MińskTekst

Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

W dzieciństwie bałem się wielkich, otwartych przestrzeni Miasta Słońca. Hulała po nich jakaś niepojęta trwoga. Może wynikało to ze szczególnej perspektywy, z jakiej patrzy dziecko – kiedy przyglądasz się czemuś z wysokości nie metra siedemdziesięciu, ale siedemdziesięciu zaledwie centymetrów, przedmiot, dla dorosłego całkiem zwyczajny, może wyglądać wręcz groźnie. Kiedy masz zaledwie sześć lat i stoisz pośród tych pustych przestrzeni pod palącym słońcem, a w Mieście słońce zawsze paliło bez umiaru, i kiedy do najbliższego cienia, w którym mógłbyś się schronić, masz nie dziesięć kroków, ale znacznie więcej, ogarnia cię dziwny niepokój. Czujesz, że twoje ciało jest tylko punkcikiem w tej wielkiej pustce, pod przejmująco niebieskim niebem, po którym powoli i dostojnie przepływają kuriozalnie zdeformowane postacie Apolla, Wenus i Amora, gigantyczne końskie łby, kanelury i antyczne wazy.

Od czasu do czasu, kiedy słońce, niebo i przestrzeń, pośrodku której stałem, znalazły się w jednej linii, po placu prześlizgiwał się wielki cień. Widziałem, jak powoli wyrasta najpierw na ścianach budynków, stojących tam, daleko, na drugim końcu placu, a potem pełznie wprost na mnie, spopielając białawą ochrę asfaltu pod moimi stopami. Dopadał mnie w końcu i upał na chwilę znikał, znów oddychałem swobodnie, ale wkrótce słońce powracało tą samą drogą, którą przyszedł cień, i znów stałem w palących promieniach pod bezdennie błękitnym niebem.

Lato zawsze przychodziło tutaj znienacka, zaraz po długiej zimie, wysuszając na wiór króciutki okres, który zwykliśmy nazywać wiosną. W Mieście mieliśmy praktycznie tylko dwie pory roku. Zimę, która zaczynała się pod koniec października i zalegała zjełczałym szarym śniegiem do końca kwietnia, i lato, wdzierające się stroncjanitową żółcią na początku maja i falujące żółtymi kadmami i ochrami aż do końca września. Kilka niezdecydowanych tygodni pomiędzy nimi nazywaliśmy wiosną i jesienią. Latem niebo w Mieście Słońca zawsze przybierało jedną z dwu postaci: czystą lub przydymioną.

Dziwne było niebo nad Miastem Słońca. Lubiłem je, kiedy nasycało się głębokim kobaltem. Uroczyście płynęły po nim wówczas niezliczone białe posągi bogów z waty, zadziwiająco harmonizujące z architekturą Miasta, z pustymi korynckimi kolumnadami, potężnymi łukami i obeliskami nie do końca zrozumiałego dla mnie porządku sakralnego. W takie dni Miasto pełne było gęstych, kontrastowych cieni. Nigdzie więcej nie spotkałem już takich cieni. Europejskie miasta są dla nich zbyt ciasne, zbyt zatłoczone, cienie znajdują w nich miejsce tylko na dwa wymiary. W Mieście Słońca wyrywały się na wolność i urządzały prawdziwe orgie graficznych pląsów, których swobody nie ograniczała ciasna przestrzeń zduszonych architekturą europejskich miast.

Wiele lat później, kiedy zostałem malarzem, pokochałem obrazy Chirico i Dalego. Odnajdywałem w nich coś z moich mglistych wspomnień z dzieciństwa, wspomnień chłopca stojącego w palącym słońcu na placu, pośród tańczących cieni tego dziwnego Miasta.

Były jednak dni, kiedy niebo z kobaltowego robiło się szaroultramarynowe, jakby na Miasto spadła półprzejrzysta zasłona. Słońce przebijało się przez nią, ale dawało cienie rozmyte i niekonkretne. W takie dni ciężko się oddychało. Powietrze było wilgotne i zawiesiste, i ta lepka zawiesistość wypełniała ulice jak smog. Każde działanie, fizyczne czy intelektualne, wymagało w takie dni zdwojonego wysiłku i ulgę przynosił dopiero zachód słońca, po którym Miasto pogrążało się w odświeżającym chłodzie nocy.

Bardzo rzadko widywaliśmy nad Miastem Słońca niebo całkowicie bezchmurne, takie jak w Hiszpanii. Z północy i południa, z zachodu i wschodu Miasto otaczały rozległe bagna, nadające mu nader specyficzny klimat. Powietrze jest w takim klimacie niemal zawsze wilgotne, a upał i chłód trudniejsze do wytrzymania niż upał nad morzem czy chłód gdzieś w głębi kontynentu.

9

Na początku osiemnastego wieku znów wybuchła wojna. Ciągnęła się dwadzieścia lat i zabrała życie co trzeciemu mieszkańcowi tych ziem. Była zarazem najbardziej bezsensowną z wojen, jakie tu toczono. Wrogiem został w niej ten, kto powinien był zostać sojusznikiem, a sojusznikiem ten, kto we wszystkich wcześniejszych wojnach był wrogiem. Ludzie ostro podzielili się na dwa obozy. Na pokładach tonącego kolosa szalała bratobójcza orgia, a kraj umierał, obracając się w ruinę, tracąc siły, ludzi i miasta. Koalicja przeciw Szwedom wygrała tę wojnę, ale dla Polski i Księstwa Litewskiego zwycięstwo okazało się klęską. Wyczerpana Rzeczpospolita stanęła teraz przed wschodnim Imperium bezbronna. Jej dni były policzone; nadciągała nieuchronna katastrofa.

W drugiej połowie osiemnastego wieku Imperium ze wschodu, Imperium z południa i Królestwo Pruskie zaczęły dzielić między siebie Rzeczpospolitą. Kraj, który sam mógł zostać mocarstwem, ale zbyt wcześnie – z punktu widzenia historii – wybrał Demokrację, nie miał już siły przeciwstawiać się rozbiorom. Powstanie, które wybuchło pod wodzą Tadeusza Kościuszki, nie zdołało zatrzymać raz puszczonego w ruch mechanizmu fatum. Rozpoczęło się odliczanie dwustuletniej kolonialnej historii narodów Rzeczypospolitej.

10

Jeśli przyjeżdżacie do Mińska z Europy samochodem, autostradą Berlin–Mińsk, najpierw widzicie tylko długie pasma blokowisk. Żeby dotrzeć do granic Miasta Słońca, trzeba przebić się przez dwanaście kilometrów betonowych sypialni, podobnych do siebie w każdym mieście świata.

Miasto Słońca spotkacie dopiero na placu Lenina, tak ogromnym, że można by na nim pomieścić całe miasteczko. Kiedy byłem dzieckiem, plac ten wydawał mi się niewiarygodnie wielki. Autobus, którym zazwyczaj wracałem do domu, miał na nim aż trzy przystanki. Zatrzymywał się przed zachodnim wjazdem na plac, a potem powolutku sunął po przekątnej. Autobus był starego typu i przypominał karawan. W owych czasach wszystkie karawany w kraju robiono z autobusów: samochodów osobowych było mało, a taki karawan dodatkowo mieścił wszystkich żałobników. Na południowym krańcu placu autobus zatrzymywał się przy wysokiej bramie, wybitej na przestrzał w długim szarym budynku; za nią zaczynała się wąska boczna uliczka prowadząca na plac Wrót. Następnie kontynuował powolną, uroczystą podróż aż do czerwonego pseudoromańskiego kościoła i dalej, z powrotem na ulicę, którą wjechał na plac.

Główne zabudowania placu stanowi konstruktywistyczny zespół Pałacu Rządu, zaprojektowany przez Langbarda w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Pałac spogląda na przechodniów setkami surowych, regularnych prostokątów oczu. To supremacja władzy, która wie o nas wszystko – nawet o zabłąkanych podróżnych, którzy znaleźli się w Mieście Słońca przypadkiem. Geometrię Pałacu wieńczy czarny posąg Lenina wpatrzonego w przeciwległy koniec placu, z rzadka przecinany krokami maleńkich przechodniów. Nie ma ich tutaj wielu – nie ma miejsc, ku którym mogliby zmierzać.

Okoliczne gmachy: dwa uniwersytety, Pałac Poczty i Pałac Rządu znajdują się we władzy Mądrości, sprawującej rządy wespół z Metafizykiem. Konstruktywistyczne fasady Pałaców odstają nieco od barokowo-imperialistycznego stylu Miasta, a to dlatego że wiele z nich zbudowano dawno, kiedy w Krainie Szczęścia panował ortodoksyjny konstruktywizm, a socrealizm nie popadł jeszcze w dekadencję. Wówczas tworzono jedynie konstrukcje – ich upiększaniem zajęto się później.

Z placu Mądrości bierze początek Prospekt – główna ulica Miasta Słońca. Biegnie na wschód, szeroki jak pas startowy. Zachodnia aleja prowadzi do Pałacu Awiacji. To stare lotnisko położone przy samej granicy Miasta. Nowe zbudowano w latach siedemdziesiątych, pięćdziesiąt kilometrów na wschód od Mińska. Samolotów przylatuje dziś do Miasta niewiele, około dwudziestu na dobę, jeśli więc wybierzecie się tu z Europy jednym z nich, zobaczycie ogromny i pusty nowy Pałac Awiacji, skąd równie pustą, ale za to szeroką szosą dotrzecie do Miasta Słońca. Wjedziecie od wschodu. Błąd. Podróżnik winien wjeżdżać do Miasta koniecznie z zachodu.

11

W dzieciństwie nie lubiłem Miasta Słońca. Mimo że nasze pierwsze mieszkanie znajdowało się na jego terytorium, były to już sentymentalne peryferie Miasta, za którymi zaczynał się całkiem inny Mińsk. Kilkaset metrów od naszego domu leżała dzielnica Sielchozposiołok, czyli Osiedle Rolnicze. Faktycznie przypominała wieś. Małe domy z drewna i cegły z ogródkami, również warzywnymi, labirynty krętych uliczek. Mówiono, że mieszkają tam Cyganie i kryminaliści i że w ogóle jest niezbyt bezpiecznie. Myślę, że były to tylko plotki, nam w każdym razie nie przeszkadzało takie sąsiedztwo i zimą chętnie chodziliśmy na sanki na spory pagórek położony na granicy osiedla. Może zresztą naprawdę mieszkali tam Cyganie? Od czasu do czasu z wąziutkich ulic wyjeżdżali konnymi wozami jacyś mężczyźni o czarnych brwiach i z poważnymi minami podążali na peryferie Miasta.

Nasza kamienica nie była Pałacem, tylko zwykłym blokiem, jakich stoją w Mieście tysiące. Pałace dla Ludu, owszem, były, ale nieliczne, i tutaj, na peryferiach, mniej wspaniałe niż w centrum Miasta Słońca, na Prospekcie. Za to naszą ulicę zamykał niespodziewanie fantastycznie zdobiony mur ogromnej jednostki wojskowej. Kiedy byłem dzieckiem, zdawał mi się bardzo wysoki i długi. Ciągnął się wzdłuż drogi ponad pół kilometra. Co dwadzieścia dziecięcych kroków przecinał go murowany słup zwieńczony zdeformowaną, rzeźbioną kulą. Nie wiedziałem, jak nazywa się taki detal architektoniczny, przypominał mi jednak zrobioną z gipsu główkę kapusty.

Nad murem sterczały spadziste dachy długich, żółtych koszar, skąd stale dobiegały żołnierskie pieśni. Przybiegaliśmy tutaj, żeby ich posłuchać. Oczywiście chcieliśmy też zobaczyć, co dzieje się w koszarach, ale słupy z kapustą były tak wysokie, że mogliśmy jedynie słuchać rytmicznego, marszowego tupotu setek nóg, dobiegającego z drugiej strony muru. Czasem nogi tupały równiutko wzdłuż muru, czasem zaś oddalały się lub przybliżały. Niekiedy po donośnym wrzasku: „Oddziaaaał, śpiew!” nad płot wzlatywała stugłosa pieśń: „Przez u-licę nie-znaną idzie żołnierz we-soło, śmieją się doń dzie-wczyny, że aż jasno wo-koło…”.

 

Za jednostką zaczynała się ulica prowadząca na Prospekt. Chodziliśmy nią po codzienne zakupy do sklepu, zwanego „delikatesami”. W Mieście wszystkie sklepy spożywcze zwane były delikatesami, chociaż ich oferta marnie przystawała do tak dumnego miana. Jednak w Mieście Słońca zaopatrzenie w żywność było znacznie lepsze niż w innych miastach Krainy Szczęścia. Na hakach wisiało pięć czy sześć gatunków kiełbasy; w innych miastach, gdzie kiełbasy nie było w ogóle, sklepy nazywały się zwyczajnie – spożywcze.

Wszystkie delikatesy w Mieście, oprócz tych na Prospekcie, były do siebie podobne: długie jak piórniki, z jedną ścianą wyłożoną białymi kafelkami i drugą, szklaną, wychodzącą wielkimi oknami na Miasto. Między kafelkami a oknami stały rzędem szklane witryny, przypominające kształtem pianina, na których zamiast klawiszy ułożono beczułki ze śledziami, laski kiełbasy albo piramidy konserw. Przy pianinach z kiełbasą i innymi pysznościami zawsze kłębili się kupujący i jeśli cokolwiek „rzucono”, krzyczeli podenerwowani: „Dawać po kilogramie na osobę! Gdzie leziesz, świnio jedna?! Ja tu stałem! Gdzie stałeś, ja jestem za tą panią i koniec!”. Towary wyłożone na pianinach mało mnie interesowały. Do delikatesów wpadaliśmy przeważnie po lody i lemoniadę Buratino.

Przy delikatesach stał jeszcze jeden nader interesujący nas obiekt, mianowicie automat z wodą sodową. Woda z syropem kosztowała trzy kopiejki. Automaty przypominały Mojdodyry – potwory z książeczki dla dzieci. Wyciągały kanciaste łby i zbijały się na ulicach w stadka po dwie, trzy lub cztery sztuki. Ich otwarte w zdumieniu paszcze zawsze głupawo wgapiały się we mnie, kiedy podchodziłem do jednego z nich, wkładałem rękę w trapezowatą gębę, płukałem szklankę i wrzucałem w otwór w głowie trzy kopiejki. Głowa chwilę myślała, a potem z cichym odrzutowym pomrukiem napełniała szklankę musującą wodą. Czasami głowa myślała długo, udając, że nie wie, czego się od niej chce. Wówczas należało zwinąć dłoń w pięść i z całej siły trzasnąć w zdumioną gębę. Zazwyczaj działało. Do szklanki płynęła zimna woda z syczącymi bąbelkami; była to najpyszniejsza woda sodowa na świecie.

12

Rzadko zapuszczałem się dalej niż do delikatesów. Na Prospekt należało iść ulicą jeszcze ponad kilometr, dlatego chodziliśmy tam tylko, kiedy w kinie obok naszego domu nie wyświetlano ciekawych filmów. Następne kino było dopiero na Prospekcie, obok placu Miłości, w parku nazwanym na cześć zdobywców bieguna północnego parkiem Czeluskińców.


Lubiliśmy chodzić do kina. Filmy wyświetlane na starych mechanicznych projektorach w wielkich ciemnych salach odkrywały przed nami świat. Mogliśmy zobaczyć w nich to, co rzadko pokazywano w telewizji: amerykańskie prerie z kowbojami i Indianami, lecącego nad Paryżem Fantomasa, stare zamki z Człowiekiem w Masce albo markizą Angeliką. Z telewizji dowiadywaliśmy się przeważnie tego, co każdy z nas powinien był wiedzieć o Krainie Szczęścia.

Kino „Tęcza” mieściło się w drewnianym, zdobionym płaskorzeźbami budynku z niewielką salą zastawioną składanymi fotelami. Jeżeli w trakcie seansu ktoś wychodził, najpierw słychać było charakterystyczne trzaśnięcie, jakby mocne uderzenie ciężkim przedmiotem o drewnianą podłogę, a później do sali wpadał snop przytłumionego światła z otwierających się bezpośrednio na park bocznych drzwi.

„Tęcza” stała na samym początku parku ciągnącego się kilometrami, aż do przedmieść. Zaraz za nią rósł gąszcz wysokich sosen; ich korony zlewały się w górze w jeden wielki, zielony obłok. Na dole ich stare pnie wyglądały jak niezliczone odbicia w okrągłej lustrzanej komnacie. Powtarzały się bez końca, zmniejszały i w końcu nikły w głębi ciemnoochrowej, uchodzącej w dal przestrzeni.

Obok kina biegła aleja prowadząca do Diabelskiego Młyna. Było to ogromne, obracające się w pionie koło z gondolami; przypominało wschodzące słońce z herbów Krainy Szczęścia. Przed epoką rollercoasterów tak zwany diabelski młyn stanowił główną atrakcję każdego większego parku. Stalowe szprychy uroczyście wznosiły się nad zielonymi falami rajskich ogrodów Miasta i niespiesznie krążyły, jak po cyferblacie gigantycznego zegara o dwunastu spowolnionych wskazówkach sekundowych.

Niestety, park Czeluskińców cieszył się złą sławą, więc baliśmy się zapuszczać dalej niż do kina. Mówiono, że grasuje w nim banda, która gwałci dziewczynki, a potem zabija i przerabia na drożdżowe bułki z mięsnym farszem. Kiedy kupowaliśmy w Mieście bułki z mięsnym farszem, zawsze rozłamywaliśmy je i zaglądaliśmy do środka, żeby sprawdzić, czy nie ma tam przypadkiem długiego polakierowanego paznokcia. Wszystko to były oczywiście wymysły, podobnie jak historia o czarnej ręce, która lata po Mieście i dusi w ciemnych bramach przypadkowych przechodniów, albo o Murzynie syfilityku, który macza członek w szklankach automatów z wodą sodową, żeby zarazić nas wszystkich syfilisem. Ale w dzieciństwie święcie wierzyliśmy w takie opowieści. Inna sprawa, że park Czeluskińców faktycznie nie był zbyt bezpieczny. Ciągle zdarzały się w nim morderstwa i gwałty.

13

Na naszym podwórku mieszkały głównie żydowskie rodziny. Kiedyś Żydzi stanowili połowę całej populacji przedrewolucyjnego Mińska, a synagog było w Mieście nie mniej niż cerkwi i kościołów. Później przyszła Wojna, ale po niej i tak zostały w Mieście całe kwartały, gdzie słyszało się bardzo specyficzny niemiecki szwargot – jidysz. Kiedy byłem dzieckiem, wielu ludzi znało go jeszcze i używało. Oczywiście moi pierwsi przyjaciele, podobnie jak pierwsza przedszkolna miłość, też byli Żydami, chociaż w naszym domu mieszkało również sporo rodzin innych narodowości: Białorusini, Ukraińcy, Rosjanie, Polacy, a nawet Tatarzy – postępowa inteligencja Miasta Słońca. Proletariuszy, ludzi pracujących na fabrycznych przedmieściach, w naszej okolicy prawie się nie spotykało.

Dobrze znałem mieszkańców naszego i sąsiedniego podwórka. Gorzej tych, którzy mieszkali na drugim końcu domu. Pamiętam spośród nich dozorczynię zamiatającą podwórze. Miała syna z zespołem Downa, bardzo wysokiego chłopaka, który snuł się po podwórku w dziwnych spodniach z wiecznie rozpiętym rozporkiem. Poza tym dwie pobożne staruszki w czarnych chustkach, karmiące bezdomne koty. Zwykle doglądały co najmniej dziecięciu wąsatych, pręgowanych, ogoniastych i bez ogona, puszystych i wyliniałych kić, mruczków, puś i filemonów.

Mieszkałem z mamą i babcią. Mama była inżynierem programistą i zajmowała się techniką obliczeniową, która w Krainie Szczęścia ledwie wówczas raczkowała. Mama wciąż musiała uczyć się czegoś nowego i zaraz po pracy biegła na kursy doskonalenia zawodowego. Oprócz tego była komunistką i jako wzorowy członek partii, lektorka towarzystwa „Wiedza” i aktywistka organizacji partyjnej wieczorami wygłaszała dla robotników wykłady o Komunizmie, Marksizmie-Leninizmie i aktualnej sytuacji w świetle postanowień ostatniego Zjazdu. Babcia również pracowała do późna, więc szybko nauczyłem się zostawać w domu sam i wymyślać sobie różne ciekawe zajęcia.

Takich zajęć miałem całe mnóstwo. Lubiłem oglądać telewizję. Matka mówiła mi: „Za dużo telewizji oglądasz, a w ogóle masz siedzieć co najmniej trzy metry od ekranu, bo zepsujesz oczy!”. Oczy zepsułem tak czy inaczej i już na początku szkoły zostałem okularnikiem. W telewizji oglądałem wszystko jak leci: filmy fabularne i dokumentalne, wiadomości, zjazdy partii, wystąpienia Metafizyka, bajki, dobranocki, programy rolnicze, kreskówki, prognozy pogody, retransmisje klasycznych oper, filmy przyrodnicze, łyżwiarstwo figurowe i reportaże z dalekich podróży. Nie lubiłem tylko hokeja. Zawsze mnie jakoś męczył.

Trudno powiedzieć, żeby wszystko to specjalnie mnie interesowało; po prostu telewizor stale „grał” gdzieś w tle. W ciszy pustego pokoju czułem się nieswojo. Telewizja otwierała okno na inny, równoległy świat, który uspokajał i cieszył samym swoim istnieniem. Tym bardziej że oglądałem kątem oka, jednocześnie zajmując się mnóstwem innych ciekawych rzeczy.

Miałem całą kolekcję rozmaitych klocków, z których składałem wszystko, co tylko podpowiadała mi akurat wyobraźnia. Najbardziej jednak lubiłem budować miasta. Jeśli zabrakło klocków, budowałem dalej, używając dowolnych już przedmiotów: książek, pudełek, butelek, wazoników, skrzynek, plasteliny, papieru i szachownic. Kiedy miasto było gotowe, zasiedlałem je pluszowymi misiami, plastikowymi zajączkami, figurami szachowymi i ołowianymi żołnierzykami, a potem zaczynałem wojnę. Czasami miasta były dwa, wówczas walczyły ze sobą. Jeżeli było jedno, napadały na nie gumowe psy i puste flakoniki po perfumach, a pluszowe misie i zajączki dzielnie broniły murów. Prędzej czy później miasto upadało. Jeżeli wyszło wyjątkowo piękne, stało czasami kilka dni, ale nawet jeśli flakoniki nie potrafiły go zdobyć, było z góry skazane na zagładę. Gotowe miasto przestawało mnie interesować. Chciałem je zniszczyć i zbudować nowe.

14

W dzieciństwie nie chciałem zostać kosmonautą. Ani lotnikiem. Wielu chłopców z naszego Miasta o tym marzyło. Przecież lotnicy bronili naszej Krainy przed wrogami. A kosmonauci w tych czasach uchodzili po prostu za bogów. Za każdym razem, kiedy któryś z nich leciał w kosmos, cała Kraina świętowała. Pamiętam, jak w telewizji przerywano programy i pojawiała się wielka na cały ekran głowa Lektora. Dobitnie akcentując każde słowo, uroczyście informowała: UWAGA! UWAGA! NADAJEMY KOMUNIKAT SPECJALNY AGENCJI TASS! DZISIAJ W MIĘDZYPLANETARNĄ PRZESTRZEŃ KOSMICZNĄ WYSTRZELONO SZTUCZNY SPUTNIK ZIEMI Z CZŁOWIEKIEM NA POKŁADZIE! Kraina rzucała wszystko i siadała przed telewizorem. Lektor przekazywał szczegółowe informacje o nazwie statku i o kosmonautach, którzy nim sterują.

Później, o dziewiątej wieczorem, w programie „Wriemia”, czyli w wiadomościach, pokazywano nagranie ze stacji orbitalnej. Patrzyliśmy na rozmazane wnętrze statku kosmicznego. Pływali w nim kosmonauci, podobni nieco do wielkich ryb czy może raczej amfibii z filmu Diabeł morski. Podpływali do obiektywu kamery, uśmiechali się i coś tam mówili do nas, Ziemian. Połączenie ze statkiem było marnej jakości, musieliśmy bardzo się wsłuchiwać, żeby cokolwiek zrozumieć. Amfibie mówiły, że lot przebiega bez zakłóceń, że dzisiaj przeprowadziły doświadczenia z jakimiś roślinami i muszkami drozofilami. Czasami w rękach mówiącego pojawiała się w charakterze ilustracji doniczka z fikusem; ręka puszczała i po chwili łapała fikus, co przydawało całej scenie wiarygodności. Doniczka powolutku i płynnie dryfowała w górny róg ekranu.

Pilnie śledziliśmy lot przez wszystkie te dni, które kosmonauci spędzali na orbicie. Później wracali i na ekranie znów pojawiała się głowa Lektora informująca, że program zakończył się sukcesem. Kosmonauci są już na Ziemi. Dzień lub dwa później przylatywali specjalnym samolotem z Bajkonuru do Moskwy. Przy trapie witała ich Moc, Miłość lub Mądrość. Czasami wszystkie naraz. Wcześniej, po pierwszych lotach, witał ich sam Metafizyk.

Pamiętam pierwsze powitanie – przylot Gagarina. Nie było mnie jeszcze wówczas na świecie, ale scenę często powtarzano później w telewizji. Gagarin jechał w otwartej limuzynie przez Miasto, przez ulice zapełnione milionami ludzi. Ludzie szaleli z radości. A On uśmiechał się i machał im ręką. Ekran wypełniały lecące z góry na dół maleńkie białe prostokąty i zasypywały tryumfalną papierową śnieżycą trasę przejazdu kosmonauty. Lubiłem Gagarina. Ale i tak nie chciałem zostać kosmonautą. Chciałem zostać artystą.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?