DiablicaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

DiablicaTytuł oryginału: Punishment of a Vixen Przełożyła: Lena Milewska Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1977, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711770856

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od Autorki

W 1903 roku Francuzi zajęli Colomb-Bechar w południowym Maroku, a w rok później Bergnent. W 1905 roku Niemcy wysłali flotę do Tangeru, co stało się przyczyną konfliktu francusko-niemieckiego. Zwołano konferencję w Hiszpanii, w której wzięli udział przedstawiciele trzydziestu państw. Uznano wówczas niepodległość Maroka, zachowując dla Francji i częściowo Hiszpanii uprzywilejowane pozycje.

W 1912 roku oddano Maroko pod protektorat Francji, zniesiony dopiero w roku 1956, kiedy to sułtan Mohammed V podpisał traktat o niezależności swego kraju.

W 1960 roku Agadir, słynny kurort wypoczynkowy, nawiedziło trzęsienie ziemi. W piętnaście sekund miasto zostało zniszczone i zginęło dwadzieścia dwa tysiące osób.

Tafraout, miasto położone w przepięknej dolinie Ammeln, jest nadal okryte tajemnicą jak przed wiekami. Pod koniec lat trzydziestych inżynierowie francuscy z trudem wytyczyli krętą drogę do miasta. Sacheverell Sitwell, który w tym czasie odwiedził Tafraout, był nim tak zachwycony, że uznał je za jedno z trzech najpiękniejszych miejsc w Afryce. Przypuszczał, że był pierwszym Anglosasem, który zobaczył to piękne miasto.

Rozdział 1

Rok 1903

Odkryty powóz zaprzężony w dwa konie zatrzymał się przed drzwiami willi. Wysiadł z niego dżentelmen.

Gdy płacił woźnicy, który przywiózł go tu ze stacji kolejowej Cannes, usłyszał dźwięki muzyki dochodzącej z głębi domu. Zauważył, ze ogród był udekorowany chińskimi lampionami.

Miał tylko jedną skórzaną walizkę. Natychmiast pojawił się lokaj i wniósł ją do holu.

Woźnica zasalutował dziękując za szczodry napiwek i odjechał. Mężczyzna stał przez chwilę na stopniach patrząc w dal, gdzie między wysokimi cyprysami połyskiwało w świetle księżyca Morze Śródziemne.

Widok był przepiękny, a muzyka w tle stwarzała romantyczną atmosferę. Po chwili odwrócił się i wszedł do domu. W holu czekał na niego kamerdyner.

— Dobry wieczór, panie Tyronie — przywitał się z dostojnym uśmiechem. — Oczekiwaliśmy pana wczoraj, sir.

— Tak, wiem, Ronaldsonie — rzekł przybysz. — Pociąg ze Wschodu spóźnił się jak zwykle. Przybył do Paryża zbyt późno, bym mógł złapać połączenie.

— Jaśnie pani będzie niezmiernie rada, ze dotarł pan bezpiecznie.

— Nie zawiadamiaj jej, dopóki nie umyję się i nie przebiorę — rzekł Tyrone Strome. — Zauważyłem, że wydaje przyjęcie.

— Tak, panie Tyronie, obiad i potańcówka dla młodzieży. — Głos kamerdynera wyrażał niemal pogardę.

Tyrone Strome roześmiał się. Doskonale wiedział, że Ronaldson, od wielu już lat związany z rodziną jego siostry, nie pochwalał tego rodzaju „nieoficjalnych uroczystości”.

— Pokaż mi, gdzie będę spał — rzucił. — Podróżuję bez bagażu, wątpię więc, czy znajdę coś na tyle wytwornego, by pójść na przyjęcie.

— Wiedząc, sir, że bez wątpienia zabawi pan u jaśnie pani — odparł Ronaldson — zabrałem z Londynu komplet pańskich ubrań wieczorowych.

Tyrone Strome uśmiechnął się.

— Jestem ci Ronaldsonie niezmiernie wdzięczny, za to, że tak wspaniale dbasz o mnie. Życzyłbym sobie jedynie, bym mógł zabierać cię ze sobą w podróże.

— Niech Bóg broni, panie Tyronie! — wykrzyknął kamerdyner. — Gdybym był młodszy, pański tryb życia pociągałby mnie niezmiernie, lecz w moim wieku nie myśli się już o przygodach.

Tyrone Strome zaśmiał się cicho i podążył za Ronaldsonem, który wolno i dostojnie szedł korytarzem na parterze willi mijając po drodze kilka salonów.

Wiedział, że będzie zajmował te same pokoje, które zawsze przypadały mu w udziale, gdy bawił u siostry.

Dni jego przyjazdu oraz wyjazdu były jednak zawsze tak nie sprecyzowane, że nie liczył na jakieś szczególne traktowanie. Wiedział jednak, że Ronaldson byłby niepocieszony, gdyby nie ulokował go w odpowiednim apartamencie.

Pokoje, do których w końcu dotarli, zostały niegdyś dobudowane do willi i połączone z nią długim, krytym przejściem.

Poprzednim właścicielem był literat, który potrzebował do pracy spokoju i odosobnienia. Wybudował więc sobie coś, co było, praktycznie rzecz biorąc, małym domkiem wypoczynkowym.

Domek zbudowany był na skraju wąwozu, z jego okien rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na morze i wybrzeże.

Wzniesiona na wzgórzu willa lady Merrill położona była niezwykle malowniczo, lecz ten mały dobudowany domek, do którego jej brat przyjeżdżał jak do swojego własnego domu, położony był chyba jeszcze piękniej niż sama willa.

— Wszystko przygotowano dla pana, sir Tyronie — oznajmił z satysfakcją kamerdyner. — Wysłałem też lokaja, aby rozpakował pańską walizkę. Jest wprawdzie Francuzem, lecz dobrze wykonuje swoje obowiązki.

— Dziękuję ci, Ronaldsonie. W porcie cumuje mój jacht. Mam na nim trochę rzeczy, po które mogę posłać.

— Sądzę, sir, że na dzisiejszy wieczór znajdzie pan wszystko co potrzeba.

— Jestem o tym przekonany.

Mówiąc to Tyrone Strome wszedł na wąskie schody prowadzące z salonu gościnnego do sypialni.

Wszedł do przytulnego pokoju, umeblowanego na biało. Na krześle leżały już przygotowane frak i wykrochmalona koszula.

Skrzywił się, myśląc, jak będzie mu w tym niewygodnie, szczególnie po trzech ostatnich miesiącach, gdy nosił tylko luźne stroje. Czas ten spędził na Wschodzie podróżując incognito. Pod obcym nazwiskiem wypełniał tajną i niebezpieczną misję dyplomatyczną.

Z Paryża wysłał raport, którego przygotowanie zajęło mu prawie całą noc. Wiedział, że pewne osobistości w Londynie będą nad wyraz rade z tego, co udało mu się osiągnąć.

Tyrone Strome był człowiekiem zagadkowym zarówno dla znajomych i przyjaciół, jak też dla swojej siostry, która go wprost uwielbiała.

Przez kilka lat pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Potem niespodziewanie zaczął podróżować do najdalszych zakątków świata. Wyjeżdżając nie zostawiał żadnego adresu, a po powrocie niechętnie opowiadał o swoich podróżach.

Dla wielu był po prostu niepoprawnym podróżnikiem. Jedynie w pewnym tajnym departamencie Ministerstwa Spraw Zagranicznych nazwisko Tyrone’a Strome’a wymawiano zawsze z respektem i szacunkiem.

Teraz, gdy mógł już zrzucić z siebie napięcie, stale mu towarzyszące przez ostatnie miesiące, poczuł się bardzo zmęczony.

Zdawał sobie sprawę, że była to reakcja na długotrwały stres. Musiał być czujny, gdy otwierał jakiekolwiek drzwi, a gdy z kimś rozmawiał, zawsze miał się na baczności i starannie dobierał każde słowo.

Teraz już po wszystkim — pomyślał.

Zamierzał przyjemnie spędzić czas ze swą siostrą Helen, nie planując przyszłości aż do chwili, kiedy otrzyma kolejne zadanie.

Gdy zaczął się rozbierać, usłyszał pukanie do drzwi. Wszedł lokaj, przysłany przez Ronaldsona.

— Przyszedłem rozpakować rzeczy, monsieur — powiedział po francusku.

— Doskonale — odparł Tyrone Strome. — Do rozpakowania jest tylko jedna walizka.

Wskazał na walizkę stojącą przy szafie, tam gdzie postawił ją lokaj, po czym rzucił płaszcz na krzesło i wszedł do łazienki.

Do najprzyjemniejszych udogodnień w willi siostry należały nowocześnie urządzone łazienki, rzadko jeszcze spotykane w Europie.

Amerykanie, lubiący się często kąpać — myślał Tyrone Strome — są podobni pod tym względem do starożytnych Rzymian. Z pewnością w każdym domu, w którym mieszkali, znajdowało się co najmniej kilka luksusowo urządzonych łazienek.

W Europie, szczególnie w Anglii, miało się do wyboru albo wannę w sypialni, w której można było kąpać się tylko na siedząco, a wodę w blaszanych bańkach wnosiła spocona służba po niezliczonych schodkach, albo też łazienkę znajdującą się na końcu długiego, zimnego korytarza, gdzie godzinami trzeba było czekać, aż z kranu z gorącą wodą poleci coś, co miało najwyżej letnią temperaturę.

Leżąc w głębokiej, ciepłej i wygodnej wannie, Tyrone czuł, jak zmywa z siebie nie tylko kurz podróży, lecz także wszystkie niepokoje, które czyniły z jego ostatniej eskapady przerażające doświadczenie.

Było to jedno z najtrudniejszych zadań, jakie kiedykolwiek wykonywał. Postanowił, że osiągnięty sukces wynagrodzi sobie bardzo długim, bezczynnym urlopem.

Zamierzał go spędzić z siostrą, która była jedynym bliskim członkiem jego rodziny, i do której czuł ogromne, niemal nabożne przywiązanie.

Lady Merrill była czternaście lat starsza od brata. Zastępowała mu matkę, która zmarła, gdy Tyrone był jeszcze malutkim chłopcem.

Trzy lata temu owdowiała, miała jedynego, ukochanego syna Davida, obecnie lorda Merrilla.

Gdy ostatnio Tyrone był w gościnie u siostry, David studiował w Oksfordzie. Nie widział więc siostrzeńca już od dwóch lat.

Cieszył się na myśl spotkania z Davidem, ale zdawał sobie też sprawę, że siostrzeniec, teraz dwudziestoletni młodzieniec, bez wątpienia prowadzi intensywne życie towarzyskie, więc w willi nie będzie tak cicho i spokojnie jak dawniej. Z pewnością każdego wieczora będą odbywać się przyjęcia z tańcami, do których oczywiście Ronaldson odnosi się z dezaprobatą.

 

Powiedział więc sobie, że w takim razie albo będzie spędzał wieczory w swoim domku, pogrążając się w lekturze, albo też będzie nocował na pokładzie swojego jachtu.

Nie miał zamiaru stać się częścią tej pstrej, barwnej i błyszczącej scenografii, która sprawiała, że Riwiera została jednym z najwytworniejszych kurortów Europy.

Odkąd Monte Carlo stało się stolicą hazardu, przybywały tu rzesze znanych i nieznanych postaci. Król, bawiąc w Cannes, jeszcze wtedy gdy był tylko księciem Walii, dodał splendoru i wytworności temu małemu miasteczku.

Teraz bogacze i wielcy tego świata, politycy i karierowicze ściągali zewsząd i szukali posiadłości, by móc się osiedlić gdzieś w sąsiedztwie.

— Jedyne, czego pragnę, to spokój — rzekł do siebie Tyrone Strome.

Mógł polegać na siostrze, że nie będzie go traktowała jak ważną osobistość, tak jak wielu innych jego znajomych.

Nietrudno było zrozumieć, dlaczego traktowano go w taki sposób.

Tyrone Strome nie tylko był interesującym i zamożnym młodym mężczyzną pochodzącym ze znakomitej rodziny, lecz był również niezwykle przystojny. Intrygującą osobowością wywierał ogromne wrażenie, szczególnie na kobietach.

Nie miały one oczywiście pojęcia, jak niebezpieczny tryb życia prowadził.

Był niezrównany w tym, co osiągnął przez ostatnie parę lat i co tak odbiło się na jego osobowości, że stawał się obiektem zainteresowania, gdziekolwiek się pojawiał.

Teraz wycierał się po kąpieli. Jego smukła, wysportowana sylwetka przywodziła na myśl posąg greckiego boga.

Był doskonale zbudowany, nic więc dziwnego, że kiedy wszedł do sypialni, francuski lokaj, który czekał w pogotowiu, by pomóc mu ubrać się w strój wieczorowy, wpatrywał się w niego z zachwytem.

Tyrone Strome rozmawiał z nim w doskonałej francuszczyźnie. Wreszcie, gdy do włożenia pozostał już tylko frak, odprawił go.

— Możesz odejść.

— Posprzątam później, monsieur.

— W porządku.

Tyrone Strome poczekał, aż lokaj wyjdzie z pokoju, wyłączył światło, przeszedł przez sypialnię i wyszedł na balkon.

Pragnął rozkoszować się pięknem widoku morza, rozpościerającego się w dole i niebem usianym gwiazdami.

Urok tego miejsca działał na niego kojąco, tak jak dotknięcie zimnej dłoni gasi żar rozpalonego czoła.

W powietrzu unosił się zapach mimozy. Rankiem purpurowe bugenwille i pnące się z balkonu różowe, pachnące geranium rozbrzmiewać będą brzęczeniem pszczół.

Miejsce to emanowało rodzinnym ciepłem i spokojem. Gdy Tyrone oparł się na balustradzie balkonu, poczuł słabiutkie tchnienie wiatru znad morza. Zastanawiał się, czy zrezygnować z przyjęcia i zostać w tym pięknym miejscu sam na sam ze swoimi myślami.

Nie miał nastroju do słuchania głośnej muzyki, męczył go gwar tryskającej energią młodzieży, korowody taneczne i strzelanie korków od szampanów.

Potem doszedł jednak do wniosku, że właściwie potrzebuje jakiejś odmiany.

Umysł, do tej pory skupiony na problemach i trudnościach wykonywanego zadania, potrzebuje trochę czasu, by odpocząć, a zmysły, by się odprężyć.

Właśnie patrzył na srebrzyście mieniące się w świetle księżyca morze i na zamglony horyzont, gdy usłyszał dochodzące z dołu głosy.

— Wysłuchaj mnie, Nevado, błagam! Musisz mnie wysłuchać!

Mężczyzna mówił to błagalnym tonem, który wydał się Tyronowi prawie krzykiem rozpaczy.

— Dla mnie słowo „muszę” nie istnieje — odparła kobieta.

— Unikasz mnie, Nevado. To mnie doprowadza do szaleństwa! Dlaczego się zmieniłaś? Dlaczego traktujesz mnie w taki sposób?

— W jaki sposób?

Słowa były wymawiane przeciągle, jakby z obcym akcentem.

— Dobrze wiesz, co mam na myśli. Byłaś dla mnie tak miła i słodka, a gdy poczułem się już jak w siódmym niebie, nagle strąciłaś mnie w najgłębszą otchłań piekła!

— Och, Davidzie, jakie to poetyczne!

— Na litość boską, czy mogłabyś poważnie traktować to, co mówię? Kocham cię, Nevado, a ty doprowadzasz mnie do obłędu!

Kobieta roześmiała się.

— Jakże jesteś komiczny. Dlaczego mężczyźni zawsze mówią to samo? Twój zasób słów jest bardzo ograniczony.

— Kpisz sobie ze mnie, chcesz mnie jeszcze bardziej unieszczęśliwić. Jak możesz być tak okrutna, tak bezlitosna?

Znowu się roześmiała.

— Narzekania... ciągłe narzekania! Nie mogę pojąć dlaczego mężczyźni są zawsze niezadowoleni.

— Przestań mówić o innych mężczyznach.

Tyrone Strome domyślił się już, że mówił to jego siostrzeniec, David Merrill.

— Nie obchodzi mnie, co myślisz o innych mężczyznach, lecz to, co czujesz do mnie. Kocham cię, Nevado. Chcę, byś wyszła za mnie. Prosiłem cię już tyle razy! Jeśli będziesz w dalszym ciągu kpić sobie ze mnie i wystawiać mnie na pośmiewisko, zrobię coś strasznego!

— Grasz komedię, Davidzie. Doprawdy, na scenie mógłbyś zarobić fortunę! Ciekawa jestem, cóż strasznego mógłbyś zrobić?

Przez chwilę panowała cisza. Potem David rzekł uroczyście:

— Jeśli chcesz znać prawdę, myślałem o tym, by się zastrzelić.

Jego towarzyszka wybuchnęła śmiechem.

— Jakie to banalne! Myślałam, że chociaż ty wymyślisz coś oryginalnego! Wszyscy moi usychający z miłości adoratorzy grożą, że się zastrzelą, lecz żaden z nich tego nie zrobił!

— Pewnego dnia doznasz wstrząsu!

— Wstrząs to za wiele powiedziane. Może mnie to co najwyżej zaskoczyć! Z pewnością byłoby interesujące zobaczyć martwego człowieka... Jak dotąd nie miałam takiej okazji.

— Nevado! Nie wolno ci tak mówić! Kocham cię! Ile jeszcze razy mam ci to wciąż powtarzać? Kocham cię rozpaczliwie! Nie mogę spać myśląc cały czas o tobie. Powiedz, że wyjdziesz za mnie! Przysięgam, że uczynię cię szczęśliwą.

— Jeśli chcesz wiedzieć, możesz mnie tylko unieszczęśliwić — odparła Nevada. — Mówiąc szczerze, Davidzie, nie mam zamiaru obarczyć się mężem, który jest tylko kapryśnym chłopcem.

— Jestem mężczyzną, i jeśli nie będziesz traktowała mnie jak mężczyznę, udowodnię ci, że to prawda — mówiąc zbliżył się do niej.

— Nie waż się mnie tknąć! — niemal warknęła. — Wiesz, że nikomu nie pozwalam się dotykać. Tak naprawdę pogardzam tobą ponieważ miłość, którą mi ofiarowujesz, nie jest nic warta.

— Dlaczego tak mówisz?

— Jesteś słaby i bezmyślny, i w ogóle mógłbyś znaleźć sobie lepszy sposób na życie niż kończyć z nim. Jeżeli kiedykolwiek wyjdę za mąż, co jest mało prawdopodobne, to wiedz, że będzie to mężczyzna, który mocno stoi na nogach... mężczyzna, który osiąga w życiu to, czego pragnie, i nie poddaje się przy byle porażce.

— Sądzisz, że właśnie tak się zachowuję? — zapytał z wściekłością David.

— Myślę, że jesteś młody, niedoświadczony... i nudny!

— Ale ja cię kocham!

— Nie potrzebuję takiej miłości.

— Kiedyś chyba mnie lubiłaś.

— Owszem, zanim dobrze cię poznałam. Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, co masz do zaoferowania kobiecie... oprócz, rzecz jasna, tytułu?

Nie było wątpliwości, że Nevada zamierzała być złośliwa.

— Jeżeli takie żywisz do mnie uczucia, to nie ma o czym mówić.

— W istocie, nie ma o czym — przytaknęła Nevada — i zostaw mnie już w spokoju. Znajdź sobie inną kobietę, by przed nią jęczeć i skamlać. Niektóre lubią poszczekiwanie salonowych piesków.

Powiedziawszy to, odeszła. Tyrone’a, który stał na balkonie i dokładnie słyszał całą rozmowę, dobiegł odgłos stukających obcasów na wybrukowanej ścieżce.

Wychylił się z balkonu i dostrzegł siostrzeńca. Jego sylwetka rysowała się na tle ciemnych cyprysów. Wpatrywał się w morze, najwyraźniej pogrążony w rozpaczy. W pewnej chwili Tyrone dostrzegł, że David wyjął coś z kieszeni.

Instynktownie wyczuwając niebezpieczeństwo, gwałtownie przerzucił nogi przez balkon, opuścił się na rękach i zeskoczył na ziemię.

Gdy tak niespodziewanie pojawił się przed siostrzeńcem, ten spojrzał na niego z osłupieniem. W dłoni trzymał rewolwer.

Tyrone podszedł bliżej.

— Witaj, Davidzie — przywitał się. — Zdaje się, że zjawiłem się nie w porę.

— Wujek Tyrone! — wykrzyknął David.

— We własnej osobie!

Wyjął rewolwer z ręki siostrzeńca i włożył go do kieszeni swoich spodni.

— Obawiam się, że podsłuchiwaniem niewiele ci pomogłem — rzekł cicho — lecz ujawnienie mojej obecności mogło okazać się krępujące.

David Merrill usiadł na krześle stojącym w ogrodzie i ukrył głowę w dłoniach.

— Co mam robić, wujku? — zapytał. — Ona doprowadza mnie do szaleństwa!

— Zauważyłem.

Tyrone Strome usiadł obok siostrzeńca i po chwili odezwał się:

— Zapewne nie lubisz wysłuchiwać komunałów, a ja nie zamierzam ich wygłaszać. Przedłożę ci jednak pewną propozycję. Może będzie to lepsże rozwiązanie niż pozostanie tutaj i pogrążanie się w rozpaczy.

— A cóż jeszcze mogę zrobić? — zapytał David z przygnębieniem. — Początkowo wydawało się, że mnie lubi. Potem nagle okazało się, że pierwszy lepszy mężczyzna wzbudza w niej większe zainteresowanie niż ja. Kocham ją, nie jestem w stanie myśleć o niczym poza Nevadą. Jeśli nie wyjdzie za mnie, równie dobrze mogę nie żyć!

— Powiedziałem, że mam inną propozycję. Czy chcesz wysłuchać?

— Chyba tak.

Powiedział to z nieufnością.

— Ostatniej nocy byłem w Paryżu — rzekł Tyrone Strome. — Tam przypadkiem spotkałem trzech moich przyjaciół, których znam od bardzo dawna. Wkrótce wyruszają do Afryki polować na grubego zwierza. Pytali mnie, czy nie chciałbym do nich dołączyć. Mieli wyruszyć we czterech, lecz jeden zrezygnował.

Zauważył, że siostrzeniec słucha z uwagą.

— Zamierzają nie tylko polować. Chcą też przeprowadzić badania nie odkrytych jeszcze obszarów Afryki Środkowej.

Milczał przez chwilę, po czym ciągnął dalej:

— Naturalnie, zdaję sobie sprawę, że tego rodzaju wyprawy mogą cię nie interesować, ale mogę przysiąc, że moi przyjaciele sąniezwykle sympatyczni, a poza tym są doskonałymi myśliwymi i doświadczonymi podróżnikami.

— Chcesz powiedzieć, że mógłbym z nimi pojechać? — zapytał David posępnym głosem.

— Czemu nie? Możesz oczywiście zostać i dalej pogrążać się w rozpaczy próbując namówić tę kobietę do zrobienia czegoś, czego najwyraźniej nie zamierza uczynić. Czujesz chyba w głębi serca, że jest mało prawdopodobne, by zmieniła zdanie.

Tyrone Strome był przekonany, że Nevada to niezwykle niesympatyczna młoda kobieta, której jego siostrzeniec powinien unikać jak ognia.

Był jednak zbyt taktowny i za bardzo szanował cudze uczucia, by powiedzieć coś niemiłego o obiekcie westchnień Davida.

— Czy sądzisz, że gdybym wyjechał z twoimi przyjaciółmi, Nevada zatęskniłaby za mną?

— Sądzę, że wszystkie kobiety tęsknią za swymi adoratorami, gdy ich nie ma w pobliżu — odparł Tyrone roztropnie. — Sądzę też, Davidzie, że po takiej podróży twoje poglądy na życie mogą zmienić się radykalnie.

— Chcesz powiedzieć, że zapomnę o Nevadzie? Tak się nigdy nie stanie — wykrzyknął David gwałtownie.

— Nie sugeruję niczego podobnego. Myślę tylko, że staniesz się o wiele bardziej interesującym człowiekiem. Powszechnie wiadomo, że podróże poszerzają horyzonty. Oczywiście w znacznym stopniu zależy to od rodzaju tych podróży. Zapewniam cię jednak, że Afryka jest miejscem wielkich możliwości i ciągle jeszcze pełnym niezbadanych tajemnic.

— Wiem o tym — mruknął David.

— Oczywiście, może cię to nie interesować — kontynuował Tyrone — lecz musisz wiedzieć, że w Krajowym Towarzystwie Geograficznym podróżnicy uważani są nawet nie za pionierów, lecz bohaterów.

— Jeżeli pojadę — rzekł David cicho — Nevada może pomyśli, że nie jestem aż tak pozbawiony Odwagi.

Nastąpiła cisza, którą po chwili przerwał Tyrone.

— Jest tylko jeden problem.

— Jaki?

— Musisz wyjechać jutro! Zadzwonię do moich przyjaciół, by ich powiadomić o twoim przyjeździe. Jeśli się nie mylę, wypływają z Marsylii jutro późnym wieczorem.

Zapadła cisza. Po dłuższym milczeniu David oznajmił głośno:

— Jadę! Niech to diabli, jadę! Przynajmniej pokażę Nevadzie, że nie żyję tylko po to, by sobie igrała ze mną.

— Jestem przekonany, że dokonujesz mądrego Wyboru, Davidzie.

David skoczył na równe nogi.

 

— Powiedz, co powinienem zabrać ze sobą.

— Oczywiście nie przejmuj się tym. Mam na jachcie trochę broni. Myślę, że może ci się przydać.

— Pożyczysz mi broń? To bardzo miło z twojej strony, wujku Tyronie.

Wuj usłyszał w głosie Davida nutę podniecenia. Po chwili dodał zaniepokojonym tonem:

— Matka! Co ona na to powie?

— Proponuję, byś pozostawił to mnie — odparł Tyrone. — Nie mów jej nic, dopóki sam z nią nie porozmawiam. Nawiasem mówiąc, powinienem ją niezwłocznie odnaleźć i przywitać się z nią. Możemy pójść do niej razem. Pozwól tylko, że wezmę frak.

— Przyniosę ci — zaproponował David Merrill. — Jest w twoim pokoju?

— Tak, leży na krześle.

David skierował się w stronę domku, ale zatrzymał się na chwilę.

— A tak w ogóle, wujku Tyronie, bardzo zręcznie zeskoczyłeś z balkonu. Sam bym się dobrze zastanowił, zanim bym to zrobił.

— Czyżby zdumiał cię fakt, że uczynił to twój zramolały wuj? — zapytał Tyrone z rozbawieniem w głosie.

— Tego nie powiedziałem.

— Ale z pewnością tak sobie pomyślałeś. Ale to nieważne. Przynieś frak, a potem znajdziemy twoją matkę.

Drogi Tyronie, czy ta wyprawa do Afryki będzie dla Davida bezpieczna?

— On musi zahartować się, okrzepnąć, Helen — odparł jej brat. — Sądząc po tym, co usłyszałem, domyślam się, że ten swój pierwszy romans traktuje bardzo poważnie.

Helen Merrill westchnęła.

Choć miała już czterdzieści pięć lat, była nadal bardzo piękna. Wielu mężczyzn zabiegało o jej względy i błagało, by zechciała ich poślubić. Odrzucała jednak ich oświadczyny tylko ze względu na Davida, swego ukochanego syna.

— Nevada van Ąrden jest bardzo piękna — westchnęła. — Można zrozumieć Davida. Wielu młodzieńców traci dla niej głowę.

— Sądząc po jej rozmowie z Davidem, której byłem świadkiem, stanowi ona doskonały przykład najbardziej nieczułej, pustej, nowoczesnej kobiety, na jakie natrafiam ostatnio dość często.

Siostra spojrzała zaskoczona.

— Nie widziałeś jej jeszcze, dlatego pewnie tak mówisz.

— A tak na marginesie, nie widziałem jej na przyjęciu...

— Wybrała się z paroma sąsiadami na przejażdżkę samochodem. Nie pochwalam tego, ale tak naprawdę ona nie pyta mnie o zgodę.

— Mimo że przebywa w twoim domu? Nadzwyczaj złe maniery!

Łady Merrill uśmiechnęła się.

— Jesteś bardzo staroświecki, Tyronie. Amerykańskie dziewczęta, takie jak Nevada, cieszą się znacznie większą niezależnością od swych angielskich rówieśniczek.

— Zapominasz, że nic o niej nie wiem.

— Pozwól więc, że ci powiem: Nevada van Arden jest jedną z najbogatszych spadkobierczyń w Ameryce.

— Domyśliłem się, że jest Amerykanką. Nadmiar pieniędzy zdaje się sprawił, że jest bardzo rozpuszczona.

— Obawiam się, że to prawda — rzekła lady Merrill. — Choć muszę ci powiedzieć, że jej matka, z którą przyjaźniłam się jeszcze w szkole, była jedną z najsłodszych i najmilszych osób, jakie kiedykolwiek znałam. Elizabeth była córką lorda Fenbridge, wyszła za mąż za Clinta van Ardena rok po tym, jak przedstawiono ją w towarzystwie. Zdaje się, że była bardzo szczęśliwa.

Tyronę słuchał tego z cynicznym uśmiechem.

— Pisywałyśmy do siebie, choć oczywiście trudno jest podtrzymywać przyjaźń z kimś, kto mieszka po drugiej stronie Atlantyku. Potem, kiedy Nevada miała osiem czy dziewięć lat, Elizabeth umarła, pozostawiając w rozpaczy męża, ojca Nevady.

— Skąd o tym wiesz?

— Opowiadali mi moi amerykańscy przyjaciele — odparła lady Merrill. — Clint van Arden zajęty był wyłącznie robieniem pieniędzy, i zdaje się, mało czasu poświęcał swemu jedynemu dziecku.

— Starasz się wzbudzić dla niej moje współczucie — rzekł Tyrone Strome oskarżycielskim tonem — lecz jeśli mam być szczery, Helen, współczucie to ostatnia rzecz, jaką mogę jej ofiarować.

— Byłaby urażona, gdybyś jej współczuł — odparła lady Merrill. — Jest bardzo pewna siebie i absolutnie przekonana, że świat został stworzony po to, by ona po nim chodziła. Ale prawda jest taka, że ona nie chodzi po ziemi, ale depcze po sercach.

Zauważyła pogardę w oczach brata, lecz ciągnęła dalej.

— Wstrzymaj się z osądem, dopóki jej nie poznasz. Zrozumiesz wtedy, dlaczego mój biedny David i inni podobni do niego młodzieńcy nie mogą jej się oprzeć.

Lady Merrill przerwała, potem rzekła drżącym głosem:

— Och, Tyronie, tak bardzo się o niego martwię.

— Rozumiem cię doskonale.

Nie powiedział siostrze o groźbach Davida, że odbierze sobie życie, ani o tym, że przyłapał go z rewolwerem w ręku. Chyba jednak lady Merrill wiedziała więcej, niż przypuszczał, bo po chwili rzekła:

— Sądzę, że masz rację, Tyronie. Jeżeli David wyjedzie, być może zapomni o Neyadzie.

— Nie chodzi o to, by o niej zapomniał — rzekł Tyrone — ale żeby zdał sobie sprawę z tego, jaka jest pusta i bezwartościowa.

Mówił coraz bardziej podniesionym tonem.

— Nie mogę sobie wyobrazić jak to się dzieje, że mężczyzna, który ma trochę rozumu, chce się żenić z istotą pozbawioną wszelkich kobiecych przymiotów.

Siostra uśmiechnęła się.

— Spotkałeś, Tyronie, w swoim życiu wiele kobiet mających te cechy, jednak jak dotąd nie ożeniłeś się.

— Żadna nie wydała mi się tak atrakcyjna jak ty, ani z wyglądu, ani podczas rozmowy, moja droga.

Roześmiała się.

— Pochlebiasz mi!

— Nie, mówię prawdę. Kobiety, które spotykałem, wydawały się być powabne, dopóki nie zacząłem z nimi rozmawiać. Niezwykle mnie intrygowały, ale tylko do chwili, gdy nie starały się zmienić mojego trybu życia.

— Ależ, Tyronie, nie możesz do końca życia zostać kawalerem.

— Dlaczego nie?

— Byłoby to ogromne marnotrawstwo, a poza tyni pragnęłabym bardzo widzieć ciebie w otoczeniu dzieci.

Lady Merrill westchnęła.

— Gorzko ubolewam nad tym, że mam tylko jedno dziecko. Pragnęłam mieć ich wiele, ale jak wiesz, po urodzeniu Davida lekarz orzekł, że nie mogę mieć więcej dzieci.

Tyrone wyciągnął rękę i położył na dłoni siostry.

— Na dzieci jest już za późno, Helen, lecz chciałbym zobaczyć cię jeszcze jako szczęśliwą mężatkę. Z pewnością masz wielu kandydatów do ręki.

Siostra uśmiechnęła się.

— Jednego czy dwóch, lecz mam wrażenie, że powinnam poświęcić się Davidowi, dopóki się nie usamodzielni. Tkwi w nim jakaś nieokiełznana namiętność, która ogromnie mnie niepokoi.

— To cecha dojrzewania, Helen. Mąż pomógłby ci zrozumieć Davida i pokierować nim.

— Z pewnością nie przyszłoby mi do głowy, by wysyłać go do Afryki.

— To będzie dla niego zbawienne, nawet jeśli rozstanie z nim będzie dla ciebie bolesne.

— Szczerze mówiąc bardzo cieszyłby mnie jego wyjazd, gdybym miała pewność, że zapomni o Nevadzie. Doprowadziła go do rozpaczy, a teraz to samo próbuje zrobić z młodym Dundonaldem.

— Synem Geralda? — zapytał Tyrone.

— Tak. Pamiętasz go? Taki miły chłopiec.

Lady Merrill przerwała, po czym rzekła:

— Oczywiście, ma powód, by wyjść za niego: pewnego dnia Gerald zostanie markizem. Amerykanie uwielbiają tytuły.

— A więć o to jej chodzi — w każdym razie wiadomo, dlaczego odrzuca Davida.

— Nie wiem, może sądzi, że markiz jest lepszą partią.

W głosie lady Merrill pobrzmiewała gorycz, co sprawiło, że jej brat zacisnął wargi. Potem z pewnym wysiłkiem dodała:

— Á propos tytułów, Tyronie, mówiono mi, że odmówiłeś przyjęcia tytułu komandora Orderu św. Michała i św. Jerzego. Dlaczego?

— Kto ci to powiedział?

— Ktoś, kto zna cię i nad wyraz szanuje.

— Powinien więc być na tyle inteligentny, by trzymać język za zębami.

— A jednak to prawda. Proponowali ci tytuł komandora Orderu?

— Być może proponowali — rzekł wymijająco. — Ale dałem dość wyraźnie do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany ani tytułami, ani orderami.

— Byłabym z ciebie bardzo dumna.

— Czy naprawdę potrzeba tytułów, żebyś mogła być ze mnie dumna?

— Nie, oczywiście, że nie. Wiesz przecież, iż dla mnie jesteś wspaniały, i że zawsze tak uważałam! Nikt nie jest w stanie ci dorównać, Tyronie. Chciałabym tylko, żeby cały świat wiedział, że jesteś wyjątkowy.

Tyrone Strome roześmiał się, po czym wstał.

— Gdy jestem w Londynie albo na Riwierze uświadamiam sobie, jak mały jest ten pełen blichtru światek wobec ogromu całego świata.

— Pewnie tak jest — przyznała siostra — lecz niezależnie od tego, co robisz i czego nie robisz, Tyronie, kocham cię. Zawsze będziesz najlepszym i najwspanialszym bratem, jakiego można mieć.