Lord i aktoreczkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lady Grayson jęknęła stłumionym głosem, co oznaczało, że nie chce wypowiadać się na ten temat.

Donela wyśliznęła się z ramion matki.

— Czy jesteś szczęśliwa, mamo... naprawdę szczęśliwa — tak jak byłaś... z tatą? — spytała.

Matka spojrzała na nią zaskoczona pytaniem, a potem odwróciła wzrok.

Nastała niezręczna cisza.

— W porządku, mamo — odezwała się w końcu Donela — nie musisz nic mówić. Tatuś zrozumiałby mnie i nie popychał do ołtarza z mężczyzną, do którego czuję niechęć... i którego prawdopodobnie bardzo szybko... znienawidzę.

— Och, nie, kochanie, nie mów tak — błagała matka.

— To prawda, mamo. Wczoraj, w czasie lunchu, kiedy opowiadał o sobie, pomyślałam, że jest nudziarzem. Teraz, kiedy wyobrażam go sobie jako mojego męża, pragnę uciec i ukryć się!

Lady Grayson załamała ręce.

— Och, kochanie, kochanie... cóż ja mogę zrobić? Nie mogę znieść, że tak się czujesz!

Donela podeszła do okna. Znowu wyglądała na zewnątrz, ale nie widziała teraz ani blasku słońca, ani kwiatów i drzew w parku. Słyszała tylko swój głos:

— Pragnę uciec i ukryć się.

To podsunęło jej myśl — pomysł tak niesłychany, że przez chwilę trudno go było sobie wyobrazić.

Z wysiłkiem odwróciła się w stronę matki. Lady Grayson wyglądała bardzo pięknie, lecz zarazem blado. Była także dużo szczuplejsza niż wówczas, gdy Donela wyjeżdżała za granicę.

— Nie denerwuj się, mamo — powiedziała — jakoś sobie poradzę i wymyślę, co powinnam zrobić. Być może tatuś... gdziekolwiek jest... będzie mi pomagał.

Łzy napłynęły do oczu lady Grayson.

— Jestem pewna, kochanie, że będzie. On kocha cię i myśli o tobie. Zawsze był z ciebie taki dumny.

— To właśnie chciałam usłyszeć — powiedziała Donela. — Zatem na razie, mamo, zostawimy to w rękach taty. Jestem pewna, że mnie nie zawiedzie.

— Jak mógłby to zrobić, skoro tak bardzo cię kochał — odpowiedziała matka.

Rozdział 2

Donela spędziła popołudnie z matką. Czuła na sobie pytający wzrok sir Marcusa. Chociaż nie padło już ani jedno słowo o lordzie Waltinghamie, miała bolesną świadomość, że godziny mijają, a on przyjedzie jutro, aby się oświadczyć — całkowicie pewien jej zgody.

Nie mam... wyboru — pomyślała gorzko.

Wówczas znowu wróciła myśl o ucieczce. Kiedy poszła na górę, by przebrać się do obiadu, popatrzyła na swoje ubrania. Zastanawiała się, co powinna z sobą zabrać. Nie było to proste. Musiała zdecydować, jak długo miałaby pozostawać poza domem. Odpowiedź brzmiała: dopóki ojczym nie pogodzi się z jej decyzją, że nie poślubi lorda Waltinghama. Nie wierzyła, by lord Waltingham spokojnie przyjął odmowę. Był bardzo zadufany i zaślepiony własną ważnością. Z pewnością uważał, że każda kobieta, którą poprosiłby o rękę, skwapliwie skorzystałaby z takiej okazji.

Nawet myślenie o nim wywoływało u Doneli dreszcze. Choć wyglądało to na histerię, wiedziała, że wolałaby umrzeć, niż wyjść za niego za mąż. Jednak zdrowy rozsądek, który odziedziczyła po ojcu, podpowiadał, że nie ma powodu do takich dramatów. Gdyby po prostu wyjechała, zniknęła na jakiś czas, sir Marcus potraktowałby jej protest poważnie.

Zdawała sobie sprawę, że nie może zostać poza domem na zawsze, choćby z powodu trudności z zarobieniem na swoje utrzymanie. Żeby zostać guwernantką lub damą do towarzystwa, trzeba przedstawić referencje. Gdyby je sfałszowała, ktoś mógłby to odkryć. Być może zostałaby nawet aresztowana i oskarżona o fałszerstwo.

Najróżniejsze przerażające myśli przychodziły jej do głowy. A jednak była zdecydowana, że cokolwiek miałoby się stać, nie spotka się jutro z lordem Waltinghamem.

Po obiedzie znowu siadła do fortepianu. Nie grała frywolnych piosenek, jak poprzedniego wieczoru. Salon wypełniły teraz dźwięki łagodnej muzyki Chopina i Mozarta. Mimo to wciąż miała wrażenie, że sir Marcus patrzy na nią z urazą. Z pewnością uważał, że muzyka przeszkadza mu w rozmowie.

O dziesiątej Donela pożegnała się i poszła na górę. Odesłała pokojówkę i sama poradziła sobie ze zdjęciem wieczorowej sukni. Gdy wieszała ją w garderobie, spostrzegła leżącą na spodzie torbę podróżną. Kupiła ją w ostatniej chwili we Florencji, ponieważ w kufrze nie starczyło miejsca na książki. Torba była wielka, pojemna, a jednocześnie wygodna do niesienia.

Jakby ojciec czuwał nad nią i kierował jej myślami, wiedziała od razu, że będzie to bagaż podróżny.

Wybrała sukienkę, którą zamierzała włożyć — ładną, lecz nie tak wyszukaną, by wzbudzała komentarze. Była w kolorze głębokiego błękitu i miała krótki aksamitny żakiet. Harmonizował z nią mały elegancki kapelusik, doskonale prezentujący się na jej pięknych włosach.

To rozwiązywało jeden problem. Teraz musiała zdecydować, co powinna zapakować. Ponieważ zbliżało się lato, włożyła do torby dwie lekkie muślinowe sukienki, a po chwili dodała jeszcze jedną, z białego cieniusieńkiego jedwabiu, którą mogłaby wkładać wieczorem. Zajęły one stosunkowo mało miejsca. Nawet kiedy wsunęła do środka dwie delikatne nocne koszule i muślinowy negliż, zmieściły się jeszcze: para pantofli, szczotka do włosów, grzebień i pudełko szpilek do włosów. Kilka dodatków, jak chusteczki do nosa, gąbkę i szczoteczkę do zębów położyła na wierzchu.

Była pewna, że w nocy przypomni sobie jeszcze o innych absolutnie niezbędnych rzeczach.

Teraz musiała zająć się pieniędzmi. Niewiele zostało jej z podróży do domu. Ojczym przysłał hojny czek, więc dała napiwek służącym w szkole i tragarzom na stacji kolejowej.

— Potrzebuję dużo więcej — powiedziała do siebie. — Wówczas przypomniała sobie, że matka zawsze trzyma pieniądze w torebce. — Rano poproszę ją o niewielką kwotę — zdecydowała.

Gdy rozebrała się i położyła do łóżka, pomyślała, że ojczym będzie bardzo zły, gdy dowie się o jej wyjeździe. Ale ojciec na pewno uważałby, że postępuje słusznie.

— Musisz zawsze podążać za swoją gwiazdą — powiedział kiedyś.

Spojrzała na niego pytająco, a on wyjaśnił:

— Kiedy jestem na mostku kapitańskim, patrzę w niebo i wiem, że jest tam gwiazda, która jest moim przewodnikiem, na której mogę polegać.

— I twoja gwiazda mówi ci, co masz robić, tatusiu? spytała Donela.

— Jestem pewien, że myśli, które pojawiają się w moim umyśle, pochodzą od kogoś mądrzejszego ode mnie — odparł kapitan.

Donela zawsze o tym pamiętała. Gdy patrzyła w niebo, zastanawiała się, która z tysięcy mrugających w górze gwiazd jest jej gwiazdą.

Będę podążać za moją gwiazdą, tatusiu — powiedziała teraz w duchu — ale ty... musisz mi pomóc.

Donela obudziła się wcześnie, zanim ją zawołano. Ubrała się w wybraną wczoraj sukienkę, nie wkładając jeszcze żakietu ani kapelusza. Czekała aż sir Marcus opuści pokój matki i przejdzie do swojego. Był rannym ptaszkiem. Wiedziała, że najpierw odwiedzi stajnie, by pojeździć konno albo przed śniadaniem doglądać koni.

Odczekała trochę, na wypadek gdyby przed zejściem na dół wrócił, by zobaczyć się z matką. Kiedy upewniła się, że wyszedł, poszła korytarzem do pokoju matki.

Lady Grayson leżała jeszcze w łóżku. Na widok Doneli uśmiechnęła się z zadowoleniem.

— Jestem leniwa, kochanie — powiedziała. — Ale mam lekki ból głowy, pomyślałam więc, że odpocznę przed lunchem.

— To bardzo rozsądnie z twojej strony, mamo — odpowiedziała całując ją Donela. — Przyszłam, aby poprosić cię o trochę pieniędzy.

— Pieniędzy? — zdziwiła się matka.

— Chcę pojechać do wsi po nową szpicrutę. Jeśli nie uda mi się jej tam kupić, być może będę musiała pojechać do St. Albans. — Przerwała, lecz zanim matka zdążyła się odezwać, dodała: — Nie chcę prosić... ojczyma o nic więcej, niż otrzymałam od niego... dotychczas.

— Nie, oczywiście, że nie — zgodziła się lady Grayson. — Znajdziesz pod dostatkiem pieniędzy w mojej torebce. Weź, ile chcesz.

Podeszła do komody, gdzie, jak wiedziała, matka trzymała torebkę. Otworzyła ją i zauważyła w niej więcej pieniędzy niż się spodziewała. Nie mówiąc nic, wzięła prawie wszystko.

— Dziękuję ci — rzekła wsuwając je do kieszeni.

Podeszła do łóżka i ucałowała matkę serdecznie.

— Dbaj o siebie, mamusiu — powiedziała — i nie przemęczaj się.

— Postaram się — odrzekła lady Grayson — ale wiesz, że twój ojczym nie lubi robić niczego beze mnie, a ostatnio odbyliśmy sporo długich podróży, które bardzo mnie wyczerpały.

Donela ucałowała ją ponownie.

— Kocham cię, mamusiu — powiedziała.

— I ja cię kocham, najdroższa — odparła matka. Wydawało się, że chciała jeszcze coś powiedzieć, ale rozmyśliła się, jakby uznała to za niewłaściwe. Ponieważ Donela w żadnym wypadku nie życzyła sobie rozmowy o lordzie Waltinghamie, pospiesznie opuściła sypialnię matki. Dopiero kiedy doszła do swojego pokoju, otarła łzy z oczu. Tak długo przebywała z dala od matki, że teraz było jej niezwykle ciężko znowu ją opuszczać.

— Będzie bardzo zaniepokojona — powiedziała do siebie. I pomyślała, że może to właśnie przekona sir Marcusa do powtórnego przemyślenia swojej decyzji.

Napisała już list, który zamierzała zostawić. Leżał w jej torebce, do której wsunęła pieniądze od matki. Włożyła kapelusz oraz krótki, aksamitny żakiet i wzięła do ręki torbę podróżną.

Bocznymi schodami, znajdującymi się najbliżej stajni, zeszła na dół, modląc się, aby sir Marcus był teraz na swojej porannej przejażdżce. Nie chciała, żeby jąpytał, dokąd się wybiera. Jej modlitwy zostały wysłuchane. Kiedy szła ścieżką prowadzącą z domu na dziedziniec przy stajni, ujrzała go w oddali. Jechał w kierunku pola, gdzie mógł swobodnie galopować.

 

Kazała przygotować zaprzężony w kucyka dwukołowy powozik, używany przez matkę do niedalekich podróży.

Kucyk, który go ciągnął, był w rzeczywistości małym konikiem, młodym i całkiem szybkim. Wyprowadzono go z przegrody i ustawiono pomiędzy dyszlami.

Donela zapowiedziała, że weźmie z sobą Bena — jednego z młodszych, a zarazem, jak uważała, najgłupszych stajennych, który pracował tu jeszcze przed jej wyjazdem za granicę. Doskonale opiekował się końmi, lecz rozmawianie z ludźmi sprawiało mu ogromną trudność.

Dotarli zatem do wioski w całkowitym milczeniu. Donela nie miała zamiaru zatrzymywać się przy nielicznych sklepach, w których można było zaopatrzyć się we wszystko. Jechała dalej, aż do głównej drogi biegnącej przez okolice Hertfordshire.

Na pierwszym skrzyżowaniu zatrzymała powóz i powiedziała do Bena:

— Mam się tutaj spotkać z kilkoma przyjaciółmi. Nie ma potrzeby, abyś czekał. Wracaj do domu i przekaż ten liścik z zastrzeżeniem, że ma zostać dostarczony Jaśnie Pani.

Ben nie okazał zdziwienia tym poleceniem. Wziął liścik i wepchnął go do kieszeni płaszcza. Donela wręczyła mu lejce, a on zawrócił konia. Odjeżdżając nie powiedział ani słowa, zaledwie się ukłonił.

Donela uniosła rękę. Obserwowała kucyka i powóz, dopóki nie zniknęły jej z oczu. Potem spojrzała wzdłuż drogi w oczekiwaniu na dyliżans. Powinien przyjechać z jednej lub z drugiej strony. Nie miała określonego celu ani kierunku podróży, wolała zdać się na przeznaczenie. Jeśli będzie jechał do Londynu, pojedzie w tę stronę. Jeśli nadjedzie z przeciwka, wówczas uwierzy, że była to droga wybrana przez jej gwiazdę.

Obawiała się jedynie, czy dyliżans nie minął już tego miejsca. Gdyby przyszło jej czekać zbyt długo, ojczym zdążyłby wyruszyć na poszukiwanie. Już zaczęła się modlić, aby tak się nie stało, gdy w oddali ujrzała chmurę kurzu zbliżającą się od strony Londynu.

Kilka sekund później była już pewna, że nie jest to przypadkowy podróżny, lecz nadjeżdżający dyliżans. Zbliżał się coraz bardziej. Był to nowy, świeżo pomalowany pojazd ciągnięty przez cztery konie. Ponieważ dzień był ładny, słoneczny, sporo mężczyzn podróżowało na imperiale 2 .

To oznacza — pomyślała Donela z nadzieją — że w środku powinno być sporo wolnego miejsca.

Kiedy powóz był już całkiem blisko, pomachała ręką. Stangret zatrzymał konie. Zarządzający dyliżansem, trzymając w ręce długi mosiężny róg, zszedł na dół otworzyć drzwi.

— Nie ma pani bagażu? — zapytał uprzejmie.

— To wszystko, co mam — odparła Donela podnosząc torbę podróżną.

Wziął od niej torbę i wepchnął na półkę nad tylnym siedzeniem dyliżansu. Potem usunął się na bok, aby Donela mogła wejść do środka. Z ulgą spostrzegła, że nie jest zatłoczony.

W jednym kącie siedziała wyglądająca na chłopkę stara kobieta. Trzymała obok siebie koszyk, w którym znajdowały się jajka i dwa oskubane kurczaki.

W drugim rogu, naprzeciwko niej siedziały dwie niezwykle piękne, choć jaskrawo ubrane młode dziewczęta. Towarzyszył im mężczyzna, również ubrany zbyt strojnie jak na prowincję. Gdy zdał sobie sprawę, że ze względu na brak miejsca Donela musiałaby siedzieć tyłem do koni, zaproponował:

— Pozwoli pani, że odstąpię swoje miejsce. Jestem przekonany, że będzie tu pani wygodniej.

— To bardzo uprzejmie z pana strony! — zawołała Donela.

Mężczyzna przesiadł się, a zarządzający dyliżansem zapytał:

— W porządku, to dokąd pani życzy?

Donela niemal zapomniała, że musi zapłacić za przejazd.

— Nie jestem pewna — odparła — jaka jest pańska stacja docelowa?

— Ostatni przystanek przed Oksfordem będzie Little Fording.

Donela zawahała się. Poczuła się trochę przerażona na myśl o przyjeździe do Oksfordu późnym popołudniem. Nie miałaby pojęcia, dokąd się udać ani gdzie się zatrzymać.

— Little Fording, dokąd właśnie jedziemy — odezwała się jedna z dziewcząt — jak doszły mnie słuchy, jest strasznie ładne.

— A zatem tam właśnie jadę — powiedziała Donela.

Zniecierpliwiony zarządca dyliżansu, chcąc ruszyć w dalszą drogę, poprosił ją o trzy szylingi, zatrzasnął drzwi i wskoczył na kozioł obok stangreta. Kiedy ruszali, zadął w róg.

Donela usadowiła się wygodniej na swoim miejscu w kącie powozu. Miała świadomość, że mężczyzna siedzący naprzeciwko wpatruje się w nią z nie skrywanym zachwytem. Teraz, kiedy mogła mu się bliżej przyjrzeć, stwierdziła, że był naprawdę przesadnie wystrojony. Miał na sobie obcisłą marynarkę, podkreślającą szerokie ramiona, która — o czym Donela była przekonana — musiała być wywatowana. Szpilka w krawacie błyszczała w świetle słonecznym, wpadającym przez okno, a w butonierce tkwił żółty goździk. Stroju dopełniały spodnie w krzykliwą kratę i cylinder, leżący nad jej głową, obok torby podróżnej.

— Mamy przed sobą daleką drogę — rozpoczął konwersację.

— O której godzinie spodziewa się pan przybyć na miejsce? — spytała Donela.

— Na czas, żebyśmy zdążyły się ubrać — powiedziała druga z dziewcząt siedzących obok niej — a mogę panią zapewnić, że to zabiera dużo czasu.

Donela spojrzała na nią zaskoczona. Sądząc jednak z wyglądu obu młodych kobiet, musiało to rzeczywiście zabierać mnóstwo czasu i starań. Kapelusze przystrojone miały piórami, a suknie w jaskrawych kolorach — jedna w ostrym odcieniu różu, druga jasnobłękitna — przepasane satynowymi szarfami, ozdobione koronkami wokół szyi i przy rękawach, na brzegach spódnic zaś obfitością falbanek.

Jakby czytała w myślach Doneli, zastanawiającej się, kim też one mogą być, jedna z dziewcząt powiedziała chichocząc:

— To prawda! Jedziemy z Londynu i troszkę nie pasujemy do tych wszystkich żywopłotów i rzep.

Nadała temu tak zabawne brzmienie, że Donela nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

Mężczyzna siedzący naprzeciwko włączył się do rozmowy:

— Sądzę, madame, że powinniśmy się przedstawić. Nie przypuszczam, aby pani o mnie słyszała — nazywam się Basil Banks.

— Obawiam się, że nie słyszałam — odparła Donela. — Dopiero niedawno wróciłam do Anglii, ponad rok bawiłam za granicą.

— No tak, to wszystko wyjaśnia — powiedział. — W Londynie najważniejsze osoby słyszały o „Basilu Banksie i Jego Trzech Pięknościach”.

— Dzisiaj tylko dwóch — poprawiła jedna z dziewcząt.

— Jak to słusznie zauważyłaś — zgodził się Basil Banks — tylko dwóch. I mam jedynie nadzieję, że Jego Lordowska Mość się nie rozgniewa.

— Jeśli nawet się rozgniewa, to i tak nic na to nie poradzimy — powiedziała młoda kobieta. — Milly ze swoją gorączką i tym jej wykasływaniem płuc do niczego by się nie nadawała.

Ponieważ Donela sprawiała wrażenie zdezorientowanej, Basil Banks pospieszył z wyjaśnieniem:

— Milly jest moją trzecią „Pięknością”. Kiedy dzisiaj poszliśmy po nią, wyglądała naprawdę kiepsko, więc musieliśmy ją po prostu zostawić.

— Co będziecie robić? — spytała Donela.

— Prezentujemy piosenki i taniec — wyjaśnił Banks — i mogę panią zapewnić, że jesteśmy wielką atrakcją w supper rooms Evansa.

Spostrzegł, że Donela nigdy nie słyszała o tym miejscu, wyjął więc z kieszeni ulotkę i wręczając ją Doneli wyjaśnił:

— Tu zobaczy pani, gdzie występowaliśmy przez cały miesiąc. Jeśli byłaby pani kiedyś w Londynie, to jestem pewien, że sprawiłoby pani przyjemność nie tylko jedzenie, ale i rozrywki.

— On ma rację — wtrąciła dziewczyna siedząca obok Doneli. — Wszyscy mówią, że to najlepsze supper rooms w mieście, a my jesteśmy najlepszym zespołem w całym Covent Garden.

Basil Banks uśmiechnął się.

— To prawda — powiedział z dumą. — A oto Kitty — nagradzana oklaskami, od których ściany drżą, a obok niej, po drugiej stronie — Daisy.

Donela uśmiechnęła się do obu dziewcząt.

— A czy moglibyśmy mieć zaszczyt dowiedzieć się, z kim rozmawiamy?

— Oczywiście — odpowiedziała — nazywam się Donela Colwyn.

Zastanowiła się, czy nie było błędem podanie swojego prawdziwego nazwiska. Potem pomyślała, że raczej mało prawdopodobne, aby ojczym szukał jej w dyliżansie. Gdyby jednak wypytywał o nią, zarządzający dyliżansem nie miał pojęcia kim jest, a pan Banks i jego „Piękności” bez wątpienia wrócą po swoim występie do Londynu.

Spojrzała na ulotkę, którą podał jej Banks, i przeczytała:

SUPPER ROOMS EVANSA

COVENT GARDEN

. . . . . . . .

WYBÓR

I SŁOWA

MADRYGAŁÓW, PIEŚNI, CHÓRÓW,

PIOSENEK ETC

ŚPIEWANYCH KAŻDEGO WIECZORU

W POWYŻSZYM SUPPER ROOMS

POCZĄTEK PUNKTUALNIE O ÓSMEJ

ŚPIEWACZKI

SOPRANISTKI

KABARET

BASIL BANKS I JEGO TRZY PIĘKNOŚCI

Oddając ulotkę powiedziała:

— To brzmi ekscytująco. Chętnie obejrzałabym wasz występ.

— Ja także chciałbym, aby mogła go pani obejrzeć — powiedział pan Banks. Szkoda, że nie jest pani gościem Jego Lordowskiej Mości.

— Kim on jest? — spytała Donela.

Ogarnął ją nagle strach, że na skutek jakiegoś kaprysu losu, choć było to nieprawdopodobne, usłyszy nazwisko lorda Waltinghama.

Odetchnęła z ulgą, kiedy powiedział:

— Lord Huntingford.

Donela nigdy o nim nie słyszała. Ponieważ uspokoiło ją, że nie był to lord Waltingham, spytała:

— Czy to bardzo ważny człowiek?

Basil Banks uśmiechnął się:

— Jego Lordowska Mość urządza dzisiaj w swojej posiadłości wyścigi przełajowe i wieczorem wydaje uroczysty obiad, podczas którego mamy być główną atrakcją.

Doneli wydawało się to dość dziwne, ale wzbudziło jej zainteresowanie.

— Występujecie w sali jadalnej — spytała — czy też w specjalnym teatrze?

— Przypuszczam, a właściwie jestem pewien — odparł Basil Banks — że będzie to w jadalni. Niektórzy dżentelmeni wznoszą małą estradę na końcu sali i ozdabiają ją kwiatami, podczas gdy u innych występujemy, że tak powiem, po prostu na podłodze.

— Czy trudno jest — spytała Donela — występować przed tak nieliczną publicznością?

— Och, nie ma w tym nic trudnego — powiedział Basil Banks wyniośle. — Bywaliśmy już w najróżniejszych domach, ale dom lorda Huntingforda jest wyjątkowy.

— Dlaczego? — zapytała Donela.

— Nigdy pani o nim nie słyszała?

Donela potrząsnęła głową.

— Otóż ma on kilka bardzo dobrych koni. Wygrał derby i złoty puchar w Ascot, a ja zarobiłem grosze!

— To lepsze niż stracić — wtrąciła Kitty — zwłaszcza kiedy głodujesz, bo jesteś spłukany.

— Posłuchaj, to nieuczciwe mówić... — zaczął Basil Banks. Wówczas zdał sobie sprawę, że ona się z nim drażni, i dokończył: — Zamknij się! Opowiadam tej pani o lordzie i żałuję, że nie może go zobaczyć.

— Weźmy ją z sobą — zaproponowała Daisy — zawsze możesz powiedzieć, że ona jest trzecią „Pięknością”.

Basil Banks utkwił w niej wzrok, po czym zawołał:

To niezły pomysł! Ale wątpię, by panna Colwyn uznała to za komplement.

— Dlaczego by nie? — zaprotestowała Kitty. — Ona nie jest taka jak te nadęte sztywniaki, żeby miała patrzeć na nas z góry. — Odwróciła się w stronę Doneli. — No, jesteś, kochaniutka?

— Mam nadzieję, że nie — powiedziała Donela — ale nie jestem pewna, co pani ma na myśli mówiąc „nadęte sztywniaki”.

— Powiem ci — odpowiedziała Kitty. — Kiedy jeździmy w niektóre miejsca, żeby pokazać nasz występ, to — chociaż nie ma tam żadnych dam — zarządca, kucharz i wszyscy służący zachowują się tak, jakbyśmy byli brudem na ich podeszwach!

Donela zrozumiała. Wiedziała, jak pruderyjni i purytańscy byli starzy służący w domu jej ojczyma. Spojrzeliby na róż i pomadkę na twarzach Kitty i Daisy i powiedzieli, że nie są lepsze, niż na to zasługują.

Zdała sobie sprawę, że Kitty czeka na jej odpowiedź, więc powiedziała po chwili:

— Obawiam się, że w wielu krajach aktorki wywołują zgorszenie.

— To prawda — zgodził się Basil Banks — ale ja zawsze powtarzam, że potrzebne są wszystkie gatunki, by istniał świat, a my powinniśmy żyć i pozwolić żyć innym.

— Ma pan rację — odparła Donela. — Mój ojciec, który był marynarzem, nigdy nie był krytyczny wobec cudzoziemców, jak potrafią to robić niektórzy Anglicy. — Uśmiechnęła się i ciągnęła: — Często mówił: — Oni mają swoje zwyczaje, a my mamy swoje i raczej powinniśmy szanować, niż wyśmiewać wszystko co robią.

Basil Banks klasnął w ręce.

— Racja! — powiedział — i jestem pewny, panno Colwyn, że nie uważa nas pani za kogoś spoza nawiasu społeczeństwa, lecz za istoty ludzkie, jak wszyscy inni.

 

— Naturalnie, że tak — uśmiechnęła się Donela. — Sukces, jaki osiągnęliście, oraz brawa, które otrzymujecie, a także zaproszenie od lorda do zabawiania jego gości, świadczą o waszych zdolnościach.

— Takich rzeczy słucham z przyjemnościąpochwalił Basil Banks — a wy, dziewczynki?

— Jasne, że tak — zgodnie odpowiedziały Kitty i Daisy. — A skoro już rozdajemy komplementy — dodała Kitty — uważam, że panna Colwyn jest naprawdę piękna. Nigdy nie widziałam tak cudownych włosów.

— Dziękuję! — powiedziała Donela.

— Skoro ona j edzie do Little Fording — wtrąciła Daisy — nie rozumiem, dlaczego nie może pojechać z nami do zamku i obejrzeć z boku naszego występu. W końcu Jego Lordowska Mość spodziewa się trzech dziewcząt!

Mówiła, jakby rozwiązywała skomplikowane zadanie.

Basil Banks wyrzucił ręce przed siebie.

— No, proszę — jakim powodzeniem cieszy się pani u moich dziewcząt! — powiedział do Doneli. — Chcą, żeby zobaczyła pani, jakie są zdolne.

Donela miała zamiar coś mruknąć, lecz on kontynuował:

— Ale domyślam się, że w Little Fording będą na panią czekać przyjaciele.

— Prawdę powiedziawszy nigdy przedtem nie słyszałam o tej wiosce — odpowiedziała Donela. — Może moglibyście mi powiedzieć, czy jest tam jakiś cichy zajazd, w którym mogłabym przenocować.

Basil Banks wpatrywał się w nią.

— Czy chce pani powiedzieć, że jest pani sama i nikt się panią nie opiekuje?

— Obawiam się, że tak — odparła Donela — ale dam sobie radę.

— Lepiej bądź ostrożna — ostrzegła Kitty. — Nigdy nie wiadomo, co można znaleźć w tych zapadłych dziurach. W Londynie nie jest najlepiej, ale na wsi jest tak cicho, że słowo daję, skóra mi cierpnie.

Basil Banks nadal patrzył na Donelę.

— Jest pani bardzo piękna, panno Colwyn — powiedział po chwili — a to niezwykłe, aby piękna kobieta wędrowała samotnie.

Donela nagle poczuła strach. Ucieczka wydawała się taka łatwa. Istotnie, nie pomyślała o nieznajomych, których mogła napotkać po drodze, pozwalających sobie na poufałość do osoby, która podróżowała samotnie, bez opieki.

— Ja... ja jestem pewna, że dam sobie radę — powiedziała odważnie. — W wiosce, w której mieszkałam w Worcestershire, znajdowała się bardzo przyjemna gospoda, prowadzona przez parę starszych ludzi. Oni nie pozwoliliby w tym miejscu na żadne awantury.

— Mogłaby pani mieć szczęście albo nie powiedział Basil Banks. — Kilka dni temu wszedłem do gospody we wsi. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Co tam się działo! Wszyscy byli pijani jak szewcy i okradali się nawzajem. Wyszedłem stamtąd szybciej niż wszedłem.

Donela otworzyła szeroko oczy. Nigdy nie sądziła, że coś takiego mogło się zdarzyć. Wyobrażała sobie, że znajdzie miejsce takie jak „Zielony Smok”, gdzie stary pan Hitchin od dziecka okazywał jej wiele szacunku, a jego żona obdarowywała ją słoikami pikli domowej roboty, aby zaniosła je matce.

Pocieszyła się myślą, że jeśli Little Fording będzie hałaśliwe i nieprzyjemne, pojedzie gdzie indziej.

Spojrzała na Basila Banksa, który uważnie ją obserwował. Musiał odgadnąć, o czym myślała, bo pochylił się do przodu i powiedział:

— Jeśli naprawdę jest pani sama, panno Colwyn, dlaczego nie pojedzie pani z nami? Zostajemy tylko na jedną noc, jutro rano wracamy do Londynu. Nikt nie będzie zadawał pytań, jeśli przyjadę, jak oczekiwano, z trzema dziewczętami.

— Jeśli przyjedziesz z dwiema — zauważyła Kitty — będziesz musiał się tłumaczyć, dlaczego nie ma z nami Milly. U Evansa mówią, że Jego Lordowska Mość zawsze spodziewa się dostać to, czego chce, i będzie bardzo niemiły, jeśli tego nie dostanie.

— Ja też o tym słyszałem — powiedział Banks — ale Jego Lordowska Mość zawsze zachowywał się w stosunku do mnie jak dżentelmen.

— Kiedyś jest ten pierwszy raz — ostrzegła Daisy.

— Dobrze już, dobrze! — odpowiedział. — Z tego wszystkiego wynika, panno Colwyn, że byłbym poważnie zobowiązany, gdyby pani z nami pojechała i uchroniła mnie przed koniecznością odpowiadania na bardzo niewygodne pytania.

— Naprawdę nie rozumiem, dlaczego Jego Lordowska Mość miałby winić pana za to, że jedna z dziewcząt zachorowała — powiedziała Donela niespokojnie.

Basil Banks zaśmiał się.

— Nie wie pani, jacy są ci utytułowani ludzie! — odpowiedział. — Spodziewają się otrzymać to, za co płacą, i nie słuchają żadnych usprawiedliwień.

— Uważam, że to niesprawiedliwe! — powiedziała Donela.

— Kiedy pracuje się za pieniadze, nie istnieje problem sprawiedliwości. Albo dostarczasz towar, albo nie dostajesz zapłaty.

— Czy naprawdę sugeruje pan, że lord Huntingford mógłby odmówić zapłacenia panu tego, co obiecał, jeśli jedna z pańskich dziewcząt byłaby zbyt chora, by występować? — zapytała Donela.

— Być może tak, być może nie — odpowiedział Banks. — Z pewnością nie będzie zachwycony, jeśli wszystko zaplanował, a potem dowiaduje się, że ma braki w ludziach, że tak powiem.

— No, dalej! — prosiła Kitty. — Bądź równą dziewczyną i jedź z nami! Jesteś bardzo ładna i kiedy będziesz ucharakteryzowana jak Milly, nikt się nie domyśli, że to nie ona. Niby jak mieliby się domyślić?

— To prawda — zgodził się Basil Banks. — Powinienem też wyjaśnić, panno Colwyn, żemoje dziewczęta noszą peruki, więc naprawdę wyglądają podobnie. — Uśmiechnął się i dodał: — Kiedy planowałem występ, myślałem żeby nazwać go „Basil Banks i Trzy Siostry”. Potem ktoś zasugerował, że „Piękności” bardziej pasowałyby do mojego nazwiska.

— Czy to oznacza, że wszystkie pańskie dziewczęta są ubrane tak samo?

— Och, one mają kilka przebrań — odparł. — Nie przypuszczam, by jakimś szczęśliwym trafem umiała pani śpiewać?

Donela zawahała się.

— Brałam lekcje śpiewu — powiedziała. — W szkole robiłyśmy konkursy.

— Jakiego rodzaju? — spytał Basil Banks.

Donela wyjaśniła, jak grały i śpiewały popularne w ich krajach piosenki i jak ostatniego roku zdobyła nagrodę, ponieważ matka przysłała jej najpopularniejsze piosenki musicalowe.

— Nie mogę w to uwierzyć! — zawołał. — To zbyt piękne, by było prawdziwe! No to proszę mi tylko powiedzieć, panno Colwyn, co pani im śpiewała?

Donela przypomniała sobie, że śpiewała „Szampański Charlie” i „Leszek Orzeszek”, ale najbardziej podobała się piosenka „Głos w ciemności”.

— Cóż, mogę tylko powiedzieć, że bogowie mi sprzyjają! — wykrzyknął Basil Banks. — Z pani wyglądem, w kostiumie Milly rzuci pani publiczność na kolana.

— Jeszcze mnie pan nie słyszał — odpowiedziała Donela.

— Idę o zakład bez ryzyka, że będzie pani nadzwyczajnym wydarzeniem.

— Jasne, że będzie — przyłączyła się Kitty. — I jest taka śliczna — dużo ładniejsza od Milly.

— Widzę to — odrzekł Basil Banks — ale będzie musiała być tak uprzejma, by pozwolić trochę się umalować. Dżentelmeni mogą być skrępowani obecnością damy.

Nastąpiła chwila ciszy, po czym Donela zapytała:

— Ale... dlaczego miałoby ich to... krępować?

— Ponieważ to jest wieczór kawalerski — tylko dżentelmeni, panno Colwyn — odpowiedział — a dżentelmeni, zwłaszcza po całym dniu spędzonym w siodle, lubią pójść gdzieś, gdzie nie będzie potępiających ich matek i żon, przypominających im o odpowiednim zachowaniu!

— Chce pan powiedzieć, że lord wydaje przyjęcie... tylko dla mężczyzn? — spytała Donela.

Banks zawahał się, zanim odpowiedział:

— Oczywiście, czasami na te okazje panowie przyprowadzają swoje przyjaciółki.

Mówił z pewnym zakłopotaniem, jakby nie chciał niczego więcej wyjaśniać. Donela uznała za stosowne nie nalegać. Wydawało się to dziwne, ale myślała tylko o tym, że gdyby pojechała z tymi miłymi ludźmi, przynajmniej nie musiałaby się martwić o nocleg. Znalezienie pokoju we wsi, gdzie nikogo nie znała, mogło okazać się trudne.

Teraz wiedziała, że uciekając, nie przemyślała wszystkiego należycie. Nie zastanowiła się również, co zrobi z sobą, kiedy już się ukryje. Gdyby przystała na propozycję pana Banksa i została na noc u lorda, zyskałaby przynajmniej czas do rana na rozważenie swojej sytuacji oraz podjęcie decyzji, gdzie ma się potem udać.

— Pojadędo wsi i przyjrzę się jej — powiedziała do siebie. — Wówczas, jeśli gospoda okaże się brudna i pełna hałaśliwych mieszkańców, będę mogła pojechać do Oksfordu lub do innej wioski, gdzie sprawy mają się lepiej.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?