WygnaniecTekst

Z serii: Star Force #10
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wygnaniec
Wygnaniec
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,69  50,15 
Wygnaniec
Audio
Wygnaniec
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,90  25,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Star Force #10. Outcast

Copyright © 2014 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-82-1

ISBN MOBI: 978-83-65661-83-8

Rozdział 1

Nazywam się Cody Riggs i jestem synem żywej legendy – a to na co dzień nie jest zbyt sympatyczne.

Mój ojciec swego czasu narobił sobie mnóstwo wrogów. Przez długie lata wojen z makrosami dowodził ziemskimi armiami i flotami, które prowadził do niezliczonych bitew. Siły Gwiezdne walczyły z mechanicznymi najeźdźcami w kosmosie, w powietrzu, na lądzie, nawet pod wodą. Zginęły miliardy ludzi, a ogromne połacie naszej planety zostały zupełnie zniszczone i wyjałowione. Później przez krótki czas mój ojciec rządził całą Ziemią jako imperator. Większość ludzi pozytywnie oceniała rolę, jaką odegrał w tych dniach, ale nie wszyscy. Jeśli wierzyć tym, których zaślepił żal po utracie bliskich, moja rodzina wypełzła prosto z czeluści piekieł.

Kiedy dorastałem, nieszczęśni dorośli, którym przypadła opieka nade mną, często mówili, że mam „problem z nastawieniem”. Twierdzili, że nie słucham autorytetów. Nazywali mnie zbuntowanym i upartym. Ale ja widziałem to inaczej. Ciekawość miałem we krwi i wolałem robić rzeczy po swojemu. Indywidualność jest nagrodą sama w sobie.

Myślę, że skupiali się na mnie z powodu nazwiska. Cokolwiek robiłem, przyglądano mi się uważniej niż normalnemu dzieciakowi. Tak jak mówiłem, życie w cieniu ojca to nic fajnego.

Jeśli miałbym wymienić jedną rzecz, która podobała mi się w byciu synem Kyle’a Riggsa, byłaby to okazja spotykania ciekawych osób. Pewnie najbardziej interesującą był osobliwy robot imieniem Marvin, ekscentryczna metalowa istota, którą tato zbudował dawno temu. Nie, to nie tak. Marvin praktycznie sam siebie zmontował, prawie od zera.

Gdy spotkałem go po raz pierwszy, miałem mniej więcej osiem lat. Pierwszą rzeczą, jaką Marvin zrobił, było zwrócenie uwagi na to, że wyglądam jak genetyczne połączenie moich rodziców. Miałem chude ręce, jasnobrązową skórę, duże oczy i ciemne, krótko ścięte włosy.

Marvin planował zatrzymać się u nas na kilka dni we wrześniu i choć chciał mieszkać w naszym domu – zaproponowałem nawet, że będę dzielił z nim pokój – Jasmine, moja mama, nie pozwoliła na to. Stanowczym gestem wskazała na stodołę, a Marvin odpełzł tam na swoich wijących się mackach.

Marvin już taki był. Wysłanie do stodoły odebrał jako obrazę. Nie lubił nawet, gdy nazywało się go robotem. Wolał, gdy uważano go za prawdziwą osobę – oczywiście sztucznie stworzoną, ale jednak osobę, będącą w dodatku obywatelem Federacji.

Jak dla mnie, w niczym nie przypominał normalnego człowieka – co było plusem, bo inaczej by mnie nudził. Był niesamowicie inteligentną i dziwną elektromechaniczną istotą. Fascynował mnie. Podczas większości bitew, jakie toczyła Ziemia, stał po stronie ludzkości i w wielu przypadkach przyczynił się do naszego zwycięstwa. Istniało wiele dowodów na to, że więcej niż raz ocalił nas wszystkich. Ale bywało też tak, że o mały włos nie doprowadził do wyginięcia gatunku. Jak mówiłem, ciekawy gość.

Pierwsza i ostatnia wizyta Marvina na farmie rodziców trwała jakieś dwa tygodnie. Większość tego czasu spędził w stodole, gdzie kazali mu mieszkać, ale od czasu do czasu opuszczał ją i kręcił się wokół posesji.

Pewnego rześkiego, jesiennego poranka, gdy szedłem na przystanek autobusu szkolnego, zauważyłem Marvina, który wybrał się akurat na jeden ze swoich pozornie bezcelowych spacerów. Nagle w pośpiechu zawrócił w kierunku stodoły i zniknął w środku. Ja tymczasem, nic sobie z tego nie robiąc, dalej szedłem do autobusu.

Minęło wiele lat, a ja wciąż mam przed oczami to, co stało się później…

Autobus stał i czekał, aż do niego wsiądę. Unosił się jakieś dwadzieścia centymetrów nad ziemią. Był trzydzieści metrów ode mnie, a pod nim migotała niebieskawa poświata pola siłowego. Pracujące repulsory wzbijały kurz, który kłębił się i wirował. To zabawne, jak niektóre obrazy zostają w naszej pamięci po latach.

Otwarte drzwi autobusu były blisko – ale niedostatecznie.

Usłyszałem pierwszą, ogłuszającą eksplozję. Ułamek sekundy później moje plecy obmyła fala gorąca. Uczucie było takie, jakbym stał za blisko buchającego żarem paleniska.

Spojrzałem za siebie – nie mogłem się powstrzymać. W niebo wystrzelił słup pomarańczowego ognia. Po stodole nie został nawet ślad, a w jej miejscu rozpętało się piekło. Najbardziej zapadły mi w pamięć płonące kury. Biegały w panice po podwórku, podobne do kulek bawełny, które ktoś nasączył benzyną i podpalił – żywe kule ognia z nóżkami.

Puściłem się biegiem w kierunku drogi. Za moimi plecami wzbijały się w niebo jaskrawe płomienie. A potem druga eksplozja – jeszcze silniejsza – zwaliła mnie z nóg. Gdy otworzyłem oczy po sekundzie albo dwóch, nie miałem już brwi i rzęs. Przemknęło mi przez myśl, że tak właśnie czuje się człowiek, na którego zionął smok.

Próbowałem wstać i pobiec do drogi, ale autobus już ruszył, żeby ocalić resztę dzieci. Padłem więc znów na ziemię i poczołgałem się w stronę drogi. Tato mnie tego nauczył. „Synu, kiedy wszystko się spieprzy – powtarzał – kładź się i pełznij na brzuchu”.

Gdy obejrzałem się na szalejące płomienie, które pochłonęły naszą stodołę, zauważyłem Marvina. Wyczołgał się z ognia. Macki mu dymiły. Widziałem, że żyje, choć jest uszkodzony.

Z determinacją brnąłem w stronę drogi. Wzdłuż chodnika biegł rów, w którym mogłem się schronić na wypadek, gdyby sprawy miały potoczyć się jeszcze gorzej.

Nim do niego dotarłem, coś mnie chwyciło i uniosło. Syknąłem i zacząłem się szarpać, bo myślałem, że to Marvin, i spodziewałem się, że przypali mnie jak żegadłem swoimi rozpalonymi mackami. Okazało się jednak, że to mama. Nie wyglądała na zadowoloną. Zadziwiająco szybko zaniosła mnie do domu i dopiero wtedy odstawiła na ziemię.

– Nic mi nie jest – powtarzałem, ale ona zdawała się mnie nie słyszeć.

– Ten cholerny robot – powiedziała w przerwie między wiązankami brzydkich słów. – Trzeba go było zezłomować lata temu.

Nigdy nie dowiedziałem się, co dokładnie poszło nie tak w naszej stodole. Rodzice też tego chyba nie rozgryźli. Ale z pewnością byli wkurzeni.

Brutalnie wyrzucili Marvina z posesji. Znalazłem mackę, którą oderwał mu tato. Moi rodzice nie byli zwykłymi ludźmi. W przeszłości należeli do Sił Gwiezdnych, co oznaczało, że zostali znanityzowani, a tato został w dodatku zmodyfikowany genetycznie.

Macka była osmalona i wciąż gorąca. Nie przestała działać – wiła się w popiołach długo po wygaśnięciu płomieni. Gdy trochę przestygła, podniosłem ją i zacząłem bawić się na werandzie, strzelając nią jak biczem.

Mama w tym czasie poszła do domu po apteczkę. Gdy wróciła, żeby opatrzyć mi rany, nie była zbyt zadowolona, że trzymam w rękach wijącą się pamiątkę. Kazała mi rzucić trofeum na ziemię.

Nie byłem poważnie ranny. Jasne, w moich plecach utkwiło kilka podobnych do gwoździ drzazg. Nie wbiły się jednak głębiej niż na dwa-trzy centymetry i w sumie nawet nie czułem bólu. Mama chyba przejmowała się nimi bardziej niż ja. Powyciągała drzazgi, a każde skaleczenie traktowała jak ranę postrzałową.

Rodzice zawsze wiedzieli, że jestem nietypowy pod względem fizycznym. Kąpiele mikrobowe zmieniły tatę na zawsze, a część jego ulepszonego DNA przypadła i mnie w udziale. Byłem więc odpornym dzieciakiem i zawsze ignorowałem ból, który rówieśników doprowadziłby do łez.

Gdy mama nacierała mnie nanitami do zasklepiania ran, wbijałem wzrok w tamtą mackę. Wiła się jak żywe stworzenie. I chyba faktycznie nim była – przynajmniej w tym samym sensie co Marvin.

Minęła godzina i po stodole zostało już tylko pogorzelisko. Kury zmieniły się w małe, okrągłe kupki popiołu. Nadal pamiętam tamten zapach – mieszankę dymu drzewnego i odoru palonych piór.

Chciałem zachować mackę na pamiątkę, ale mama nie pozwoliła. Zabrała ją i nigdy jej już nie zobaczyłem.

Kiedy zapytałem, czy Marvin jeszcze kiedyś wróci, tato powiedział, że z nim są zawsze jakieś kłopoty i że nie umie zachowywać się cicho ani normalnie. Stwierdził, że jeśli kiedyś Marvin wróci, to tylko dlatego, że czasy się zmieniły i sprawy znów przybrały zły obrót dla ludzkości – innymi słowy, kiedy będziemy go potrzebować.

Wówczas nie bardzo to rozumiałem. Tato próbował mi wytłumaczyć, że ten robot jest diabłem i aniołem w jednej osobie. Tamtego dnia na pierwszy plan wybiła się jego szatańska strona. Dopiero po latach naprawdę pojąłem słowa taty.

Rozdział 2

Piętnaście lat po tym, jak Marvin spopielił wszystkie kury na farmie taty, ukończyłem Akademię Sił Gwiezdnych ze stopniem podporucznika i cieszyłem się krótką przepustką przed rozpoczęciem czynnej służby. Byłem z tego dumny i tato też. Zaproponował mi piwko w piwnicy, a jedna butelka szybko zmieniła się w tuzin. Piliśmy w najlepsze, gdy przyszła mama. Stanęła u szczytu schodów prowadzących do pomieszczenia, które czasem nazywała „browarem”, i poinformowała mnie, że przyleciała Olivia – a to wszystko zmieniało.

 

Olivia była moją dziewczyną. I to nie byle jaką. Spotykaliśmy się przez zaledwie semestr, ale czułem, że to ta jedna jedyna w całym wszechświecie, którą pewnego dnia poślubię.

Śmiejąc się, ruszyłem na górę chwiejnym krokiem. Tato poszedł za mną. Na twarzach mieliśmy szerokie, wywołane piwem uśmiechy. Mama zareagowała na nasz widok ponurą miną. Nigdy nie lubiła, gdy się upijaliśmy. Myślę, że w przeszłości tato bywał nie najmilszy, kiedy przesadził z alkoholem.

Spodziewałem się zastać Olivię w salonie, ale była na dworze. Podszedłem do okna i wtedy go zobaczyłem. Kosmiczny jacht jej ojca, Chart, stał na podwórku między traktorami a nową stodołą. Szczęka mi opadła. Czym prędzej wybiegłem na zewnątrz.

– Poważnie? – zapytałem.

Obdarzyła mnie ślicznym uśmiechem lśniących od błyszczyka warg i kiwnęła głową. Była bogatą i atrakcyjną Brytyjką. Gdy spędzaliśmy wspólnie czas, prawie nie przestawałem szczerzyć się z radości.

– Wybieramy się na przejażdżkę, Cody – powiedziała.

Jedyną osobą, która nie uważała, że ukończenie szkoły należy uczcić lotem w kosmos pod wpływem alkoholu, była moja mama. Oczywiście miała rację, ale byłem zbyt szczęśliwy, żeby jej słuchać. Westchnęła, przewróciła oczami i z wymuszonym uśmiechem życzyła nam przyjemnej podróży.

Weszliśmy z Olivią na pokład Charta, zanim ktokolwiek wymyślił dobry powód, aby nas powstrzymać. Tato krzyknął coś za nami, a ja pomachałem mu, nawet się nie odwracając. Miałem świadomość, że mama liczyła na to, że spędzę przepustkę z rodziną, spokojnie ciesząc się obecnością najbliższych. Jednak musiało stać się inaczej. Pod względem osobowości wdałem się raczej w tatę niż w mamę, a to oznaczało wplątywanie się w „sytuacje”.

Kiedy dorastałem, narobiłem sobie więcej siniaków i nabiłem więcej guzów niż przeciętny dzieciak. Już samo nazwisko Riggs było jak wrzód na tyłku, choć z innych powodów, niż może się wydawać. Od urodzenia byłem znanityzowany i ulepszony mikrobami, więc musiałem bardzo uważać, broniąc się przed dupkami chcącymi sprawdzić, czy zasługuję na swoją reputację. Samo nazwisko sprawiało, że jacyś faceci w barze chcieli mi obić gębę, a ja musiałem się postarać, żeby nie wygrać z przesadną łatwością.

Mniejsze ryzyko śmierci albo kalectwa sprawiało, że częściej pakowałem się w kłopoty. Tak jak wtedy, gdy pożyczyłem sobie ścigacz grawitacyjny i wleciałem nim na wieżę ciśnień na terenie Akademii z plecakiem pełnym puszek z farbą w sprayu. Byłem lekko pijany i postanowiłem obwieścić światu, że nie mogę przestać myśleć o swojej nowej dziewczynie i koleżance z grupy, Olivii Turnbull. Nigdy nie udowodnili, że to byłem ja, a nawet gdyby, to co by zrobili? Wyrzucili Cody’ego Riggsa z Akademii?

Wkroczywszy na pokład jachtu, wzbiliśmy się w powietrze i szybko opuściliśmy atmosferę. Po wejściu na orbitę podlecieliśmy do stacji paliwowej i ustawiliśmy się w kolejce.

Wyglądałem przez przedni bulaj z nanoszkła. Na ziemi Chart, smukły kosmiczny jacht ojca Olivii, wydawał się ogromny, rozmiarami i kształtem przywodząc na myśl przedwojenne odrzutowce pasażerskie. Ale tutaj, na orbicie, był zaledwie stateczkiem, zwłaszcza w porównaniu z ogromnym pancernikiem Sił Gwiezdnych, który widziałem po lewej.

– Oto nasza przyszłość – powiedziała Olivia, gdy obserwowaliśmy, jak okręt dokuje do stacji i zaczyna tankować. – Któregoś dnia zostaniemy kapitanami.

– Myśl ambitniej – odparłem. – Zostaniemy admirałami.

Zaśmiała się gardłowym śmiechem, który uwielbiałem.

Szybko przyszła kolej na nasze tankowanie. Pilot Turnbullów zabrał nas tutaj z farmy, a teraz zręcznie manewrował. Sam miałem ochotę to robić, ale facet był nieugięty i wypełniał polecenia co do joty. Stwierdziłem, że nie warto się spierać w obecności dziewczyny. Później, kiedy znajdziemy się w głębokim kosmosie, dobiorę się do przyrządów sterowniczych i pokażę jej prawdziwy pilotaż.

Spojrzałem na Olivię, prześlizgując się wzrokiem po jej zgrabnej sylwetce. Miała wysokie kości policzkowe, godne modelki, i ciemne, proste włosy. Mogła pochwalić się długimi nogami, a jej sylwetka miała akurat tyle ponętnych kształtów, żeby wyglądać wysmukle i seksownie. Zaczęliśmy się spotykać już w szkole i od razu poznałem, że to strzał w dziesiątkę.

„Nie dość, że ładna, to jeszcze z pieniędzmi” – pomyślałem. Turnbullowie należeli do najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin na Wyspach Brytyjskich. A ja byłem Riggsem. Wspólnie posiadaliśmy sławę, fortunę i odwagę. Czego można chcieć więcej?

Olivia wyszczerzyła ząbki, dostrzegłszy moje badawcze spojrzenie. Nachyliła się i szepnęła mi do ucha:

– O czym myślisz?

– Zastanawiam się, jak szerokie są koje na tym jachcie.

Prychnęła i pokręciła głową.

– Tylko jedno ci w głowie.

Objąłem ją i pocałowałem, ale nie próbowałem niczego więcej. Nie chciałem się spieszyć.

Planowałem „zadziałać”, gdy tylko zostawimy za sobą stację paliw. Musiała się spodziewać, że zrobię pierwszy krok, bo inaczej nie sprowadziłaby mnie tutaj. Nasza relacja nabierała rumieńców.

Jako świeżo upieczeni oficerowie mieliśmy zgłosić się do służby dopiero za dwa miesiące. Zamierzaliśmy więc spędzić trochę czasu, latając po Układzie Słonecznym, i przeżyć ostatnią przygodę przed rozpoczęciem intensywnego kursu pilotażu. Oboje już jako nastolatki zdobyliśmy uprawnienia do pilotowania cywilnych modeli, takich jak Chart. Poza tym mózg statku potrafił samodzielnie kierować maszyną.

Nagle jacht podskoczył i szarpnął. Rzuciłem ostre spojrzenie pilotowi, ale mnie zignorował. Wiedziałem, że gdybym to ja siedział za sterami, zbliżylibyśmy się znacznie łagodniej. Przylgnęliśmy do magnetycznych zaczepów stacji orbitalnej, a do zbiornika zaczęło płynąć bogate w deuter i tryt paliwo do generatora fuzyjnego. W tym momencie pilot wstał i powiedział:

– Tutaj wysiadam. Życzę państwu przyjemnej podróży.

W spojrzeniu, którym mnie obdarzył, było chyba coś w rodzaju pogardy. Może to przez zazdrość o laskę u mojego boku, a może raczej przez reputację Riggsów.

Olivia kiwnęła głową. Patrzyliśmy, jak pilot opuszcza niewielki mostek statku.

– Wróci promem i zajmie się następnym zadaniem – oznajmiła Olivia, tak jakby mnie to obchodziło.

Poczuliśmy kolejne wstrząsy, gdy zautomatyzowana stacja napełniała zbiornik paliwem. Usiadłem i zacząłem dopasowywać ustawienia przyrządów do swoich preferencji. Zapowiadała się niezła zabawa. Kilka minut później odłączyliśmy się od zaczepów. Zgodnie z poleceniem Olivii wyznaczyłem kurs na pierścień Tyche. Wciąż nie chciała zdradzić, dokąd dokładnie lecimy.

– Ruszamy na przygodę – obwieściła, a potem z jej kuszących ust nie padło ani jedno słowo.

Gdy oddaliliśmy się od stacji i opuściliśmy orbitę Ziemi, kazałem Olivii zapiąć pasy. Nawet przy wysokiej klasy polach inercyjnych, jakimi dysponował statek, lepiej było uważać, a ona była szczególnie narażona, bo nie przeszła jeszcze terapii nanitami. Fotele otoczyły nasze plecy i boki osłonami z inteligentnego metalu, z których wyrosły wypustki opasujące nas w kilku miejscach. Nie było to wygodne, ale zapewniało bezpieczeństwo.

Popchnąłem przepustnicę, zwiększając dopływ mocy do trzech wielkich silników. Chart, będący jachtem wyścigowym, miał mocy pod dostatkiem. Uwielbiałem te przyspieszenia. Człowiek odnosił wrażenie, że podłoga się przechyla, bo przeciążenia wyczuwało się pomimo działających pól inercyjnych – które specjalnie zredukowałem, żebyśmy poczuli kopa. Wystrzeliliśmy z orbity jak pocisk, mknąc w przestrzeń międzyplanetarną.

– Czy jest coś lepszego od tych przeciążeń? – zapytałem, przekrzykując ryk silników.

– Nie ma za co – odpowiedziała Olivia.

– A, tak, dzięki, że pozwoliłaś mi pilotować.

– Tylko nie mów ojcu – powiedziała, mając na myśli lorda Granthama Turnbulla, którego rodzina i przyjaciele znali po prostu jako lorda Granthama.

Wreszcie zmniejszyłem moc silników, żeby Olivia mogła odetchnąć. Pozwoliłem grawitacji się ustabilizować i zredukowałem przyspieszenie. Lecieliśmy teraz miarowo w kierunku Tyche. Mieliśmy dotrzeć do celu za kilka dni. Za czasów taty potrwałoby to znacznie dłużej, ale dzięki nowej technologii statki mogły utrzymywać ciągłe przyspieszenie, podczas gdy pasażerowie niemal tego nie zauważali.

Mózg zameldował, że kilka czujników na kadłubie wymaga naprawy. Zmarszczyłem brwi i pomyślałem, że tak drogi jacht powinien być lepiej zadbany. A może to ja przesadziłem z szybkością i je uszkodziłem?

Zostawiliśmy pilotaż mózgowi statku, a sami siedzieliśmy tylko, wpatrzeni w gwiazdy. Olivia wtuliła się we mnie. Podróż rozpoczynała się cudownie.

– Spójrz – powiedziałem. – Plejady.

– Siedem Sióstr… zabawne. Zawsze chciałam mieć więcej sióstr, ale cóż… jedna chyba musi wystarczyć.

– No tak. Przykro mi. – Znałem tę historię: jej mama umarła podczas narodzin Olivii, co w czasach nanitów i innych cudów medycyny było zdumiewające. – Może my będziemy mieć siedem córek? Co ty na to?

– Brzmi wspaniale. – Przysunęła się bliżej. – Hmm. Milutko.

– O tak.

– Na pewno nie masz ochoty na coś więcej? – zapytała i pocałowała mnie namiętnie.

Wiedziałem, że to będzie ta noc. Robiliśmy aluzje, a ja próbowałem każdej sztuczki, jaką znałem, ale jak dotąd nie wyszliśmy z Olivią poza fazę pocałunków. Co ciekawe, dzięki temu jeszcze bardziej mnie do niej ciągnęło. Fakt, że się nią nie znudziłem i nie poszedłem poszukać sobie nowej dziewczyny, odczytałem jako oznakę przywiązania. Zabawne, że facet potrafi sam siebie zaskoczyć.

– Oczywiście, że chcę więcej – powiedziałem. – Sprawdźmy te koje.

Ruszyła w kierunku części mieszkalnej, a ja podążyłem za nią. Stanęła przed moją kajutą i weszła do środka, a potem zamknęła mi przed nosem drzwi z inteligentnego metalu.

– Daj mi się przygotować – poprosiła.

Mruknąłem coś z niezadowoleniem i podszedłem do najbliższego bulaju. Spoglądałem w kosmos przez potrójną warstwę nanoszkła. Na niebie świeciło więcej gwiazd, niż można zobaczyć z górskiego szczytu na Ziemi.

Katastrofa spadła na nas, gdy już zaczynałem się zastanawiać, co ona tam robi. Zaczęło się od dziwnego stukania, a potem usłyszałem dźwięk rozdzieranego metalu. Zarejestrowałem to pierwszy, bo mój ulepszony nanitami słuch był bardziej wyczulony.

– Co to? – zapytałem, rozglądając się.

– Co takiego? – zawołała Olivia przez drzwi.

Nagle statkiem wstrząsnęła eksplozja, a drzwi z inteligentnego metalu zmieniły się w setki metalicznych kropelek. W kadłubie ziała wyrwa, dokładnie przed Olivią. Fala uderzeniowa rzuciła nami o pokład. Grad odłamków niemal natychmiast zawrócił, by wraz z wysysanym powietrzem opuścić kajutę. Cokolwiek się tu stało, przebiło wiele warstw zewnętrznego kadłuba, który miał nas w teorii zabezpieczać przed zagrożeniami z kosmosu.

Na wpół oślepiony, zerwałem się na nogi. Ręce miałem poharatane wybuchem, ale zaciskając zęby, dałem radę nimi poruszać. Już czułem, jak nanity i mikroby w moich żyłach pędzą do uszkodzonych tkanek.

Na szczęście próżnia nie wyssała nas w przestrzeń, ale za to przyciągnęła Olivię do dziury w kadłubie i przez sekundę bałem się, że różnica ciśnień wyrwie z niej wnętrzności. Szarpnąłem ją i oswobodziłem, wzbijając chmarę zamarzniętych kropelek krwi, które przypominały dryfujące rubiny. Straciliśmy grawitację i powietrze. Tylko niezwykłe właściwości mojego ciała utrzymywały mnie w ruchu – ale wiedziałem, że nie potrwa to długo.

Moją pierwszą myślą było przywrócić ciśnienie – dla dobra Olivii. Ja mogłem przetrwać w całkowitej próżni minutę albo nawet dłużej, ale ona nie.

Rzuciłem się na drugi kraniec kajuty, do wyrwy, i chwyciłem sterczące kawałki ściany, powyginane do środka jak folia aluminiowa. Zawarty w nich inteligentny metal próbował uszczelnić otwór, ale potrzebował trochę pomocy, więc zacząłem z powrotem odginać poszarpane krawędzie, aż dotknęły się nawzajem i zaczęły proces zasklepiania kadłuba.

Gdy tylko metal z grubsza uszczelnił kadłub, przycisnąłem głowę do naściennego głośnika i wrzasnąłem ostatkiem powietrza, jakie zostało mi w płucach:

– Chart, rozpocznij awaryjne przywracanie ciśnienia!

Nawet w próżni wibracje powinny przejść przez moją czaszkę i dotrzeć do mózgu statku. Chwilę później moje wysiłki zostały nagrodzone ciepłym podmuchem z kratek wentylacyjnych.

 

Zostałem z Olivią, słuchając syku wdmuchiwanego do środka powietrza. Wróciła też grawitacja, a dryfujące kropelki krwi posypały się na podłogę i moje plecy.

Teraz, gdy odzyskiwaliśmy już powietrze i temperaturę, skupiłem uwagę na dziewczynie. Leżała nieruchomo na podłodze, twarzą do dołu. Nadal wyciekała z niej krew – była wszędzie.

Przewróciłem ją na plecy i z przerażeniem odkryłem, że cała jej twarz i tułów też są pokryte krwią. Ewidentnie była w szoku. Zaczęła znów oddychać, ale nierówno i chrapliwie. Wodziła wzrokiem dookoła, jakby widziała wszystko oprócz mnie.

– Olivia! Olivio, czy mnie słyszysz? – zapytałem nagląco.

– Cody? – Na moment skupiła wzrok na mojej twarzy, ale zaraz jej spojrzenie znów zmętniało, a głowa opadła. Zrozumiałem, że musiała się w coś uderzyć. Z jej czaszki zwisał strzęp oderwanej skóry z włosami.

Musiałem ją zabrać do pokładowego automatu medycznego – drogiej zabawki łączącej elektroniczny mózg ze wszystkimi przyrządami chirurgicznymi, programami diagnostycznymi i lekami, jakie da się upchnąć do urządzenia o rozmiarach trumny. Było równie zaawansowane, jak wojskowe jednostki do intensywnej opieki, z których korzystały Siły Gwiezdne. Wiedziałem, że automat zdoła jej pomóc.

Musiał.

Z łomoczącym sercem i bluzgami na ustach wziąłem Olivię na ręce. Oparłem się barkiem o hermetyczne drzwi i krzyknąłem do mózgu statku:

– Otwieraj drzwi do mesy!

– Nie mogę wykonać polecenia. Nie przywrócono ciśnienia w zewnętrznym korytarzu.

Warknąłem ze wściekłości, zaniosłem ją do innych drzwi i przeszedłem przez kuchnię. Przez cały ten czas czułem płynącą mi po rękach krew, która kapała na podłogę. W gorączkowym pośpiechu biegłem korytarzami, okrężną drogą zbliżając się do automatu medycznego. Wreszcie trafiłem na kolejne hermetycznie zamknięte drzwi.

– Chart, otwieraj te cholerne drzwi! – wydarłem się.

– Nie mogę wykonać polecenia. Nie przywrócono ciśnienia w zewnętrznym korytarzu.

– Czy automat medyczny znajduje się po drugiej stronie tej grodzi? – zapytałem.

– Potwierdzam.

– Otwórz awaryjne przejście w ścianie.

– Rozkaz odrzucony. Tylko upoważniony personel może wydawać rozkazy awaryjne zagrażające życiu pasażerów.

Krzyknąłem i kopnąłem w ścianę, aż się nieco wgięła. Wiedziałem, że Olivia umrze, jeśli nie umieszczę jej w automacie.

– Jedyna upoważniona osoba jest nieprzytomna! Musisz mieć jakiś protokół obejścia tych przepisów!

Maleńka jak główka szpilki kamerka omiotła mnie i Olivię.

– Przyznano tymczasowe upoważnienie.

Inteligentny metal zaczął się rozpływać i formować okrągły otwór pośrodku ściany, tworząc tunel łączący przeciwległe pomieszczenia. Nie czekając, aż się powiększy, przecisnąłem się na drugą stronę i zakrwawioną ręką wcisnąłem przycisk otwierania automatu. Pokrywa z nanoszkła uniosła się, a wtedy położyłem Olivię w podobnej do trumny kapsule. Zatrzasnąłem wieko i uruchomiłem automat medyczny, który zajął się nią wszystkimi czterema ramionami. Wbił w ciało igły i czujniki, odpalił skalpele laserowe i zaczął zręcznie rozcinać ubranie.

Odwróciłem wzrok. Nie mogłem patrzeć, jak maszyna kroi miłość mojego życia. Mdliło mnie.

Zachodziłem w głowę, co się, do cholery, stało. Czyżby trafił w nas meteoroid rozpędzony tak bardzo, że przebił się przez trzy warstwy kadłuba? Nie przychodziło mi do głowy inne wyjaśnienie.

Byłem głupi, a Olivii przyszło zapłacić cenę za moją beztroskę. Powinienem się uprzeć, żeby przed podróżą poddała terapii nanitami. Wyznaczono nam termin za dwa miesiące, ale wiedziałem, że nasze rodziny były dostatecznie wpływowe, by załatwić zabieg wcześniej. Zamierzałem udać, że przyjmuję zastrzyk z nanitów jako dorosły, aby zataić fakt, że w rzeczywistości byłem znanityzowany przez całe życie.

– Proces nieudany – oznajmił niespodziewanie automat. – Funkcje życiowe słabną. Zostaną zastosowane radykalne środki ratowania życia, chyba że upoważniony personel postanowi inaczej.

– Radykalne środki? Jakie radykalne środki? – Popatrzyłem na ekrany, próbując cokolwiek pojąć z odczytów medycznych. To cholerstwo było podobno szczytem techniki. Rozpaczliwie próbowałem przypomnieć sobie, co słyszałem o możliwościach takich modeli.

Automat nie odpowiedział.

– Nanity. Zamierzasz ją znanityzować – powiedziałem.

Rodzice wstrzyknęli mi nanity we wczesnym dzieciństwie, lecz Olivia miała dostać zastrzyk dopiero po otrzymaniu pierwszego przydziału. W Siłach Gwiezdnych było to wymogiem do pełnienia służby. Nanomaszyny rekonstruowały ludzkie ciało od środka, a potem już zawsze żyły w symbiozie z organizmem gospodarza. W wyniku tego latający w kosmos ziemscy wojskowi szybciej dochodzili do zdrowia, byli silniejsi i mieli lepszy refleks niż zwyczajni ludzie. A Olivia wciąż jeszcze była „naturalną” kobietą.

– Rozpoczynam wstrzykiwanie nanitów. Radykalny zabieg ratowniczy w toku. Proszę odsunąć się od pokrywy.

Nie wiedzieć czemu posłuchałem. Odsunąłem się od półokrągłego wieka z nanoszkła. Ostrzeżenie nadeszło w samą porę, bo nagle szyba pokryła się siateczką pęknięć, gdy coś uderzyło w nią z siłą pocisku. Rozejrzałem się odruchowo i dopiero po chwili dotarło do mnie, co się dzieje.

Choć Olivia została uśpiona, jej ciało reagowało na wlewające się do żył nanity, które teraz rekonstruowały tkanki dziewczyny. Napędzane bólem i adrenaliną konwulsje uszkadzały szybę automatu, choć pęknięcia już powoli znikały, gdy szkło się naprawiało. Miałem nadzieję, że wytrzyma.

Po kilku minutach Olivia trochę się uspokoiła, więc znów się nad nią pochyliłem. Skóra dziewczyny wyglądała, jakby wiły się pod nią robaki, a ona sama krzywiła się z bólu i szarpała głową, jak gdyby śniąc najstraszniejszy koszmar, jaki można sobie wyobrazić. Miałem ochotę coś rozwalić, zwłaszcza że nie wiedziałem, jak ta terapia na nią wpłynie. Nanity były zdeterminowane, ale głupie – realizowały program odbudowy mięśni i kości nawet wtedy, gdy pacjent już zmarł. Tato opowiadał mi o pogrzebach, na których chowano zwłoki marines w nienaruszonym stanie, bo nanity naprawiły ciała, choć nie utrzymały ludzi przy życiu.

Usiadłem na podłodze i zacząłem obrzucać sam siebie ciągiem wyzwisk tak obelżywych, że mama doznałaby szoku, a i tato byłby zaskoczony. Nigdy nie miałem skłonności do obwiniania się, ale teraz mogłem doświadczyć poczucia winy w całej pełni. Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym zrobić. Próbowałem przypomnieć sobie hinduską modlitwę o uzdrowienie, której nauczyła mnie w dzieciństwie mama, ale nie umiałem przywołać słów z pamięci.

– Radykalne środki ratownicze zawiodły – obwieścił jakiś czas później automat medyczny. Zerwałem się na równe nogi i położyłem dłonie na szybie. Odniosłem wrażenie, że Olivia spokojnie śpi, ale nie umiałem poznać, czy oddycha.

Gorączkowo sprawdziłem odczyty funkcji życiowych. Zobaczyłem tylko płaskie, czerwone linie.

Rąbnąłem ręką w nanoszkło, znów pokrywając je siateczką pęknięć, a potem bezwładnie osunąłem się na podłogę. Zacząłem głęboko oddychać, ale i tak miałem wrażenie, że do moich płuc nie dociera powietrze.

Chciało mi się wrzeszczeć na tę głupią maszynę, ale wiedziałem, że to nie pomoże. Nawet w pełni zautomatyzowane urządzenie może pracować lepiej, gdy obsługujący je człowiek przynajmniej przeczyta instrukcję, a ja tego nie zrobiłem. Właściwie to całkiem spieprzyłem sprawę, wskakując sobie beztrosko na Charta prosto z farmy, bez odprawy poświęconej bezpieczeństwu i bez choćby pobieżnego zapoznania się z systemami tego konkretnego statku. Cztery lata szkolenia w Akademii wyparowały mi z głowy przy pierwszej okazji.

Nie wierzyłem ludziom, którzy nazywali mnie aroganckim dupkiem – aż do teraz. Mieli w stu procentach rację, a Olivia leżała martwa, bo mnie wydawało się, że oboje jesteśmy nieśmiertelni.

Gdy wreszcie odzyskałem oddech, zacząłem się zastanawiać, jak doszło do tego „wypadku” i – co najważniejsze – kto jest za niego odpowiedzialny.