Klątwa klanuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Klątwa klanu

Najpiękniejsze miłości

Saga

Klątwa klanuTytuł oryginału: The Curse of the Clan Przełożyła: E. Kay Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1977, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711771433

1. Wydanie w formie e-booka, 2021

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

Wizyta państwowa Króla Jerzego IV w Edynburgu, zorganizowana przez sir Waltera Scotta w 1822 roku, okazała się niebywałym sukcesem.

Istnieje portret pędzla sir Davida Wilkiego, przedstawiający króla w pełnym galowym stroju górali szkockich i królewskim tartanie Stewartów. Tak monarcha pojawił się na przyjęciu w pałacu Holyrood.

Chociaż Jego Królewska Mość, który uwielbiał się stroić, był swym wyglądem zachwycony, otoczenie uznało, iż rajtuzy cielistej barwy włożone przezeń do kiltu stanowiły raczej pocieszny widok.

Mój opis uroczystości na cześć króla, które miały miejsce w szkockiej stolicy, jest oparty na faktach, zaczerpniętych z książki wydanej w Edynburgu tego samego roku.

ROZDZIAŁ 1

1822

Jak to miło znowu pana u nas widzieć, panie Falkirk.

— Dawno tu nie byłem, pani Barrowfield — niech pomyślę — co najmniej sześć lat.

— Dokładnie mówiąc, minęło siedem od czasu, gdy ostatnio gościł pan u nas. Ale, jak zawsze powtarzam, nigdy nie zapominam twarzy ani przyjaciela, a pana zawsze uważałam za przyjaciela, panie Falkirk.

— Czuję się zaszczycony, szanowna pani.

Szkot lekko skłonił się przed postawną, niechlujną kobietą, potem odchrząknął, jakby zamierzał przejść do rzeczy, i powiedział:

— Zapewne zastanawia się pani, co mnie tu dzisiaj sprowadziło.

— A owszem, głowiłam się nad tym. — Pani Barrowfield zaśmiała się w odpowiedzi. — Nie podejrzewam, że przybył pan dla moich pięknych oczu. Ale uczcijmy to.

Co rzekłszy, podniosła się ze starego, trzeszczącego fotela przy kominku i ruszyła przez pokój w kierunku kredensu.

Otworzyła go i wydobyła butelkę porto oraz dwa kieliszki, które ustawiła na okrągłej tacy i przyniosła na stoliczek obok gościa. Ten spojrzał z obawą na chwiejny mebel.

Pokój, w którym siedzieli wyglądał ubogo, jego umeblowanie stanowiło zaledwie kilka sprzętów, a ściany rozpaczliwie domagały się odnowienia. Jednak porozstawiane wszędzie tanie drobiazgi, które tak lubią zbierać kobiety w średnim wieku, buzujący na kominku ogień stwarzały pozory przytulności.

— Czy zechce pan odegrać rolę gospodarza? — zapytała pani Barrowfield z lekką kokieterią.

Uniósł butelkę porto, spojrzał niepewnie na etykietkę i nalał pani Barrowfield pełen kieliszek, sobie zaś nieco więcej niż ćwierć.

— Bardzo pan wstrzemięźliwy — zauważyła gospodyni.

— Na moim stanowisku trzeźwy umysł jest rzeczą niezbędną — odparł pan Falkirk.

— Oczywiście, rozumiem — przyznała pani Barrowfield. — Jak się miewa Jego Wysokość książę?

Pan Falkirk milczał chwilę, zanim odpowiedział:

— Jestem tutaj właśnie z rozkazu księcia.

— Z rozkazu księcia? — pani Barrowfield uniosła brwi. — Miałam nadzieję, że przybywa pan na łaskawe polecenie Jej Wysokości księżnej.

Pan Falkirk sprawiał wrażenie zaskoczonego, więc pani Barrowfield wyjaśniła:

— Matka księcia, księżna Anna, bardzo się interesowała sierocińcem, co pan z pewnością pamięta. Zawsze przysyłano nam indyki na Boże Narodzenie i rzadko zdarzał się rok, w którym nie otrzymałabym dodatkowych funduszy na ulepszenia. Lecz gdy zmarła, wszystko się skończyło.

— Muszę przyznać, że jej wsparcie dla sierocińca umknęło mojej uwagi — zauważył pan Falkirk.

— Tak też pomyślałam — odparła pani Barrowfield z lekką naganą w głosie. — Ale miałam nadzieję, że tradycję podtrzyma młoda księżna.

Pani Barrowfiełd pociągnęła następny łyk porto i dodała:

— Przecież wszystko zostało w rodzinie, nieprawdaż? Sierociniec powstał, gdy księżna Harriet, babka Jego Wysokości, dowiedziała się, że jedna z dziewek kuchennych jest w odmiennym stanie i zamiast wyrzucić ją na śnieg, założyła Sierociniec Bezimiennych.

Zachichotała.

— Przed wojną to były czasy, proszę pana, pieniędzy było w bród i ludzie byli hojni.

Pan Falkirk potrząsnął głową.

— Sądzę, że pani wie, iż teraz nie jest tak łatwo.

— Nie musi mi pan tego mówić — odparła ostro pani Barrowfield. — Oszczędzam, jak mogę, oglądam każdy grosz, a i tak trzeba ciągle zaciskać pasa. Sierociniec ma takie same wpływy jak kiedyś, ale ceny rosną. Za żywność trzeba teraz płacić dwa razy tyle, co za moich młodych lat.

— To na pewno prawda — mruknął Szkot.

— Gdy mnie tu przyjęto do pomocy przełożonej, miałam piętnaście lat i już trzy lata pracowałam w innym sierocińcu. Myślałam, że pnę się w górę. — Pani Barrowfield zaśmiała się chrapliwie. — Zapewniam pana, panie Falkirk, że nie miałam zamiaru spędzić tutaj reszty swoich dni, ale tu trafiłam i teraz jestem tu przełożoną, i muszę sobie radzić sama, albo prawie sama, ponieważ nie stać nas na żadną pomoc.

— Nie miałem pojęcia, że jest aż tak źle — powiedział pan Falkirk. — Dlaczego Rada sierocińca nie zawiadomiła księcia?

—Oni! — wykrzyknęła gniewnie pani Barrowfield. — Albo powymierali, albo wcale ich to nie interesuje!

Spostrzegła zaskoczenie malujące się na twarzy gościa i wyjaśniła:

— Pułkownik McNab umarł trzy lata temu, pan Cameron choruje i ma prawie osiemdziesiąt lat, lord Hirchington mieszka na wsi i nie widziałam go na oczy ani nie miałam od niego znaku życia, od kiedy umarła Jej Wysokość.

— Mogę tylko obiecać — odparł pan Falkirk — że przedstawię waszą sytuację księciu, jak tylko wrócę do Szkocji.

— Byłabym panu bardzo wdzięczna — powiedziała pani Barrowfield innym tonem. — Czy pan wie, ile dzieci mam tu w tej chwili?

Pan Falkirk potrząsnął głową.

— Trzydzieścioro dziewięcioro! — krzyknęła pani Barrowfield. — Trzydzieścioro dziewięcioro i właściwie zajmuję się nimi sama. To niedobrze, bardzo niedobrze! Starzeję się. Nie jest mi już tak łatwo jak niegdyś.

Dopiła duszkiem resztę porto i sięgnęła po butelkę.

Patrząc na jej czerwoną twarz, podpuchnięte oczy i dwa czy trzy dodatkowe podbródki, które pojawiły się od czasu ich poprzedniego spotkania, pan Falkirk odgadł, że pani Barrowfield musi się często pocieszać — jeśli nie tanim porto, którym on nie zamierzał rujnować sobie żołądka, to prawdopodobnie ginem, który według niego całkiem słusznie nazwano „upadkiem matek”.

Lecz żadnej z tych myśli nie zdradziła jego spokojna twarz, gdy siedział w fotelu naprzeciwko przełożonej i myślał, że najwyższy czas wyłuszczyć powód swojej wizyty.

Pan Falkirk był wysokim dobrze zbudowanym mężczyzną, wybitnie przystojnym w czasach swej młodości. Z włosami siwiejącymi na skroniach i ze szczupłą figurą, bez grama zbędnego tłuszczu wyglądał niezwykle dystyngowanie. A jako zarządca księcia Arkcraig wzbudzał ogromny podziw.

— Z pewnością przedstawię pani kłopoty Jego Wysokości — powtórzył. — Ale przyjechałem tu, aby poprosić panią…

Nie mógł dokończyć, gdyż pani Barrowfield przerwała mu:

— Niech pan powie Jego Wysokości, że tracimy nasze dobre imię, bowiem nie jesteśmy w stanie dostarczać silnych i zdrowych czeladników, tak jak się tego od nas oczekuje. Zaledwie tydzień temu przyszedł do mnie właściciel kilku szwalni i powiedział: „Chcę od pani dwóch najlepszych chłopców, pani Barrowfield, a nie takich anemicznych pokurczów, jakich mi pani dała w zeszłym roku”.

„A co się stało z chłopcami, których panu przysłałam w zeszłym roku?” — pytam.

„Bóg raczy wiedzieć!” — on na to. „Wiecznie było toto chore i biadolące. Do niczego. Odprawiłem ich — i to bez referencji!”

Pan Falkirk przybrał poważny wyraz twarzy.

— Proszę pani, takie przypadki rzeczywiście nie powinny się zdarzać w sierocińcu, który jest pod patronatem rodziny Jego Wysokości od ponad trzydziestu lat.

— To właśnie próbuję panu powiedzieć, panie Falkirk — rzekła pani Barrowfield. —Można by rzec, że psuje to reputację Jego Wysokości, a chociaż żyjecie tak daleko stąd, żywimy ogromny szacunek dla Szkocji i szkockiej szlachty.

— Dziękuję, pani Barrowfield.

— Dlatego miałam nadzieję — kontynuowała pani Barrowfield — że przekona pan nową księżną, aby do nas przyjechała.

— Księżna nie żyje!

— Nie żyje?

Pani Barrowfield rozwarła usta ze zdumienia i pan Falkirk pomyślał, że bardzo przypomina zdumionego indyka.

— Nie żyje — powiedział cicho. — Jej Wysokość umarła kilka tygodni temu we Francji.

— No nie! Zamurowało mnie! Przecież dopiero niedawno stanęła u ołtarza. Zaraz, niech pomyślę... przecież ona i Jego Wysokość pobrali się może rok temu, nie więcej!

— Dziesięć miesięcy, dokładnie mówiąc — powiedział sucho pan Falkirk.

— A teraz biedaczka odeszła do swego Stwórcy! Co za strata, naprawdę taka strata! A ja nawet jej nie widziałam.

Zaległa cisza. Pan Falkirk, jakby obawiał się, że pani Barrowfield zasypie go pytaniami, powiedział szybko:

 

— Jego Wysokość pojechał na północ, a mi rozkazał, abym przywiózł ze sobą jedną z pani sierot, gdy będę wracał.

— Moją sierotkę?! — wykrzyknęła pani Barrowfield. — Sądzę, że Jego Wysokość chce chłopca do pracy w kuchni albo w spiżarni. Niech pomyślę...

— Nie. Nie takie instrukcje otrzymałem od Jego Wysokości — przerwał pan Falkirk. — Potrzebuję dziewczęcia, ale dziewczęcia, które skończyło szesnasty rok.

— Szesnasty rok! Pan żartuje! — prychnęła pani Barrowfield. — Wie pan równie dobrze jak i ja, panie Falkirk, że nie trzymamy tutaj nikogo dłużej niż do dwunastego roku życia, a jeżeli można, to jeszcze krócej. — Zawahała się, a potem dodała: — I chociaż może sama nie powinnam tego mówić, nasze dziewczęta są znane ze swoich dobrych manier. Przynajmniej wiedzą, jak odzywać się z szacunkiem do starszych i lepszych od siebie, czego nie można powiedzieć o większości dzisiejszej młodzieży.

— Rzeczywiście to prawda — przytaknął pan Falkirk. — Lecz Jego Wysokość był przekonany, że znajdzie się u pani takie dziewczę, jakiego potrzebuje.

— Księżna Harriet zawsze dawała mi do zrozumienia, że na wasze potrzeby wystarcza wam młodzież Szkocji — powiedziała pani Barrowfield. — Jej Wysokość raz wzięła ode mnie dwójkę dziewcząt, gdy przebywała w rezydencji w Londynie. Wierzę, że była z nich bardzo zadowolona.

Uśmiechnęła się z ogromnym samozadowoleniem i ciągnęła:

— Wiele lat później jedna z nich przyszła mnie odwiedzić. Wyszła za mąż za lokaja. Ładna była, bestyjka. Zawsze uważałam, że uda się jej wydać za mąż, jeśli trafi się mężczyzna, który przymknie oczy na jej niefortunne pochodzenie.

— Czy jest pani absolutnie pewna, że nie ma tu żadnego dziewczęcia w odpowiednim wieku? — naciskał pan Falkirk.

— W zupełności! — odparła pani Barrowfield. — Mamy tu przeważnie bardzo małe dzieci. I tylko niebiosa wiedzą, jak trudno się nimi opiekować. Nie mam pojęcia, co zrobiłabym bez Tary!

— Tara? — zapytał pan Falkirk. — Czy to ta, która otworzyła mi drzwi?

— Ta właśnie. Ona opiekuje się maluchami. Zawsze powtarzam, że je rozpuszcza, ale trudno oczekiwać rozsądku u kogoś młodego. — Pani Barrowfield znowu zaśmiała się głośno. — Inaczej było za czasów starej przełożonej. Uważała, że najlepszym sposobem na uspokojenie dzieci są rózgi. Czy były dobre, złe czy nijakie, biła wszystkie i, muszę przyznać, czasami myślę, że jej metody były lepsze od moich. Za dobra jestem — cały mój kłopot.

— Jestem pewien, że to, iż jest pani litościwa dla tych nieszczęśliwych dzieci, przemawia na pani korzyść, pani Barrowfield — powiedział pan Falkirk. — Lecz wróćmy do Tary.

— Mówiłam właśnie... — zaczęła pani Barrowfield i urwała. — Chyba nie chce pan powiedzieć... pan nie zamierza...

Z hukiem odstawiła pusty kielich na stół.

— O nie, szanowny panie, nie pozwolę, i tyle! Nie zabierze mi pan Tary! W całym tym domu tylko na niej mogę polegać. Kogo mam jeszcze do pomocy? Parę roztrzęsionych staruch, które nie znajdą pracy nigdzie indziej i które sprawiają mi więcej kłopotu, niż są tego warte, a jeszcze muszę im płacić. Niech pan bierze którekolwiek dziecko, wszystkie nawet, jeśli to panu odpowiada, ale nie Tarę!

— Ile ona ma łat? — zapytał pan Falkirk.

— Niech pomyślę... blisko osiemnaście, jak sądzę. Tak, właśnie tyle. Znalazła się tutaj w tysiąc osiemset czwartym, w rok po tym, jak ten diabeł Napoleon znowu zaczął wojnę. Pamiętam, bo zima była straszna i ceny żywności skoczyły. Cena węgla dwukrotnie!

— Więc Tara ma prawie osiemnaście lat — powiedział pan Falkirk. — Obawiam się, pani Barrowfield, że jeśli nie ma pani nikogo innego, będę musiał zastosować się do rozkazu Jego Wysokości i zabrać ją ze sobą do Szkocji.

— Po moim trupie! — wybuchnęła pani Barrowfield. — Nie pozwolę, panie Falkirk. Nie pozwolę, by pozostawiono mnie z trzydziestoma dziewięcioma rozwrzeszczanymi, rozbrykanymi dzieciakami, z których większość nie potrafi nawet o siebie zadbać.

Gwałtownie wciągnęła powietrze, a jej twarz stała się purpurowa, aż obserwujący ją Szkot zaczął się obawiać, że przełożona dostanie wylewu.

— Jeżeli odejdzie Tara, odejdę i ja. I co pan na to?

Usiadła, jakby nie mogła ustać na nogach, i zaczęła wachlować się kawałkiem papieru podniesionym ze stolika.

— Przykro mi, że panią zdenerwowałem, pani Barrowfield — powiedział pan Falkirk — lecz wie pani równie dobrze jak ja, że muszę postępować zgodnie z życzeniami Jego Wysokości.

— To niesprawiedliwe! — odparła pani Barrowfield głosem nabrzmiałym od powstrzymywanych łez. — To niesprawiedliwe! Pomiatają mną i wykorzystują mnie, i nikogo nie obchodzi mój los! Jego Wysokość ma pełno dziewcząt w Szkocji i nie musi zabierać jedynej, która się do czegokolwiek nadaje w sierocińcu założonym przez jego zmarłą babkę.

Głos pani Barrowfield niebezpiecznie się załamał, więc pan Falkirk czym prędzej nalał następny kieliszek porto i włożył go jej do ręki. Wzięła go z wdzięcznością, wypiła połowę jednym haustem i opadła na oparcie fotela, łapiąc oddech i usiłując odzyskać panowanie nad sobą.

— Mogę pani przyrzec jedno — powiedział pan Falkirk cicho — pozostawię pani tyle pieniędzy, aby wystarczyło na zatrudnienie lepszej pomocnicy niż ta, którą ma pani teraz, i obiecuję, że jak tylko powrócę do Szkocji, nakłonię księcia do przekazania większej sumy na potrzeby sierocińca.

Odniósł wrażenie, iż jego słowa uspokoiły nieco panią Barrowfield, choć nadal patrzyła się bezmyślnie w ogień, ciężko dysząc.

— Czy mogłaby mi pani powiedzieć coś więcej o tym dziewczęciu? — zapytał pan Falkirk. — Czy ma jakieś nazwisko?

— Nazwisko? — powtórzyła ironicznie pani Barrowfield. — Czyżby pan zapomniał, panie Falkirk? To jest Sierociniec Bezimiennych. Oczywiście, że nie ma nazwiska, tak jak i cała reszta tych nieszczęsnych stworzeń, które wciska mi się każdego dnia, tydzień po tygodniu.

Odsapnęła i ciągnęła dalej.

— „Mam następnego bękarcika dla pani” — powiedział mi doktor Harland w zeszłym tygodniu. A ja na to: „Więc niech go pan sobie zatrzyma. Dla myszy nie znajdę miejsca, nie mówiąc już o dziecku”.

„No, pani Barrowfield” — odparł. „Jest pani dobrą kobietą i chyba nie chciałaby pani widzieć, jak ten ludzki drobiazg kończy w rzece”.

„Nic mnie to nie obchodzi, gdzie skończy — odrzekłam — ale nie zostanie u mnie i niczym mnie pan nie przekona, doktorze, nie zmienię zdania”.

— Zabrał to dziecko? — zapytał pan Falkirk.

— Nie, dołączyło do reszty — odpowiedziała pani Barrowfield znużonym głosem. — Wydawało mi się, że go przekonałam, iż nie mamy miejsca, ale Tara stwierdziła, że dziecko może dzielić łóżeczko z innym podrzutkiem i jakoś je upchnęła. Powiedziałam jej potem, że jest głupia i tylko dodaje sobie roboty.

— Nie robiło jej to różnicy?

— Dla mnie to była różnica! — odrzekła ostro pani Barrowfield. — To ja muszę martwić się o następną gębę do nakarmienia, gdy nie mam nawet pensa, by zapłacić za to żarcie, które pochłaniają. „Wiecie, co żrecie?” — ciągle powtarzam starszym. „Pył złoty!” Ale one wiecznie jęczą, że są głodne.

Pan Falkirk wyjął portfel z wewnętrznej kieszeni dobrze skrojonego podróżnego płaszcza.

Wyciągnął z niego kilka banknotów i położył je na stole przed panią Barrowfield.

— Oto dwadzieścia funtów — powiedział. — Mają pani wystarczyć tylko do czasu, gdy powrócę do Szkocji i zajmę się zabezpieczeniem waszej przyszłości.

Zobaczył błysk zachłanności w oczach kobiety i zastanowił się, jaką część pieniędzy przeznaczy na żywność dla sierot, a jaką na alkohol. Tłumaczył sobie jednak, że w danej chwili nie ma innego wyjścia, jak spróbować uspokoić niechlujną, starą pijaczkę.

— Zanim pani pośle po Tarę, czy mogłaby mi pani powiedzieć, co o niej wie?

— Naprawdę zamierza pan ją zabrać?

— Przykro mi, pani Barrowfield, muszę to zrobić, chyba że ma pani inne dziewczę w odpowiednim wieku.

Pani Barrowfield uczyniła gest pełen bezradności i powiedziała naburmuszonym tonem:

— Co pan chce wiedzieć?

— Chcę znać dokładną datę jej przybycia. Przypuszczam, że prowadzi pani księgi?

Zobaczył, że przymrużyła oczy, i zrozumiał, iż jeśli w ogóle miała jakiekolwiek księgi, to z pewnością wpisy w nich nie były prowadzone na bieżąco i niewiele można będzie się z nich dowiedzieć.

Szybko, jakby po to, aby odwrócić jego uwagę, pani Barrowfield powiedziała:

— Przypadkiem Tara różni się od innych dzieci. Urodziła się tutaj. Tu, w tym budynku.

— Jak to się stało?

— Nie dziw, że pan pyta. Było to w lecie tysiąc osiemset czwartego roku, nieco późniejszą porą, niż mamy teraz, na początku lipca, jak mi się wydaje. Siedziałam tu, gdzie teraz siedzę, gdy usłyszałam walenie do drzwi wejściowych — takie, że mogłoby obudzić umarłego. Skoczyłam na nogi — byłam o wiele młodsza i mogłam się szybciej ruszać — i poleciałam zobaczyć o co te hałasy. — Pani Barrowfield urwała, by dokończyć porto, po czym ciągnęła dalej: — Na zewnątrz był niemały tłumek. Dwóch mężczyzn podtrzymywało kobietę, która albo była nieprzytomna, albo nie żyła.

— Co się stało? — zapytał pan Falkirk.

— Wydarzył się wypadek, na ulicy potrącił ją powóz. Wpadła pod koła, ale woźnica nie zatrzymał się i pojechał dalej. — Pani Barrowfield znacząco wyciągnęła kieliszek i pan Falkirk ponownie go napełnił. — Tak to jest z tymi woźnicami. Są aroganccy, nie liczą się z nikim, nie obchodzi ich, czy komu się co złego nie stało.

— Niech pani mówi dalej — rzekł błagalnie pan Falkirk.

— Cóż, wnieśli tę kobietę do środka, a ja posłałam chłopca po doktora. Mieszkał trzy przecznice stąd. Nazywał się doktor Webber, w tamtych czasach opiekował się sierocińcem. Niesympatyczny człowiek, nigdy mi się nie podobał!

— A co z tą kobietą? — zapytał pan Falkirk, usiłując zapobiec dygresjom pani Barrowfield.

— Myślałam, że nie żyje — powiedziała pani Barrowfield — ale zanim przyszedł doktor, zaczęła jęczeć i stękać, aż wreszcie ku mojemu zdumieniu zrozumiałam, że rodzi!

— Nie zauważyła pani, że była ciężarna?

— Mówiąc szczerze, nie — wyznała pani Barrowfield. — Może w tamtych czasach nie byłam tak spostrzegawcza jak teraz. Miała na sobie luźną suknię, a ponieważ była szczupła, nie widać było tego po niej tak, jak byłoby widać po grubszej kobiecie.

— I co się stało? — niecierpliwił się pan Falkirk.

— Doktor dotarł po dobrych kilku godzinach. Nie mogli go znaleźć, czy też nie chciał przyjść. Bóg wie, jaki tam miał powód. Ale ja zrobiłam, co mogłam, i dziecko prawie przyszło na świat, zanim on się zjawił. — W tonie pani Barrowfield słychać było pogardę, gdy dodała: — Całą rzecz potraktował bezceremonialnie. Wie pan, jacy są lekarze, gdy nie wyniuchają sowitej zapłaty. W każdym razie przyjął poród i narobił niezłego zamieszania.

Pani Barrowfield w zamyśleniu piła porto, jakby spoglądała w przeszłość.

— Nigdy przedtem nie byłam obecna przy porodzie. Poczułam się jednocześnie wstrząśnięta i zawstydzona. Widzi pan, nigdy nie miałam własnych dzieci, nigdy nawet nie byłam zamężna.

Pan Falkirk nie skomentował tej wypowiedzi. Przypomniało mu się, że do przełożonej sierocińca zwyczajowo zwracano się „pani”, bez względu na jej stan cywilny.

— W każdym razie — ciągnęła pani Barrowfield — doktor położył dziecko i powiedział: „To przeżyje, jeśli się pani tym zaopiekuje, ale matka umarła!”

— Nie mógł jej uratować?

— Moim zdaniem, nawet nie próbował — pani Barrowfield pociągnęła nosem — a dopiero gdy popatrzyłam na matkę, zanim przyszli ją zabrać, uświadomiłam sobie, jak była młoda i jak inna, niż można się było spodziewać.

— Jak to inna? — zapytał pan Falkirk.

— Cóż, gdyby nie to, że nikt się nie interesował jej zniknięciem — najwyraźniej nikogo nie obchodziło, czy ona żyje, czy nie — powiedziałabym, że to dama. Naprawdę, wyglądała na osobę dobrze urodzoną. Ładniutka, rudowłosa, z białą cerą, ubrana w rzeczy, które musiały kosztować niezły grosz, bez wątpienia.

— Niczego pani nie zachowała?

Pani Barrowfield potrząsnęła głową.

— Nic się nie utrzyma w tym domu. W zimie, gdy jest chłodno, dzieci powykradają wszystko, jej halki zaś, jeżli je w ogóle miała — w tamtych czasach nie były modne — zapewnie podarliśmy na bandaże. Te małe hultaje wiecznie krwawią z różnych części ciała.

— Nie miała przy sobie nic szczególnego, nic, po czym można by było ustalić jej pochodzenie?

— O ile wiem, doktor próbował się czegoś dowiedzieć — odparła pani Barrowfield. — Moim zdaniem, chciał odzyskać swoje honorarium. Powiedział mi, że pytał się, czy w sąsiedztwie nie zgłoszono żadnego zaginięcia, ale nikt nie przyszedł tu szukać dziecka, więc przypuszczam, że niczego nie wskórał.

 

— Dlaczego nazwała ją pani Tara?

— Właśnie miałam to panu powiedzieć — odparła pani Barrowfield. — Pytał pan, czy ta kobieta miała przy sobie coś charakterystycznego? Nic, nawet torebki, choć gdyby miała, to zapewne ukradziono by ją w tym zamieszaniu.

Pani Barrowfield urwała dla lepszego efektu, po czym kontynuowała:

— Mogę panu powiedzieć, że jednej rzeczy na pewno nie miała, obrączki! Może to nie był przypadek, że przyszła do odpowiedniego miejsca ze swoim bezimiennym dzieckiem.

— Dlaczego dała pani dziecku imię Tara?

— Właśnie miałam to panu powiedzieć — odrzekła pani Barrowfield. — Nieboszczka miała na szyi medalion! Zapewne pan pomyśli, że jestem sentymentalna, ale zatrzymałam go. Gdybym miała choć odrobinę zdrowego rozsądku, sprzedałabym go, bo w czasach gdy brakowało nam jedzenia, przydałby się nawet szyling czy dwa.

— Czy mogę zobaczyć ten medalion? — poprosił pan Falkirk.

Jeżeli zdenerwowała go gadatliwość pani Barrowfield i jej ciągłe dygresje, nie pokazywał tego po sobie. Miał zupełnie beznamiętny wyraz twarzy, gdy wstała niepewnie na nogi, aby ponownie podejść do kredensu, z którego wcześniej wyjęła butelkę porto.

Była to tania, źle sklecona nadstawka kredensowa, ustawiona na stole z dwoma szufladami. Pani Barrowfield wyciągnęła jedną z nich. Ze swego miejsca pan Falkirk mógł dostrzec, że wypełniały ją rachunki, zwitek pogniecionej wstążki, grzebyki do włosów, ścinki materiału oraz różne drobiazgi, które prawdopodobnie miały niewiele znaczenia i jeszcze mniej wartości.

Pani Barrowfield grzebała w głębi szuflady, aż wreszcie znalazła małe puzderko na biżuterię. Trzymając je w ręce wróciła do pana Falkirka.

— Tu właśnie przechowuję moje skarby — powiedziała śmiejąc się paskudnie. — Nietrudno sobie wyobrazić, że niewiele ich mam, ale gdybym je zostawiła gdzieś na wierzchu, te małe diabły zaraz by się do nich dobrały.

Usiadła z powrotem w fotelu i postawiła otwarte puzderko na swoich tłustych udach. Pan Falkirk dostrzegł, że zawierało garść błękitnych paciorków, które kiedyś stanowić musiały naszyjnik. Była tam także broszka z urwanym zapięciem, tanie bransoletki z rodzaju tych, które można kupić za kilka pensów na każdym bazarze oraz kawałek uschniętej jemioły — zapewne pamiątka z młodości pani Barrowfield, chociaż trudno było sobie wyobrazić, że ta kobieta mogła przeżyć coś romantycznego.

— O proszę! — wykrzyknęła.

Pogmerała w paciorkach i wydobyła spod nich niewielki medalion na łańcuszku.

— To biedaczka miała na szyi — powiedziała, podając go panu Falkirkowi.

Był złoty, ale nie najwyższej próby, i prawdopodobnie nie kosztował wiele. Na wieczku miał wygrawerowane słowo „Tara”, a gdy go otworzył, znalazł wewnątrz pasmo ciemnobrązowych włosów.

— Widzi pan, jaka jestem uczciwa! — stwierdziła pani Barrowfield. — Jak już panu mówiłam, panie Falkirk, kto inny na pewno by to sprzedał, lecz ja zawsze myślałam, że może pewnego dnia się przyda i proszę, zainteresował pana.

— Rzeczywiście mnie zainteresował, pani Barrowfield — powiedział pan Falkirk. — Z pewnością zrozumie pani, że chciałbym go zabrać ze sobą.

— Trudno mi sobie wyobrazić, żeby Jego Wrysokość był zainteresowany taką błyskotką — zdziwiła się pani Barrowfield. — Dlaczego chce zabrać dziewczynę do Szkocji? Jeszcze mi pan tego nie powiedział.

— Mówiąc szczerze, sam nie wiem, pani Barrowfield — odparł pan Falkirk. — Wykonuję tylko zadanie, które powierzył mi Jego Wysokość książę, zanim wyjechał na północ.

— To bardzo dziwne — oznajmiła pani Barrowfield.

Pan Falkirk zgadzał się z nią w zupełności, ale nie miał zamiaru jej tego przyznać.

— Czy teraz — ciągnął swym cichym głosem — mogłaby pani posłać po Tarę. Chciałbym ją poznać.

— Kiedy ją pan zabierze? — zapytała pani Barrowfield.

W jej głosie pojawił się ostry ton, lecz gdy odstawiwszy puzderko na stół podniosła banknoty, pan Falkirk uznał, że stanowiły one całkiem odpowiednie pocieszenie.

— Wyjeżdżam dziś po południu — odrzekł. — Mogę zajechać po Tarę po drodze z Arkcraig House.

— Będzie jechała z panem w powozie?

— Nie ma innej możliwości podróżowania na północ, a ponieważ nie sądzę, aby miała duże bagaże, nie będzie nam ciasno.

— Bagaże! Owszem, niewiele ich będzie miała! — parsknęła pani Barrowfield.

— Gdybym tylko mógł ją zobaczyć, zanim wyjdę. — prosił pan Falkirk, wstając.

Lecz pani Barrowfield nie ruszyła się z fotela.

— Trochę mi słabo po tych niedobrych wieściach, które mi pan przywiózł — powiedziała. — Niech pan podejdzie do drzwi i zawoła ją po imieniu. Usłyszy.

Pan Falkirk wiedział, że słabość pani Barrowfield była skutkiem nadużycia alkoholu. Dlatego też nie protestował, ale podszedł do drzwi, otworzył je i znalazł się w ponurym i brzydkim holu. Ze sprzętów stał tam jedynie, sosnowy stolik, na którym zostawił kapelusz, i twarde krzesło, gdzie położył pelerynę.

Zewsząd dobiegały dźwięki krzykliwych głosów, a z pierwszego piętra, na które prowadziły nie przykryte chodnikiem schody, dochodził płacz małych dzieci.

Instynktownie wyczuł, że znajdzie Tarę przy płaczących dzieciach. Powoli wszedł na schody, trzymając się brudnej i popękanej poręczy. Wreszcie stanął na piętrze.

Sierociniec był budynkiem jednopiętrowym. Wykonano go ściśle według wskazówek księżnej Harriet, a w czasach w których powstał, służył jako wzór tego typu instytucji. Lecz pan Falkirk uświadomił sobie, że trzydzieści lat, które upłynęło od tego czasu, nie tylko spowodowało, że budynek przestał być nowoczesny. Mijające lata wycisnęły swoje piętno również na jego wnętrzu.

Pomyślał, że prawdopodobnie najpoważniejsze szkody powstały w ciągu kilku ostatnich lat. Powybijane okna, które zabito deskami zamiast wymienić w nich szyby, klepki w podłodze, na które było niebezpiecznie nastąpić, drzwi, które zwisały na zawiasach, ponieważ brakowało w nich zamków.

Objął to wszystko spojrzeniem. Otworzył drzwi, zza których dobiegały hałasy, i znalazł się w długiej sypialni, cuchnącej brudem, nie mytymi dziećmi i różnymi innymi rzeczami, o których wolał nawet nie myśleć. Po obu stronach długiego pokoju stały w rzędzie łóżka. Niektóre dzieci leżały w nich, płacząc rozdzierająco, inne szamotały się ze sobą, wrzeszcząc przy tym. Panu Falkirkowi wydało się, że są bardzo nieodpowiednio ubrane.

Po przeciwnej stronie pokoju, trzymając w ramionach malutkie niemowlę, stała ta sama dziewczyna, która wpuściła go do budynku. Miała na sobie szarą kretonową sukienkę z białym kołnierzykiem oraz ciasno przylegający do głowyszary czepek — mundurek wybrany przez księżną Harriet dla jej sierot. Rzeczywiście był bardzo skromny, obwieszczał wszem wobec, że nosząca go osoba żyje z łaski.

Przemierzając sypialnię pan Falkirk spostrzegł, że wszystkie dzieci szamocące się w łóżkach mają krótko przystrzyżone włosy i znowu przypomniało mu się, że to następny punkt regulaminu dla tych, którzy dostąpili łaski opieki w Sierocińcu Bezimiennych. Kiedy podszedł do Tary, wstała z drewnianego zydelka, na którym siedziała i, wciąż trzymając na ręku niemowlę, grzecznie dygnęła.

Pan Falkirk przyjrzał się jej po raz pierwszy. Jest bardzo chuda, pomyślał, tak chuda, iż może to być tylko wynikiem niedożywienia. Gdy zwróciła ku niemu twarz, kości jej podbródka wyostrzyły się. Miała ogromne ciemnoniebieskie oczy, otoczone frędzlami gęstych rzęs, które zdawały się złotawe przy powiekach, lecz niemal dramatycznie ciemniały na wywiniętych ku górze końcach.

Pan Falkirk pomyślał, że takie oczy mogły być niezwykle pociągające, ale nie u dziewczyny tak żałośnie chudej, z zapadłymi policzkami, na których ostro rysowały się kości, nadając jej wygląd nieopierzonego pisklęcia.

— Chciałbym z tobą porozmawiać, Taro — powiedział.

Spojrzała na niego zaskoczona. Potem, głosem niespodziewanie miękkim i śpiewnym, powiedziała do dzieci:

— Cicho, kochane, mamy gościa, który ma życzenie ze mną mówić. Jeżeli wrócicie do łóżek w zupełnej ciszy, obiecuję, że opowiem wam bajkę, jak tylko sobie pójdzie.