Świat PostępuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Tech World (Undying Mercenaries Book 3)

Copyright © 2014 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana

w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-60-4

ISBN MOBI: 978-83-66375-61-1

Definicje z jedynego podręcznika do wiedzy

o społeczeństwie zaaprobowanego przez Hegemonię

Imperium Galaktyczne – najwspanialszy ustrój, jaki kiedykolwiek powstał. Imperium obejmuje sześćdziesiąt jeden procent układów gwiezdnych w galaktyce zwanej Drogą Mleczną i rości sobie uzasadnione prawa do całej reszty. Imperium jest osiągnięciem podziwianym przez wszystkie cywilizowane formy życia i trwa niewzruszenie od wielu tysiącleci. Każda kobieta, każdy mężczyzna i każde dziecko na Ziemi może czuć dumę, będąc członkiem tej olbrzymiej społeczności.

Układy Centralne – Pośrodku naszej Galaktyki istnieje supermasywna czarna dziura. Wokół tej gęstej masy krążą po swoich orbitach najstarsze ze słońc, skupiska gwiazd pozostających w niewielkich odległościach od siebie. W tym jasno oświetlonym regionie kosmosu, znanym jako Układy Centralne, swoją świetność osiągnęły wszystkie najstarsze rasy.

Galaktycy – Układy Centralne są zamieszkiwane przez nieznaną liczbę wysoko rozwiniętych gatunków znanych jako Galaktycy. Te sędziwe, mądre i życzliwe istoty są przewodnikami tysięcy pomniejszych cywilizacji w nieistotnych układach gwiezdnych. Jedna z takich niewiele znaczących cywilizacji rozwinęła się na Ziemi i nazywa się ludzkością.

Rząd Ziemi – Współczesny rząd ludzkości nosi nazwę Hegemonii i dzieli się na jednostki sektorowe, dystryktowe i lokalne. Ziemią zarządza lokalnie kolektyw polityczny. W naszym świecie nie istnieją już niepodległe narody. Jak powszechnie wiadomo, jest to fakt, z którego można się jedynie cieszyć.

Ziemski system monetarny – Dzięki życzliwości Imperium każdy ze światów należących do Imperium jest samorządny. Wyłącznie relacje międzygwiezdne są regulowane na szczeblu imperialnym – i tak być powinno! Ziemski system monetarny został ustanowiony w celu wspierania handlu. Istnieją dwa poziomy jednostek monetarnych zwanych kredytami: kredyty Hegemonii i kredyty galaktyczne. Kredyty Hegemonii są uznawane we wszelkich relacjach między ludźmi w naszych układach gwiezdnych, natomiast kredyty galaktyczne są wykorzystywane w handlu na całym obszarze Imperium. Według przeciętnego kursu wymiany walut jeden kredyt galaktyczny ma wartość przeszło tysiąca kredytów Hegemonii. Kredyty galaktyczne są wymagane do zakupu dóbr handlowych produkcji pozaziemskiej.

Nairbowie – kosmiczni biurokraci, służący Galaktykom z niezachwianą lojalnością. Niech was nie zwiodą ich obłe ciała – w nieugiętym dochodzeniu sprawiedliwości potrafią dosięgnąć każdego.

Niniejszym ostrzegamy wszystkich potencjalnych przestępców: wierni Nairbowie pełnią wolę zamieszkujących odległe rejony Galaktyków z fanatycznym oddaniem. Nie ma dla nich zbyt niesprawiedliwego przepisu ani zbyt zawiłych formalności. Ścigają nawet najdrobniejsze naruszenia prawa, precyzyjnie trzymając się jego litery.

Rubież 921 – Nasz układ gwiezdny dryfuje w obrębie Rubieży 921, prowincji na granicy. Jest to nic nieznaczący zaścianek Imperium zlokalizowany w Ramieniu Oriona, które z kolei należy do Ramienia Perseusza. Mimo naszego znikomego znaczenia my, jako ludzkość, musimy dołożyć wszelkich starań, by z oddaniem służyć lepszym od nas.

Flota Bojowa 921 – Nasza lokalna flota bojowa jest być może najwspanialszym darem, jaki otrzymaliśmy od naszego umiłowanego Imperium. Flota ta, składająca się z tysiąca potężnych okrętów, odwiedziła Ziemię tylko raz – ku naszemu wielkiemu szczęściu. Owego pamiętnego dnia, w roku 2052, jej okręty posrebrzyły nasze niebo, tak jak to robią przy każdej planecie, którą odwiedzają.

Prowincjonalnym flotom bojowym zwykle powierza się dostarczanie warunków aneksji nowo odkrytym cywilizacjom, lub też wymierzanie kar tym, którzy sprzeciwiają się woli Galaktyków. Obie te misje stanowią zadania konieczne do utrzymania porządku i szerzenia praworządności. Flota Bojowa 921 jest wyposażona w broń zdolną obrócić w popiół każdy świat na prowincji. Jednak dla posłusznych istot stanowi symbol siły podnoszącej na duchu i zapewniającej ochronę.

Najnowsza aktualizacja: niestety, Flota Bojowa 921 została odesłana do Układów Centralnych, by pomóc w rozwiązaniu bliżej nieokreślonych problemów.

Wierna służba ludzkości – Jako cywilizacja drugiego poziomu w obrębie chwalebnego Imperium niedawno zostaliśmy mianowani „lokalnymi egzekutorami”. Powierzono nam zadanie utrzymywania ładu w obrębie Rubieży 921. Mimo że lokalna flota bojowa może już nie być dostępna, by nas wspierać, będziemy nadal walczyć z pełną determinacją!

Ziemskie legiony – Podtrzymując stuletnią tradycję, ziemskie kosmiczne legiony wciąż maszerują ku gwiazdom, służąc temu, kto zaoferuje najlepszą cenę.

Legion Varus – najbardziej osławiony ze wszystkich ziemskich legionów. Varus jest często oczerniany przez prasę i resztę naszych służb wojskowych. Nie wiadomo dokładnie, do jakich celów służy, rozumie się jednak, że wykonuje misje, których nie chcą się podejmować inne legiony.

Bardziej miłuję honor, niż się śmierci lękam[1]

Juliusz Cezar, rok 51 p.n.e.

– 1 –

Urodziłem się na Ziemi, sielskim planetarnym zadupiu pośrodku Rubieży 921. Znajdowaliśmy się tak daleko od Układów Centralnych Galaktyki jak tylko się da, więc prawie się nie liczyliśmy jako cywilizacja w Imperium Galaktycznym.

Podczas swoich niezbyt częstych wizyt na Ziemi Galaktycy za każdym razem uskarżali się na ciemność i zimno panujące w Ramieniu Perseusza. Uważali, że nasze samotne słońce świeci słabo i nieudolnie, gdyż byli istotami przyzwyczajonymi do bliskości tysiąca pradawnych gwiazd. Z ich punktu widzenia mieszkaliśmy na polarnym pustkowiu, wiele lat świetlnych od najbliższego źródła ciepła i życia.

Nie obchodziło mnie, co Galaktycy sądzą o Ziemi. Ta planeta była moim domem i kochałem ją. Goście z Imperium nie przepuszczali również okazji, by szydzić z naszego stosunkowego ubóstwa i żenująco niskiego poziomu rozwoju technicznego, jednak nie spędzało mi to snu z powiek. Moja rodzina jakoś wiązała koniec z końcem w naszym zaściankowym świecie. Dopiero mniej więcej przed rokiem udało nam się zebrać wystarczająco dużo ciężko zarobionych kredytów, by zacząć cieszyć się życiem. Moim zdaniem wszystko szło ku dobremu.

Rodzice zdołali znaleźć porządną pracę i odzyskali nadzieję na lepsze czasy. Przy pierwszej okazji zabrali swoją ciężko uciułaną fortunę i wyjechali z Atlanty. Przeprowadzili się na wieś w Georgii, niedaleko Waycross. Nie było ich stać na kupno wielkich gruntów, ale udało im się znaleźć wolno stojący budynek otoczony kilkoma akrami zarośniętej ziemi. Dom miał ponad sto lat, a zachwaszczony teren wyglądał, jakby nikt go nie uprawiał, ani nawet nie kosił mniej więcej przez tak samo długi czas.

Najbardziej mnie zaskoczyło, że dom był zbudowany z prawdziwego drewna! Uwierzyłem w to dopiero, gdy sam zszedłem do piwnicy i przesunąłem dłonią po odsłoniętych deskach, na których roiło się od drzazg.

Najlepsze w przeprowadzce z miasta na wieś było to, że zyskałem własny pokój. Niezupełnie mam na myśli sypialnię. Raczej wolno stojącą szopę, którą ktoś w zamierzchłej przeszłości przerobił tak, żeby dało się w niej mieszkać.

Wiadomo, nie był to pałac. Ze ścian odłaziły wyblakłe taśmy polimerowe, a posadzka skrzypiała tak głośno, że obudziłaby umarłego. Jednak mnie się to podobało. Wprowadziłem się tam i od razu poczułem się jak u siebie.

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem draniem żyjącym na cudzy koszt. Sam dorzuciłem sporo własnej forsy, a moi staruszkowie cieszyli się, że nadal będę z nimi mieszkał. Jak większość legionistów powołanych do służby, nie chciałem sobie zawracać głowy stałym zakwaterowaniem na Ziemi. Do tej pory służyłem na misjach przez średnio dziewięć miesięcy w roku, a gdy legion zostawił mnie na powierzchni na dłuższej przepustce z jedną trzecią wynagrodzenia, nie miałem ani tylu kredytów, ani tyle obycia, by skombinować sobie miejsce stałego zamieszkania.

Wiedziałem, że legion może w każdej chwili mnie wezwać i posłać ku gwiazdom, do pracy na kolejnym kontrakcie. My, legioniści, nigdy nie wiedzieliśmy, jak długo przyjdzie nam stąpać po Ziemi, więc nie myśleliśmy o zabawie w dom, jeżeli nie mieliśmy własnych rodzin. Ja na razie swojej jeszcze nie założyłem.

Zatem późną wiosną mieszkałem z rodzicami i umilałem sobie wolny czas. Gry wideo były już dla mnie przeżytkiem. Za bardzo rozpieszczało mnie prawdziwe życie, prawdziwe piwo i prawdziwe kobiety.

 

W czerwcu byłem pochłonięty konstruowaniem nielicencjonowanej lotni w moim pokoju. Kiedy ten szmelc działał jak trzeba, można się było nieźle zabawić. Nie było to nic szczególnego – zwykła deska surfingowa z prostym modułem odpychania grawitacji. Odpychacz, choć nie pierwszej młodości, zapewniał udźwig około trzystu kilogramów, co wystarczyło, żebym unosił się prawie pół metra nad ziemią. Takie moduły były wówczas łatwo dostępne, bo Ziemianie mieli kredyty, a handlarze z innych części kosmosu już regularnie odwiedzali naszą planetę. Nie traktowali nas niczym trzeciorzędne łajzy. W ich oczach awansowaliśmy do rangi pierwszorzędnych kmiotków.

Uwielbiałem przejażdżki na mojej lotni. Zabierałem ją nad rzekę Satilla, z czymś do picia w jednej ręce i przewodem sterującym w drugiej. Bawiłem się świetnie, a lato szybko mijało.

Czasami, gdy miałem trochę szczęścia, udawało mi się zachęcić kilka koleżanek, by dotrzymały mi towarzystwa w drodze do ciasnej szopy. Zawsze przekraczały jej próg z wahaniem, jak kot podejrzewający, że czeka go wizyta u weterynarza. Po kilku głębszych i jednej czy dwóch przejażdżkach na lotni zazwyczaj zostawały na noc.

Po trzech miesiącach trwonienia czasu i pieniędzy stwierdziłem, że zaczynam się trochę nudzić. Był sierpień i kto spędził sporo czasu w Georgii, ten wie, że siedzenie w przerobionym garażu pod koniec lata może stać się lekko ekstremalnym doświadczeniem.

Zwykłem zostawiać klimatyzator włączony na noc, jednak zaczął się przegrzewać i wyłączać. Nie chciałem wydawać kredytów na nowy, zwłaszcza że następna misja mogła potrwać kilka lat. Pozostawał mi jedynie furkoczący wentylator. Wykorzystywałem go najlepiej jak umiałem. Okna zostawiałem otwarte, przyciemniałem światła i ustawiałem wiatrak w takiej pozycji, żeby owiewał bezpośrednio moją spoconą skórę. Gdy się już przywykło, taki komfort w zupełności wystarczał.

Pewnego sierpniowego wieczora, w czwartek, usłyszałem pukanie do drzwi. Było już pewnie około północy, a ja powoli zapadałem w sen. Poderwałem się i wylałem świeżo otwarte piwo na i tak mocno już poplamiony dywan.

– Kurwa… – wymamrotałem. Potrząsnąłem głową i powlokłem się do drzwi, plaskając o posadzkę bosymi stopami. Automatycznie założyłem, że to moja mama przyszła zapytać o coś, co mogłoby spokojnie zaczekać do rana. Na przykład czy nie uważam, że trzeba nam więcej mleka na śniadanie.

Sięgnąłem do klamki, jednak zawahałem się przez chwilę. Spojrzałem przez półotwarte żaluzje i ku mojemu zaskoczeniu zauważyłem, że nie pali się mała lampka nad tylnymi drzwiami domu. Fakt ten sam w sobie nie był niczym niezwykłym, bo na wsi zapalone światło przyciągało masę owadów. Jednak gdyby to rzeczywiście mama się do mnie dobijała, to czy nie włączyłaby światła na ganku?

Pukanie się powtórzyło. Zastanowiłem się, czy nie powinienem go zignorować.

Puk, puk, puk.

Wzruszyłem ramionami i energicznie otworzyłem drzwi. Jednocześnie włączyłem światło. Nie wiem, kogo spodziewałem się zastać na zewnątrz, jednak byłem zaskoczony, widząc Natashę.

– Cześć – powiedziała. Wyglądała na zdenerwowaną. Próbowała się uśmiechnąć, jednak wyszło blado.

Nie lubię być zaskakiwany. Nie reaguję na nieoczekiwane zdarzenia automatycznym promiennym uśmiechem. Może to dlatego, że wiele razy już ginąłem. Psychologowie legionu przeprowadzali przed każdą misją szkolenie na ten temat, ględząc o długotrwałych skutkach wybranego przez nas zawodu, ale ja i tak nigdy ich nie słuchałem.

Natasha źle zinterpretowała mój obojętny wyraz twarzy i brak ciepłego powitania. Zareagowała w najgorszy z możliwych sposobów. Jej uśmiech stopniał i zrobiła w tył zwrot.

– Przepraszam – rzuciła. – Nie powinnam się wpraszać na twoją imprezę.

Odmaszerowała w ciemność z uniesioną głową. Zrobiła ze trzy szybkie kroki w kierunku głównej ulicy. Widziałem majaczący przy drodze ciemny zarys jej samochodu.

– Hej, wracaj! – zawołałem, podśmiewając się lekko. – Po prostu mnie zaskoczyłaś, to wszystko!

Obejrzała się przez ramię i przystanęła.

– Ktoś jest u ciebie, prawda? – spytała.

– Nie – zapewniłem. – Nie ma nikogo, nawet tego parszywego kocura, który wiecznie się tu pałęta.

Z lekko skwaszoną miną stanęła znów u moich drzwi i wyciągnęła szyję, żeby zajrzeć do środka.

– Strasznie tu ciemno – zauważyła.

– Klimatyzator się zepsuł – wyjaśniłem. – A lampy za bardzo grzeją. Poza tym właśnie kładłem się spać.

Spojrzała mi ponownie w oczy.

– To może wrócę rano? – zaproponowała.

Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jej ramienia. Drugą ręką wykonałem zapraszający gest.

– Wejdź.

Natasha stała nieruchomo, jednak taksowała wzrokiem mnie i otoczenie. Wyglądałem niechlujnie, a moje mieszkanko nie prezentowało się wiele lepiej. Jestem jednym z tych facetów, którzy upychają wszystko do szafy, kiedy ma wpaść do nich dziewczyna, ale akurat tego wieczoru nie spodziewałem się wizyty.

Wziąłem głęboki oddech i podszedłem do mojej badziewnej małej lodówki, którą dostałem za bezcen z legionowego demobilu. Wyciągnąłem puszkę piwa i otworzyłem ją. Nawet nie spojrzałem w kierunku Natashy. Może to przez upał albo przez późną porę, ale zmęczyły mnie te podchody. Albo wejdzie, albo odejdzie.

W końcu weszła. Podałem jej piwo i znalazłem dla niej miejsce na kanapie. Pierwszą rzeczą, jaką zauważyła, była moja lotnia, służąca za stoliczek.

– Twój stolik nie ma nóg – zauważyła.

– Fajny, co? – zapytałem.

– Wybuliłeś tyle kasy na odpychacze i zbudowałeś stół?

Zaśmiałem się.

– Nie, to pojazd – wyjaśniłem. – Jest świetny. Jeśli zostaniesz tu do jutra, przejedziemy się razem nad jezioro.

Natasha skarciła mnie wzrokiem za sugestię, jakoby miała zostać u mnie do rana, ale udałem, że tego nie zauważyłem. Od paru ładnych lat coś między nami iskrzyło. Nigdy nie byliśmy w naprawdę poważnym związku, ale spędziliśmy razem kilka upojnych nocy.

– Trochę zalatuje tu pleśnią – zauważyła.

– Wybacz. A może powiesz, dlaczego przyjechałaś z tak daleka?

– Chciałam się dowiedzieć, jak będziesz głosował.

Zmarszczyłem brwi. Nie miałem pojęcia, o czym mówi.

– Nie bardzo orientuję się w polityce – przyznałem. – Czy szykują się jakieś nowe wybory do dystryktu, o których powinienem wiedzieć?

Parsknęła śmiechem. Najbardziej podobała mi się wtedy, gdy się śmiała. Na kilka sekund z jej twarzy znikał cały niepokój i wszelkie troski.

– Mówię o głosowaniu w legionie – wyjaśniła. – Na pewno zdążyłeś już podjąć decyzję.

– Yyy…

– Chyba sobie jaja robisz! – wykrzyknęła, odstawiając piwo. – Znowu wyłączyłeś swojego stuka, prawda? A gdyby tak wezwali nas do Izby?

Uniosłem ramię, aby mogła zobaczyć urządzenie. Puknąłem palcem i uruchomił się z ociąganiem, a moja skóra zaczęła świecić od organicznych podskórnych ruchów cząsteczkowych.

– Trochę go zmodyfikowałem – wyznałem. – Jesteś technikiem. Sprawdź sama.

Pokazałem jej moje zindywidualizowane ustawienia.

– Zablokowałem cały nieistotny spam od legionu… i w ogóle.

– To wbrew przepisom – zaprotestowała.

– Jestem na przepustce – powiedziałem. – Wy, technicy powinniście to docenić. Jeżeli naprawdę jestem potrzebny legionowi, wystarczy mi wysłać wiadomość priorytetową. A wszystkie nieistotne przesyłki idą do kosza.

Natasha pokręciła głową i zaczęła stukać w moje ramię.

– Hej! – zawołałem. – Nie mieszaj mi w ustawieniach!

– Nawet ich nie tknęłam – zapewniła. – Dodałam tylko dzisiejszy raport. Przeczytaj, jest pierwszy na liście.

Westchnąłem i gniewnie mamrocząc, przesunąłem palcem wskazującym po wewnętrznej stronie przedramienia. Stuknąłem w ogłoszenie dla całego legionu i odczytałem na głos jego treść:

– Termin na oddanie głosu upływa w piątek o godzinie dwudziestej. Jako specjaliście przysługują ci dwa głosy, zgodnie z przepisami legionu. W przypadku rezygnacji…

Zmarszczyłem czoło i przerwałem czytanie. Spojrzałem na Natashę.

– Nad czym, u licha, głosujemy? – spytałem.

– Nad dołączeniem do Hegemonii – odpowiedziała podnieconym głosem.

– Wszyscy?

– Tak – potwierdziła. – Wszyscy. Wszystkie legiony dostały możliwość wyboru. Możemy pozostać niezależni albo przejść do służby pod Centralnym Dowództwem Ziemi.

– Jak to się stało?

Zaśmiała się, jednak tym razem w jej śmiechu usłyszałem cień goryczy.

– Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że to twoja wina, Jamesie McGill. To ty namówiłeś Nairbów, by mianowali nas egzekutorami, pamiętasz?

– Pewnie – odparłem. – Ale co to ma wspólnego z podpinaniem Legionu Varus pod Hegemonię?

Wzruszyła ramionami.

– Sądzę, że jako egzekutorzy Ziemianie mają nowe źródło kredytów, czyli nową pracę dla Imperium. Nie musimy już się bawić gwiezdnych najemników. A Hegemonia spodziewa się, że w którymś momencie Nairbowie, albo nawet Układy Centralne wezwą ją do wykonania jakiejś… „egzekucji”. Hegemonii potrzebni są zaprawieni w boju żołnierze.

– Zaprawieni w boju… – powtórzyłem. – Czyli my. Niezależne legiony. Nikt inny nie dorównuje nam doświadczeniem.

– Właśnie.

Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się nad tą sytuacją. Im dłużej nad nią myślałem, tym bardziej byłem niezadowolony. Nie chciałem dołączać do Hegemonii. Ci goście byli nadętymi gnojkami.

– A co się stanie, jeżeli odmówimy? – zapytałem.

– Nie wiem – odparła. – Nikt nie wie. Może nas rozwiążą? A może i tak nas wynajmą i poślą do pracy? Tak naprawdę nikt ma pojęcia, jak to wszystko się skończy.

– Jedno jest pewne – rzuciłem i zacząłem obsługiwać swojego stuka. – Imperium nie pompuje tych wszystkich kredytów w Ziemię po to, żebyśmy siedzieli z założonymi rękami. Niedługo czegoś od nas zażądają.

Natasha skinęła głową, a potem zmarszczyła brwi, gdy pracowałem na stuku. Przysunęła się bliżej, żeby zobaczyć, co robię.

Najpierw wszedłem w ustawienia i wykonałem pełny reset. Po ponownym uruchomieniu wyświetliłem wiadomość i wybrałem opcję wysłania do wszystkich. Stuk zapytał, czy aby jestem przy zdrowych zmysłach, na co ja odpowiedziałem twierdząco. Dwa razy. Zanim Natasha zdołała mnie powstrzymać, przypieczętowałem palcem swój wybór.

Jej stuk zabrzęczał. Otworzyła wiadomość, którą wysłałem do niej i do wszystkich innych w legionie. Opadła jej szczęka.

– Chyba zwariowałeś – szepnęła. – Tak nie można! Nie możesz wysyłać spamu do całego legionu o północy!

– Ale właśnie to zrobiłem.

Natasha czytała moją wiadomość, a ja dopiłem resztkę piwa i wyciągnąłem kolejne dwie puszki z lodówki. Gdy wróciłem na kanapę, w pierwszej chwili odpędziła mnie machnięciem dłoni, ale po kilku sekundach czytania wzięła drugie piwo i pociągnęła tęgi łyk.

Pokręciła głową ze śmiechem. Potem znowu odczytała komunikat, tym razem na głos:

– „Jako jedna z dwóch osób w naszym legionie bezpośrednio zaangażowanych w negocjowanie nowego statusu Ziemi gorąco zachęcam moich kolegów legionistów do odrzucenia oferty Hegemonii. Zachowajmy niezależność i wolność i nie dajmy się spętać łańcuchami przez przyziemnych dewotów, którym wydaje się, że wiedzą o gwiazdach więcej niż my. Specjalista James McGill, Legion Varus”.

– To tylko moje subiektywne zdanie – powiedziałem, wzruszając ramionami.

Natasha ponownie się zaśmiała i napiła się piwa. Poszedłem w jej ślady.

– Nie musiałam przyjeżdżać do ciebie, żeby poznać odpowiedź, prawda? – zapytała. – Wystarczyło się zastanowić, jakie z ciebie ziółko, żeby domyślić się, jak zagłosujesz.

Jakimś sposobem moja ręka sama popełzła w górę, by ją objąć. Natasha usiadła blisko mnie i poczułem jej ciepło. Zwykle w sierpniu unikałem wszelkiego ciepła jak ognia. Tym razem jednak było inaczej.

– Napytasz sobie biedy – ostrzegła.

Parsknąłem.

– A co mi zrobią? Zabiją?

Był to ulubiony żart wszystkich legionistów i zawsze wywoływał ponury rechot wśród towarzyszy broni. Często zdarzało nam się polec w walce, ale prawie zawsze przywracano nas do życia. Brzmiało to świetnie, dopóki na własnej skórze nie doświadczyło się kilkukrotnie agonii i rozpaczliwej grozy śmierci.

Koniec końców Natasha i ja kochaliśmy się na tej obskurnej kanapie. A potem od razu zasnęliśmy. Na zewnątrz cykały świerszcze, a świetliki unosiły się w ciepłym, wilgotnym powietrzu między omszałymi drzewami.