ZagubieniTekst

Z serii: Star Force
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni
Zagubieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Zagubieni
Zagubieni
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  24,35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dobra, marines, koniec zabawy. Wracać do roboty. Na pewno słyszeliście, że wkrótce odlatujemy. Jeśli wszyscy się przyłożą, dotrzemy do domu. To tyle.

Po tych słowach wyszedłem, unikając wzroku Moranian. Tak trzeba robić – nie przesiadywać za długo. Wejść, wyjść i zająć się swoimi sprawami.

– Nieustraszony, gdzie jest Kwon? – zadałem pytanie ścianom, idąc korytarzem.

– Starszy sierżant Kwon zajmuje się generałem Sokołowem w kajucie trzynastej.

Racja. W natłoku obowiązków całkiem zapomniałem o tamtym facecie. Pewnie już skończyli go badać. Ufałem, że Kwon będzie miał na niego oko i nie da się zwieść jego nieokreślonej pozycji.

– Nieustraszony, gdzie jest doktor Kalu?

– Przebywa w laboratorium naukowym.

Skręciłem w lewo i wspiąłem się po rampie. Wszedłem dwa pokłady wyżej i przemierzyłem długi korytarz, który zaprowadził mnie do miejsca pracy naszych naukowców.

Po rozbudowie wnętrza okrętu nie było tu już tak ciasno. Trójka mózgowców nadal skarżyła się na brak miejsca, sprzętu albo uwagi ze strony dowództwa. Tak jakbym nie miał nic innego do roboty, tylko ich hołubić.

Na szczęście w większości przypadków Adrienne umiała utemperować jajogłowych. Z wiecznie jęczącymi cywilami radziła sobie lepiej ode mnie. Do tego dochodziła kwestia incydentu z Kalu, którego była świadkiem – na szczęście miało to miejsce, zanim została moją dziewczyną. Lepiej, żebym trzymał się z dala od seksownej uczonej. Była zbyt kusząca ze swoją egzotyczną urodą, zmysłowym akcentem i ponętnymi kształtami, tak różnymi od szczupłego ciała Adrienne.

Cholera. Wiedziałem, że muszę przestać myśleć o Kalu. Przecież wszystkie moje łóżkowe potrzeby były zaspokajane. Cóż, najwyraźniej Riggsowie mają w genach rozglądanie się za kobietami. A może to skutek posiadania władzy? Zdaniem biologów samiec alfa zawsze dąży do obdarowania swoimi genami wielu różnych samic. Szkoda, że samica alfa najwyraźniej chciała mieć moje geny tylko dla siebie.

Zmuszając się do profesjonalizmu, podszedłem do doktora Bensona, naczelnego naukowca. Chang i Kalu pochłonięci byli jakąś analizą. Ten pierwszy zerknął na mnie przelotnie, ale Kalu z premedytacją odwróciła się plecami. Pewnie nadal się dąsała za odrzucenie jej zalotów.

– Wiemy już coś o Sokołowie? – zapytałem.

– Mieliśmy mało czasu na przeprowadzenie testów – odparł doktor.

Zbyłem jego uwagę machnięciem ręki.

– Proszę powiedzieć, co już ustaliliście. Zrozumiale dla laika.

Benson westchnął.

– Jest znanitowanym człowiekiem o biologicznym wieku około pięćdziesięciu lat. Wykazuje lekkie objawy niedożywienia i stresu, ale powinien szybko odzyskać siły.

– Proszę mi przypomnieć, jaki wpływ na starzenie mają nanity?

– Zdaje się, że opóźniają uszkodzenie komórek i optymalizują procesy organizmu, ale nie mają wpływu na starzenie samo w sobie.

Wiek Sokołowa z okresu porwania pokrywał się z jego obecnym wiekiem z dokładnością do paru lat.

– Więc jesteście przekonani co do tego szacunku? Ma pięćdziesiątkę?

Benson zmarszczył brwi.

– Tak, chyba że mamy tu do czynienia z jakąś nieznaną technologią.

Kiwnąłem głową.

– Dzięki, doktorze. Dalej badajcie próbki i powiadomcie mnie, jeśli natraficie na coś nietypowego. Cokolwiek. Ten człowiek spędził ponad dwie dekady gdzieś, gdzie jego ciało postarzało się o zaledwie parę lat. Chcę wiedzieć czemu.

Zostawiłem mózgowców i postanowiłem osobiście przyjrzeć się Sokołowowi. Poszedłem do niego. W otwartych drzwiach numer trzynaście zobaczyłem Kwona, który blokował przejście.

– Wynoś się pan, chcę mieć trochę prywatności – usłyszałem głos generała.

– Przykro mi, ale mam swoje rozkazy. Nie wolno mi zostawiać pana samego.

Klepnąłem Kwona w ramię i wślizgnąłem się do środka.

– Dzięki, Kwon, ja się nim zajmę. Proszę postawić pod drzwiami strażnika, żeby nikt nie przeszkadzał generałowi.

Wielkolud zniknął, zamykając za sobą drzwi, a ja odwróciłem się do Sokołowa, który wyglądał na wycieńczonego. Z jednej strony mu współczułem, ale z drugiej uznałem, że to najlepszy moment na uzyskanie informacji. Wolałem poznać jego wersję wydarzeń, zanim odpocznie i przemyśli, co i jak powiedzieć.

– W porządku, sir – zacząłem. – Chciałbym usłyszeć pańską historię. Co się działo, gdy opuścił pan Ziemię na pokładzie Alamo?

Sokołow stał i patrzył na mnie bez wyrazu, poprawiając jednolity kombinezon z inteligentnego metalu, który mu daliśmy.

– Najpierw chciałbym powiedzieć, że sprzeciwiam się odebraniu mi oznaczeń i traktowaniu mnie jak jeńca.

– Generale, pańska nieobecność trwała ponad dwadzieścia lat. Nie możemy wiedzieć, pod czyim wpływem pan przebywał. Czy na moim miejscu postąpiłby pan inaczej?

Niechętnie pokręcił głową.

– Ja wszystko rozumiem. A jednak… – Wskazał na swoje jednolite ubranie.

Odchrząknąłem.

– Nieustraszony, przeprogramuj strój generała Sokołowa tak, żeby przypominał codzienny mundur generała z czasów, gdy opuścił Ziemię. – Nie zamierzałem dawać mu współczesnego uniformu. Chciałem, żeby wszyscy pamiętali, że może i był generałem, ale w minionej epoce. Moja władza była dostatecznie chwiejna bez dodatkowych przeszkód.

Strój Sokołowa rozmazał się i przeorganizował w prosty, staromodny mundur. Mężczyzna spojrzał na niego i uśmiechnął się lekko.

– Dziękuję, kapitanie.

– A teraz proszę mówić. Muszę usłyszeć pańską historię.

Generał odprężył się lekko, gestem zaproponował, żebym usiadł na jedynym krześle, a sam zaczął chodzić po kajucie, snując opowieść.

Rozdział 5

Sokołow przygładził swój nowy strój. Chyba zdążył go polubić. Na pewno przyjemnie było znów włożyć czyste ubranie.

– Pamiętam, jak mocno nienawidziłem pańskiego ojca, gdy zabierał mnie Alamo – zaczął z namysłem – ale z czasem mi przeszło. Gdy nauczyłem się obsługi okrętu, dotarło do mnie, że nie zawinił ani on, ani ja. Jednostki nanitów kierowały się sztywnymi zasadami i nie mogłem oczekiwać, że kogokolwiek posłuchają. Alamo zabrał mnie po prostu dlatego, że byłem najbliższym dostępnym kandydatem na dowódcę.

Próbowałem przypomnieć sobie opowieści ojca o Sokołowie. Uniosłem sceptycznie brwi, ale się nie odezwałem. Tato chwalił się, że wykiwał Sokołowa i zamienił się z nim na miejsca, gdy Alamo zażądał, by personel dowódczy poleciał na jego pokładzie w nieznane. Taki numer na pewno by mnie wkurzył, a z moich doświadczeń wynikało, że ludzie nie porzucają nienawiści – chyba że zastąpi ją inne uczucie.

– Nie wierzy mi pan – odgadł Sokołow z mojego wyrazu twarzy. – Cóż, miałem mnóstwo czasu na przemyślenia… Przynajmniej w te liczne dni między sytuacjami kryzysowymi. Poza tym w końcu znalazłem coś, co oderwało mnie od myśli o zemście.

– Co takiego? – zapytałem.

– Cierpliwości, kapitanie Riggs. Jeśli wolno, chciałbym opowiadać po kolei.

Zmarszczyłem czoło, ale nie protestowałem. Podejrzewałem, że więcej się dowiem, słuchając i obserwując, niż drążąc. Jeszcze przyjdzie czas na pytania.

– Przez następne dni podróżowaliśmy – kontynuował Sokołow. – Poznałem ograniczenia swojego nowego więzienia i nauczyłem się, jak przekształcić Alamo w okręt wojenny. Nie wiedziałem wówczas, dokąd lecimy. Na szczęście w końcu odkryłem modyfikacje wprowadzone przez pułkownika Riggsa, w tym naścienny wyświetlacz. Po jego aktywacji mogłem obserwować, jak rój jednostek nanitów przelatuje przez kolejne pierścienie. Do dziś nie mam pojęcia, czym one były, ale wreszcie zagłębiliśmy się w atmosferę gazowego olbrzyma.

– Gazowego olbrzyma? Mówimy o planecie Niebieskich?

– Kogo? Nie znam żadnych Niebieskich.

– To zbudowane z aerożelu istoty zamieszkujące gazowego olbrzyma w układzie Edenu. Siły Gwiezdne doszły do wniosku, że to one stworzyły zarówno makrosy, jak i nanity, a potem nasłały ich floty na inne biologiczne formy życia. Po wielu wydarzeniach, w które nie będę wnikać, ojciec ostatecznie zbombardował Niebieskich atomówkami, żeby nie przeszkadzali nam w pozbyciu się makrosów.

– To do niego podobne – skwitował Sokołow. – Mówisz bardzo interesujące rzeczy, ale żadnych gazowych istot nie widziałem.

Zauważyłem zmianę w jego nastawieniu. Teraz sprawiał wrażenie poirytowanego, tak jakbym przerywał mu opowieść mało znaczącymi szczegółami. Chyba chciał mieć z głowy wstępne informacje i przejść do soczystego sedna.

– Nie wykluczam, że ci Niebiescy sterowali flotą – powiedział, lekceważąco machając ręką. – Bo moich rozkazów na pewno nie słuchała. Nie zdołałem skontaktować się z innymi okrętami. Podejrzewam, że Alamo ograniczały jakieś zewnętrzne protokoły, bo dowodziło się nim inaczej, niż opisywał to marszałek Crow.

Crow był pierwszym dowódcą Sił Gwiezdnych za czasów Sokołowa – a przynajmniej tak twierdził. Ojciec zawsze uważał się za równego mu rangą. Działką Crowa była flota, a ojca marines.

– Gdzieś w atmosferze gazowego olbrzyma musieliśmy przelecieć przez jeszcze jeden pierścień, bo nagle pozwolono mi komunikować się z innymi dowódcami. Nie mogliśmy jednak zmienić kursu ani wpływać na pracę innych jednostek. Zresztą to i tak było bez znaczenia, ale do tego jeszcze dojdę.

– Dotarliśmy do nieznanego układu gwiezdnego z sześcioma planetami – kontynuował. – Pierścień, który nas tam przywiódł, okrążał zamieszkaną planetę, o czym wkrótce boleśnie się przekonałem. Okręty nanitów natychmiast ruszyły w stronę powierzchni. Oczywiście wiedziałem wówczas tylko tyle, ile zdołałem wyczytać z kolorowej, metalowej ściany. W pobliżu powierzchni Alamo zmusił mnie do przejścia do innej sali, ignorując wszystkie polecenia. Szybko przekonałem się czemu, gdy próg przekroczył ogromny, wściekły, czarno-biały niedźwiedź.

– Zetknęliśmy się z tymi istotami – powiedziałem. Jeśli Sokołow pokonał w walce Pandę, zasługiwał na uznanie. – Nazywamy je Pandami. Choć dostaliśmy bolesną nauczkę, że wcale nie są słodkie i miłe.

 

– Rzeczywiście. Wściekłe bestie, tak wówczas myślałem. Włochate kule zębów i pazurów. Na szczęście Alamo nie odebrał mi broni, więc natychmiast zastrzeliłem stworzenie. Gdy tylko się obroniłem, Alamo zwrócił mi wszystkie uprawnienia i pozwolił wrócić do pomieszczenia kontrolnego. Zrozumiałem, że zdałem test, ale jako jedyny.

– Był pan jedynym człowiekiem, który wygrał z Pandą? – zapytałem z niedowierzaniem.

Sokołow przytaknął zdecydowanie.

– Na ponad setce okrętów żaden inny człowiek nie utrzymał się u władzy. Cała reszta personelu dowódczego została pokonana i przypuszczalnie zjedzona. Pewnie ludzie nie nosili przy sobie broni palnej.

– Ale powinni zostać znanitowani!

– Ja nie byłem i może część pozostałych też nie. Jeśli dobrze pamiętam, pański ojciec musiał przekonać okręt do wstrzyknięcia nanitów. Wtedy nie odbywało się to automatycznie. Ja też zdołałem w końcu skłonić Alamo, żeby mnie zmodyfikował.

Oparłem się na krześle, zatopiony w myślach. Miałem mgliste pojęcie o sytuacji we wczesnych Siłach Gwiezdnych. Podczas nauki skupiałem się na bitwach, nie szczegółach. Ojciec faktycznie wspominał, że dopiero po terapii nanitami ogarnięty paranoją Alamo pozwolił mu spotykać się z ludźmi. A Pandy były na tyle wielkie i wredne, że mogły pokonać w walce wręcz nawet znanitowanych ludzi. Postanowiłem uwierzyć w wersję generała, biorąc ją z lekkim przymrużeniem oka. Dałem znak, by kontynuował.

– Przez następne dni niedźwiedzie próbowały zrozumieć, co się stało. Tak jak my krótko po porwaniu. Proszę sobie wyobrazić ich konsternację, gdy próbowały ze mną rozmawiać! Po kilku próbach odmówiłem dalszych starań o nawiązanie łączności i postanowiłem siedzieć cicho, chyba że niedźwiedzie w jakiś sposób zwróciłyby się przeciwko jedynemu okrętowi, który nie ma na pokładzie istoty podobnej do nich. Czekałem.

Milczał przez chwilę.

– Sprawdziłem granice swojej władzy nad Alamo i odkryłem, że mam sporo swobody, pod warunkiem że moje polecenia nie są sprzeczne z wytycznymi floty. To potwierdzało teorię, że otrzymywała rozkazy od ktoś z zewnątrz. Mogłem tylko patrzeć, jak lecimy na spotkanie z makrosami wyłaniającymi się z pierścienia za nami. Przynajmniej zdołałem tak manewrować jednostką, żeby uniknąć większych szkód.

Odtworzyłem opisywany ciąg zdarzeń i porównałem go z własnymi teoriami. Tak jak podejrzewałem, flota nanitów przeszła przez ten sam pierścień, który wessał Nieustraszonego i Charta.

– Gdy straciliśmy ponad połowę jednostek – kontynuował Sokołow – nasza flota się wycofała. Nie umiem stwierdzić, czy stało się tak za sprawą jakiegoś protokołu w ich oprogramowaniu, polecenia z zewnątrz, czy też rozkazu od niedźwiedziego dowódcy. Wydawało się oczywiste, że przegraliśmy, i ktoś ratował tyle okrętów, ile mógł.

– Co wydarzyło się nad planetą Pand? – zapytałem. Podejrzewałem, gdzie miała miejsce ta bitwa: na Tullaxie-6, świecie tkwiącym pod pierścieniem, z którego wypadliśmy. To tam, wśród martwych makrosów, natrafiliśmy z Adrienne na pierwsze litosy.

– Zdaje się, że makrosy wylądowały i rozpoczęły typową dla siebie kampanię naziemną, czyli stawianie ukrytych pod kopułami fabryk i niepohamowaną ekspansję. W tym czasie nasza przetrzebiona flota złożona z czterdziestu paru jednostek ruszyła w stronę czwartego świata w układzie niedźwiedzi. Do tego czasu wyposażyłem Alamo w czujniki i wyświetlacz, dzięki którym odkryłem, że planeta jest gorąca, wilgotna i zamieszkana przez zarówno niedźwiedzie, jak i inną rasę. Przypominały ptaki i najwyraźniej to one rządziły.

– Jastrzębie – wtrąciłem. – Prawdę mówiąc, do wieczora pewnie spotka pan jednego z nich.

– Sprzymierzyliście się z tymi barbarzyńskimi kosmitami? – zapytał Sokołow, piorunując mnie wzrokiem.

– Niezupełnie. To skomplikowane. Próbowaliśmy im pomóc odeprzeć litosy, wspólnego wroga. Wyjaśnię później, na razie poprzestańmy na tym, że sami kilkakrotnie ledwo wygraliśmy z tymi skalnymi istotami. Na rodzinnej planecie Jastrzębi zginął ponad miliard osób, a część ocalałych obwinia nas o strategię, jaką obraliśmy podczas bitwy. Jednak co najmniej jedna frakcja tych kosmitów nas lubi, a niektórzy przybędą tu za jakieś… – zerknąłem na chronometr – szesnaście godzin. Proszę kontynuować.

Sokołow nabrał powietrza, żeby ochłonąć. Jego czoło, przez większość czasu mocno zmarszczone w wyrazie podejrzliwości, nieco się wygładziło.

– W tym czasie zacząłem rozmawiać z niedźwiedziami w swojej flocie – powiedział. – Kazałem mózgowi okrętu wykonywać prymitywne tłumaczenia. Namówiłem też Alamo, żeby zablokował właz i przestał przeprowadzać testy. Twój ojciec zapoczątkował ten skrypt.

– Racja – przyznałem z namysłem. – Dzięki niemu pewnie uniknął pan losu Centaurów.

Sokołow spojrzał na mnie, nie rozumiejąc.

– Co?

– Pamięta pan, jak pierwsze okręty nanitów przyleciały na Ziemię z Centaurami na pokładzie?

– Oczywiście, że pamiętam. Byłem wówczas generałem, a nie komórką jajową w brzuchu matki.

Przez chwilę tylko mu się przyglądałem. Faceta trudno było lubić.

– W każdym razie – kontynuowałem – ludzie zawsze zastanawiali się, czemu Centaury nie przeprogramowały okrętów tak, jak mój ojciec. W przeciwnym razie mogłyby zachować nad nimi kontrolę i przeżyć. Ale na pokładzie ciągle pojawiali się ludzcy pretendenci, więc prędzej czy później Centaury musiały przegrać. Nigdy nie domyśliły się nawet, jak nakłonić okręty do wstrzyknięcia im nanitów.

– Centaury są głupie.

– Niezupełnie. Po prostu pochodzą z mniej zaawansowanej technologicznie kultury. Gdyby kilka wieków temu nanity porwały, dajmy na to, kompanię kozaków, ludzie nie poradziliby sobie lepiej niż Centaury.

Sokołow łypnął na mnie ze złością, bo wiedział, że wziąłem za przykład kozaków, żeby zrobić mu na złość. Udawałem, że nie zauważam jego miny.

– Co gorsza – dodałem – Centaury nigdy nie słynęły z umiejętności programistycznych. Do dziś sobie z tym nie radzą. A bez tego trudno kontrolować nanity.

– Nieważne – rzucił Sokołow lekceważącym tonem. – Dowiedziałem się, że te Jastrzębie, jak je nazywacie, podbiły planetę niedźwiedzi oraz ich kolonię. Nie tylko zniewoliły podbity gatunek, ale traktowały go jak pożywienie.

– Tak, zdaje się, że obie strony zjadają się wzajemnie – odpowiedziałem.

– Jastrzębie uważam za gorsze – dodał szybko Sokołow – bo hodowały niewolników na mięso. Niedźwiedzie pożerały tylko pokonanych w walce wrogów, tak jak niektóre z wczesnych kultur ludzkich.

– Rzeczywiście, choć my wyrośliśmy z tak odrażających praktyk. – Wstałem i popatrzyłem Sokołowowi prosto w oczy. Był niższy ode mnie, ale nie dawał się zastraszyć. W jego trzewiach płonął ogień. Czułem to. Tym człowiekiem kierowały intensywne uczucia. Ciekawe jakie.

– Pandy zjadają również dyplomatów – sprostowałem. – Nie tylko wrogów. Prawdę mówiąc, pożarły szóstkę oficerów z tego okrętu, w tym ówczesnego kapitana. Zaprosiły ich na ucztę na Tullaxie-4, ale nie wspomniały, że to goście będą posiłkiem. Tak więc proszę wybaczyć, ale nie uznaję wyższości moralnej żadnej ze stron. Z niedźwiedziami nie utrzymujemy kontaktów, a z ptakami owszem, choć z powodów czysto pragmatycznych. Przynajmniej trochę rozumiem rozumienie honoru Jastrzębi, za to nie mam pojęcia, czemu Pandy uznały, że zdradziecki mord na oficerach jest dopuszczalny. Dopóki się nie dowiem, nie są naszymi przyjaciółmi.

Sokołow poważnie pokiwał głową.

– Rozumiem. Pański ojciec zawsze powtarzał, że to nie biologiczne życie jest naszym wrogiem, tylko maszyny, które nie mają uczuć. Można ich nienawidzić, ale one nie potrafią nawet tej nienawiści odwzajemnić. One po prostu niszczą wszystko, co człowiek kocha…

Po tych słowach zapatrzył się w dal, tak jakby oczyma wyobraźni coś tam widział.

– No cóż, z pewnością zmartwi pana fakt, że odkryliśmy nowe, wrogie maszyny, jeszcze gorsze od makrosów. Nazywamy je litosami.

Pokrótce opisałem te żyjące w społecznościach krzemianowe nanity.

Oczy smagłego mężczyzny zwęziły się. Pokiwał głową, jakby moje słowa nie do końca go zaskoczyły.

– Niech mi pan pozwoli kontynuować, a wtedy dowie się pan czegoś – powiedział, a zza fasady jego zimnego spokoju przebijała arogancja.

– Proszę bardzo.

Rozsiadłem się niedbale na krześle, kładąc prawą kostkę na lewym kolanie. Ojciec zawsze twierdził, że lepiej nie pokazywać, jak bardzo zależy nam na informacjach, bo inaczej ludzie będą chcieli coś na tym zyskać.

– Zdaje się, że my i makrosy przerwaliśmy trwającą od dawna wojnę między niedźwiedziami i waszymi ptasimi przyjaciółmi – powiedział Sokołow. – Gdy się zjawiliśmy, niedźwiedzie właśnie przegrywały bitwę kosmiczną o odzyskanie swojej kolonii, czwartej planety. Wygrały jednak bitwę naziemną, a może raczej należy to nazwać buntem niewolników. Po zwycięstwie starły swoich byłych panów z powierzchni globu. Na widok naszych okrętów walczących i przegrywających z makrosami flota Jastrzębi popędziła w stronę pierścienia na księżycu piątej planety i uciekła.

Podrapałem się w głowę.

– To wtedy ocalałe jednostki nanitów przyleciały na Tullaxa-4, gdzie Pandy wygrały bunt, ale przegrały bitwę w kosmosie. I wtedy wasze okręty porwały nowy personel dowódczy.

– Oczywiście. Chyba wyraziłem się jasno – rzucił poirytowany Sokołow.

– A ja się tylko upewniam – warknąłem.

Zauważyłem, że mężczyzna z każdą minutą stawał się coraz mniej uprzejmy, pokazując swój prawdziwy charakter. Zaczynałem rozumieć, czemu tato nie przepadał za Rosjaninem. Postanowiłem mieć to na uwadze.

– Proszę mówić dalej – dodałem łagodniej, bo przecież chciałem dowiedzieć się jak najwięcej.

Sokołow prychnął i wzruszył ramionami, prawie jak stroszący pióra ptak, co było dość zabawne, biorąc pod uwagę jego niechęć do Jastrzębi.

– Wraz z niedźwiedziami czekaliśmy przy odzyskanej kolonii i patrzyliśmy bezradnie, jak makrosy stopniowo podbijają rodzinny świat niedźwiedzi, szóstą planetę. Oczywiście trwało to całymi tygodniami, a walka była zażarta, ale ekspansji maszyn nie dało się zatrzymać, powstawały kolejne kopuły. Zdaje się, że planeta obfitowała w rzadkie pierwiastki, a więc stanowiła gratkę dla makrosów. – Głos mówiącego przesiąkł goryczą, a furia błysnęła w oczach.

– Co pan robił przez ten czas? – zapytałem.

– Próbowałem nauczyć niedźwiedzie tego, co sam wiedziałem o okrętach nanitów i pokładowych fabrykach. Liczyłem na to, że nasza siła bojowa wzrośnie i zdołamy odbić świat niedźwiedzi, jednak ich społeczeństwo było w opłakanym stanie. Nie umiały się zjednoczyć i dopiero po serii krótkich, choć brutalnych wojen władzę przejął pewien watażka znany jako Żywiciel Długi Pomruk, który zaprowadził porządek.

Powstrzymałem się od komentarza, że to pewnie ten sam Długi Pomruk, który wraz z kolegami pożarł naszych oficerów.

– A potem?

– Potem skupiliśmy się na replikowaniu okrętów, bo to najprostszy sposób na stworzenie skutecznej floty. Wiedziałem jednak, że to nie wystarczy. Zanim zebralibyśmy dość sił, by rzucić im wyzwanie w kosmosie, one już podbiłyby planetę. Potrzebowaliśmy pomocy z zewnątrz.

Uniosłem brew.

– Jastrzębie? – To jedyna możliwość, jaka mi się nasuwała. Chyba że… – Czy litosy?

Sokołow zbył moje domysły machnięciem ręki.

– Te wasze litosy jeszcze wówczas nie istniały, a przynajmniej nie w takiej formie. Ale pozna pan ich pochodzenie, jeśli na chwilę przestanie mi przerywać!

Znowu ugryzłem się w język. Potrzebowałem informacji, więc z determinacją zacisnąłem wargi i pochyliłem głowę na znak zainteresowania.

– Dziękuję – powiedział protekcjonalnie, tak jakby rozmawiał z niesfornym dzieckiem. – Niewielki oddział zwiadowców Jastrzębi stacjonował przy pierścieniu. Miały oko na wydarzenia, choć nie interweniowały. Zdesperowane niedźwiedzie pozwoliły, żebym to ja, jako jedyny obcy wśród nich, spróbował dogadać się z Jastrzębiami. Dodały jednak, że za nic nie zgodzą się na poddaństwo. Już wcześniej kazałem Alamo rozpracować ptasi język, więc szybko nawiązałem kontakt. Wyjaśniłem wszystko, co wiedziałem o makrosach, o ich sposobie działania i o wrogości wobec wszelkiego życia biologicznego. Miałem nadzieję, że Jastrzębie zrozumieją, że gdy tylko maszyny uporają się z niedźwiedziami, zaatakują je w następnej kolejności.

Zamiast dyskutować z Sokołowem, wbiłem w ścianę pozornie znudzone spojrzenie. Tak naprawdę byłem bardzo zaciekawiony. Jeśli mówił prawdę, za chwilę miałem dowiedzieć się, jak powstały litosy.

– Negocjacje były długie i jałowe. Nagle makrosy, pewne zwycięstwa na powierzchni, zaatakowały nas swoją flotą. Ewidentnie nie mieliśmy szans, ale okręty nanitów nie pozwoliły nam się wycofać. Wraz z niedźwiedziami udoskonaliliśmy taktykę walki, ale makrosy utworzyły przyczółek na pozbawionym atmosfery księżycu kolonii i próbowały nas przegnać.

 

– A Jastrzębie nadal nie kiwnęły palcem? – zapytałem.

– Cieszyły się z porażki niedźwiedzi – odpowiedział. – Wam mogą się wydawać nie gorsze od Pand, ale dla mnie są zdrajcami całego życia biologicznego. Błagałem je o interwencję. Miały czas na odbudowę floty i wiedziałem, że mogły chociaż udawać gotowość do walki, a potem wycofać się w razie potrzeby. Zrozumiałbym. Ale nie… One tylko patrzyły.

Sokołow, dotychczas przechadzający się po kajucie, nagle przystanął i przeszył mnie spojrzeniem ciemnych oczu.

– Nigdy nie zamierzały pomóc niedźwiedziom! Zamiast tego, gdy makrosy miały już najechać czwartą planetę, nad którą zażarcie się broniliśmy, z pierścienia wyleciało pół setki jastrzębich okrętów. Wystrzeliły salwę pocisków rakietowych, co najmniej trzysta głowic, a potem zatrzymały się, gotowe do odwrotu.

– Rozumiem pańską złość – powiedziałem – ale przynajmniej spróbowały.

Sokołow zacisnął wargi w wyrazie dezaprobaty, po czym kontynuował:

– Z początku byłem wniebowzięty, myśląc, że kosmici wreszcie przybyli na ratunek. Gdy ich okręty przerwały atak, próbowałem je wywołać, ale mnie zignorowały. – Z tonu Sokołowa wynikało, że niesłuchanie go to gorsza zbrodnia niż zwlekanie z pomocą.

– W co wycelowano rakiety? – zapytałem, wracając do tematu.

– To było najdziwniejsze. Jedną trzecią pocisków Jastrzębie wymierzyły w pozbawiony atmosfery księżyc czwartej planety, gdzie makrosy rozstawiły kopuły, szykując się na inwazję kolonii. Jedna trzecia leciała w stronę samej kolonii. Myśleliśmy, że chcą zbombardować ocalałe niedźwiedzie. Ostatnia część wymierzona była w szóstą planetę, rodzinny świat niedźwiedzi, całkowicie już podbity przez makrosy. Jednak rakiety, zamiast obrać za cel maszyny, uderzyły w powierzchnię i eksplodowały, nie czyniąc im szkody. A przynajmniej tak sądziliśmy.

Znałem rozwiązanie tej zagadki.

– Głowice przenosiły litosy albo ich zalążki – wtrąciłem. – Krzemianowe nanity zaprogramowane tak, żeby organizować się w większe struktury i atakować wszystko, co metalowe.

Sokołowa zdetonował fakt, że popsułem dramatyczny zwrot akcji w jego opowieści.

– Zgadza się – mruknął, zbity z tropu. – Te wasze Jastrzębie uwolniły broń biologiczną na rodzinnej planecie niedźwiedzi, na ich kolonii i na jej księżycu.

– Domyślam się, że na suchej planecie Pand litosy rozprzestrzeniły się i zlikwidowały makrosy. To samo na księżycu bez atmosfery. Za to na wilgotnej kolonii się nie przyjęły, tylko obumarły albo przeszły w uśpienie. Ale co z resztą floty maszyn?

– Okręty makrosów próbowały wspomóc siły naziemne, ale poniosły porażkę. W ciągu kilku tygodni ich bazy albo padły, albo były bezustannie atakowane. Pomimo obfitości minerałów nie mogły konstruować więcej jednostek. Zanim sterująca flotą inteligencja stwierdziła, że tej walki nie sposób wygrać, było już za późno. Spróbowały zaatakować nas na orbicie czwartej planety, ale do tego czasu rozbudowaliśmy flotę nanitów, więc żadna ze stron nie uzyskała przewagi. Makrosy wycofały się. Nie mając innej drogi odwrotu, popędziły w stronę pierścienia przy piątej planecie, gdzie stacjonowały Jastrzębie. Próbowały uciec z układu, póki jeszcze mogły.

Zamilkł na chwilę, jak gdyby budując napięcie. Czekałem. Chyba chciał, żebym zapytał, co było dalej, ale tym razem tylko uniosłem wyczekująco brwi.

– Wasze kochane Jastrzębie uciekły – dokończył wreszcie z odrazą. – To nie ptaki drapieżne, tylko tchórzliwe kurczaki.

– Skąd pan wie, że po prostu nie wciągnęły wroga w pułapkę i nie zniszczyły go po drugiej stronie pierścienia?

Sokołow splunął.

– Gdy tylko maszyny zniknęły z układu, flota nanitów porzuciła niedźwiedzie tak samo, jak porzuciła Ziemię. Z personelem dowódczym na pokładzie podążyła za makrosami.

Już otwierałem usta, żeby zapytać, co było dalej, gdy z głośników odezwał się naglący głos Hansena:

– Gotowość bojowa. Kapitan Riggs proszony na mostek. Powtarzam, kapitan proszony na mostek.