Flota ZiemiTekst

Z serii: Rebel fleet #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Ziemi
Flota Ziemi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,85  54,28 
Flota Ziemi
Flota Ziemi
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95  24,38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rzecz jasna, na to właśnie liczyłem.

– Dobra, Blake – powiedział Fex. – Jeśli się nie poddasz i nie pozwolisz nam wejść na pokład, mamy impas.

Shug znów się wtrącił:

– Admirale Fex, to sprawa cywilna. Moja władza jest nadrzędna i…

Fex wycelował we mnie swój długi, owłosiony palec nad głową Shuga.

– Nie słyszałeś Blake’a? Powiedział wprost, że Terrapinianie to jego sprzymierzeńcy i że ściśle rzecz biorąc, jesteśmy w stanie wojny. Flota Rebeliantów jako całość nie jest obecnie zmobilizowana, więc nie masz władzy nade mną i moim okrętem.

Shug wyglądał na pogodzonego z losem. Kiwnął głową i zwrócił się do mnie:

– Blake, nie umieraj za te gady. Jesteś zbyt dobrym dowódcą. Możliwe, że już niedługo nam się przydasz. Nam, czyli Flocie Rebeliantów.

Po raz pierwszy wziąłem słowa Shuga na poważnie. Sytuacja była dziwna i dramatyczna.

Relacje między różnymi gatunkami rebelianckich Kherów były złożone i ulegały ciągłym zmianom. Przypominaliśmy dalekich krewnych, którzy zjeżdżają się na święta tylko po to, żeby żreć się jak psy… a którzy jednak, motywowani tradycją i strachem, potrafią się zjednoczyć wobec zewnętrznego zagrożenia.

To był trudny moment. Czułem się rozdarty. Kiedy do gry wchodzili Nomadzi albo imperialni Kherowie, ja, Fex, Shug i Terrapinianie stawaliśmy się braćmi. Ale czy coś podobnego miało miejsce teraz? A może tamci kopali głębiej, żeby mnie podejść – tak samo, jak ja planowałem podejść ich? Nie umiałem tego stwierdzić.

– Rozważę twoje słowa, sekretarzu Shug – odpowiedziałem wreszcie. – Bez odbioru.

Kiedy zamknięto kanał, siedziałem w fotelu, pogrążony w myślach, ze wzrokiem wbitym w podłogę.

– Kapitanie? – odezwał się Hagen po kilkunastu długich sekundach. – Co pan rozkaże?

– Myślę. Co robi wróg?

– Zacieśnia szyk. Formacja klina.

Wreszcie podniosłem wzrok. Nasze spojrzenia spotkały się.

– Skoczą?

– Możliwe, sir – powiedział. – Trudno powiedzieć. Nasze dane o ich pozycji są przedawnione o kilka godzin. Jeśli…

– Abrams! – ryknąłem, posyłając swój głos za pośrednictwem syma do okrętowego radiowęzła na niższych pokładach. – Zgłoś się natychmiast!

Abrams odpowiedział po kilku sekundach.

– O co chodzi, Blake? Jeszcze bardziej zbliżyłeś się do skraju szaleństwa?

– Abrams, załaduj do systemu następny cel skoku.

– O czym ty mówisz, człowieku?

– Słyszałeś. Otwórz przejście. Skaczemy do kolejnej eskadry holowników.

Kiedy planowaliśmy atak przeciwko jednostkom, które posyłały komety z Pasa Kuipera do środka układu, sporządziliśmy listę celów. Wykonano obliczenia dla siedmiu różnych skoków, choć oczywiście podążyliśmy tylko jedną z tych ścieżek.

– Ależ, Blake, te dane są nieaktualne. Statki miały czas, żeby się przemieścić. Odłamki skalne również. To niebezpieczne i pozbawione sensu.

– Wczytaj dane. Otwórz przejście. Nie przejdziemy przez wyrwę, jeśli nie będzie trzeba. Aha, i jeszcze jedno. Niech to będzie portal o niskiej mocy, który szybko się rozproszy.

– Yy… no dobrze.

Może załapał. Mój ton i pośpiech… Abrams był upierdliwy jak wrzód na tyłku, ale jeśli jego własne cztery litery znalazły się w niebezpieczeństwie, potrafił działać całkiem szybko.

Komandor Hagen zrobił się spięty. Wiedział, co jest na rzeczy.

– Myśli pan, że tu skoczą, obok nas?

– Tak. Niezależnie od tego, czy wierzyli, że się poddamy, logika podpowiada, że musieli planować ten manewr.

Przeszliśmy w tryb awaryjny. Okręt przyspieszał w lokalnej przestrzeni, szykując moduły zasilające do utworzenia wyrwy.

– Kapitanie? – odezwał się oficer łączności. – Urgh nas wywołuje. Chce wiedzieć, co wyprawiamy.

– Powiedz, żeby leciał za nami. I że zamierzamy skoczyć, bo zaraz nas zaatakują.

– Urgh odmawia, sir. Prosi, aby pan przerwał manewr.

Kiwnąłem głową. Byłem wściekły.

– Cholerne małpy. Oszukały go. Desperatów nietrudno jest przekonać o swojej uczciwości, jeśli bardzo chcą uwierzyć w kłamstwo.

– Wyrwa gotowa, sir – zawołał Hagen.

– Szybko poszło – zdziwiłem się.

Wzruszył ramionami.

– No cóż, w końcu Abrams zaktualizował oprogramowanie. Chyba szybciej działa.

Przed nami otworzyła się wyrwa – niewielka, ciasna, o jaskrawych barwach. Lecieliśmy prosto na nią.

Kilka sekund później, pełni obaw, zniknęliśmy w anomalii. A jednocześnie ulżyło mi na myśl, że znikamy z tamtego zakątka przestrzeni.

13

– Kapitanie, coś podąża za nami przez wyrwę – oznajmiła Langston.

Na centralnym wyświetlaczu pokazał się obraz z rufowych kamer. Patrzyliśmy w napięciu.

– Kiedy zamknie się portal? – zapytałem.

– Niedługo – odpowiedział Hagen – ale da się z niego skorzystać jeszcze przez co najmniej sześć minut.

Kiedy człowiek ucieka, sześć minut to wieczność.

– Powinniśmy przyspieszyć? – zapytał Hagen. – Mogę zwiększyć odległość między nami a wyrwą.

Pokręciłem wolno głową.

– Nie. Zawróćmy i zahamujmy. Będziemy tu czekać. Jeśli Fex za nami podąży, wpadnie w zasadzkę. Widać, żeby jego okręty opuściły Terrapin?

– Nie, sir – zameldowała Langston. – Nadal znajdują się na orbicie. Tyle że planeta znajduje się kilka godzin świetlnych stąd. Widzimy miejsce ich pobytu w przeszłości.

– Racja. Ale i tak proszę mieć na nich oko.

Próby taktycznego wymanewrowania wroga w obrębie tego samego układu gwiezdnego były dla mnie nowością. W minionych bitwach zwykle nie widzieliśmy jednostek przeciwnika, dopóki nie znaleźliśmy się całkiem blisko.

Wyrwy czasoprzestrzenne pozwalały przemieszczać się szybciej od światła, więc można było walczyć z okrętem, widząc go jednocześnie po drugiej stronie układu. Powód był prozaiczny – światło wlekło się jednostajnym tempem, przemierzając niewyobrażalne dla człowieka odległości. Oznaczało to, że widok floty wokół Terrapinu należał do przeszłości i nie oddawał obecnego stanu rzeczy. Mogli nas ścigać i nawet byśmy o tym nie wiedzieli.

Napięcie wisiało w powietrzu. Tymczasem „Diabeł Morski” obrócił się i skierował dziób w stronę utworzonego przez siebie przejścia. Czyżby nasza próba ucieczki była spóźniona? Jeśli Fex siedział nam na ogonie, jego flota mogła przelecieć tą samą wyrwą w czasoprzestrzeni i wylądować tuż obok nas.

Przez blisko dwie minuty nikt się nie odzywał. A potem z tunelu wyłonił się duży okręt.

– Nadlatuje nieznana jednostka, sir – powiadomiła mnie Langston.

– Widzę, komandorze. Wykryto już sygnał identyfikacyjny?

Langston wahała się przez kilka chwil, spoglądając na przyrządy. Wreszcie odetchnęła.

– To terrapiniański krążownik liniowy, sir.

– Okręt Urgha?

– Prawie na pewno.

Odwróciłem twarz do Hagena.

– Chyba miał potulnie siedzieć i czekać na „inspekcję” Fexa.

Hagen wzruszył ramionami.

– Może zmienił zdanie. Albo stwierdził, że zagrażamy jego planecie, nie poddając się Fexowi.

Przyjrzałem się ekranom, drapiąc się po zlepionych włosach. Kiedy ostatnio brałem prysznic? Nie umiałem sobie przypomnieć.

– Nie powinniśmy przynajmniej otworzyć szczelin działowych? – zapytała Mia.

Niecierpliwie spoglądała na swoje stanowisko bojowe. Była zabójczynią, tak jak jej pobratymcy, i nie znała wspanialszej rozrywki niż polowanie. Choćbyśmy mieli przegrać i zginąć, ona pragnęła walczyć.

– Nie – powiedziałem – spokój. Langston, możemy wysłać impuls radaru, ale wszyscy inni niech czekają, aż Urgh ujawni swoje zamiary.

Wszyscy odchylili się w fotelach – wszyscy oprócz Mii, która rozczarowana i sfrustrowana garbiła się nad stanowiskiem strzeleckim.

– Jeśli pozwolisz mi teraz strzelić – zaczęła spekulować – mogę go zabić, zanim zdąży odpowiedzieć ogniem.

– Przykro mi, Mia – powiedziałem stanowczo. – Spokój.

Posłuchała, ale jej ogon podrygiwał nerwowo. Pomyślałem, że tej nocy w kajucie kapitańskiej sprawy mogą przybrać niekorzystny dla mnie obrót – ale mówi się trudno.

Po kilku chwilach wywołał nas Urgh.

– Kapitanie Blake, czy to zasadzka? Uciekliście tylko po to, żeby zyskać przewagę?

– Tak – odpowiedziałem stanowczo, a cała obsada mostka spojrzała na mnie ze zdumieniem. – To zasadzka. Proszę, zajmij pozycję na naszej flance. Kiedy Fex podąży za nami przez wyrwę, możemy niszczyć jego okręty jeden za drugim.

Po tych słowach wszyscy się uspokoili. Zrozumieli, o czym mowa.

– To byłoby niehonorowe – poskarżył się Urgh.

– Nie tak niehonorowe, jak umieszczenie floty na orbicie sojuszniczej planety, zrzucanie komet na jej tarczę i żądanie poddania.

Urgh przetrawiał to przez kilka sekund.

– Wy, ludzie, dość wysoko cenicie sobie wolność – zauważył wreszcie.

– Zgadza się. Jesteśmy gotowi za nią zginąć.

– To irracjonalne. Terrapinianie zaryzykują śmierć tylko dla dwóch rzeczy: przetrwania i honoru.

– Ludzkie pojęcie honoru obejmuje też wolność w rozumieniu politycznym – wyjaśniłem.

Twarz Urgha rozjaśniła się. Otworzył szeroko usta jak ktoś zszokowany zupełnie nową ideą.

– To wiele wyjaśnia! Wszystkie wasze dziwaczne zachowania, brutalność i przewrażliwienie. Jeśli tak bardzo cenicie sobie możliwość samostanowienia, że chętnie za nią zginiecie…

– Tak właśnie jest – powiedziałem. – I, prawdę mówiąc, uznajemy ją za najważniejszą. Wolimy znosić inne ujmy na honorze, niż być niewolnikami.

– To takie osobliwe i chaotyczne… – mruknął z namysłem terrapiniański kapitan. – Ale pasuje do waszego zachowania. Zapamiętam.

– A tymczasem jesteś zainteresowany dołączeniem do mnie? Zamierzam bronić twojej planety. Czy może z własnej woli przyjmiesz upokorzenie z ręki Fexa?

Specjalnie tak dobrałem słowa, żeby zabolały. I podziałało.

– Obrażasz nas i jednocześnie prosisz o pomoc?

 

– Nie – odpowiedziałem stanowczo. – Ja oferuję pomoc. Pytam tylko, czy ją przyjmiecie, żeby zachować wolność.

Przez chwilę rozważał moje słowa.

– Czy nie byłoby większą hańbą…? – zaczął.

– Nie – uciąłem.

Czas nam się kończył. Langston dała znak, że wyrwa się uaktywniła. Coś przelatywało przez tunel.

– Nie – powtórzyłem. – Złamanie słowa danego Fexowi nie byłoby większą hańbą. On już złamał obietnicę.

– W jaki sposób?

– Okłamał was. Wcale nie zamierza wycofać się z terrapiniańskiej przestrzeni. Przejmie twój okręt, a potem znów zajmie się oblężeniem. Wszystkie propozycje pokoju z jego strony są fałszywe.

Obsada mostka wymieniała spojrzenia. Moi ludzie zdawali się równie niepewni, co sam Urgh.

– Skąd wiesz? – zapytał.

– Obaj jesteśmy naczelnymi. Jest kłamcą i zawsze nim pozostanie. Znam takich jak on, bo sam jestem naczelnym.

– Podstępy… kłamstwa… zła wola… – powiedział Urgh. W jego głosie pobrzmiewał zarówno gniew, jak i przygnębienie.

– Słuchaj, Urgh, wiem, że chcesz uwierzyć Fexowi. Chcesz, żeby to był już koniec. Ale to pragnienie tylko cię osłabia i sprawia, że łatwiej tobą manipulować.

Wyrwa zaczęła przygasać. Migotały jej brzegi. Poczułem przypływ euforii – może przejście zamknie się Fexowi przed nosem? Może uda się uniknąć walki.

– Nie możemy się zhańbić tak, jak proponujesz – powiedział Urgh.

– Nie ma większej hańby niż zgrywanie idioty, kapitanie! – odparłem.

W tym momencie urwała się nasza rozmowa, bo z tunelu wyłonił się dziób okrętu. Jednostka była duża, większa od naszych krążowników.

– Otworzyć szczeliny działowe – rozkazałem. – Ustaw nas w pozycji do strzału, Dalton.

Wcześniej przezornie wezwałem na mostek swoją pierwotną załogę i obsadziłem nimi stanowiska. Samson był przy konsoli operacji taktycznych. Spojrzał na mnie poważnie.

– Kapitanie, terrapiniański okręt też przygotowuje się do strzału. Możliwe, że celuje do nas.

Wymieniliśmy spojrzenia.

– Cholerni głupcy – wymamrotał Hagen.

Byłem podobnego zdania. Miałem świadomość, że jeśli zaatakuję okręt Fexa, mój dotychczasowy sojusznik może do mnie strzelić za złamanie warunków umowy, którą zawarł.

Znaleźliśmy się w trudnym położeniu i nie wiedziałem, jak to rozegrać.

– Leo, pozwól mi strzelić! – poprosiła Mia. – Jeśli rozwalę ich, zanim wylecą z tunelu…

– Dobra. – Wiedziałem, że w innym przypadku nie będziemy mieć szans w starciu z pancernikiem. – Dowal im z zaskoczenia. Najmocniej, jak dasz radę.

Rzuciła się do konsoli. Na pokładzie rozryczały się syreny.

Rozpoczynała się bitwa.

14

„Diabeł Morski” obrócił się i ustawił w jednej linii z nadlatującym okrętem. Główne działa naszego krążownika umieszczono równolegle do jego najdłuższej osi.

Pod pewnymi względami uzbrojenie okrętu kosmicznego funkcjonowało inaczej niż na jednostkach morskich. Jedną z głównych różnic był odrzut, który wprawiłby nas w ruch wirowy, gdybyśmy nie strzelali do celu bezpośrednio przed nami. Ponieważ w próżni nie ma tarcia – a więc nic nie trzyma nas w miejscu – każdemu użyciu siły towarzyszy pchnięcie w przeciwną stronę.

Oczywiście nie odczuwało się tego, gdy korzystało się z laserów czy innych broni energetycznych. Tego rodzaju wiązki potrafiły trafiać odległe cele i powodować spore zniszczenia. Jednak naszym głównym uzbrojeniem było działo elektromagnetyczne wystrzeliwujące pocisk z wysoką prędkością. Odrzut był spory. Ustawienie się pod nieodpowiednim kątem mogło sprawić, że zaczniemy się obracać.

Ten problem wynikał z samego projektu krążownika, ale – biorąc pod uwagę tonaż – nie istniało lepsze rozwiązanie.

– Trajektoria pocisku wprowadzona – oznajmił spokojnie Chang.

– Strzelam! – powiedziała Mia.

Trochę się pospieszyła, bo jeszcze nie do końca ustawiliśmy się naprzeciw wylatującego z wyrwy okrętu – albo raczej spodziewanego punktu trafienia, który znajdował się kilkaset kilometrów przed jego dziobem. Kiedy działo wystrzeliło pod kątem, musieliśmy użyć silników manewrowych, żeby nas nie obróciło.

Siedzący za sterami Dalton sypnął soczystą wiązanką. Samson przy swoim stanowisku znosił szarpnięcia z większym stoicyzmem, pozwalając, żeby komputer wykonał za niego większość pracy przy wyrównywaniu lotu. Silniki manewrowe na rufie odpalały jeden po drugim, przeciwdziałając odrzutowi i zapobiegając obrotowi jednostki.

– Co z bateriami pomocniczymi? – powiedział z niezadowoleniem Hagen. – Nie będziemy strzelać z…?

– Lasery ledwo go drasną – stwierdziła Mia.

Dałem zmartwionemu Hagenowi znak, żeby się uspokoił. Ufałem Mii. Nasze uzbrojenie poddano usprawnieniom razem z silnikami, a ona była ekspertem… a przynajmniej najbliżej jej było do eksperta, bo nowe działa nie przeszły przecież jeszcze chrztu bojowego.

– Nowe działa wytwarzają za dużo ciepła – poskarżyła się. – Nie podobają mi się.

W tej sytuacji nic nie mogliśmy poradzić na niedociągnięcia techniczne, więc zignorowałem ją.

– Chłodzenie cewki – oznajmiła. – Trzydzieści sekund… i już stan zielony. Strzelam znowu!

„Diabeł Morski” ryknął i zadygotał pod naszymi stopami.

– Pierwszy strzał nawet jeszcze nie sięgnął celu – powiedziała zaskoczona Langston.

– Spodziewamy się trafienia? – zapytałem.

– Trudno powiedzieć. Chyba tak, ale będzie blisko. Albo oberwą w rufę, albo wcale.

Na te słowa Mia syknęła z rozdrażnieniem.

– Przyspieszają – powiedziała – więc stare kalkulacje się nie sprawdzają.

– Langston, proszę wprowadzić poprawki – poleciłem. – Załóżmy, że przyspieszą jeszcze bardziej.

Bez słowa sprzeciwu postukała w swoje ekrany, a Dalton nakierował dziób krążownika na nowy punkt przecięcia trajektorii.

– Wlecieli do tunelu powoli – odezwał się Hagen – więc może spodziewali się, że uda się porozmawiać.

– Przeczuwali pułapkę – odparłem – ale popełnili błąd, lecąc wolno. Może sądzili, że zaminowaliśmy wyjście. Miejmy nadzieję, że nasz atak z zaskoczenia…

– Trafienie! – zawołała Langston.

Zobaczyłem na ekranie rozbłysk. Pancernik, który zdążył wyłonić się już z wyrwy czasoprzestrzennej, oberwał w rufę i uległ uszkodzeniu.

– Jeszcze nie jest po nich – zauważył Hagen. – Podnoszą tarcze.

– Cholera – syknąłem. – A co robi ten terrapiniański drań?

– Siedzi z palcem w dupie i się gapi – rzucił Dalton.

Dobrze podsumował sytuację. Kapitan Urgh dryfował, obserwując rozwój wydarzeń. Przynajmniej do nas nie strzelał. Jeszcze.

Dla rebelianckiego Khera nieangażowanie się w walkę z pewnością stanowiło wyzwanie. Musiał być rozdarty. Honor nakazywał dołączyć do sojusznika w walce z najeźdźcą, ale z drugiej strony zawarł przecież układ z wrogiem i zgodził się poddać w zamian za pokój.

– Strzelam trzeci raz – oznajmiła Mia.

Okrętem znowu zatrzęsło. Trzy pociski opuściły lufę naszego działa, a tymczasem przeciwnik nie odpowiedział ogniem. Jeżeli nie wyłączymy ich z gry drugim albo trzecim strzałem, nie ma szans na pokonanie jednego z molochów Fexa. To zupełnie nie nasza liga.

Wreszcie pancernik zmienił kierunek. Wyrwa zamknęła się – ale to niekoniecznie dobra wiadomość. Okręt podejmował walkę.

– Skręca – oznajmił Chang.

– Wstrzymaj ogień, Mia! – rozkazałem. – Podnieść tarcze, przekierować całą moc do przednich. Przygotować się na manewr wymijający.

Mia teatralnie zgarbiła się nad swoją konsolą.

– Trzy strzały nie wystarczą – poskarżyła się.

Inny problem z projektem Abramsa to fakt, że okręt był względnie słaby w przypadku, gdy starcie się przedłużało. W zamian jednostka była jednak szybka, lekka i uderzała bardzo mocno, jak na swój rozmiar. Minus był taki, że nie potrafiła robić wszystkiego jednocześnie. Generatory wytwarzały za mało energii, by dało się korzystać ze wszystkich systemów naraz.

Oznaczało to tyle, że „Diabeł Morski” potrafił szybko lecieć, otworzyć niewielką wyrwę, atakować albo się bronić… ale mogliśmy wybrać tylko jedną z tych możliwości. A ponieważ stanęliśmy oko w oko z przeważającą siłą ognia, postanowiłem zwiększyć nasze zdolności defensywne do maksimum. A nawet to mogło nie wystarczyć.

– Pancernik strzela, sir.

Kiedy okręt Quoków do nas strzelił, nie było opóźnienia. Salwy z broni energetycznej trafiły niemal natychmiast, a ich rakiety leciały wolniej, ciągnąc się jednostajnym strumieniem. I nagle przetrwanie wydało mi się mało prawdopodobne.

Wiązki dezaktywowały kilka koncentrycznych warstw naszej tarczy. To dziwne, ale niczego nie poczuliśmy, po prostu zamrugały światła. Nowe tarcze potrafiły wytworzyć przed dziobem krążownika chwilowo nieprzepuszczalną barierę. To było tak, jakby na ułamek sekundy w kosmosie pojawiało się lustro.

– Zewnętrzna tarcza pochłonęła strzał – odezwał się nowy głos za moimi plecami. – Zadziałało.

Odwróciłem się i zobaczyłem Abramsa.

– Twoje miejsce jest na dolnych pokładach, doktorku.

Nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem, tylko stał i śledził na ekranach rozwój starcia.

– Zbudowałem ten okręt, Blake – powiedział. – Chciałbym przed śmiercią zobaczyć go w akcji.

Odruchowo zacisnąłem zęby, ale uznałem, że nie ma czasu się z nim sprzeczać. Poza tym mógł mieć rację.

– Masz coś do dodania? – zapytałem. – Zbliża się grad pocisków…

– Drugi pocisk jest blisko celu – zawołała Langston. – Znów trafienie! Ostro dostali w dziób!

Mia wydała dźwięk zadowolenia, nieludzką mieszankę warknięcia, kociego mruczenia i pisku.

Rój nadlatujących pocisków był coraz bliżej. Pancernik miał za moment zrewanżować się za wyrządzone krzywdy.

– Nie zdołamy ich uniknąć – odezwał się wreszcie doktor Abrams w odpowiedzi na moje niezadane pytanie. – Ani utworzyć wyrwy. A gdybyśmy zawrócili, przednie tarcze stałyby się bezużyteczne. Musimy po prostu wytrwać.

Przytaknąłem. Byłem tego samego zdania.

– Nasz trzeci pocisk… chybił, sir – zameldowała Langston. – Zmienili kurs.

Wszyscy klęli i modlili się, nie dostrzegając żadnej innej nadziei na wygraną.

– Terrapiniański okręt się przemieszcza, sir – dodała Langston. – Przyspiesza w naszą stronę.

– Przygotowuje się do walki?

– Na to wygląda. Na podstawie kursu przewiduję, że znajdzie się między nami a pancernikiem.

– Trochę się spóźnili – mruknął z niezadowoleniem Samson.

Dalton prychnął.

– Gdyby te pieprzone żółwie wystrzeliły razem z nami, byłoby już po walce!

Oczywiście miał rację. Terrapinianie wreszcie postanowili działać, ale nawet gdyby zniszczyli pancernik, my i tak mieliśmy oberwać pociskami.

Teraz nastąpiła najgorsza część walki w kosmosie – czekanie. Bywało tak, że człowiek godzinami patrzył na sunącą ku niemu nieuchronną zagładę. Dla kapitana okrętu kosmicznego nie istniała dotkliwsza udręka.

Na szczęście według moich obliczeń ja miałem czekać tylko trzy minuty.

– Pancernik Quoków wywołuje terrapiniański okręt i żąda przerwania działań bojowych – powiedziała Langston. – My też mamy ich wywołać?

Uniosłem otwartą dłoń.

– Nie. Zachowajmy ciszę radiową. Nie zechcą nas słuchać, a zresztą teraz nic, co powiemy, nie zmieni ich zachowania.

Załoga wierciła się w fotelach. Prawie każdy odsłaniał zęby, ze spuszczonymi głowami przenosząc wzrok z ekranu na ekran i ściskając swoją konsolę. To naturalne, że chcieli przygotować się na wstrząs. Choć niemal na pewno bezcelowe.

I wtedy coś się zmieniło. Okręt Quoków obrócił dziób w stronę terrapiniańskiego krążownika liniowego.

– Samson – powiedziałem niemal szeptem – opuść tarcze.

Zerknął na mnie, a w jego oczach dostrzegłem pewność, że postradałem zmysły – jednak wykonał polecenie.

– Mia, dowal im jeszcze raz, kiedy cewki zmienią stan na zielony.

– Strzelam! – wykrzyknęła radośnie chwilę później.

– Podnosimy tarcze – rzuciłem natychmiast.

– Już się podnoszą, kapitanie – powiedział Samson. – Ale nie będą tak mocne, jak mogłyby być przy stałej dostawie zasilania.

– Wiem.

Przez jakiś czas nikt więcej się nie odzywał, a tymczasem trójka okrętów zbliżała się do siebie. Pancernik strzelił Urghowi w bok, ale ten nie odpowiedział ogniem.

– Co on, do cholery, wyprawia? – zapytałem.

– Sir, zdaje się, że chce wykonać przelot – powiedziała Langston – między nami a pancernikiem.

Hagen i ja z ponurymi minami wbiliśmy wzrok w ekrany taktyczne. A dziesięć sekund później popatrzyliśmy na siebie ze zdumieniem. Wreszcie zrozumieliśmy, co zamierzał zrobić kapitan Urgh.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?