Flota ZiemiTekst

Z serii: Rebel fleet #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Ziemi
Flota Ziemi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,85  54,28 
Flota Ziemi
Flota Ziemi
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95  24,38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Kiedy w powietrzu wisi widmo międzygwiezdnej wojny, dobór słów ma ogromne znaczenie.

W tej sytuacji najlepiej byłoby mieć przygotowane przemówienie. Rozmowa z dowódcą terrapiniańskiego krążownika liniowego była sprawą dyplomatyczno-polityczną, ale jeśli chodzi o rebelianckich Kherów, nadawałem się najlepiej do jej przeprowadzenia.

Ktoś mógłby się zastanawiać, w jaki sposób zostałem pośrednikiem między ludzkością a kosmitami, skoro żaden ze mnie polityk. Odpowiedź miała sporo wspólnego z naturą międzygwiezdnej wojskowości. Ziemianie musieli zmienić swoje rozbudowane tradycje związane z dyplomacją i polityką. Podobnie było w połowie ubiegłego stulecia, kiedy powstała broń atomowa, która szybko znalazła się w głowicach pocisków rakietowych mogących dotrzeć do innych krajów w ciągu minut. Kiedy w powietrzu latały anioły śmierci, nie było już czasu na uroczystą kolację, partyjkę golfa i szczerą rozmowę między przywódcami.

Obecnie, tak samo jak wtedy, wojsko uzyskało większą moc sprawczą. Odkąd dołączyliśmy do społeczności innych planet, sprawy miały się coraz gorzej. Wzrosła niepewność, a ludzi znów owładnęła paranoja. Sytuację częściowo wyjaśniał fakt, że tym razem nie mieliśmy do czynienia z garstką dobrze znanych mocarstw, tylko dosłownie z tysiącami obcych światów, z których każdy mógł bez uprzedzenia nasłać na nas okręt wojenny. Na obcych planetach nie mieliśmy nawet swoich konsulatów. Może pewnego dnia tak się stanie – o ile zdołamy wytłumaczyć naszym kherskim braciom, czym jest konsulat.

Sprawy mogły potoczyć się błyskawicznie, więc Dowództwo Sił Kosmicznych zarezerwowało sobie prawo do pierwszego kontaktu z niezapowiedzianymi gośćmi. Wojsko musiało reagować najprędzej, bo zanim jakiś prezydent albo ambasador wcisnąłby się w gajer i napisał przemówienie, intruzi zdążyliby zrównać z ziemią kilkanaście miast.

Nie było czasu do stracenia ani miejsca na błędy.

Spojrzałem więc na nadajnik w swojej dłoni i na pół sekundy zamarłem, gdy wszystkie te myśli przemykały mi przez głowę. Wydało mi się niesprawiedliwe, że akurat mnie postawiono w takiej sytuacji, a wszystko przez to, że byłem wśród pierwszych ludzi, których dawno temu porwali Kherowie.

Nabrałem powietrza i wcisnąłem przycisk na boku urządzenia. Rozświetliło się na znak, że moje słowa zostaną przetłumaczone i nadane do okrętu nad naszymi głowami.

– Mówi komandor Leo Blake z Floty Rebeliantów – odezwałem się. – Wielokrotnie walczyłem z Terrapinianami, zarówno ich pokonując, jak i świętując zwycięstwa wraz z nimi.

Kilka osób nerwowo wciągnęło powietrze. Nie mogli uwierzyć, że wspomniałem o walce przeciwko Terrapinianom, ale to dlatego, że nie do końca rozumieli Rebeliantów.

Na chwilę zaległa cisza, aż wreszcie nadeszła odpowiedź.

– Leo Blake – powiedział głos – prawdziwy oficer. Cieszę się, że nadal się tu liczysz. Ziemia dobrze zrobiła, mianując cię władcą. Zakładam, że istota, którą najpierw usłyszałem, była twoim sługą?

– Tak – odparłem natychmiast, a Vega spiorunował mnie wzrokiem. – Tak szybko przylecieliście, że nie zdążyłem podejść do stanowiska łączności, żeby rozmawiać osobiście.

– Właśnie po to otworzyliśmy przejście dużo wcześniej – powiedział głos. – Z szacunku chcieliśmy dać wam czas przygotować się na nasze przybycie.

– Oczywiście – przytaknąłem. – Ale musicie zrozumieć, że moi podwładni są nerwowi. Nie w pełni rozumieją obyczaje panujące we Flocie Rebeliantów.

– Rozumiem. Mogę coś zasugerować?

– Chętnie posłucham.

– Dyscyplina, Blake! – powiedział kapitan obcej jednostki. – Tego wam trzeba. Nie szczędź bata ani kija.

– Yy… dobrze. Z kim rozmawiam?

– Nie poznajesz? Jestem rozczarowany. Znamy się. Dowodziłem kiedyś myśliwcem i latałem z tobą w czasach wielkiej wojny z imperialnymi Kherami.

– Naprawdę? Byłeś dowódcą załogi na lotniskowcu Ursahn?

– Tak. Mam na imię Urgh. Od tamtej pory dosłużyłem się stopnia kapitana i własnego okrętu.

– Świetnie! Wspaniale znów słyszeć twój głos, Urgh! – skłamałem z entuzjazmem. Prawda była taka, że Terrapinianie, których spotkałem na pokładzie jednostki Ursahn, byli kompletnymi dupkami. Pewnego razu zafundowali mojej załodze pobudkę za pomocą metalowych pałek.

– Ja się nie cieszę, że słyszę twój – odpowiedział rozmówca – chociaż wiążę z tym pewne nadzieje. Może pogłoski są nieprawdziwe. Może Ziemia nie jest zupełnie niekompetentna i niehonorowa.

Mogłem złapać przynętę, ale zignorowałem obelgę i kontynuowałem neutralnym tonem:

– Skoro już odświeżyliśmy dawną znajomość, co mogę dla ciebie zrobić?

– Dłuższy czas temu wysłaliśmy tu okręt dowodzony przez kapitana Verra. Co się stało z tą jednostką?

Wymieniliśmy spojrzenia z admirałem Vegą. Podejrzewaliśmy, że do tego dojdzie. Ponad rok temu natrafiliśmy na kapitana Verra i jego uszkodzony okręt. Koniec końców, jednostkę zniszczyły miny podłożone przez Nomadów.

– Spotkałem Verra – powiedziałem. – Rozmawialiśmy i zawarliśmy tymczasowe przymierze.

– Który z was dominował?

Rozważyłem kilka kłamstw, ale w końcu wzruszyłem ramionami i powiedziałem prawdę:

– Nigdy tego nie rozstrzygnęliśmy. Nasze jednostki były uwięzione przez drony z ładunkami wybuchowymi Nomadów. Próbowaliśmy ocalić Terrapinian. Niestety, bez skutku. Jego okręt przepadł, a my musieliśmy otworzyć wyrwę i uciec.

– Nomadzi? Masz mnie za głupca?

– Nic podobnego – zaprzeczyłem. – Ale oczekuję, że spojrzysz na dowody, zamiast sobie drwić. Za moment prześlę ci nasze archiwa.

Odwróciłem się do rudowłosej komandor i niecierpliwie zakręciłem kółko palcem. Langston zmarszczyła brwi i położyła ręce na biodrach, spoglądając na Vegę.

– Admirale – zaczęła – nie możemy pozwolić, żeby kosmici mieli wgląd w nasze tajne pliki.

– Możemy i pozwolimy – wtrąciłem się. – Bo inaczej zrobimy sobie z nich wrogów. Na utratę których miast jest pani gotowa, żeby nasze sekrety się nie wydały?

Vega uniósł dłoń, ucinając kłótnię.

– Znajdźcie i wyślijcie te nagrania – rozkazał. – Terrapinianie zadali uzasadnione pytanie, a my uczciwie odpowiemy.

Poirytowana komandor Langston wykonała polecenie. Czekaliśmy parę chwil, aż wyśle pliki.

Mijały długie minuty. Mogłem się tylko domyślać, że Terrapinianie przeglądają pliki, które w większości składały się z nagrań robionych przeze mnie i moją załogę na pokładzie „Diabła Morskiego”. Wreszcie kapitan jednostki obcych znów się zgłosił.

– Niesamowite – powiedział. – Widzę, że trafiłem w odpowiednie miejsce.

– Raporty cię satysfakcjonują? – zapytałem z nadzieją w głosie.

– Ani trochę. Ale pokazują, że ziemskie załogi i okręty nie są bezbronne. Walczyłeś o dominację z żenującym brakiem honoru, Blake. Ale nie wygrałeś ani nie przegrałeś.

– Obecnie dominacja nie ma znaczenia. Nawet nie wiemy, o co prosisz.

– Dominacja zawsze ma znaczenie – zaprzeczył Urgh. – Jednak dla nas jesteś towarzyszem broni. Odpowiedziałeś na prośbę Verra o pomoc. Zrobisz to samo dziś?

Ponownie wymieniłem spojrzenia z Vegą. Admirał wyjął mi komunikator z ręki.

– Kapitanie – odezwał się – o jaką pomoc prosicie?

– Czemu ten pies szczeka mi do ucha? – zapytał Terrapinianin. – Blake, ktoś się zbuntował i odebrał ci dowodzenie?

Wyjąłem Vedze urządzenie z dłoni. Admirał niechętnie zwolnił uścisk.

– Nie – odpowiedziałem. – Po prostu moi podwładni niecierpliwie czekają na informacje.

– Powinieneś go surowo ukarać, jeśli znów się odezwie. Nie ma szacunku dla twojej władzy.

– Yy… rozważę twoją radę. Tymczasem powiedz: jakiej pomocy wam potrzeba?

Vega wbił we mnie mordercze spojrzenie, ale trzymał gębę na kłódkę. Musiałem jedną rzecz przyznać Terrapinianom – w przeszłości niewielu osobom udało się uciszyć admirała.

– Kutas z ciebie, Blake – wtrącił ostrym szeptem. – Ale nie przestawaj.

Kiedy spojrzałem na leżące w dłoni urządzenie, przypomniał mi się wygląd kapitana Urgha. Ich gatunek miał gruzłowatą, zielonkawą, poznaczoną plamkami skórę. Wielkie czaszki były w kształcie klina, jak u żółwia. Jednak najbardziej niepokojącą cechą były oczy, czarne i lśniące jak krople ropy.

– Co powiesz? – zapytał kapitan Urgh. – Staniesz znów ze mną ramię w ramię?

– Jakiej natury jest kryzys, przed którym stanęliście?

– Co jest? Czyżbym wyczuwał smród tchórzostwa? Co za różnica, przeciw komu staniemy razem do honorowej walki? Odpowiesz na wezwanie czy mnie opuścisz?

Otworzyłem szeroko oczy. Stąpałem po niezbadanym terytorium. Nie dysponowałem władzą, która pozwoliłaby mi obiecać żółwiowi lojalność. Mogłem co najwyżej zalecić ludziom, żeby go zniszczyli.

Vega przyglądał mi się z uniesionymi brwiami. Z pewnością zastanawiał się, jak ucieknę z pułapki, którą sam na siebie zastawiłem. To oczywiste, że jego zdaniem za dużo powiedziałem. I chyba miał rację.

– Na Ziemi – odpowiedziałem Terrapinianinowi – nasza struktura dowodzenia jest nieco inna. Mamy władze cywilne. To taka jakby starszyzna. Oni decydują, które światy są naszymi przyjaciółmi, a które wrogami.

– Odrażające – mruknął Urgh. – Od twojego gadania wywracają mi się oba żołądki. Jak tamci żałośni głupcy, którzy powierzyli ci jednostkę, mogą liczyć na to, że poskromią twojego ducha? Dowódca okrętu kosmicznego leci, dokąd zechce.

– Nasz sposób rządzenia nie stawia tak mocno na indywidualizm – próbowałem wyjaśnić.

– Przykuli cię łańcuchami do fotela dowódcy? Kontrolowane z daleka implanty rażą ci genitalia prądem? A może zagrozili, że wypatroszą twoje młode, jeśli…

– Nic z tych rzeczy – zapewniłem Urgha, śmiejąc się nerwowo. – Źle mnie zrozumiałeś. Dowodzę okrętem, ale tylko jednym. Jeśli porozmawiam ze starszyzną, mogę liczyć na ich mądrość i błogosławieństwo. Jeżeli się zgodzą, dostaniesz większą pomoc. Wystarczy, że wytłumaczysz, w czym problem.

 

Urgh milczał przez chwilę. Odniosłem wrażenie, że debatuje z innym terrapiniańskim oficerem. To samo działo się po naszej stronie łącza.

– Sir? – powiedziała rudowłosa komandor, nachylając się do mnie. – Bruksela przysłuchuje się tej rozmowie. W żadnym wypadku nie jest pan upoważniony do wysłania choćby pojedynczego okrętu, nie wspominając o całej flocie.

– Wiem o tym, komandorze. Próbuję tylko nawiązać dialog.

Wyciągnęła w moją stronę inny komunikator. Zrozumiałem, że to pewnie ona na mnie doniosła.

– Kolegium dowiedziało się, że to nie nagły kryzys militarny, tylko komunikacja dyplomatyczna, więc chce samodzielnie prowadzić rozmowy.

– Dobra – warknąłem. – Rozłączcie mnie. Niech sobie gadają z Urghem.

Komandor Langston odwróciła się do mnie plecami i wymamrotała coś do nadajnika. Po chwili odwróciła się z powrotem z ponurą miną.

– Szefowie sztabów życzą sobie, aby najpierw doprowadził pan do końca tę kwestię z kapitanem Urghem. Niech poczuje, że jest dla nas ważny i…

– To nie działa w ten sposób – przerwałem. – Kherowie tak nie myślą, z wyjątkiem ssaków naczelnych. Nie znają złożonej polityki, think-tanków i takich tam. Wolą się trochę ponakręcać i poprzechwalać, a potem szybko ruszyć na wojnę.

– No dobrze, sir – powiedziała z udawaną uprzejmością – proponuję go trochę uspokoić.

Odsłoniłem zęby i znów podniosłem nadajnik do ust.

– Urgh? Jesteś tam jeszcze? Twoi technicy nawalili? Lepiej daj im wycisk, bo żaden terrapiniański kapitan nie powinien kazać swojemu towarzyszowi tak długo czekać.

– Blake! Zapewniam, że moi podwładni zapłacą za tę obrazę!

Chyba usłyszałem jakieś uderzenia i stęknięcia. Możliwe, że oficerowie Urgha również mieli zbyt wiele sugestii, jak na jego gust. Zaskoczył mnie, bo Terrapinianie nie należeli do Kherów, którzy łatwo się emocjonowali. Och, jasne, potrafili się wkurzyć, a kiedy postanowili się zemścić, nie umieli odpuścić. Ale nie byli z takich, co knują. Wznosili się na szczyt przebiegłości, planując atak z zaskoczenia na bezbronną załogę. Dla mnie fakt, że kłócili się na pokładzie swojego krążownika, oznaczał, że mają spory problem i naprawdę potrzebują pomocy.

Kiedy zrozumiałem, że są zdesperowani, zacząłem się uśmiechać. Podstępna część mnie już wymyślała sposoby na wykorzystanie sytuacji. Można to nazwać wadą – dla mnie jest darem. Po prostu tak działa mój umysł.

5

– Wbijasz mi twardy kolec w kości, Blake – powiedział kapitan Urgh.

To był chyba idiom, więc udałem, że rozumiem i czekałem na ciąg dalszy.

– Nie mam wyboru, muszę wyjaśnić wprost – kontynuował. – Admirał Fex otoczył moją planetę. Atakowali nas już wcześniej, lata temu. Wtedy, gdy odwiedzili Ziemię. Ale teraz odbudowali flotę i rzucili na nasz świat wszystkie siły.

– Przykro mi to słyszeć, kapitanie – powiedziałem szczerze.

Fex był lokalnym tyranem wśród rebelianckich Kherów. Odkąd przed laty imperialni wycofali swoje siły, Fex wykorzystywał podległe mu floty do podporządkowywania sobie innych cywilizacji. Czasem niemal miałem nadzieję, że Imperium zaatakuje ponownie. Wtedy przynajmniej Kherowie byli zjednoczeni.

Urgh kontynuował po chwili namysłu:

– Według naszych raportów Ziemia zdołała odeprzeć flotę Quoków, gdy ta przyleciała do waszego układu.

– Zgadza się – powiedziałem. – Nasza Flota Alfa zniszczyła większość ich sił. Niestety, sam Fex zdołał uciec.

Admirał Vega skrzywił się na wzmiankę o Flocie Alfa, bo ta była oczywiście wytworem mojej wyobraźni. Tak naprawdę wykorzystaliśmy okręty z Ursy, garstkę fazowców, które wówczas skonstruowaliśmy, oraz jeden lekki krążownik, „Diabła Morskiego”. Reszta jednostek była blefem – ale i tak wygraliśmy.

– Wspaniała bitwa – powiedział Urgh. – My też początkowo odparliśmy Fexa, ale on powrócił. Nasza Wielka Armada poniosła porażkę, a on otoczył nasz rodzinny świat tak licznymi siłami, że nie mamy szans.

– Planeta się poddała?

Usłyszałem, że Urgh nerwowo poprawił się w fotelu.

– Powinienem ci uciąć ten zdradziecki ozór za tak ohydne słowa!

Zmarszczyłem brwi, ale nie przeprosiłem. Kherowie rzadko za cokolwiek przepraszali, bo uchodziło to za oznakę słabości.

– A jednak Fex ma przewagę liczebną – powiedziałem spokojnie – więc jakim sposobem jeszcze was nie pokonał?

– Nasz świat chroni tarcza planetarna. Fex jeszcze się przez nią nie przedarł. Trwa oblężenie.

– Aha. – Zaczynałem rozumieć. – Więc chcesz, żebyśmy pomogli ci przełamać oblężenie. O to chodzi?

– W skrócie tak. Więc co ty na to, mój stary druhu?

Zerknąłem na Vegę. Pokręcił głową, jasno i wyraźnie dając znak, że odpowiedź brzmi „nie”.

– Może – odpowiedziałem. – Serce każe mi lecieć. Ziemianie nienawidzą Fexa równie mocno, co wy.

– Więc przylecisz jednym okrętem, ale my potrzebujemy ich więcej!

Vega wbił we mnie rozzłoszczone spojrzenie. Komandor Langston przyglądała mi się ze zdumieniem. Jej usta poruszały się – mamrotała coś do zestawu słuchawkowego. Na pewno rozmawiała z Brukselą.

– Zobaczę, co da się zrobić – obiecałem terrapiniańskiemu kapitanowi. – Daj mi dzień.

– Dobrze – odpowiedział Urgh. – Ale nie zapominaj, że czas nagli. Fex bombarduje nas kometami z obrzeży układu. Tarcza nie wytrzyma zbyt długo.

Rozłączył się, a wtedy wszyscy na mnie naskoczyli.

– Co ty odpierdalasz, Blake? – zawołał Vega. – Przekraczasz swoje uprawienia!

– Poprawka, admirale – wtrąciła się komandor Langston. – On w ogóle nie ma uprawnień.

Wyciągnąłem rękę w stronę rudowłosej. Cofnęła się i spojrzała na mnie jak na trędowatego.

– Chcę pomówić z Brukselą. Osobiście.

Komandor niechętnie – i trudno jej się dziwić – zdjęła i wręczyła mi zestaw słuchawkowy.

W normalnych warunkach użyłbym syma i porozmawiał z nimi bezpośrednio. Dało się użyć nawet nakładki wirtualnej rzeczywistości – miało się wtedy wrażenie, że rozmówca znajduje się w tym samym pomieszczeniu, choć mógł przebywać na drugim krańcu świata. Jednak tak wymyślne połączenia uznawano za niezbyt bezpieczne. Mogliby nas podsłuchać szpiedzy. Albo Nomadzi. Oni zawsze gdzieś się czaili.

Uniosłem zabezpieczony komunikator i przemówiłem:

– Mówi kapitan Leo Blake, z kim…?

– Tu admirał Clemens – przerwał mi głos starszego mężczyzny z brytyjskim akcentem. – Co ty sobie wyobrażasz? Obiecujesz tym żebrakom swój okręt?

– Rebelianccy Kherowie nie zrozumieliby innej odpowiedzi, sir. Fakt, że zaoferowałem pomoc, może wystarczyć do zawiązania w przyszłości sojuszu.

Brytyjczyk prychnął.

– To brzmiało raczej tak, jakbyś chciał się przechwalać.

– Chciałem tylko utrzymać pokojowe stosunki z kapitanem Urghiem. Reszta zależy od Kolegium i Rady Bezpieczeństwa.

– Cóż za wspaniałomyślność! Więc ludzie po tej stronie Atlantyku nadal mają coś do powiedzenia? Wyobrażam sobie, że z trudem przeszło ci to przez gardło.

– Sir, nie chciałem…

– Wyjaśnijmy coś sobie, Blake. Po pierwsze, nie wysyłamy floty, żeby ratować te cholerne żółwie. Fex na razie zostawił nas w spokoju i nie zamierzamy go prowokować.

– To jest szansa, żeby połączyć dwie floty, sir. Naszą i pozostałość sił terrapiniańskich.

– Zdaje się, że te siły są niewielkie. Ich krążownik liniowy jest uszkodzony i ucieka. Okręt, który ostatnio przysłali, uległ zniszczeniu krótko po przybyciu. Muszę ci przypominać, Blake, że dysponujemy zaledwie pięcioma lekkimi krążownikami i mniej niż dwustoma mniejszymi jednostkami? Każdy okręt jest na wagę złota!

– Ależ, sir – powiedziałem – a co, gdybym poleciał tylko przyjrzeć się oblężeniu? Czy nie byłoby miło zdobyć trochę twardych danych? Bardzo niewiele wiadomo o nowych siłach Fexa.

– Proponujesz samotny wypad? O to chodzi, prawda?

– No cóż, chyba tak, admirale. Mam poczucie…

– Co z tobą nie tak? Chcesz zginąć? Tęsknisz za dalekimi podróżami? Czemu tak cię ciągnie do gwiazd?

– Nie jestem pewien, admirale, ale ja dostrzegam tutaj okazję. Szansę na zwiad, pozyskanie sojusznika i, być może, uniknięcie przyszłej wojny z Fexem.

– Albo na wywołanie nowego konfliktu! – krzyknął Clemens.

– Istnieje pewne ryzyko – przyznałem. – Żadna ścieżka nie jest całkowicie bezpieczna. Wasza decyzja, sir. Pańska i Rady Bezpieczeństwa.

Admirał wymamrotał coś z irytacją i się rozłączył.

Reszta obsady centrum dowodzenia odsunęła się ode mnie. Zachowywali się tak, jakbym umierał na raka – w dodatku zaraźliwego.

Tylko Vega miał odwagę, żeby ze mną zostać.

– Wiesz, Blake, ty to masz jednak jaja ze stali. Zawsze tak mówiłem.

– Faktycznie, mówił pan, sir.

– Co zrobi rada?

Wzruszyłem ramionami.

– Trudno powiedzieć. Ale na razie chciałbym zjeść śniadanie i wziąć prysznic. Pozwoli pan, admirale?

– Proszę bardzo. Każę cię sprowadzić z powrotem, gdy tylko zapadnie decyzja.

– Świetnie, admirale.

Opuszczając centrum dowodzenia, czułem się całkiem nieźle. Przedstawiłem swój punkt widzenia i uznałem, że przeżyję decyzję rady, jakakolwiek by ona była. Och, jasne, że byłbym rozczarowany, gdyby mnie nie puścili. W oczach Urgha stałbym się godnym pogardy kłamcą. Podejrzewałem jednak, że to nie nastąpi, i właśnie dlatego zamiast do mieszkania udałem się do stacji transmatu. Kilka pięter pod centrum dowodzenia zainstalowano system transmatowy, który pozwalał natychmiastowo – albo prawie natychmiastowo – przenosić ludzi do dowolnej innej stacji transmatowej w obrębie Układu Słonecznego.

Gdy tylko wszedłem do środka, natychmiast zapytali mnie, czego chcę, ale wkrótce mnie przepuścili. Poprosiłem operatora, żeby ustawił podróż w jedną stronę na pokład „Diabła Morskiego”, który został na orbicie, po przeciwnej stronie Księżyca.

Jeśli miałem zaraz zostać wezwany do akcji, musiałem osobiście skontrolować stan okrętu. Przyszedł czas sprawdzić, jak się miewa moja dziecina.

6

Transmat wydał dźwięk, który kojarzył się ogromną lampą owadobójczą. Po chwili wkroczyłem na pokład kosmicznego doku. A później znalazłem się wewnątrz swojego okrętu.

„Diabeł Morski” przez długi czas przebywał w suchym doku. Abrams dokonał wielu usprawnień jego prototypowego napędu międzygwiezdnego. Zawsze wybierał moją jednostkę na obiekt eksperymentów.

Pozostałe cztery lekkie krążowniki w maleńkiej ziemskiej flocie były, tak jak mój, zdolne otworzyć wyrwę prowadzącą do gwiazd. Cała piątka była siostrzanymi jednostkami, ale to z „Diabła Morskiego” uczyniono królika doświadczalnego. Od samego początku.

Tymczasem ja spędziłem większość czasu w ziemskiej studni grawitacyjnej, zajęty szkoleniem nowych oficerów w Dowództwie Sił Kosmicznych. Moimi uczniami obsadzano zazwyczaj fazowce, ale nie tylko. Każdy krążownik miał załogę składająca się z około pięciuset ludzi. To znacznie więcej niż siedemdziesiąt parę osób na pokładzie okrętów fazowych.

Abrams w ciągu kilku minut dowiedział się o moim przybyciu. Byłem rozczarowany, bo miałem nadzieję zaskoczyć go w laboratorium albo na dolnych pokładach, w sekcji inżynieryjnej. Oczywiście byłem nierozsądny, mając taką nadzieję, bo Abrams wszędzie miał szpiegów. Podlegali mu wszyscy laboranci i wielu techników. Pewnie otrzymali rozkaz, by zgłaszać pojawienie się najważniejszych oficerów, którzy ośmieliliby się wkroczyć na pokład „Diabła Morskiego” bez konsultacji z Abramsem.

Tak więc nie przeszedłem nawet sześćdziesięciu kroków rozbrzmiewającymi echem korytarzami krążownika, gdy zobaczyłem powiewający połami fartuch i komicznie szeroko otwarte oczy jego właściciela. Po dziewięćdziesięciu sekundach pojawił się Abrams. Wyszedł z turbowindy i zagrodził mi drogę.

– Ach! Tu jesteś, kapitanie Blake – powiedział. – Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? Niezapowiedziana inspekcja?

– Coś w tym stylu – odparłem, rozglądając się. – Okręt jest w opłakanym stanie.

Wszędzie widziałem rury, przewody i otwarte panele. „Diabeł Morski” wyglądał jak pacjent poddany operacji na otwartym sercu.

– Jest w dobrych rękach – powiedział Abrams. – Nie ma powodu do zmartwień. Za sześć do ośmiu tygodni będzie się miał lepiej niż kiedykolwiek.

Przeniosłem wzrok z rozdartej izolacji i odsłoniętych obwodów drukowanych na twarz Abramsa.

– Jaja sobie robisz? Modernizacja i tak trwa już trzy tygodnie dłużej, niż przewidywał harmonogram. Co wy tu wyrabiacie?

– Hmm… – Uśmiechnął się. – Wyczuwam prymitywne pragnienie powrotu do gniazda. Nie masz się czego bać, Blake. Twój okręt będzie gotowy, szybszy niż kiedykolwiek. Kiedy następnym razem otworzysz wyrwę, znajdziesz się dokładnie tam, gdzie chciałeś. Obiecuję.

 

– Słuchaj, doktorze – powiedziałem. – Nie masz nawet dwóch tygodni, nie wspominając o ośmiu. Zostały ci godziny, nie dni. Niech twoi ludzie zaczną montować wszystko z powrotem. Nie słyszeliście o terrapiniańskiej jednostce na orbicie Ziemi?

Abramsowi zrzedła mina.

– O czym ty mówisz? Rozpętałeś następny konflikt zbrojny?

– Nie ja, tylko admirał Fex.

Pokrótce wyłuszczyłem mu sprawę, a on robił się coraz bledszy, aż wreszcie zzieleniał.

– Oburzające! Jak mam pracować w takich warunkach?!

– Coś wymyślisz – powiedziałem i omiotłem szerokim gestem otaczający nas chaos. – Ale na razie trzeba pozbierać graty. Praca na trzy zmiany. Zero przerw. Jeśli trzeba, zróbcie rotację, weźcie ludzi z innych doków. Niech mój okręt nadaje się do lotu.

Abrams oblizał wargi. Dwa razy. Z rosnącym zaniepokojeniem lustrował rozgardiasz rozbieganym spojrzeniem. Oceniał czekający go wysiłek i z każdą sekundą coraz szerzej otwierał oczy. Dziwnie się na to patrzyło.

Wreszcie warknął gniewnie, odwrócił się na pięcie i zaczął wykrzykiwać rozkazy przez sym-łącze. Pracownicy wyskoczyli z pomieszczeń jak diabły z pudełka. Doktor szybko wydał polecenia, a potem zniknął.

Uznałem, że nie ma co stać i patrzeć, więc ruszyłem na mostek. Jęknąłem, widząc, że panuje tam taki sam bałagan, jak w każdym innym przedziale okrętu. Stacje robocze były wybebeszone. Czułem, jak narasta we mnie frustracja.

Od razu pojąłem, co zamierzał Abrams. Dostał pozwolenie na modernizację napędu nadświetlnego, ale dla niego to było za mało. Odbiło mu, zaczął majstrować przy wszystkich systemach na pokładzie. Przyłapałem go w trakcie orgii usprawnień.

Wziąłem skrzynkę z narzędziami i w ciągu godziny przywróciłem do działania trzy podstawowe stanowiska.

Abrams zastał mnie z kluczem francuskim w ręku, wciśniętego pod stanowisko kontroli operacji taktycznych.

– Kapitanie Blake! – zawołał. – W co ty pogrywasz?

Wysunąłem się spod blatu i przez chwilę mierzyłem go wzrokiem. Przyglądał mi się surowo, opierając dłonie na biodrach i marszcząc czoło.

– Wybacz, doktorze, ale doprowadzam do porządku swój mostek. Myślałem, że docenisz dodatkową pomoc.

– Ale ja nie o tym mówię. Nie ma żadnej sytuacji kryzysowej. Skontaktowałem się ze wszystkimi wysoko postawionymi wojskowymi, których znam. Okazało się, że nie ma rozkazów do wylotu. Nikt nas nie popędza. Terrapiniański okręt jest przyjaźnie nastawiony. Czeka jak żebrak na ulicy i tyle.

– To pewnie prawda – przyznałem – ale prawdopodobnie i tak niedługo wyruszamy. Chcę być gotowy. A teraz przestań zawracać mnie i dowództwu głowę, weź klucz francuski i zajmij się robotą, bo jak nie, to nie zabiorę cię ze sobą.

– Co to ma być? – wykrzyknął oburzony Abrams. – Miesiącami tyram na pokładzie twojej bezwartościowej łajby, więc chyba zasługuję przynajmniej…

Nagle zerwałem się na nogi, a doktor zrobił kilka nerwowych kroczków do tyłu. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i wręczyłem mu klucz.

– No to się na coś przydaj. Pokaż, jaki jesteś niezastąpiony.

Wymamrotał coś gniewnie i zajął się stanowiskiem kontroli czujników. Wkrótce leżał na plecach pod stanowiskiem kontroli systemów podtrzymywania życia, dokręcając śruby i rytmicznie klnąc. Nie zważałem na to. Pracował dla mnie i był w tym dobry. Tyle wymagałem od załogi – kompetentnego i szybkiego wykonywania zadań. A jeśli chciał przy tym sobie ponarzekać, jego prawo. Jako kapitan miałem to gdzieś, dopóki robota była wykonana.

Po sześciu godzinach nadeszła wiadomość, na którą czekałem.

– Blake? – usłyszałem w uchu głos admirała Vegi. – Bruksela właśnie się ze mną skontaktowała.

– Szybko się namyślili. Jaka decyzja, sir?

– Chcą wysłać grupę zadaniową na planetę Terrapinian.

– Naprawdę? Grupę zadaniową? Ile krążowników?

– Jeden.

Zmarszczyłem brwi, ale zaraz się z tym pogodziłem. Przecież każdy z naszej piątki krążowników był na wagę złota. Stanowiły trzon maleńkiej ziemskiej floty.

– A ile fazowców? – zapytałem.

– Ani jednego.

– Och. – Zaczynałem rozumieć. – Kto dowodzi tym pojedynczym krążownikiem?

– Masz pod ręką lustro, Blake? – zapytał Vega.

Zaśmiałem się, ale zaraz westchnąłem.

– Rozumiem, sir. Chyba faktycznie byłem zbyt narwany.

– Bingo. Kiedy możesz wylecieć?

Rozejrzałem się po na wpół rozmontowanym mostku i wzruszyłem ramionami.

– Za dwadzieścia cztery godziny. Mniej więcej.

– Postaraj się, żeby to było mniej, a nie więcej. Wysyłam ci załogę. Mądrze z niej korzystaj. Powiadomiliśmy już Urgha, leci po ciebie na przeciwną stronę księżyca.

Przeszło mi przez myśl, że należałoby szczerze coś sobie wyjaśnić.

– „Diabeł Morski” jeszcze nie jest gotowy do odlotu, sir – przyznałem. – Abrams zaszalał z usprawnieniami i rozłożył wszystkie systemy na czynniki pierwsze.

– Technicy uwielbiają tak robić – poskarżył się Vega. – Nie wiem czemu, ale nie potrafią odpuścić, bo „zawsze może być lepiej”.

– Z ust mi pan to wyjął, admirale.

– Na początek ogarnijcie napęd i podtrzymywanie życia. Resztę trzeba będzie naprawić po drodze.

– Yy… a co z uzbrojeniem, sir?

– To ma być misja dyplomatyczna, Blake. Pamiętasz?

– Oczywiście, sir, ale…

Admirał Vega podniósł głos. Prawie krzyczał.

– Sam tego chciałeś, Blake! Prosiłeś o to! Chcesz wiedzieć, co powiedział Clemens, przekazując mi rozkazy?

– Chyba nie…

– Powiedział: „Skoro Blake tak kocha te cholerne żółwie, to niech im wysiaduje jajka”. Koniec cytatu.

– Właściwie to one nie składają jaj, admirale – sprostowałem. – Ale rozumiem przesłanie.

– Dobrze. Statek kosmitów otworzy dla ciebie wyrwę. Wystarczy, że się z nimi zabierzesz i będziesz wyglądać groźnie. Może nastraszysz starego Fexa na tyle, żeby z nami nie zadzierał.

– Wszystko jest możliwe, sir.

Przerwał połączenie, a ja z niepokojem rozejrzałem się dookoła. Na pokładzie nikt nie próżnował, ale brakowało rąk do pracy. Potrzebowaliśmy znacznie więcej ludzi.

Vega powiedział, że wyśle mi załogę, ale jak dotąd nie otrzymałem powiadomienia. Spodziewałem się, że moi ludzie zostaną odwołani z innych miejsc i przysłani na „Diabła Morskiego” w trybie przyspieszonym. A jednak się myliłem. Po kilku godzinach dotarła część załogi, ale nie wszyscy. Wielu otrzymało przydział gdzie indziej. Wystarczyło zerknąć na listę personelu, żeby się o tym przekonać.

– Jesteśmy wymienni – oznajmił komandor Hagen, przeglądając dane. Był moim oficerem wykonawczym i znał się na swojej robocie. Cieszyłem się, że przynajmniej jego mi nie odebrali.

– Na to wygląda.

– Najbardziej obiecujących zdjęli z listy i umieścili na innych jednostkach. Zostawili personel dowódczy, z wyjątkiem paru kluczowych nazwisk. Ale to personel wsparcia najbardziej nas zaboli. Te nowe nazwiska… Ci oficerowie są kadetami, a reszta to praktykanci zaraz po szkole.

– Ja też to zauważyłem.

Hagen opuścił zwój komputerowy i spojrzał na mnie.

– Wybrali ludzi, których utratę mogą przeboleć. A pan jest denerwujący jako oficer, ja zresztą też. Bez obrazy.

– Oczywiście.

– Zmierzam do tego, że wielu pewnie liczy na to, że nigdy nie wrócimy na Ziemię.

Westchnąłem, bo rozumowanie Hagena było bezbłędne. Doszedłem do identycznego wniosku, ale rozkaz to rozkaz.

Wypełnili mój okręt zdezorientowanymi żółtodziobami, kłótliwymi weteranami i grupką opryskliwych oficerów, którzy mieli nad tą bandą zapanować. Robiliśmy, co się dało, żeby poskładać krążownik do kupy.

Wkrótce – zbyt szybko – jednostka Urgha otworzyła migającą zielonymi rozbłyskami wyrwę. Mój nadal nie do końca sprawny okręt podążył w nieznane za krążownikiem obcych.

Czy byliśmy jak owce prowadzone na rzeź? Mogłem się jedynie domyślać.

Tylko jeden z trzech silników działał ze stuprocentową wydajnością, więc ledwo nadążaliśmy za większą jednostką. Minutę po tym, jak terrapiniański krążownik zniknął nam z oczu, wreszcie zagłębiliśmy się w wyrwę i zostawiliśmy Słońce za sobą.