Anioł w piekleTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Cartland

Anioł w piekle

Saga

Anioł w piekle Tytuł oryginału: Angel in HellPrzełożyła: Małgorzata Cendrowska Cover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen (es@forthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’ Copyright © 1976, 2019 Barbara Cartland i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711771358

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

OD AUTORKI

Sposób, w jaki opisywano i potępiano Monte Carlo pod koniec dziewiętnastego stulecia, nie jest przesadny. Kler niemal we wszystkich krajach uważał je za pieklo na ziemi.

Artykuły prasowe są autentyczne.

Dzisiaj Point de Cabéel znany jest jako Cap Estel. Znajduje się tam najcudowniejszy ze wszystkich hotelików, które kiedykolwiek odwiedziłam. Ogród wygląda dokładnie tak, jak go opisałam, i z tarasu wiedzie do niego czterdzieści białych marmurowych stopni.

Użyłam starej nazwy Eza zamiast Eze, a St. Hospice to dzisiejsze Cap Ferrat.

Monte Carlo jest dla mnie wciąż tak piękne, romantyczne i pasjonujące, jak zawsze, odkąd Francis Blanc odkrył je w 1858 roku.

ROZDZIAŁ 1

1898

— Przykro mi, że to się skończyło tak nagle, Ancello — powiedział sir Feliks Johnson cichym głosem, dzięki któremu zdobył sobie sławę lekarza mającego najlepsze w całym Londynie podejście do chorych.

— Lepiej, że tak się stało — odpowiedziała hrabianka Ancella Winn. — Nie chciałabym, żeby papa dalej cierpiał i męczył się jak w ciągu ostatnich lat.

— Był bardzo trudnym pacjentem — zauważył sir Feliks — i mogę cię tylko pochwalić, Ancello, za to, że byłaś najbardziej troskliwą i niezwykłą córką, jaką kiedykolwiek spotkałem w swej długiej karierze.

— Dziękuję, sir Feliksie — odparła Ancella, lekko się uśmiechając.

— Martwię się, że śmierć ojca była dla ciebie wielkim szokiem — rzekł życzliwie sir Feliks.

— Nie — zaprzeczyła Ancella. — Spodziewałam się tego.

Sir Feliks spojrzał na nią ze zdziwieniem.

To prawda, że hrabia Medwinu niedomagał od dawna, ale zazwyczaj tego typu choroby ciągną się w nieskończoność.

Jakby wiedząc, że sir Feliks oczekuje wyjaśnień, Ancella, której policzki lekko się zaróżowiły, powiedziała:

— Czasami wyczuwam... takie rzeczy. Zanim moja matka umarła, wiedziałam, że nie ma... nadziei.

— Chcesz powiedzieć, że jesteś jasnowidzem?

— Chyba można tak to nazwać. Moja niania, która była Szkotką, mawiała w takich wypadkach, że jestem „niespełna rozumu”. Po prostu chodzi o to, że czasami mam głębokie, choć nie dające się wytłumaczyć przeświadczenie, iż sprawy przybiorą taki a nie inny obrót, i zawsze, nawet gdy byłam dzieckiem, okazywało się, że mam rację.

— To bardzo interesujące — stwierdził sir Feliks — ale chciałbym wiedzieć, czy przeczucie mówi ci, co teraz powinnaś zrobić?

Ancella bezradnie rozłożyła ręce.

— To zupełnie co innego — oświadczyła —i szczerze mówiąc, nie mam pojęcia.

— Właśnie to mnie martwi — rzekł sir Feliks.

Przez ponad dwadzieścia lat był nie tylko lekarzem, ale także przyjacielem hrabiego Medwinu i szczerze lubił hrabiankę Ancellę Winn, która była jedynym dzieckiem hrabiego.

Patrzył na nią zamyślonym wzrokiem, gdy przecięła pokój i stanęła przy oknie, by spojrzeć na zaniedbany ogród, który w ponurym mroku styczniowego poranka sprawiał wrażenie opuszczonego.

Ancella była niezwykle piękna, a jej bardzo jasna cera stała się niepokojąco blada po nagłej śmierci ojca.

Jest cudowna, pomyślał sir Feliks, i gdy dziewczyna zwróciła ku niemu swe ogromne szare oczy, powiedział:

— Chyba powinnaś się zastanowić nad tym, co masz zamiar zrobić, zanim przyjadą twoi krewni i prawny spadkobierca przejmie posiadłość.

— Przypuszczam, że kuzyn Alfred nie będzie tutaj mieszkał — odrzekła. — Nigdy nie lubił tego domu i nie zamierza wydawać pieniędzy na jego remont lub utrzymywanie ogrodu w należytym porządku. Jak zapewne panu wiadomo, sir Feliksie, papa, nawet gdyby żył, nie mógłby pozwolić sobie na to, żeby tu dłużej zostać.

— Zdaję sobie z tego sprawę — powiedział sir Feliks — ale i tak nie ulega wątpliwości, że nie mieszkałabyś tu razem ze swoim kuzynem.

— Za żadne skarby — potwierdziła szybko Ancella.— Nigdy nie lubiłam kuzyna Alfreda, papa też czuł do niego zdecydowaną niechęć!

— Często mi o tym mówił — przyznał sir Feliks. — A zatem cóż ci pozostaje?

— Ciotka Emily lub ciotka Edith — odpowiedziała Ancella. — Och, sir Feliksie, nie wiem, czy zdołam to wytrzymać!

Sir Feliks zrozumiał jej obawy. Pamiętał podstarzałe niezamężne damy o srogich twarzach, potępiające niezależność, jaką Ancella cieszyła się po śmierci swojej matki.

Ojciec pozwalał jej robić niemal wszystko, na co tylko miała ochotę, pod warunkiem że prowadziła dom i była obecna zawsze, gdy chciał, żeby słuchała jego narzekań na brak pieniędzy lub ciągłych oracji, które wygłaszał swoim krewnym.

Kiedy zachorował, nie chciał pielęgniarki — choć i tak nie mogliby sobie na nią pozwolić — i całkowicie zdał się na opiekę Ancelli, która od świtu do nocy była na każde jego zawołanie.

Prawdę powiedziawszy, także w nocy często ją budził; ale nigdy nie narzekała i sir Feliks czasami się zastanawiał, czy jakaś inna dziewczyna w jej wieku tak sprawnie i chętnie wypełniałaby polecenia ojca.

Teraz, kiedy rozmyślał o krewniaczkach Winnów, doszedł do wniosku, że mogłyby wyłącznie unieszczęśliwić Ancellę.

Wszystkie były bardzo ograniczone, pruderyjne, niemal purytańskie w poglądach i hrabia niewątpliwie miał rację, kiedy odnosił się do nich jak do „gromady obłudnych starych panien śpiewających nabożne pieśni”.

— Gdybym tylko miała jakieś uzdolnienia — powiedziała Ancella, wzdychając cicho. — Jeżdżę konno, szyję, tańczę — kiedy tylko mam okazję. I znam kilka języków. — Zaśmiała się cicho. — Chyba nie będę miała z tego żadnych pieniędzy,

— Mówisz po francusku? — spytał sir Feliks.

— Jak paryżanka — przynajmniej tak zawsze twierdziła ta stara Mademoiselle, która mnie uczyła — odpowiedziała z uśmiechem Ancella.

— Nasuwa mi to pewien pomysł — rzekł sir Feliks. — Możesz uznać to za impertynencję lub drwić ze mnie, że zaproponowałem ci coś takiego, ale może to jest rozwiązanie.

Ancella podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu.

— Wie pan, sir Feliksie, że wszystko, co pan zaproponuje, przyjmę jak życzliwą radę prawdziwego przyjaciela. Często się zastanawiałam, co poczęlibyśmy bez pana w ciągu ostatnich miesięcy, kiedy papa był taki oporny i nie chciał robić tego, o co go proszono. — Westchnęła, ale po chwili zaczęła mówić dalej: — Był pan jedynym człowiekiem, do którego miał zaufanie, często uważałam, że nadużywa pańskiej uprzejmości i przyjaźni, bezustannie prosząc, by go pan odwiedzał, chociaż miał pan tak dużo zajęć w Londynie.

Sir Feliks położył rękę na jej dłoni.

— Moja droga, naprawdę się cieszę, że mogłem to wszystko zrobić.

— I co więcej — dodała cicho Ancella — nigdy nie przysłał pan nam rachunku.

— I nie zamierzam tego zrobić — odparł doktor. — Kiedy byłem młody, twój ojciec zaszczycił mnie przyjaźnią. W tamtym okresie, gdy jako nieznany człowiek borykałem się z przeciwnościami losu, wiele dla mnie znaczyła. Teraz mogłem mu się tylko w nieznaczny sposób odwdzięczyć.

Ancelli po raz pierwszy łzy napłynęły do oczu.

— Dziękuję panu, sir Feliksie — powiedziała. — Zawsze wiedziałam, że mam ogromne szczęście, iż jest pan tutaj i mogę liczyć na pańską pomoc.

— Zatem chcę z tobą porozmawiać jako przyjaciel i lekarz — rzekł sir Feliks. — Usiądź wygodnie, Ancello.

Posłuchała go i usiadła prosto na krześle, z rękami na kolanach jak dziecko, które za chwilę rozpocznie lekcję.

Sir Feliks usiadł naprzeciw niej po drugiej stronie kominka.

W długim surducie i wytwornie zawiązanym krawacie, w który wpięta była ogromna perła, robił tak imponujące wrażenie, jak przystało na nadwornego lekarza rodziny królewskiej, rozchwytywanego przez najwyższe sfery biorące przykład z królowej Wiktorii.

Ancella zdawała sobie sprawę, że sir Feliks, opuszczając Londyn natychmiast po otrzymaniu od parobka wiadomości o śmierci hrabiego Medwinu, prawdopodobnie wywołał zamieszanie wśród swych bogatych pacjentów, którzy w tym czasie spodziewali się jego wizyty. Posyłając po niego wiedziała jednak, że jej nie zawiedzie, i rzeczywiście przybył niemal w rekordowym tempie do Medwin Park w pobliżu Windsoru.

— Co chce mi pan zaproponować? — spytała Ancella.— Żebym została sekretarką?

Sir Feliks roześmiał się.

— Moja poczekalnia jest już wystarczająco zatłoczona bez wszystkich tych jeunesse dorée eleganckiego towarzystwa. Byłoby tam więcej mężczyzn pragnących zasięgnąć twojej porady niż kobiet oczekujących mojej konsultacji, a to miałoby fatalny wpływ na moje samopoczucie.

Ancella parsknęła tłumionym śmiechem, który zakończył się kaszlem. Wyjęła chusteczkę i zakryła nią usta, krztusząc się jeszcze przez chwilę. Sir Feliks przyglądał się jej w milczeniu.

Kiedy mogli kontynuować rozmowę, powiedział:

 

— Już podczas ostatniej wizyty zwróciłem uwagę na twój kaszel. Jego przyczyną jest przemęczenie i długa, wyczerpująca zima w tym obrzydliwym klimacie.

— Czy sugeruje pan, że powinnam popływać po morzach południowych? — spytała Ancella.

— Nie, proponuję, żebyś pojechała na południe Francji — odrzekł sir Feliks.

Ancella znów się roześmiała:

— Teraz traktuje mnie pan jak jedną ze swoich bogatych i pięknych pacjentek, której zaleca się podróż jachtem po morzu z codzienną porcją ostryg i szampana lub willę w południowej Francji, gdzie nie trzeba nic robię, tylko wąchać mimozy i patrzeć, jak rozkwitają tropikalne pnącza.

— Proponuję ci właśnie to drugie — rzekł sir Feliks. — Z tą tylko różnicą, że miałabyś tam pewne zajęcie.

Ancella spojrzała na niego rozszerzonymi ze zdziwienia oczami.

— Wczoraj — wyjaśnił — dostałem list od mojego kolegi, który jest najbardziej wziętym lekarzem w Monte Carlo. Zdaje mi relację ze stanu zdrowia pacjenta, którego do niego posłałem, i tak pisze pod koniec listu.

Sir Feliks wyjął z kieszeni surduta złożoną kartkę papieru listowego i głośno przeczytał:

Może przypadkiem słyszał pan o jakiejś pielęgniarce, najlepiej damie, która mogłaby dotrzymać towarzystwa księżnej Feodogrovej Vsevolovski? Jej Wysokość jest silna jak koń, ale chce mieć pielęgniarkę, która chodziłaby za nią krok w krok. Nie mam zbyt wielu wykwalifikowanych dziewcząt i szczerze mówiąc księżna nie potrzebuje żadnej opieki. Udawanie inwalidy należy tu do dobrego tonu. Jeśli znalazłby pan kogoś — pieniądze nie grają roli — wyświadczyłby mi pan, drogi sir Feliksie, nieocenione dobrodziejstwo, gdyż te kobiety swymi bezustannymi i niepotrzebnymi wezwaniami doprowadzają mnie do szaleństwa. Nie mam przez nie chwili wolnego czasu!

Skończywszy czytać, sir Feliks złożył list i powiedział:

— No i cóż ty na to, Ancello?

— Pielęgniarka! Przecież nie mam do tego kwalifikacji.

— Doktor Groves mówi, że niepotrzebne są kwalifikacje i przypuszczam, że chodzi w rzeczywistości o posadę damy do towarzystwa. Czy byłabyś w stanie zająć się kolejną starszą osobą, tym razem malade imaginaire?

— Naprawdę nie wiem — odparła bezradnie Ancella.

— Myślę nie tylko o pieniądzach, które jak pisze doktor Groves, nie grają roli — rzekł sir Feliks — chociaż wiedząc, jak stoją interesy twego ojca, sądzę, że bardzo by ci się przydały. Naprawdę martwię się twoim zdrowiem.

— Moim zdrowiem? — spytała Ancella z przerażeniem w oczach.

— Przez ponad rok żyłaś w ciągłym niepokoju, pod ogromną presją, i musiałaś pracować ciężej niż wykwalifikowana pielęgniarka — wyjaśnił sir Feliks. — Schudłaś, Ancello, i szczerze mówiąc nie podoba mi się twój kaszel. Ale pewien jestem, że minie po kilku miesiącach pobytu w słonecznym klimacie. — Przerwał na chwilę, po czym mówił dalej: — Poza tym uważam, że mieszkając w bogatym domu, będziesz się odżywiała bardziej racjonalnie, mam bowiem wrażenie, że wszystkie specjały, jakie pojawiały się w tym domu, trafiały od razu na górę do sypialni twego ojca.

— Wie pan dobrze, że nie stać nas było na rozrzutność — powiedziała Ancella.

— To kolejny argument przemawiający za moją propozycją — kontynuował sir Feliks. — Dlaczego nie chcesz się odważyć na poddanie niewielkiej próbie? W końcu, jeśli sytuacja będzie nie do wytrzymania, zawsze możesz wrócić do domu.

— To prawda — półgłosem przyznała Ancella — ale... Monte Carlo!

— Czy ta nazwa brzmi przerażająco w twoich uszach? — spytał sir Feliks. — Byłem tam w zeszłym roku i świetnie się bawiłem.

— Moje ciotki zawsze opisywały to miejsce jako rodzaj Sodomy i Gomory — odpowiedziała Ancella. — Wie pan, że w młodości papa przepuścił przy stole gry część swojego spadku? Nigdy o tym nie zapomniały! Przeżywają to tak, jakby się wydarzyło dopiero wczoraj, i bezustannie wygłaszają mi kazania o fatalnych skutkach uprawiania hazardu.

— Nie namawiam cię, byś swe ciężko zarobione pieniądze — a nie mam wątpliwości, że będą ciężko zarobione — wyrzucała w kasynie — zaśmiał się sir Feliks. — Proponuję ći natomiast, żebyś jak najczęściej przebywała na słońcu, jadła za trzy, a kiedy będziesz wyglądała tak jak rok temu, wracaj, a znajdziemy ci odpowiedniego męża!

— Sir Feliksie! — Ancella wiedziała, że drażni się z nią tylko, ale mimo to na jej twarz wypłynęły rumieńce. — Mówi pan tak, jakbym pragnęła wyjść za mąż.

— Do tej pory miałaś nikłe szanse — rzekł oschle sir Feliks. — Powiedz mi, kiedy ostatni raz byłaś na balu, tańczyłaś walca?

— Dobrze pan zna odpowiedź — odrzekła Ancella.

— Tak, i bardzo nad tym boleję — oznajmił. — Jesteś śliczna, Ancello! Zawsze się tobą zachwycałem, nawet kiedy byłaś małą dziewczynką, jesteś taka podobna do matki.

Ancella głęboko westchnęła.

— Mama naprawdę była piękna. — Milczała przez chwilę, po czym powiedziała: — Może dłużej by żyła, gdyby wyjechała tam, gdzie dużo słońca, zamiast cierpieć przez to obrzydliwe zimno.

— Dlatego nie mogę dopuścić, by historia się powtórzyła — oświadczył sir Feliks. — Ancello, pragnę, abyś pozwoliła mi napisać do doktora Grovesa dziś wieczorem, że znalazłem idealną osobę dla księżnej.

— Na pewno jest Rosjanką.

— Na południu Francji aż się roi od Rosjan — rzekł sir Feliks. — Przystojni i pociągający wielcy książęta tracą tysiące funtów na obitych zielonym suknem stolikach, budują ogromne wille i zabawiają najpiękniejsze i najrozkoszniejsze damy wszelkiej proweniencji.

Oczy mu błyszczały, gdy mówił, ale Ancella zauważyła:

— Będę wyglądała jak szary angielski wróbelek między rajskimi ptakami. — Po czym szybko dodała: — Oczywiście będę tylko oglądała wytworny świat, a nie należała do niego.

— Jestem pewien, że będziesz wyglądała ślicznie we wszystkim, co na siebie włożysz — pocieszył ją sir Feliks.

— Oto odwieczne słowa mężczyzny, który uważa, że dla kobiety strój nie ma żadnego znaczenia — zakpiła Ancella. — Ale przypuszczam, że jako pielęgniarka towarzysząca księżnej będę tak skromnie wyglądała, iż nikt mnie nie zauważy.

Osobiście sir Feliks uważał to za całkiem nieprawdopodobne, ale nic nie powiedział, nie chcąc niepokoić Ancelli.

Wstał oświadczając:

— Muszę teraz wrócić do Londynu. Mam nadzieję, że wysłałaś telegramy do swoich najbliższych krewnych i przynajmniej paru z nich przyjedzie dziś po południu. Pomogą ci przy pogrzebie, ale poleciłem już miejscowemu lekarzowi, żeby załatwił wszystko w zakładzie pogrzebowym i nie niepokoił cię, jeśli nie będzie to absolutnie konieczne.

Ancella także wstała.

— Jeszcze raz dziękuję, sir Feliksie — powiedziała. — Bardzo bym chciała, by moi krewni byli tacy jak pan. Jestem wdzięczna za wszystko, co pan uczynił dla papy, a ponieważ kocham pana, zrobię to, co pan proponuje. Przynajmniej będzie to dla mnie jakaś przygoda.

— Jeszcze jaka — zgodził się sir Feliks. — Przyrzekam, że jeśli sytuacja wyda ci się nie do zniesienia, wystarczy, że do mnie zatelegrafujesz, a wyślę pieniądze na bilet powrotny albo sam po ciebie przyjadę.

— Uśmiechając się dodał: — Przynajmniej miałbym wspaniały pretekst do odwiedzenia Riwiery, co chętnie bym uczynił.

Trzy tygodnie później ekspresem Méditerrané relacji Paryż—Lyon Ancella jechała na Lazurowe Wybrzeże, oddalając się od zimnego śniegu i lodowatego północnego wiatru.

Nawet teraz nie mogła uwierzyć, że wyjechała i nie uległa naciskom ciotek, które próbowały ją zastraszyć i zmusić do pozostania w Anglii.

Oczywiście nie powiedziała im, co zamierza zrobić, gdyż oboje z sir Feliksem uznali, że przysporzyłaby sobie tylko kłopotu.

Udawała, że otrzymała zaproszenie od przyjaciółki z południowej Francji i postanowiła z niego skorzystać.

Krewne wysuwały wszelkie możliwe zarzuty co do jej wyjazdu.

Nie powinna teraz wyjeżdżać, skoro jest w żałobie! To niestosowne, by młoda dziewczyna, która niedawno straciła ojca, tak się włóczyła! To nieprzyzwoite, żeby sama podróżowała! I najważniejsze — nie jest na tyle dorosła, by mogła obyć się bez ciągłego towarzystwa kogoś takiego jak one!

Tego zarzutu Ancella chciała przede wszystkim uniknąć, i to jeszcze bardziej umocniło w niej chęć ucieczki.

Razem z sir Feliksem zdecydowali, że nie będzie używała prawdziwego nazwiska.

Mimo wszystko Winnowie byli dużą rodziną i choć hrabia Medwinu niemal zawsze, odkąd Ancella dorosła, był zbyt chory, żeby podróżować, wciąż mógł znaleźć się jakiś daleki kuzyn lub przyjaciel, który rozpoznałby nazwisko Ancelli Winn.

— Będę się nazywała Winton — oznajmiła sir Feliksowi. — Nie ma sensu wymyślać zupełnie innego nazwiska, gdyż nigdy nie będę pamiętała, by na nie reagować.

Zgodnie z tym co ustalili, sir Feliks napisał doktorowi Grovesowi, że panna Ancella Winton zgodziła się objąć posadę u księżnej Feodogrovej Vsevolovski i siódmego lutego przybędzie na stację w Beaulieu.

Ancella musiała powiedzieć ciotkom, że jej koleżanka mieszka w pobliżu Beaulieu i to wywołało kolejną awanturę.

— Beaulieu leży w pobliżu Monte Carlo! — wykrzyknęła ciotka Emily.— Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że nawet nie przyjdzie ci do głowy myśl, by przestąpić próg tego gniazda niegodziwości!

— Nie mogę uwierzyć, że to aż tak złe — odpowiedziała Ancella, przypominając sobie, co sir Feliks mówił na ten temat.

— Drogi biskup — rzekła ciotka Emily — napisał parę listów do Timesa, protestując przeciwko niegodziwości hazardu i nieszczęściu, jakie przynosi tym, którzy dopuszczają się takiego zła.

— Ludzie nie muszą uprawiać hazardu — stwierdziła hrabianka.

Zanim jednak Ancella opuściła Medwin Park, nadszedł album z wycinkami, po który ciotka poszła do domu, by poprzeć swe argumenty.

Przez lata zbierała zasuszone kwiaty, karneciki balowe, kartki z życzeniami świątecznymi, szkice, fotografie, aż w końcu wkleiła je wszystkie do albumu, który opatrzyła tytułem: „Pamiątki mojego życia”.

Przewróciwszy kilka stron, znalazła list, napisany parę lat wcześniej przez mężczyznę, który nazywał się John Addington Symonds i jako jeden z pierwszych Anglików odwiedził Monako.

List ten ukazał się w gazecie, z której wycięła go ciotka Emily. Oto jego fragment:

Jest tu olbrzymi dom grzechu błyszczący nocą od lamp gazowych, migoczący i jaśniejący nad wybrzeżem jak piekło lub siedziba jakiejś romantycznej wiedźmy... Na jej wspaniałym dworze w sali z zielonymi stolikami trwa niekończący się festiwal grzechu... Wspaniałe kobiety o zuchwałych oczach, złotych włosach oraz szyjach jak marmurowe kolumny śmieją się, śpiewają, kuszą... Wewnątrz jaskini hazardu gra toczy się jak dobrze prosperujący interes. Ruletka oraz czerwone i czarne stoły są oblegane. Słychać jedynie monotonne głosy krupierów, brzęk złota przesuwanego drewnianymi łopatkami i klekot kulki wirującej po ruletce... Krupierzy są albo grubymi zmysłowymi kormoranami, albo sępami o zapadniętych policzkach, albo podejrzliwymi lisami. Na twarzach tych mężczyzn, którzy trzymają bank, podłe, zmysłowe i nieograniczone skąpstwo podkreśla liczne ślady rozpustnej młodości spędzonej w ohydnym zawodzie.

Ciotka przeczytawszy głośno tekst niskim, przerażonym głosem, podniosła oczy i zdejmując binokle spytała:

— Rozumiesz? Właśnie tego musisz unikać!

Ancella z trudem powstrzymała się od śmiechu.

— Ciociu Emily, chyba zapomniałaś, że nie mam pieniędzy. Jak wiesz, papa nie zostawił mi ani grosza. Mam tylko sto funtów rocznie, które zapisała mi babka, i zapewniam cię, że to co zostanie z tej sumy, nie wystarczy na uprawianie hazardu.

— Nie wolno ci przekraczać progu tego rozpustnego miejsca. Rozumiesz, Ancello?

— Tak, ciociu Emily.

— Jeśli ktoś cię tam zaprosi, masz odmówić. Gdyby drogi biskup się dowiedział, że moją siostrzenicę widziano w Monte Carlo, chyba umarłabym ze wstydu!

— Postaram się nie zmuszać cię do tego, ciociu Emily.

— Mam nadzieję — odpowiedziała ciotka.

Ancella wiedziała, że list, który ciotka Emily właśnie przeczytała, został napisany wiele lat temu.

Ale przypomniała sobie, że całkiem niedawno w Timesie również opublikowano listy atakujące Monte Carlo.

Jednym z jej obowiązków było czytanie ojcu z gazet wszystkiego, co mogło go zainteresować, i teraz odtworzyła sobie list z Pall Mall Gazette, w którym lekarz mieszkający w Menton pisał:

Kilkakrotnie z głębokim bólem patrzyłem, jak spuszcza się do grobów pacjentów, którzy żyliby, gdyby ich nie zwabiła najzgubniejsza ze wszystkich podniet — hazard... Usunięcie tego potwornego zła z pięknego wybrzeża Riwiery z pewnością przyniosłoby korzyść naszym współobywatelom i przybliżyło chwilę, gdy na ziemi zapanuje Królestwo Niebieskie.

 

— Wierutne brednie! — krzyknął hrabia Medwinu, kiedy skończyła czytać.

W kolejnym liście, który Ancella przeczytała na głos, pytano:

A co z samobójstwami w Monako — zgony zarejestrowano jako nieszczęśliwe wypadki, choć bliższe prawdy było to, że nieszczęśnicy zostali „zamordowani przez Monte Carlo”?

— Gruba przesada — mruknął hrabia.

— Ale papo — powiedziała Ancella — we wczorajszym Timesie przeczytałam, że we francuskim parlamencie złożono petycję podpisaną przez cztery tysiące mieszkańców i gości Riwiery. Twierdzą, że Monako stało się „jaskinią zepsucia” i błagają francuski rząd, by zamknął kasyno.

— Przeklęci ludzie, muszą innym zepsuć zabawę! — wykrzyknął gwałtownie hrabia. — Do diabła, nie wiem, dlaczego nie potrafią żyć i dać żyć innym! Ludzie i tak muszą wydać pieniądze, jeśli nie w ten, to w inny sposób!

Porzucił ten temat, lecz Ancella nie była w stanie poskromić swej ciekawości i zastanawiała się, czy Monte Carlo rzeczywiście jest tak złe, jak wszyscy je opisywali.

The Daily News utrzymywało, że królowa Wiktoria, król Włoch i niemiecka rodzina królewska pragnęli położyć kres „fatalnym następstwom piekła takiego jak Monako”.

Ale hrabia nie chciał słuchać.

Może teraz będę miała okazję sama się o tym przekonać, pomyślała Ancella, kiedy pociąg pędził nocą, wioząc ją w kierunku tego, co na swój użytek określiła dziwacznie jako „piękne i złe”.

Była pewna, że tylko dzięki temu, co sir Feliks napisał do doktora Grovesa, podróżuje pierwszą, a nie jak się spodziewała, drugą klasą. Dlatego miała przedział sypialny; była urzeczona niewielkim łóżkiem, które służący sprawnie posłał, komfortowymi warunkami do mycia i faktem, że jechała sama.

Wiedziała, że damy z towarzystwa biorą ze sobą w podróż jedwabne lub płócienne prześcieradła, poduszki wykończone koronką, dywanik i wszelkie inne dodatki, zapewniające większy komfort.

Pamiętała, jak matka opowiadała jej, w jaki sposób podróżowali z ojcem po Europie.

Zazwyczaj zabierali ze sobą służącą i lokaja, którzy zajmowali się bagażami i przygotowaniem przedziałów sypialnych oraz dbali o to, żeby w pociągu, na statku czy w hotelu wszystko było zorganizowane zgodnie z ich życzeniem.

Ancella nie narzekała, choć nie podróżowała w tak wielkim stylu. Jej wątpliwości zostały ostatecznie rozwiane, kiedy doktor Groves odpisał, że jest zachwycony propozycją sir Feliksa przysłania mu „panny Ancelli Winton” i donosił, iż przekonał księżną, by płaciła jej we frankach równowartość stu pięćdziesięciu funtów rocznie.

— To majątek! — wykrzyknęła Ancella, kiedy sir Feliks powiedział jej o tym.

— Przekonasz się, że w najbogatszym miejscu rozrywek w Europie nie wystarczy ci na długo — oznajmił. — Ancello, bądź zatem rozsądna i pamiętaj, żebyś nigdy nie wydawała własnych pieniędzy, ale zawsze oczekiwała, że ktoś za ciebie zapłaci.

— Mam nadzieję, że będę się zachowywała jak dobrze wyszkolona długoletnia służąca — roześmiała się Ancella.

— Pamiętaj, że służący oczekują hojnej zapłaty za swoje usługi i nigdy, w żadnych okolicznościach, nie sięgają do własnych kieszeni.

— Zapamiętam — obiecała Ancella.

Ale uznała, że będzie bogata, i sprawiła sobie parę sukien.

Nie była rozrzutna, ale kupowała tak, jak zawsze robiła to jej matka — ze smakiem i rozeznaniem, dzięki czemu każdy funt został wydany z największym pożytkiem.

Dyskutowała z sir Feliksem o tym, czy powinna chodzić w żałobie, czy może to być nieprzyjemne dla jej pracodawczyni.

— Znam osobiście Riwierę i uważam, że czarny kolor będzie dla ciebie za ostry i za ponury — powiedział sir Feliks. — Wszędzie jest kolorowo i ty też będziesz chciała tak wyglądać.

Ancella wiedząc, że doktor kieruje się zdrowym rozsądkiem, nabyła białą suknię oraz jasnofiołkoworóżową i zabrała ze sobą tylko jedną czarną wieczorową toaletę, którą kupiła po śmierci matki.

Była to raczej kosztowna suknia, którą rzadko nosiła od tamtej pory i chyba szkoda by było jej nie wykorzystać, choćby podczas obiadu w willi, gdyby przypadkiem została zaproszona przez Swoją pracodawczynię.

Naprawdę nie wiedziała, czego może się spodziewać i w tym wypadku sir Feliks nie mógł jej pomóc.

Nie umiała przewidzieć, czy rzeczywiście będzie traktowana jak wykwalifikowana służąca, która ma oddzielnie spożywać posiłki, czy zostanie zaproszona do jadalni. Muszę po prostu cierpliwie czekać, pomyślała sobie, uważając, że nie ma znaczenia, gdzie będzie jadała.

Naprawdę ważne było, że jechała sama i to tam, gdzie jest dużo słońca.

Sir Feliks słusznie zauważył, że jest przepracowana i wycieńczona.

Teraz, kiedy umarł jej ojciec, miała wrażenie, że straciła główny cel w życiu, a zmęczenie i osłabienie, które postanowiła ukrywać wtedy, kiedy była mu potrzebna, ogarnęło ją obecnie jak przypływ morza.

Rzeczywiście była nadmiernie wyczerpana i pragnęła mieć trochę czasu, by przyjść do siebie, zastanowić się nad przyszłością i spokojnie zaplanować to, co będzie musiała zrobić, kiedy skończy się jej niespodziewana praca.

Odłożę każdego pensa, którego zarobię, postanowiła. Na pewno mi się przyda, kiedy wrócę do Anglii.

Znowu pomyślała o życiu pod jednym dachem z którąś ze swych ciotek i zadrżała.

Przypominałoby to rozmyślne wchodzenie do grobu, stwierdziła, a gdybym raz się w nim znalazła, to nie byłoby już dla mnie ucieczki.

Zasypiała słuchając stukotu kół, wyobrażając sobie, że pociąg jest powozem wywożącym ją z ciemności do światła. Mam szczęście, pomyślała, ogromne szczęście.

Był jeszcze wczesny ranek, kiedy Ancella nagle się przebudziła, słysząc krzyki bagażowych i uświadamiając sobie, że pociąg z Paryża wjechał na pierwszą stację.

— St. Raphaël! St. Raphaël!

Usłyszała nazwę miejscowości i podniosła zasłonę w oknie.

Na moment oślepiło ją słońce. Potem ujrzała lazurowe morze na tle bladego nieba, wciąż okrytego lekką poranną mgiełką, i pomyślała, że jest w raju.

Za miasteczkiem rozciągały się góry, których stoki u podnóża były gęsto porośnięte lasami.

Ancella wiedziała, że właśnie do tego niewielkiego portu przybił Napoleon, wracając z Egiptu w 1799 roku i piętnaście lat później odpłynął stąd na Elbę, gdzie był więziony.

Jestem w historycznym miejscu, powiedziała do siebie, nie posiadając się z radości.

Machinalnie się ubierała, jednocześnie obserwując nieznany świat, który ukazał się jej oczom. Widziała kwitnące krzewy mimozy. Kwiaty pnące się po ścianach, wypełniające skrzynki w oknach i okrywające dzikie trawy na zboczach gór. Widziała domy o jaskrawoczerwonych dachach i białe wille, które wyglądały jak lukrowane torty. Od czasu do czasu migały w oddali wysokie góry o poszarpanych ostrych szczytach, wciąż pokrytych białym zimowym śniegiem.

Wszystko było tak zachwycające i zapierające dech w piersiach, że zrozumiała, iż nigdy dotąd kolory nie wzbudziły w niej równie silnych emocji.

— To cudowne! Cudowne! — krzyknęła i opuściła okno, żeby poczuć na policzkach łagodne, ciepłe powietrze.

Pociąg jechał wzdłuż wybrzeża, zatrzymując się w znanych miejscowościach.

Cannes, miasto o burzliwej przeszłości, w którym jak słyszała, często zatrzymywał się książę Walii; zniszczone przez Rzymian w odwet za zamordowanie kilku osadników, a także dwukrotnie zburzone przez Saracenów.

Potem pociąg stanął w Antibes i Ancella zobaczyła rozłożone na peronie urny, czary i dzbanki w rozmaitych odcieniach błękitu, dzięki czemu, jak powiedział sir Feliks, odżywała sława romańsko-etruskich wyrobów garncarskich.

Nicea — przypomniała sobie — słynęła z kwiatów i stąd Napoleonowi Bonaparte wysyłano co tydzień do Paryża skrzynki z goździkami, liliami, fiołkami i różami.

W zatoce Villefranche, z dala od wybrzeża, stały zakotwiczone francuskie i brytyjskie okręty wojenne; Ancella usłyszała, jak konduktor krzyknął:

— Następny postój: Beaulieu!

Pospiesznie zebrała swoje rzeczy, a kiedy przejrzała się w lustrze, by sprawdzić, czy wygląda stosownie do roli, jaką ma odegrać, stwierdziła, że jest gotowa do opuszczenia pociągu.

Nie stać jej było na kosztowną suknię podróżną, ale ta, którą miała na sobie — fiołkową jak leśne fiołki — pasowała do jej szczupłej sylwetki i nadawała bardzo elegancki wygląd.