej godziny, aby przebyć drogę z majątku Overtonów do klubów St. James.

Idona potrafiła zrozumieć, że ojciec pragnie towarzystwa przyjaciół, którzy pomagali mu zapomnieć o pustym domu, jednak ich sytuacja finansowa nie pozwalała na tak częste wyjazdy połączone z rozrywką i ekstrawagancją, nieodłączną dla świata, w którym sir Overton tak bardzo lubił przebywać.

Dobrze znał ten świat, jeszcze zanim się ożenił.

Chociaż zawsze, jak mówił, był „dotknięty ubóstwem”, czego nie można było powiedzieć o jego kompanach, jako przystojny kawaler łatwo mógł obracać się w tym towarzystwie bez potrzeby zbyt częstego sięgania po portfel.

Przyjaciele sir Richarda przyjęli jego powrót z entuzjazmem.

Wszyscy trochę się postarzeli, jednak ich dorośli synowie podziwiali w Overtonie człowieka, który świetnie jeździ konno, jest pierwszorzędnym graczem, a do tego posiada swego rodzaju joie de vivre – radość życia, której tak często brakowało znudzonym, cynicznym elegantom z otoczenia księcia regenta.

Sir Richard umiał ich rozweselić, a śmiech w tym towarzystwie był ceniony dużo wyżej niż pieniądze.

 

Jednocześnie, bez względu na to ile wydawał, Idona wiedziała, że nie mogą sobie na to pozwolić.

Zanim skończyła osiemnaście lat starała się oszczędzać, gdyż była pewna, że jej matka również robiłaby wszystko, aby ojciec mógł zabawić się w Londynie.

Musiała zwolnić większość ogrodników. Zostawiła tylko najstarszy się, którzy godzili się pracować zabardzo małe wynagrodzenie, ponieważ nie mieli dokąd pójść. W domu pomagał jej jedynie stary Adam i jego żona.

Była jeszcze niania, która właściwie stała się członkiem rodziny i Idona nie wyobrażała sobie życia bez niej.

Niania zajmowała się gotowaniem, gdy ojciec przyjeżdżał z Londynu. Dzięki swojej zręczności potrafiła wyczarować niemal dokładnie takie same dania, jakie jadał za życia matki, gdy w domu zatrudniony był kucharz.

Jednak z upływem miesięcy Idona zdała sobie sprawę, że ani smaczne posiłki, ani też dobrze utrzymane konie nie wystarczą, by zatrzymać ojca w majątku nawiedzanym przez duchy przeszłości.

Gdy leżał sam w ogromnym łożu w „pokoju królewskim”, tak strasznie brakowało mu żony, iż pragnął jak najprędzej stąd uciec.

– Muszę jechać do Londynu, Idono – mówił po tygodniu. – Jeden z przyjaciół pożycza mi konie, które są znacznie lepsze od moich.

Idona nie chciała czynić mu wymówek, tym bardziej że widziała, jak cierpi patrząc na portret matki w salonie i jak stara się unikać małej bawialni, którą lady Overton urządziła według własnego projektu.

Tutaj właśnie przesiadywała Idona, gdy ojciec wyjeżdżał do Londynu. Eleganckie francuskie meble, bladobłękitne, srebrzące się obicia krzeseł sprawiały, iż czuła bliskość matki.

– Cóż mogę zrobić, mamo? – pytała czasem, gdy została sama. Ojciec wyglądał bardzo elegancko w ubraniu, za które jeszcze nie zapłacił, a jego szelmowskie spojrzenie mówiło jej o rozrywkach, jakie czekają na niego w Londynie. On sam nigdy z nią o tym nie rozmawiał.

– Prawdę mówiąc, mamo – mówiła dalej – tata nie ma tutaj nic do roboty. Konie się starzeją, a nam brakuje pieniędzy, żeby kupić nowe.

Wzdychała ciężko, myśląc o tym, że nie mogą sobie też pozwolić na służących.

Przez kilka tygodni wydała wszystkie pieniądze przeznaczone na utrzymanie domu po to, by zapewnić ojcu smaczne posiłki. Teraz, aż do jego powrotu, trzeba będzie bardzo oszczędzać.

– To nic nie da, panienko! – oświadczyła tego ranka niania. – Tak dalej być nie może! Było nam bardzo źle, kiedy żył ojciec panienki, ale teraz, gdy nas opuścił – świeć panie nad jego duszą – musi się panienka dowiedzieć, ile właściwie zostało pieniędzy albo, z całą pewnością, wszyscy znajdziemy się na cmentarzu.

Niania zawsze mówiła to, co Idona bała się wyrazić słowami.

Wyszła z kuchni i skierowała się do ogrodu, cały czas zmuszając się do myślenia. Postanowiła posłać po adwokata ojca, mieszkającego w Barnet.

Wiedziała, że należało to zrobić już parę dni temu. Ciągle jeszcze była w szoku wywołanym śmiercią ojca. Przez kilka dni starała się tylko opanować łzy i z dziecinną naiwnością wierzyła, że wszystko, prędzej czy później, rozwiąże się samo.

Musiała się jeszcze dowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się w Londynie.

Nie chciało jej się wierzyć, że ojciec zginął w pojedynku. Wydawało jej się, że takie sprawy między dżentelmenami są tylko kwestią honoru i rzadko kończą się śmiertelnym postrzałem.

Dobry strzelec powinien był zranić przeciwnika w rękę, a gdy pojawiła się pierwsza krew, sekundant kończył pojedynek uznając, że zwycięzca obronił swój honor.

Ponieważ ojciec był wyśmienitym strzelcem, nie chciało jej się wierzyć, iż nie wygrał pojedynku, w którym brał udział, a tym bardziej w to, że jego przeciwnik zastrzelił go.

Dwaj mężczyźni, którzy przynieśli ojca do domu, oznajmili krótko, iż zmarł na miejscu od postrzału w serce.

Ponieważ wiedzieli, że mieszka niedaleko od Londynu, przywieźli go tutaj w zamkniętym powozie.

Ciało ojca zostało przeniesione na górę i zgodnie ze wskazówkami Idony ułożone na dużym łóżku z baldachimem, tam gdzie zawsze sypiał.

Powiedziawszy zaledwie kilka słów o tym, że ojciec zginął w pojedynku, mężczyźni odjechali. Idona nie zdążyła nawet na tyle dojść do siebie, aby spytać o szczegóły lub choćby poznać ich nazwiska.

Później robiła sobie wyrzuty, że postąpiła tak głupio, jednak tamtego dnia, dowiedziawszy się o śmierci ojca, była zupełnie oszołomiona i nie potrafiła zebrać myśli.

Lekarz, którego znała od dziecka, zatroszczył się o wszystko.

Cichym i współczującym głosem powiedział jej, że ojciec nie cierpiał przed śmiercią. Rzeczywiście, zanim włożono go do trumny, spojrzała na jego twarz i zdawało jej się, że widzi uśmiech, tak jakby ojciec był rozbawiony całą tą sytuacją.

– Jak mogłeś opuścić mnie, tato? – spytała całując na pożegnanie jego zimny policzek.

To samo pytanie powtarzała setki razy w ciągu kolejnych paru dni.

Teraz, gdy zmierzała w stronę drzwi, myślała, że być może to pan McComber, adwokat ojca, który nie czekając na wezwanie i zdając sobie sprawę, że będzie potrzebny, przyjechał zobaczyć się z nią,

Otworzyła drzwi. Za progiem stał mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziała, niemniej jednak uderzyło ją podobieństwo tego człowieka do prawnika ojca.

– Czy to posiadłość Overtonów? – zapytał grzecznie.

– Zgadza się – odparła Idona.

– Czy to dom świętej pamięci sir Richarda Overtona?

– Tak.

– Chcę rozmawiać z osobą, która teraz zarządza majątkiem.

– Jestem córką sir Richarda. Nazywam się Idona Overton.

Był to człowiek w średnim wieku. Na jego skroniach bielała siwizna. Gdy usłyszał odpowiedź Idony, w jego oczach pojawiło się zdziwienie, lecz zaraz oznajmił:

– W takim razie, panno Overton, będę musiał zamienić z panią kilka słów.

– Proszę bardzo – odrzekła Idona. – Zechce pan wejść do środka?

Otworzyła drzwi szerzej, a ponieważ świeciło słońce, zdecydowała, że nie będzie ich zamykać. Poprowadziła gościa do salonu.

Był to uroczy pokój i choć Idona mieszkała teraz sama, zawsze układała kwiaty w wazonach, tak jak robiła to za życia ojca i jeszcze wcześniej, gdy żyła matka.

Na stoliku koło kominka stały bukiety z pierwszych żonkili i pierwiosnków, które rozświetlały pokój niczym promienie wiosennego słońca. Salonik wydał się Idonie piękniejszy, niż był w rzeczywistości.

Ktoś z zewnątrz zauważyłby pewnie, że dywan był miejscami przetarty, brokatowe zasłony nieco wyblakły, a obicia należałoby już wymienić.

Jednak Idona widziała tylko to, co kiedyś cieszyło jej matkę: stare lustra i portrety przodków Overtonów gromadzone tu od stuleci.

Porcelana nie miała wielkiej wartości, ale ponieważ widziała ją od najmłodszych lat, była dla niej czymś bardzo ważnym.

– Zechce pan usiąść? – zapytała gościa.

Mężczyzna zajął miejsce, a ona usadowiła się naprzeciw.

Gdy zdejmował z kolan skórzany neseser, miała dziwne i nieprzyjemne wrażenie, iż przynosi złe wieści.

To przeczucie było tak silne, że zanim zdążył wyrzec słowo, spytała drżącym głosem:

– Dlaczego chciał się pan ze mną widzieć?

– Wydaje mi się, panno Overton, że powinienem się przedstawić – rzekł mężczyzna. – Nazywam się Lawson i jestem prawnym przedstawicielem markiza Wroxham.

Idona nie spodziewała się takiej odpowiedzi, dlatego była trochę zmieszana.

– Markiza Wroxham? – powtórzyła po nim. – Ale dlaczego markiz przysłał pana tutaj?

– Wydawało mi się – pan Lawson kontynuował wolno i pompatycznie – że zdążyła się pani już dowiedzieć, co stało się na krótko przed śmiercią pani ojca.

– A co się stało?

– Grał z markizem w karty w klubie White, jednym z klubów St. James. Tego wieczora przegrał na rzecz markiza posiadłość znaną jako Rezydencja Overtonów wraz z przylegającymi gruntami, domami i gospodarstwami, znajdującymi się na wyżej wymienionych gruntach.

Pan Lawson wyjął z nesesera jakiś dokument i przeczytał to wszystko na głos.

Zanim zdążył powiedzieć coś więcej, Idona spytała przerażonym głosem:

– Czy chce pan przez to powiedzieć, że mój ojciec... przegrał w karty... swój dom?

– Stawki były bardzo wysokie, panno Overton. Jego lordowska mość postawił w zakład pięćdziesiąt tysięcy gwinei.

– Nie mogę w to uwierzyć! – odparła Idona. – I pan... mówi... że papa przegrał?

Po raz pierwszy w głosie pana Lawsona pojawił się odcień współczucia.

– Niestety, panno Overton, dla pani to bardzo smutne, ale przegrał!

– Wszystko? Nie mogę... Nie mogę uwierzyć... że przegrał wszystko.

– Zakład został potwierdzony i musi pani zrozumieć, że wypełniam tylko swoje obowiązki, do których należy poinformowanie pani, że cała posiadłość należy teraz do jego lordowskiej mości markiza Wroxham. Co więcej, według umowy wszystkie przedmioty znajdujące się w budynku mieszkalnym i stajniach, jak również żywy inwentarz, stają się własnością markiza.

Idona wiedziała, że ojciec, zgadzając się na taki układ, miał na myśli konie, jednak trudno jej było uwierzyć, że postawiłby tak wiele na jedną kartę.

Przez głowę przemknęła jej myśl, że gdyby wygrał, tak jak miał nadzieję, pięćdziesiąt tysięcy gwinei, mogliby przez lata żyć w dostatku i luksusie.

Była to ogromna suma. Idona mogła zrozumieć, że ojca skusiła szansa wygranej, która pozwoliłaby mu na życie, jakiego zawsze pragnął. Mógłby kupować najlepsze konie i jeździć na wszystkie wyścigi, bez względu na to gdzie się odbywały. Była to jednocześnie szansa na własny dom w Londynie.

A jednak przegrał!

Po raz pierwszy przyszło jej na myśl pytanie, na które prawdopodobnie znała już odpowiedź.

Poczuła zmieszanie, ale z wahaniem zapytała:

– Czy zechce mi pan powiedzieć... czy... pojedynek, w którym mój ojciec brał udział, miał miejsce zaraz po tym... jak dowiedział się... że stracił wszystko co posiadał na rzecz... markiza Wroxham?

Jej głos drżał, gdy wymawiała te słowa. Pan Lawson spojrzał na nią, a potem odpowiedział:

– Słyszałem, panno Overton, że po wyjściu z klubu pani ojciec naubliżał jednemu z jego członków, który ma reputację doskonałego strzelca.

Idona westchnęła.

Teraz wiedziała już, że ojciec chciał umrzeć. Zobaczyła w myślach scenę pojedynku. Gdy przeciwnik wypalił z pistoletu, ojciec z rozmysłem zmienił pozycję. Zamiast stać bokiem, z bronią w lewej ręce, odwrócił się przodem.

Tak jak się spodziewał, przeciwnik nie mógł już nic uczynić, by zapobiec jego śmierci. Kula trafiła w serce, zabijając go na miejscu.

Przez dłuższą chwilę nie wyrzekła ani słowa, więc odezwał się pan Lawson:

– Mogę tylko wyrazić swój żal, panno Overton, że przynoszę pani tak smutne wieści.

– Jestem panu wdzięczna za to, że był pan ze mną szczery – odparła Idona. – Być może zechce mi pan powiedzieć, co markiz zamierza uczynić z tym domem i posiadłością?

Mówiąc to jęknęła cicho i dodała:

– Jego lordowska mość będzie zapewne wypłacał renty starym ludziom z naszej wioski?

– Na pewno sama pani stwierdzi, że jego lordowska mość jest człowiekiem hardym, ale sprawiedliwym – powiedział pan Lawson. – Jednak musi pani zrozumieć, że wygrał w karty już wiele majątków i są one często ogromnym obciążeniem.

– W takim razie dlaczego się nimi kłopocze? – spytała ostrym głosem Idona. – Na pewno zdaje sobie sprawę, że wygrywając czyjś dom, miejsce, w którym żyli czyiś przodkowie, stwarza... ogromne trudności... nie tylko temu, kto przegrywa, ale także ludziom, którzy są od niego uzależnieni i którzy mu ufają.

Głos Idony drżał pod wpływem miotających nią uczuć. Pan Lawson, czując zażenowanie, wpatrywał się w dokumenty.

– Jestem tu tylko po to, aby spełnić swój obowiązek, panno Overton. Muszę przeprowadzić inwentaryzację majątku, a więc może lepiej porozmawiałbym z zarządcą.

Nadludzkim wysiłkiem Idona powstrzymywała się od łez i po paru sekundach udało jej się powiedzieć:

– Nie ma tu zarządcy. Pod nieobecność ojca sama doglądałam majątku, który zresztą nie jest zbyt duży.

– Posiadacie trzy farmy?

– Przekazaliśmy je chłopom, którzy od lat płacą nam dzierżawę.

– Macie także wioskę.

– Nie wszystkie budynki są nasze. Do majątku należą drewniane domy i gospoda, która płaci nam niewielki czynsz. Nie są to duże pieniądze, gdyż budynek stoi daleko od drogi i w związku z tym dochody też są niewielkie.

 

Pan Lawson zanotował coś na swojej kartce, po czym zadał kolejne pytanie:

– Macie konie?

– W stajni jest ich teraz sześć, natomiast trzy źrebne klacze pasą się na pastwisku – poinformowała.

Pan Lawson notował wszystko, łącznie z liczbą psów posiadanych przez ojca. Były one już bardzo stare i tylko jeden mógł towarzyszyć mu w czasie polowań.

– Zajmijmy się teraz domem.

Idona wzięła głęboki oddech.

– Czy chce mi pan powiedzieć, że wszystkie meble mojej matki, a także jej portret, nie są już moją własnością?

– Obawiam się, że nie.

Idona ścisnęła palce starając się powstrzymać od płaczu. Chciało jej się krzyczeć, że tego już nie będzie w stanie znieść.

Wtedy jednak duma, z której nie zdawała sobie sprawy, kazała jej spokojnie zapytać:

– Spodziewam się, że moje rzeczy osobiste należą do mnie?

– Jestem pewien, że gdy porozmawia pani z jego lordowską mością, będzie on w tej sprawie wspaniałomyślny, jednak, od strony prawnej, wszystko należy do niego, również i pani.

Nastała cisza. Idona wpatrywała się w niego, a jej oczy stały się nienaturalnie duże.

Po chwili, która zdawała się trwać całą wieczność, Idona rzekła nieswoim głosem:

– Czy... Czy pan powiedział... że jestem teraz... własnością jego lordowskiej mości?

– W umowie jest zapisane – odrzekł wolno pan Lawson – że wszystkie żywe istoty należące do sir Richarda Overtona, znajdujące się w domu i poza domem, są również przedmiotem zakładu.

– W jaki sposób może się to odnosić do... istoty ludzkiej?

– Według prawa, dziecko jest własnością rodziców, chociaż, w niektórych przypadkach, z chwilą gdy owo dziecko ukończy dwadzieścia jeden lat, stan ten może się zmienić. Jest to jednak kwestia sporna.

– Nie... Nie wierzę w to! — wykrzyknęła Idona.

– Szczerze mówiąc, wątpię, czy mogłaby pani udowodnić w sądzie, iż nie jest pani własnością markiza, tak jak konie, psy i żywy inwentarz znajdujący się na farmach, które należały do pani ojca. No, chyba że jest pani przygotowana na bardzo kosztowne procesy.

Idona podniosła się z krzesła i podeszła do okna.

– Tak... Tak być nie może – stwierdziła. – W żadnym wypadku.

Stała twarzą do okna. Słońce oświetlało jej włosy sprawiając, iż wyglądały jak jasna aureola wokół małej dziewczęcej główki.

Nastąpiła chwila ciszy, zanim pan Lawson oznajmił:

– Informuję panią, jak mają się sprawy z czysto prawnego punktu widzenia, jednak spodziewam się, że markiz zrozumie pani kłopotliwą sytuację. Prawdopodobnie będzie pani mogła przekonać go i uzyskać zgodę na zamieszkanie u krewnych.

Głos pana Lawsona świadczył o braku przekonania, że taka będzie wola markiza. Wręcz odwrotnie, Idonę poraziło, iż w jego głosie więcej było nadziei niż pewności.

Odwróciła się od okna i spytała:

– Jak to się mogło stać, że mój ojciec... zrobił coś tak całkowicie i bezsprzecznie... szalonego? Jak mógł się zgodzić na zakład, który w wypadku przegranej... pozbawiał go wszystkiego... wszystkiego co posiadał?

Nie usłyszawszy odpowiedzi pana Lawsona, pytała dalej:

– Kto właściwie sformułował warunki zakładu? Nie potrafię uwierzyć, że mój ojciec był autorem tych wszystkich ustaleń.

Pan Lawson nadal milczał, więc po chwili wyjąkała:

– Proszę... Niech mi pan powie... Chcę znać prawdę.

– Wie pani, że nie byłem obecny przy tej grze – odparł pan Lawson – ale ponieważ zakład został sformułowany w taki sam sposób, jak wiele innych, którymi zajmowałem się w imieniu jego lordowskiej mości, mogę jedynie przypuszczać, że to markiz dyktował warunki.

– Wiedziałam! – wykrzyknęła Idona – Wiem, że papa nigdy nie postąpiłby w tak zły i okrutny sposób... Nie pozwoliłby na to, abym ja i wszystko... wszystko co kocham w tym domu, było stawką w tak szalonej... idiotycznej grze.

Jej głos załamał się. Ponownie odwróciła się do okna. Patrzyła na ogród i dziką, zaniedbaną, a mimo to uroczą sadzawkę. Myślała, że to bardzo podobne do ojca, iż poprzez śmierć chciał uniknąć konsekwencji swojego głupiego postępku.

Przyszedł jej na myśl uśmiech, który widziała na jego ustach. Wiedziała, że na przekór kłopotom i trudnościom, jakie niesie życie, śmiał się z tych, którym jego przegrana sprawiła radość.

– Tato, zapomniałeś, że ja tu jestem – chciało jej się krzyczeć na cały głos.

Przypomniała sobie o obecności pana Lawsona.

Odwróciła się, pragnąc jeszcze raz wyrazić swój bunt, jednak poczuła słabość, bezradność i straszliwą obawę.

– Co... Co powinnam uczynić?

Wypowiedziała te słowa szeptem, lecz on usłyszał.

Potrząsnął głową z wyrazem współczucia, ale po chwili jego spojrzenie stało się bardzo stanowcze.

– Chciałbym pani pomóc, panno Overton – powiedział. – W rzeczywistości jednak pozostaje pani tylko czekać, aż jego lordowska mość przedstawi swoje intencje co do tego konkretnego majątku.

– Czy myśli pan... że tu przyjedzie?

Wydawało jej się, że pan Lawson wzruszył ramionami.

– Szczerze mówiąc, nie wiem – odrzekł. – Zdarzało się, że gdy jego lordowska mość wchodził w posiadanie czegoś niezwykłego, co miało dla niego szczególną wartość, jak na przykład stadnina arabskich koni, którą wygrał miesiąc temu, odwiedzał to miejsce bezzwłocznie.

– A... w innych wypadkach?

– Czasem mijają miesiące, zanim zainteresuje się nową posiadłością.

– Co się stanie... z nami... do tego czasu?

– Według instrukcji jego lordowskiej mości, która dotyczy wszystkich tego typu majątków, otrzymałem odpowiednie fundusze na utrzymanie czystości i porządku w posiadłości. W imieniu jego lordowskiej mości zebrane zostaną wszystkie należne czynsze. Oczywiście, bez odpowiedniego pozwolenia nie wolno mi wydawać pieniędzy na utrzymanie gospodarstw i domów, które nie są częścią rezydencji.

Pan Lawson był znowu konkretny i zasadniczy, natomiast Idona miała wrażenie, że słyszy wyrok oznaczający ostateczny upadek domu Overtonów, wyrok, od którego nie ma odwołania.

Obserwując, jak gość wkłada papiery do nesesera, powiedziała:

– Zgodzi się pan... że troje służących, którzy pracują w domu... i ja również... musimy coś jeść... Jako że mój ojciec nie zostawił pieniędzy, a tylko... wiele długów... zastanawiam się, czy jego lordowska mość weźmie to wszystko pod uwagę.

– Podejrzewam, że jeśli jego lordowska mość wyrazi taką wolę, sprzedane zostaną niektóre sprzęty domowe i kilka koni, co pozwoli na spłatę długów pani ojca.

Idona zagryzła wargi, aby powstrzymać jęk. Wiedziała, że jedyne przedmioty nadające się do sprzedaży to meble matki i kilka – naprawdę kilka – obrazów.

– Co się tyczy utrzymania domu, pani i służących, będziecie pełnić rolę dozorców majątku aż do czasu, gdy jego lordowska mość zdecyduje się na sprzedaż lub wynajęcie rezydencji. W takim wypadku – kontynuował Lawson – otrzymacie regularną pensję na utrzymanie. Co się tyczy pani, panno Overton, mogę mieć tylko nadzieję, że jego lordowska mość przeczyta moje zalecenia i przyjedzie tu tak szybko, jak to będzie możliwe.

Sposób w jaki mówił uświadomił Idonie, że nie miał wielkich nadziei na to, iż potrafi wpłynąć na markiza.

Przypomniała sobie, że nawet będąc własnością markiza Wroxham, ciągle jeszcze jest panią i gospodynią w rezydencji Overtonów.

– Wydaje mi się, panie Lawson – rzekła – iż powinnam zaproponować panu coś do jedzenia, albo może kieliszek sherry?

– Dziękuję – odparł Lawson – lecz sama pani rozumie, iż przed powrotem do Londynu powinienem odwiedzić wszystkie trzy farmy i jak najwięcej wiejskich domów. Będę pani wdzięczny za pokazanie mi najważniejszych pokojów rezydencji. Myślę, że wystarczy, jeśli poda mi pani liczbę sypialni. Wtedy będę mógł wyjechać.

Mówiąc to podniósł się z krzesła. Idona poprowadziła go do jadalni, gabinetu ojca, który był jednocześnie biblioteką, a także do mniejszego salonu i czytelni.

Na koniec, choć trudno jej było to znieść, otworzyła drzwi do bawialni urządzonej przez matkę.

Wiedziała, że pan Lawson dostrzegł i podziwiał stojące tu cenne meble. Była pewna, że będą one pierwszą rzeczą, którą odnotuje w swoim notatniku, gdy tylko opuści ten dom.

Między oknami znajdowały się dwa przepięknie rzeźbione lustra, które zawsze dawały matce tyle radości. Przy marmurowym obramowaniu kominka wisiały miniatury przedstawiające dziadów i pradziadów ojca. Miała wrażenie, że słyszy jego słowa, które dziesięć lat temu skierował do matki.