ImperiumTekst

Z serii: Star Force
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Imperium
Imperium
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Imperium
Audio
Imperium
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  24,35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sandra zmarszczyła brwi, ale skinęła głową. Zabrała mi bilę i obracała ją w dłoni.

– Ale jest pewien problem. Jeśli będą lecieć zbyt szybko, to opuszczą orbitę, prawda?

– Właśnie nad tym myślę. Jak skonstruować coś w rodzaju tego pokoju? Kluczową różnicą jest brak ścian w kosmosie. Kule nie mają się tam od czego odbić, nie mają jak trzymać się celu. Odlecą w dal.

Rozejrzała się po sali, zamyślona.

– Mam pomysł. Co, jeśli zrobisz dla nich zderzak?

Parsknąłem.

– Walną w niego i eksplodują, a przynajmniej ulegną dezintegracji.

– Nie chodzi mi o fizyczną barierę, tylko o punkt grawitacyjny. Coś, co je złapie jak dłoń i odrzuci w innym kierunku.

Wpatrywałem się w nią przez sekundę, aż w końcu powoli skinąłem głową.

– Wiesz co? To może zadziałać.

Sandra wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie. Chwyciłem ją wtedy. Na początku opierała się, ale szybko się odprężyła. Jej ciało było już wilgotne od potu. Kochaliśmy się w sali bilardowej, co zaskoczyło mnie tak samo jak ją. Szybko, ale intensywnie.

– Mam nadzieję, że kamery były wyłączone – powiedziała, gdy skończyliśmy.

– Tylko kluczowe systemy teraz działają.

– Co cię tak podnieciło? – spytała, po czym uśmiechnęła się. – Nieważne, ty zawsze jesteś podniecony.

Pokręciłem głową.

– To coś więcej. Chyba wyglądałaś dla mnie za mądrze.

Roześmiała się i znów mnie pocałowała. Wiedziałem, że powiedziałem to, co trzeba i zapunktowałem.

Rozdział 5

Makrosy przeleciały przez układ Thora i nie zwolniły nawet, podlatując do pierścienia. Najwyraźniej chciały dać nam jak najmniej czasu na naprawę stacji. Niestety, ich taktyka była coraz bardziej przejrzysta. Dzięki zapasowi nanitów Marvina szło mi lepiej, niż się mogły spodziewać, ale potrzebowałem każdej godziny.

Czterdzieści godzin może brzmieć nieźle, ale tak naprawdę to bardzo mało. Szczególnie gdy większość systemów jest uszkodzona. Nawet te podstawowe, jak podtrzymywanie życia i komunikacja, wciąż nieco szwankowały. Skupiłem się na przywróceniu sprawności uzbrojeniu. Stacja bojowa miała oczywiście niezależne fabryki, ale tylko jedną z nich oszczędził impuls elektromagnetyczny, jako że znajdowała się przy generatorach, najlepiej osłoniętej części instalacji. Była ona krytyczna dla naszej strategii.

Po jakichś dwudziestu godzinach wytwarzania różnego rodzaju nanitów zmieniłem tryb produkcji na coś bardziej złożonego: miny. Jedyne, co jeszcze kazałem zbudować, to kosmiczne zderzaki, które wymyśliła Sandra: duże generatory przymocowane do potężnych płyt grawitacyjnych. Umieściliśmy je na orbicie za pomocą okrętów zwiadowczych, gdy zostało nam mniej niż dziesięć godzin. Siedziały zaparkowane nad Helem i czekały.

Nawet z pomocą Marvina obliczenia nie były proste. Musieliśmy wyznaczyć nowy rodzaj orbity, teoretyczny w naszych kalkulacjach, ale mający przybrać fizyczną formę. Powinniśmy wypuścić małe miny jako pulsujący strumień. Miały okrążyć Hel siedem razy, zanim nabiorą wystarczającej prędkości, by opuścić orbitę. Hel nie był potężnym olbrzymem gazowym, więc przy trzydziestu tysiącach kilometrów na godzinę miny mogły wyrwać się ze studni grawitacyjnej lodowej planety i zapewne po latach wlecieć w dalekie słońce.

Ale nie taki był mój plan. Zamiast tego wysoko nad Helem umieściłem swoje „zderzaki”, emitujące fale grawitacyjne i spychające miny z powrotem na orbitę, gdzie krążyły z narastającą prędkością. Wypuściłem je w formie gęstych impulsów zamiast stałego strumienia. Gdy uderzą, wylatując z oszałamiającą prędkością z zimnej ciemności, chciałem, żeby cios był naprawdę potężny.

– Zbudowałeś pułapkę – powiedziała Sandra, podziwiając moją robotę na wyświetlaczu.

– Nieźle, co?

– Jak nazwiesz tę sztuczkę – tę nową taktykę?

Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się.

– „Specjalność Sandry”. Latający kop w dupę, gdy się tego najmniej spodziewasz.

Parsknęła i pokręciła głową.

– Nie wiem, czy powinnam to uznać za komplement.

Po minie widziałem jednak, że spodobała jej się nazwa.

– Welter, jak tam systemy uzbrojenia?

– Dwanaście ciężkich dział elektromagnetycznych, podzielonych na trzy baterie. Ich nanitowe mózgi są młode i potrzebują wskazówek. W każdym bunkrze powinien być jeden ludzki artylerzysta i im pomagać. Mają spory zasięg i moc, ale jest ich mało – nie mamy dość mocy na więcej.

– Co jeszcze?

– Sześć strumieni min, wszystkie okrążają Hel w zwartych formacjach. Zsynchronizowałem je ze stacją, więc przelatują obok nas co pół godziny i uderzą we wszystko, co wyjdzie z pierścienia. Zależnie od tego, kiedy przyleci wróg, może go czekać niemiła niespodzianka.

– A co z lżejszymi laserami? Obroną punktową?

– W tej kategorii mamy niewiele – przyznał komandor. –

Systemy wymagają automatyzacji, a mózgi są młode. Boję się, że mogą zacząć strzelać do siebie nawzajem zamiast do nadlatujących pocisków.

Pokręciłem głową.

– To za mało. Musisz mieć przynajmniej sto małych systemów obrony punktowej, zanim makrosy uderzą. Kochają swoje rakiety i musimy być w stanie je zestrzelić. Weź oprogramowanie dla mózgów od Marvina, na pewno przechowuje je gdzieś w swojej monstrualnej sieci neuronowej.

Welter wyglądał, jakby miał zgłosić obiekcje, ale wzruszył ramionami i wrócił do konsoli. Wiedziałem, że nie przepada za Marvinem, a co ważniejsze, nie ufa mu. Nie mogłem go za to winić. Na pierwszy rzut oka pozwolenie Marvinowi, żeby zaprogramował nasze mózgi obronne, wyglądało na szalony pomysł. Niestety, nie bardzo mieliśmy wybór. Po prostu nie było dość czasu, żeby napisać na nowo i zdebugować kod dla nanitowych artylerzystów. Nie mogliśmy też postawić tam prostych, samouczących się mózgów. Zanim zorientują się, jak używać broni, makrosy zdążą zrobić z nas miazgę.

Jakieś dziesięć godzin później wróciły okręty zwiadowcze z ostatecznym raportem. Wroga flota miała przylecieć szybciej, niż się spodziewaliśmy. Zwalniała teraz, ale dosłownie w ostatniej chwili i przy maksymalnym odrzucie. Zapewne znali rozłożenie naszych sił. Moje okręty nie były w stanie dotrzeć na czas. Mknęli ku nam przez układ Thora tak szybko, jak tylko mogli, od chwili gdy dostaliśmy impulsem elektromagnetycznym.

Gdy do ataku zostały już tylko godziny, Welter odciągnął mnie na bok, żeby porozmawiać na osobności właśnie o tym. Marvin był w centrum kontrolnym i regulował ustawienia holotanku. Jego metalowe ramiona wiły się na wszystkie strony. Niektóre wspierały jego masę, zaś inne trzymały kamery lub narzędzia.

– Nie podoba mi się to, sir – szepnął Welter, wskazując głową na Marvina.

Spojrzałem na robota, którego kamera od niechcenia popatrzyła na nas, po czym skupiła się znów na pracy.

– Tak, komandorze?

– Wiedział o nadchodzącym ataku. Schował się w jedynym miejscu na pokładzie, którego nie dosięgnął impuls elektromagnetyczny. A potem nagle wyszedł z zapasem nanitów, których bardzo nam potrzeba. Następnie używamy jego oprogramowania w systemach obronnych.

– Rozumiem, do czego zmierzasz, i coś w tym jest, ale…

– To nie wszystko, sir – przerwał mi Welter. – Wróg wie, co mamy i gdzie.

– Dlaczego tak myślisz?

– Bo przybędą mniej niż godzinę przed naszymi posiłkami. Nie powie mi pan, że to przypadek.

– Myślisz, że Marvin im powiedział?

– Czy to nie on „odkrył”, jak używać pierścieni do komunikacji? Czy to nie on w zasadzie jako jedyny wie, jak to się robi? Kto inny mógł nas sprzedać obcym w innym układzie?

Westchnąłem.

– Rozumiem twoje obiekcje, ale nie wiem, co możemy z tym zrobić.

– Możemy cofnąć instalację oprogramowania w systemach obronnych i wyłączyć tego robota.

Pokręciłem głową.

– Nie ma innej alternatywy dla laserów obronnych. Mamy za mało ludzi i nie zdążymy wyszkolić nowego oprogramowania. Brak nam czasu.

Welter spojrzał na Marvina z ukosa.

– Czy tylko to nam zostało? Czekać i zobaczyć, jak pójdzie bitwa?

Skinąłem głową.

– Owszem. Jeśli Marvin nas sprzedał, już jesteśmy martwi. Rozumiem, że trudno zaakceptować podobną sytuację, ale postaraj się być realistą. Nie istnieje alternatywa.

Welter spojrzał na mnie dziwnie i uniósł brwi.

– Mam pewien pomysł – powiedział cicho.

– Mów.

– Opuśćmy bazę. Zostawmy automatyczne systemy i ewakuujmy ludzi.

Spojrzałem mu prosto w oczy.

– Chcesz porzucić tę stację?

– Jeśli zostaliśmy zdradzeni, i tak przegramy. A w ten sposób nikt nie zginie. Jeśli nas nie zdradzono, i tak nasze szanse wyglądają kiepsko. Najwyżej wrócimy z flotą i posprzątamy po bitwie.

– Nie podoba mi się to.

– Tak myślałem. To pańska decyzja, sir.

Odwróciłem się od niego i podszedłem do holotanku. Musiałem to przemyśleć. Nie chciałem porzucić stacji bojowej, ale też nie zamierzałem złapać się na sztuczkę wroga po raz drugi w ciągu kilku dni i zginąć jak idiota.

– Marvin – powiedziałem – musimy porozmawiać na osobności.

– Jestem w tej chwili dość zajęty, pułkowniku – odparł.

Przyciągnąłem uwagę tylko jednej kamery. Reszta ciężko pracowała przy podstawie holotanku, który był kompletnie rozbebeszony.

– Co właściwie teraz robisz? – spytałem.

– Holotank składa się z dość wyspecjalizowanych nanitów. Mają różne kolory i mogą zapalać się jak małe LED-y. Te są generycznymi, szarymi zastępnikami. Dokonuję regulacji…

– Świetnie, Marvin. Jestem pewien, że podczas nadchodzącej bitwy będą bardzo dobrze widoczne i pomocne. Ale muszę z tobą porozmawiać w tej chwili.

W moją stronę obróciły się trzy kamery.

– Dobrze, sir.

Opuściłem mostek, a Marvin popełzł za mną. Miał teraz podłużną formę, składającą się z segmentów wielkości kubłów na śmieci. Jego ramiona z trudem ciągnęły je po pokładzie.

 

– Przybrałeś ostatnio na wadze? – spytałem.

– Mogłem przekroczyć wyznaczone dla mnie w zeszłym miesiącu specyfikacje, ale tylko nieznacznie.

Staliśmy w pustym korytarzu. Zatrzymałem się, bo uznałem, że to tak samo dobre miejsce na prywatną rozmowę jak każde inne. Stacja była w dziewięćdziesięciu pięciu procentach pusta.

– Jeśli miałbym zgadywać, to powiedziałbym, że niemal dwukrotnie przekroczyłeś uzgodnioną masę.

– Być może zaszło nieporozumienie – stwierdził Marvin, przyglądając mi się pełnym bukietem kamer. Niektóre spoglądały na moje dłonie lub stopy, ale większość skupiała się na twarzy, oglądając ją pod różnymi kątami. – Mierzyłem dozwolone osprzętowanie z punktu widzenia wagi, nie masy. Jako że nasza stacja ma w praktyce grawitację o połowę mniejszą niż Ziemia, moje wyliczenia…

– Na razie mniejsza z tym, oszuście. Pogadajmy o twoich motywacjach i intencjach, Marvin.

Żonglował kamerami, próbując określić mój nastrój. Było to dość oczywiste, więc starałem się utrzymać pokerową twarz, aby mu utrudnić zadanie. Marvin denerwował większość ludzi. Potrafił być dość wymijający, więc kontakty z nim wymagały sporej determinacji.

– Wśród załogi wystąpiły pewne obawy, jeśli chodzi o twoją lojalność. Czy w tej walce jesteś po naszej stronie, Marvin? Czy robisz, co możesz, żeby ocalić stację i ludzkie życie, czy przeprowadzasz jakiś misterny eksperyment?

Uważałem, że Marvin nie jest tak naprawdę zły, ale musiałem przyznać, że nieustannie naginał zasady. Zazwyczaj jego główną motywacją była naukowa ciekawość. Jeśli miał właśnie na rozkładzie tajemnicę, w którą mógł się zagłębić, był zdolny do bardzo niepokojących rzeczy. Czasami na granicy zdrady.

– Rozumiem pańskie obawy, pułkowniku. Chce pan wiedzieć, czy w jakiś sposób wywołałem tę inwazję, tak?

– Chcę wiedzieć, czy masz z nią coś wspólnego i jakie informacje przed nami wciąż ukrywasz.

– W waszych danych wyczytałem pewien idiom. Spowiedź jest dobra dla duszy.

– Znam tę koncepcję. Z czego chcesz się wyspowiadać?

– Wiedziałem, że nadchodzą. Nie wiedziałem jednak, kiedy ani jak. Wydedukowałem, że ten pojedynczy okręt Skorupiaków musiał być częścią jakiegoś podstępu, a nie prawdziwej misji dyplomatycznej.

Skinąłem głową, czując, jak mięśnie mi się napinają. Zaczynałem być wściekły, ale starałem się nie dać tego po sobie poznać. Gdy na niego patrzyłem, Marvin obrócił jedną z kamer tak, aby mieć szerszą perspektywę mojej twarzy.

Kiedy byłem w stanie zapanować nad głosem, powiedziałem z fałszywym spokojem:

– Dobrze, porozmawiajmy o tym, co jeszcze wiesz, a czego mi nie powiedziałeś. Wydedukowaliśmy, że wróg posiada informacje o pozycjach naszych sił. Czas ich ataku jest zbyt dokładny, aby był przypadkowy.

– Ach, co za przenikliwość. Tak, są na to dowody. Wielu dowódców by to przegapiło w takim zamieszaniu, ale nie pułkownik Riggs, ten…

– Po prostu powiedz mi, kto jest szpiegiem i jak działa – przerwałem mu.

Nadal miałem nadzieję, że nie powie mi, iż przekazuje dane Skorupiakom. Bo jeśli to robił, to musiałbym go wyrzucić przez śluzę, bez względu na to, jak był cenny.

– Niech pan to przemyśli – odparł, jakby go to bawiło. –

Czy odpowiedź nie jest oczywista? Kto w układzie Edenu może mieć do nas uraz? Kto tutaj przebywa i jest w stanie obserwować nasze ruchy? Kto dysponuje technologią pozwalającą na przesłanie raportu poza ten układ?

Wpatrywałem się w niego, walcząc z przypływem gniewu. Znał odpowiedź, wiedział, że jest niezwykle ważna, ale wciąż wolał bawić się w zgadywanki. Jego pojęcie priorytetów wyglądało dość osobliwie.

Mimo emocji i tego, jak ważne były to informacje, musiałem przyznać, że odpowiednio do tego podszedł. Odpowiedź musiała tkwić tutaj, wśród wymienionych przez niego faktów. Pomyślałem o graczach znajdujących się w tym układzie. Mieliśmy samych marines Sił Gwiezdnych. Byłem pewien, że wszyscy są wierni Ziemi, flocie i mnie osobiście. Po to tu przylecieli. Od razu skreśliłem ich z listy.

Gdyby znajdowały się tu okręty Crowa, umieściłbym ich dowódców na liście podejrzanych, ale z tego, co wiedziałem, żaden tu nie przebywał. Następne były trzy tutejsze gatunki. Centaury nigdy by tego nie zrobiły ze względu na kodeks honorowy, mikroby nie dysponowały taką technologią, a…

W mojej głowie zapaliła się żarówka.

– Niebiescy.

– Oczywiście – stwierdził Marvin. Jego macki wiły się, chyba okazując zadowolenie. Cieszyła go nasza gra, traktował ją niczym dobry żart. Lubił prowadzić mnie po ścieżce logiki tak, abym sam doszedł do odpowiednich wniosków.

– Jaki masz na to dowód i dlaczego zataiłeś te informacje? – spytałem stanowczo.

– Pierścienie wibrowały. Wprawdzie to nie jest najlepsze słowo na opisanie tego fenomenu, ale w przybliżeniu może być. Przekazywały wiadomości, które odkryłem, ale których nie byłem w stanie rozszyfrować.

– To tyle?

– Tak.

– Nie wiesz, kto używa ich do komunikacji?

– Odpowiedź jest oczywista. Ja tego nie robiłem, w układzie nie było żadnych sił makrosów ani nanitów. Jedynym możliwym źródłem są Niebiescy, więc to musieli być oni.

– Ale nie wiesz, co mówili? Z kim rozmawiali?

– Próbowałem to ustalić. Ale na razie bezskutecznie. Wszystko, co wiem, wydedukowałem, tak samo jak pan teraz.

Odprężyłem się trochę. Jedynym grzechem Marvina było zatajenie czegoś przede mną.

– Zdajesz sobie sprawę, że niezgłoszenie mi tego można by uznać za udział w spisku?

– To dość naciągana logika – odparł. – Sam dopiero na to wpadłem. To jedynie poszlaki. Czy jestem wrogiem dlatego, że zataiłem nie fakty, a spekulacje? Moje podejrzenia dopiero niedawno okazały się trafne.

Pokręciłem głową.

– Dlaczego właściwie po prostu wszystkiego nie powiedziałeś?

Marvin wyraźnie kluczył. Rozpoznawałem ten wzorzec zachowania. Jego kamery skupiały się na mojej twarzy, próbując odczytać emocje. W tym samym czasie kilka kończyn zwijało się w pętle. Przypominał nerwowe dziecko, niepewne, jaką zasłużoną karę wymierzą mu rodzice.

– Nie chciałem, żebyście zatrzymali transmisje. Pragnąłem je studiować, nauczyć się sekwencji kodu, za pomocą którego Niebiescy korzystają z tego nowego medium. Od tygodni mnie to fascynowało.

Parsknąłem.

– Nie dziwi mnie, że ogarnęła cię naukowa chciwość. Ale jak, do cholery, można zatrzymać transmisje?

– Zakłócając je. Możemy przesyłać szum przez pierścienie i blokować połączenie, jako że są w stanie transmitować jedynie jeden sygnał na raz.

Fuknąłem z irytacją.

– Możesz zakłócać ich komunikację?

– Tak. Ale niech pan pamięta, że to da im znać, iż jesteśmy świadomi ich aktywności. Na razie mamy przewagę. Wiemy, że komunikują się z wrogiem, możemy studiować kod i go złamać. To może się okazać nieocenione.

Uniosłem rękę. Kilka kamer śledziło ten gest, a jedna z macek podniosła się, aby chronić kamery na wypadek, gdybym stał się agresywny i próbował w nie uderzyć.

– Nie powiedziałeś nam, bo chciałeś nauczyć się nowego języka, którego wcześniej nie wykryłeś? – spytałem, niemal krzycząc. – Nie ma sensu uczyć się kodu! Zmienią go, gdy tylko zostanie złamany!

– Nie wydaje mi się. To nie jest kod wewnętrzny. Niebiescy nie mają pełnej kontroli nad makrosami, pamięta pan? Nie są już w stanie ich przeprogramować. Makrosy nie uczą się szczególnie szybko. Zamiast opanowywać coś nowego, zostaną przy tym samym kodzie.

Przemyślałem to i skinąłem głową. Tu mnie miał. Makrosy nigdy nie zmieniły swojego języka, odkąd je spotkałem. Były mocno do tyłu w porównaniu z zaawansowanymi protokołami komunikacyjnymi nanitów.

– Marvin! – krzyknąłem. – Wciąż powinieneś był mi o tym powiedzieć!

– To było niewybaczalne przeoczenie.

– A mimo to znowu oczekujesz mojego wybaczenia?

– Tak.

Przypomniało mi się, jak to jest być ojcem nastolatków. Bywałem dość sfrustrowanym rodzicem, ale nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego, jak w przypadku Marvina.

– Powinienem rozbić cię w drobny mak i wystrzelić z dział. Jesteś dość duży, żeby starczyło cię na amunicję dla całej baterii, wiesz o tym?

– Na jeden przecinek osiem salwy, zgodnie z moimi obliczeniami.

Gapiłem się na robota, nie wiedząc, co z nim począć. Czułem się jeszcze bardziej jak ojciec. Wiedziałem, że mnie ma. Obaj to wiedzieliśmy. Mogłem go ukarać, ale jedyna kara, którą mogłem wymyślić dla robota, to dezaktywacja albo rozczłonkowanie. Nie mogłem tak postąpić, skoro za parę godzin czekała nas bitwa. Był nam potrzebny. Nawet tymczasowe wyłączenie go zmniejszyłoby nasze szanse na przeżycie.

On o tym wiedział. Zapewne już wyliczył moją spodziewaną reakcję. Studiował mnie i uważnie obserwował moje poczynania. Znał moje guziczki i wiedział, jak je wciskać. Był mistrzem proszenia o wybaczenie zamiast o pozwolenie.

Trudno było radzić sobie z robotem, szczególnie z takim, który okazywał się mądrzejszy ode mnie. Wciąż chciałem go ukarać, ale w końcu tego nie zrobiłem. Być może dlatego, że w pewnym sensie miał rację. Gdybyśmy złamali kod, zyskalibyśmy sporą przewagę wywiadowczą.

W końcu przemyślałem to wszystko i uspokoiłem się nieco. Zwróciłem się znów do Marvina.

– Dobrze. Nie zrobię z ciebie drogiej kuli armatniej.

– Mądra decyzja.

– Ale – powiedziałem głośno – masz zachować tę rozmowę dla siebie. I wiedz, że nie musiałeś utajniać takich informacji i nie powinieneś tego robić w przyszłości.

– Dlaczego, pułkowniku Riggs?

– Bo rozmawiając ze mną otwarcie, przekonałeś mnie, żebym pozwolił ci na dalsze badania. Złam ich kod, Marvin.

– Zrobię to, sir.

– I następnym razem mnie informuj.

– Jest pan jeszcze lepszym dowódcą, niż myślałem – odparł i odpełzł.

Zostałem sam w korytarzu i z niepokojem spoglądałem na oddalającą się maszynę.

Rozdział 6

Przybycie wroga było wielkim pokazem siły. Setki potężnych rakiet przeleciały przez pierścień i jednocześnie wybuchły tuż przy nim. Głowice nuklearne eksplodowały z fantastyczną mocą. Był to fascynujący widok: jakby z dziury w przestrzeni kosmicznej nagle wypłynęły całe pokłady piany.

Oczywiście rozumiałem ich strategię. Robili to, aby oczyścić pole minowe, które spodziewali się zastać. Wymagało to poświęcenia wielu rakiet, ale zapewne uznali, że warto. Stwierdziłem, że wkrótce eksplozje ustaną i z pierścienia wylecą okręty, gotowe do ataku.

Zamiast tego zobaczyliśmy jednak na ekranie kolejną falę wybuchów, idących w głąb naszego terytorium. Kurs rakiet wyglądał na dokładnie rozplanowany.

– Czy to ich nowa strategia? – spytał cicho Welter. Spojrzałem na niego i znów na holotank. Sandra wierciła się nerwowo, patrząc z zaniepokojeniem, jak kule ognia stają się coraz większe i większe.

– Chyba będą wypuszczać kolejne rakiety, aż dotrą do nas i ognista chmura obejmie całą stację.

Ich salwy wciąż trwały. Eksplozje były wielkie, ale na razie nie mogły obejmować więcej niż dziesięć procent drogi do nas. Musiałem przyznać jednak, że taka demonstracja siły budziła niepokój. Czy mogą mieć dość pocisków, by podejść w taki sposób aż do stacji? Aż pochłonie nas atomowy ogień? Nie, z pewnością do tego czasu skończy im się amunicja.

Bez powietrza, które mogły spalić, eksplozje szybko rozpraszały się, emitując jedynie promieniowanie i dryfujące odłamki. Wciąż jednak parły do przodu, niszcząc całe pole minowe, które rozłożyłem dawno temu w oczekiwaniu na mniejszą flotę inwazyjną. Cieszyło mnie, że nie zmarnowałem zasobów na dołożenie kolejnych min. Uczucie ulgi szybko ulotniło się jednak, zastąpione przez zdenerwowanie. Reszta załogi mostka zamilkła pod wrażeniem siły eksplozji. Wyczuwając ich nastrój, uznałem, że czas na nieco brawury.

– Co za marnotrawstwo! – stwierdziłem.

Sandra spojrzała mi w oczy, ale szybko znów popatrzyła na holotank. Welter nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem, a Marvin nie skierował na mnie ani jednej kamery. Gdyby sytuacja była mniej przerażająca, byłbym wkurzony. Wziąłem głęboki oddech i spróbowałem jeszcze raz.

– Każda bomba, którą wyrzucają w przestrzeń, to bomba, której nie poczujemy na stacji.

W końcu Welter spojrzał na mnie poważnie. Nie wydawał się szczególnie pocieszony. Zmarszczyłem brwi. Być może załoga mostka zdążyła mnie zbyt dobrze poznać.

– Sir – odezwał się Welter – wykonałem obliczenia. Ognista kula koncentrycznych eksplozji pochłonie nas w tym tempie za mniej niż trzy minuty. Wymyślili na nas prosty sposób – po co przelatywać na naszą stronę pierścienia i walczyć, skoro mogą po prostu bombardować nas z oddali?

– No właśnie, po co? – mruknąłem. Skrzyżowałem ręce i oglądałem pokaz fajerwerków razem z innymi. W zasadzie nie pozostało nam nic innego.

 

Marvin jako pierwszy zauważył, że fala rakiet wlatujących do układu Edenu ustała.

– Koniec ostrzału. Najbliższe detonacje miały miejsce ponad osiemdziesiąt tysięcy kilometrów od stacji. Na razie jesteśmy bezpieczni.

Uśmiechnąłem się ponuro. Zdecydowanie pozbyli się naszego pola minowego, ale wciąż miałem pulsujące strumienie min i sporo siły ognia na samej stacji. Szkoda jednak, że nie była w pełni sprawna.

– Doskonale. Mam nadzieję, że nie trzymają nic w zanadrzu.

Wiedzieliśmy wszyscy, że to tylko myślenie życzeniowe. Standardowa taktyka makrosów była taka, że w każdej serii pocisków wystrzeliwano nie więcej niż połowę amunicji. Myśl, że mogliby zaatakować ponownie z taką siłą ognia, była przerażająca.

– Jaki jest status systemów obronnych? – spytałem.

– Wszystkie gotowe, sir – oznajmił energicznie Welter. –

Pole minowe przy pierścieniu oczywiście uległo zniszczeniu, ale wszystko inne czeka na rozkazy.

Zamyśliłem się. Po co taka siła ognia już na starcie? Według naszych obliczeń okręty wroga znajdowały się wciąż godzinę drogi od pierścienia. Dane nie były zupełnie pewne, jako że zabraliśmy stamtąd zwiadowców, zanim wróg mógł ich zaatakować. Niepokoiłem się coraz bardziej.

– Komandorze – powiedziałem do Weltera – oblicz pozycje makrosów, jeśli zwiększyły prędkość.

– Przy jakim przyspieszeniu, sir? Na jak długo?

– Załóżmy, że lecieli na nas przy maksymalnym odrzucie, odkąd zwiadowcy wycofali się na naszą stronę pierścienia. Gdzie by teraz byli?

Oczy Weltera rozszerzyły się. Widziałem, że zaczyna łapać. Pracował zręcznie na dotykowym ekranie, pod jego palcami pojawiały się żółte cyfry. Pół minuty później odwrócił się do mnie.

– Tu i teraz, sir. Byliby przy nas. Ale lecieliby zbyt szybko i…

Nie słuchałem już. Dałem sygnał Sandrze, która nadała moje ogłoszenie na całą stację.

– Słuchajcie wszyscy, zaraz czeka nas atak przy ogromnej prędkości ze strony pierścienia. Wszyscy mają być w skafandrach bojowych, z rękami na spustach dział elektromagnetycznych. Ruszać się, na stanowiska! To nie są ćwiczenia!

Nawet Marvin wyglądał na zaskoczonego – przyglądało mi się sześć jego kamer. Sandra też wpatrywała się we mnie, zdziwiona, zanim wszyscy w końcu ruszyli się do roboty. Zabrało to jakąś sekundę – długą sekundę, ale zapewne trochę trwało, zanim wszystkim uruchomiły się trybiki.

W całej bazie słychać było wycie serwomechanizmów i szczęk wielkich ramion, szukających celu. Ja byłem zajęty przy holotanku, sprawdzając pozycję mojego kolejnego orbitalnego deszczu min. Był blisko – mniej niż siedem minut od pierścienia. Nakazałem rojowi min odpalić małe silniki manewrowe w celu zwiększenia prędkości.

Marvin zobaczył, co robię, i zgłosił obiekcje.

– Miny lecą za szybko, sir. Kolejny zderzak grawitacyjny nie będzie w stanie ich schwytać. Nie zrobią kolejnego okrążenia wokół Helu.

– To nie będzie miało już znaczenia, Marvin.

Wskazałem na holotank, ale w zasadzie nie musiałem. Wszyscy patrzyli na niego i ciężko oddychali. Marvin skierował na trójwymiarowy obraz niemal wszystkie swoje kamery. Jego ramiona brzęczały i zgrzytały o pokład. Tylko jedna kamera wciąż patrzyła na mnie. Uniosła się wyżej i gapiła mi się prosto w twarz.

Nie miałem czasu zastanawiać się, co myśli Marvin. Nie obchodziło mnie to. Holotank błyszczał teraz na krwistoczerwono, pokazując nowe kontakty. Okręty makrosów przelatywały przez pierścień do układu Edenu.

– Makrosy przybyły przedwcześnie na pole bitwy. Czas zgotować im ciepłe powitanie. Wszystkie baterie, ognia!

Na zewnątrz przestrzeń kosmiczna rozświetliła się od błyszczącej plazmy. Czułem, jak cała stacja drży w reakcji na wystrzelenie ogromnych wiązek energii.

W milczącej pustce, bez żadnego tarcia, działa elektromagnetyczne potrafiły być bardzo skuteczne. Nasze systemy były niezwykle zaawansowane, dobrze chłodzone i zasilane przez magnetyczne siły, o których fizycy na Ziemi mogli

jedynie marzyć. Zwykle działa elektromagnetyczne działały na zasadzie rozpędzania pocisków do wielkich prędkości w bardzo krótkim czasie. Jeśli ktoś próbował zetknąć ze sobą dwa magnesy o przeciwnych biegunach, widzieliście tę zasadę w działaniu. Chodzi o wytworzenie potężnych pól magnetycznych za pomocą prądu elektrycznego. Jako że każde może przyciągać lub odpychać materiały ferromagnetyczne za pomocą magnesów, teoretycznie można zbudować superpotężny magnes, który odepchnie je z prędkością taką, by uczynić z nich pociski. Najlepsza w tej zasadzie była jej rozszerzalność. Większe, potężniejsze magnesy i większe, potężniejsze pociski dawały większą siłę ognia.

Naturalna kosmiczna próżnia sprawiała, że działa elektromagnetyczne okazywały się jeszcze skuteczniejsze. Nie było powietrza, które spowalniałoby pociski, ani grawitacji, przez którą zbaczałyby z kursu. Wystrzelone pociski były praktycznie niewidzialne. Inaczej niż w przypadku rakiet czy promieni, amunicję balistyczną trudno wykryć w przestrzeni kosmicznej, a jeszcze trudniej zestrzelić.

Zainwestowałem mocno w działa elektromagnetyczne na stacji bojowej. Były znacznie mocniejsze niż prototypy, z którymi eksperymentowano na Ziemi. Klucz stanowiło użycie płyt grawitacyjnych. Zamiast wykorzystywać jedynie siły magnetyczne, odpychaliśmy wielkie pociski za pomocą grawitacji. To było jak zrzucanie ich wrogom na głowę – w każdym kierunku, w jakim tylko chcieliśmy.

Rozważałem zbudowanie działa czysto grawitacyjnego, ale nie zdążyłem zaprojektować jeszcze prototypu. Nasze systemy były teraz hybrydowe i na pewno dalekie od perfekcji. Wystarczyło mi jednak to, że po cichu wystrzeliwały pociski z ogromną szybkością.

Oświetlenie stacji bojowej przygasło, gdy poszła pierwsza salwa. Na ułamek sekundy wszelka moc, która nam została, poszła do dział. Wiedziałem, że głęboko w trzewiach stacji nanitowe ramiona ładują kolejne pociski i zawieszają je między magnesami, gotowe do strzału. Gdy światła znów rozbłysły, każda bateria zdążyła wystrzelić.

Niektóre baterie wydawały się działać lepiej niż inne i strzelały szybciej. Większość wymagała ośmiu sekund na przeładowanie, podczas gdy inne potrafiły strzelać co siedem. Asynchroniczne tempo ognia nie było optymalne, ale nie próbowałem tego regulować. Kazałem wszystkim wystrzelić tyle metalu w stronę wroga, ile mogli. Żałowałem tylko, że nie zacząłem strzelać trzydzieści sekund wcześniej. Niektóre okręty były w stanie uniknąć salwy.

Na ekranie holotanku widziałem nasze pociski jako żółte linie, a wrogie okręty jako czerwone trójkąty i cylindry. Na razie nie wypuszczały w naszą stronę kolejnych rakiet, ale mogło to oznaczać, że czekają, aż znajdą się bliżej.

– Poruszają się dość szybko – powiedział Welter, przyglądając się jednocześnie kilkunastu ekranom. – Niektóre okręty oddalają się poza nasz stożek ognia. Większość wciąż leci prosto na nas. Odpalić ciężkie lasery, sir?

Zawahałem się. Pierścień był w zasięgu moich trzech ciężkich dział energetycznych, ale nie chciałem ich od razu pokazać wrogowi. Tego rodzaju broń na stacjonarnej platformie była dość podatna na ataki i wiedziałem, że mogę w ciągu najbliższej minuty żałować, że nie zachowałem ich na ważniejszy cel. Z drugiej strony, jeśli miałyby nic nie robić podczas tej rozgrywającej się w szaleńczym tempie bitwy, równie dobrze mogłyby już zostać zniszczone.

Założyłem dopiero teraz skafander bojowy, podobnie jak pozostali, którzy wcześniej nie posłuchali mojego rozkazu. Nie lubiłem brzęczeć w tym topornym pancerzu, gdy byłem na pokładzie stacji czy okrętu, ale w otwartej przestrzeni lub na planecie sprawiał, że czułem się jak bóg.

– Wycelować ciężkie lasery w te okręty, które odlatują w przypadkowych kierunkach. Jeden po drugim.

Na ekranie pojawiły się nowe, zielone linie, oznaczające lasery goniące zwierzynę. Dla tego rodzaju broni był to bliski zasięg. Obraz zmienił się po chwili, gdy wróg zareagował na moje poczynania. Pojawił się deszcz nowych, maleńkich kontaktów: rakiety.

– Cholera! – powiedziałem. – Wiedziałem, że uderzą w lasery, gdy tylko je pokażę.

– Dopiero po kilku minutach ognia, Kyle – powiedziała Sandra. Stała obok, próbując mnie wesprzeć. Wciąż zaciskałem zęby na myśl, że stracę działa laserowe. Miałem nadzieję, że uda im się rozwalić drednota. Nie widzieliśmy jeszcze flagowego okrętu wroga, ale to była kwestia czasu.

Lasery nieźle się sprawowały. Dokładnie celowaliśmy, dzięki czemu każdy impuls energetyczny niszczył jeden z krążowników, przebijając się przez pokłady i często rozpalając rdzeń silnika. Okręty co chwila znikały wśród płomieni.